Proponuję, sugeruję i nalegam!

USS_Abraham_Lincoln
USS_Abraham_Lincoln

 

Proponuję, sugeruję i nalegam!

Piękna morska opowieść, jaka krążyła niegdyś po tawernach:

„Jest to prawdziwa rozmowa nagrana na morskiej częstotliwości alarmowej Canal 106, na wybrzeżu Finisterra (Galicja) pomiędzy Hiszpanami a Amerykanami – 16 października 1997 roku.

Hiszpanie (w tle słychać trzaski):
– Tu mówi A-853, prosimy, zmieńcie kurs o 15 stopni na południe, by uniknąć kolizji… Płyniecie wprost na nas, odległość 25 mil morskich.

Amerykanie (trzaski w tle):
– Sugerujemy wam zmianę kursu o 15 stopni na północ, by uniknąć kolizji.

Hiszpanie:
– Odmowa. Powtarzamy: zmieńcie swój kurs o 15 stopni na południe, by uniknąć kolizji…

Amerykanie (inny głos):
– Tu mówi kapitan jednostki pływającej Stanów Zjednoczonych Ameryki. Nalegamy, byście zmienili swój kurs o 15 stopni na północ, by uniknąć kolizji.

Hiszpanie:
– Nie uważamy tego ani za słuszne, ani za możliwe do wykonania. Sugerujemy WAM zmianę kursu o 15 stopni na południe, by uniknąć zderzenia z nami.

Amerykanie (ton głosu świadczący o wściekłości):
– Tu mówi kapitan Richard James Howard, dowodzący lotniskowcem USS Lincoln marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych; drugim co do wielkości okrętem floty amerykańskiej. Eskortują nas dwa okręty pancerne, sześć niszczycieli, pięć krążowników, cztery okręty podwodne oraz liczne jednostki wspomagające. Udajemy się w kierunku Zatoki Perskiej w celu przeprowadzenia manewrów wojennych w obliczu możliwej ofensywy ze strony wojsk irackich. Nie sugeruje… ROZKAZUJE WAM ZMIENIĆ KURS O 15 STOPNI NA PÓŁNOC! W przeciwnym razie będziemy zmuszeni podjąć działania konieczne by zapewnić bezpieczeństwo temu
okrętowi, jak również siłom koalicji. Należycie do państwa
sprzymierzonego, jesteście członkiem NATO i rzeczonej koalicji. Żądam natychmiastowego posłuszeństwa i usunięcia się z drogi!

Hiszpanie:
– Tu mówi Juan Manuel Salas Alcántara. Jest nas dwóch. Eskortuje nas nasz pies, jest też z nami nasze jedzenie, dwa piwa i kanarek, który teraz śpi. Mamy poparcie lokalnego radia La Coruna i morskiego kanału alarmowego 106. Nie udajemy się w żadnym kierunku i mówimy do was ze stałego lądu, z latarni morskiej A-853 Finisterra, z wybrzeża Galicji.
Nie mamy gównianego pojęcia, które miejsce zajmujemy w rankingu hiszpańskich latarni morskich. Możecie podjąć wszelkie słuszne działania, na jakie tylko przyjdzie wam ochota, by zapewnić bezpieczeństwo waszemu zas✸✸nemu okrętowi, który za chwile rozbije się o skały; dlatego ponownie nalegamy, sugerujemy wam, iż działaniem najlepszym, najbardziej słusznym i najbardziej godnym polecenia będzie zmiana kursu o 15 stopni na południe by uniknąć zderzenia z nami.

Amerykanie:
– OK. Przyjąłem, dziękuję.”

/źródło tekstu i zdjęć: Internet/

Wielkanoc na Gople i niezbyt udane świąteczne mazurki

Wielkanoc na Gople
fot:WS

Wielkanoc na Gople i niezbyt udane świąteczne mazurki

Wielkanoc w morzu to dziwne przeżycie, zwłaszcza dla tych, którzy mają tę okazję po raz pierwszy. Nie inaczej było podczas zwiadu kalmarowego Gopła na Atlantyku. Testowaliśmy wówczas nowe narzędzia połowowe (patrz tekst „Na pławnice”)

Zbliżała się Wielkanoc, byliśmy gdzieś między Wyspami Kanaryjskimi a Azorami. Na statku zagościł dziwny nastrój ni to nostalgii, ni to tęsknoty…

Podpytywaliśmy kucharza, co też przygotuje na świąteczne posiłki, aby poprawić nam nastrój. Wówczas jednak pojawił się problem- nasz kucharz ,Stasiu, doskonały autor niezapomnianych obiadków nie lubił, nie umiał (?)piec ciasta. Co gorsza na statku były same 100% chłopy, co to słodkości i owszem, ale coś zrobić w kuchni… Jak to będzie, święta bez mazurka?!

W panice przypominałem sobie jak to było, kiedy asystowałem mamie w kuchni przy świątecznych wypiekach, wyszło na to, że w końcu „nie święci…” i postanowiłem spróbować. Którejś cudownej podzwrotnikowej nocy,(Wielki Piątek na Wielką Sobotę?) kiedy statek z wyłączonym silnikiem dryfował, łagodnie kiwając się na długiej martwej fali, w oczekiwaiu na poranne wybieranie sieci, postanowiłem spróbować.

Trochę mnie przerażały ogromne blachy do pieczenia, ale w końcu co tam…, proporcje mąki do tłuszczu, jaj i cukru jakoś wyłuskałem z pamięci, ugniotłem toto, wsadziłem do pieca i … o dziwo, wyszło całkiem sympatycznie… Po kilku godzinach pracy miałem z dziesięć ogromnych blach kruchego ciasta. Ogromnych czyli jakieś 120 na 80 cm. Kucharz , jak podczas świątecznej Ewangelii Uczniowe, kiedy zobaczył to uwierzył, że jednak „da się”.

Postanowił zrobić masę sernikową i makową na część z nich, a ja dorobiłem jeszcze masę kajmakową (słynne domowe krówki) i na dwóch blachach rozsmarowałem pyszne powidła. Ba, nawet pokusiłem się o ułożenie na wierzchu mazurkowej kratki z ciasta.

Wszystkie blachy z ciastem zaniosłem do magazynku, ustawiłem jedna na drugiej, jakoś przyblokowałem workami z mąką, żeby nie „rozbiegły” się po podłodze i już bladym świtem, cały dumny władowałem się do koi.

Obudziły mnie szalone przechyły statku. Jak się okazało, zupełnie niespodziewany szkwał rozhuśtał i zapienił wokół ocean w kilka chwil. Pobiegłem do „mojego” ciasta i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Całonocny trud, moja duma legła dosłownie w gruzach, w gruzach połamanych, pokruszonych mazurków!

Wściekły na siebie że jak jakiś nowicjusz lepiej nie zabezpieczyłem ciasta, pozbierałem wszystko w michy, rad nie rad, musiałem to dać na świąteczny podwieczorek na stół, bo nie było już czasu na ponowne wypieki.

Do uroczystego śniadania przygotowaliśmy się bardzo starannie, statek lśnił czystością, i pachniał obficie tego ranka używaną „Przemysławką” czy ”Old Spicem”, w messie poza wachtowymi zjawili sie wszyscy, stary w galowym mundurze złożył oficjalne życzenia od armatora i mniej oficjalne od siebie.

Wzruszenie chyba wszystkim lekko ścisnęło gardła. Na stół wjechały tradycyjne potrawy… biała kiełbasa z ćwikła i chrzanem, gotowane jaja, żur, kucharz jak zwykle stanął na wysokości zadania. A na deser ciasta, a raczej ciastowe gruzy… Jednak, jak się okazało, moje dzieło wszystkim bardzo smakowało, podobnie zresztą serniki i makowce kucharza. Serce rosło kiedy widziałem kopiaste talerze połamańców noszone do kabin „na potem”.

Oczywiście radio miał mnóstwo pracy, choć w zasadzie ograniczała się ona do wybierania kolejnych numerów telefonów. Chłopcy tłoczyli się przy radiokabinie, mimo horrendalnych cen za satelitarne rozmowy telefoniczne. Cóż to był za komfort, zamiast wyczekiwania w kolejce na połączenie przez stację brzegowa Szczecin Radio, by przekrzykując szumy i trzaski zakłóceń wymieniać się nowinami z rodziną, tutaj po wykręceniu numeru domowego telefonu po kilku sygnałach było czyste, dwukierunkowe połączenie, często lepszej jakości niż na lądzie.

Jeden z chłopaków opowiadał jako dobry dowcip, że kiedy zdumiona małżonka odebrała telefon, słysząc męża w słuchawce okropnie sie zdziwiła. -Janek co się stało, gdzie jesteś?! Przecież miałeś wrócić za trzy miesiące! Coś ty nawywijał znowu chłopie! -Nic się nie stało kochanie- uspokajał Jasiu- jestem w Szczecin Dąbiu na dworcu, za parę godzin będę w domu. – Po chwili jednak sprostował- żartowałem, jestem w morzu, ale mamy satelitarną łączność, dlatego tak dobrze słychać. Ponoć małżonka długo nie mogła uwierzyć że to tylko żart….

Oczywiście nie było mowy o zaprzestaniu połowów w święta, tradycyjnie właśnie w świąteczne dni ryba szła najlepiej, więc i pracy było sporo. Tak, że jak zwykle nici z planów świątecznego odpoczynku wyszły. Ale starzy wyjadacze wiedzieli, za tak to będzie, więc za bardzo na świąteczną ulgę nie liczyli…

W.S.

Palmowa przygoda Jurka

Jurek Porebski "zneca sie" nad burzykiem
Jurek Porebski „zneca sie” nad burzykiem

Palmowa przygoda Jurka

szczupły, żeby nie powiedzieć chudy, piegowaty, szeroko uśmiechnięty dryblas z kędzierzawą czupryną nie mógł być nikim innym, jak słynnym szantymenem Jurkiem Porębskim.

Gopło robiło zwiad kalmarowy na Atlantyku. To był eksperymentalny rejs dla wypróbowania nowej wówczas w naszej flocie techniki połowowej, pławnicami oceanicznymi.

Statek jak na tamte czasy został wyposażony w innowacje techniczne i nowoczesne siatki. Stocznia zamontowała w dziobie ster strumieniowy, na mostku kolorowy radar i takąż echosondę i faksymile do odbierania prognoz pogodowych.

Oczkiem w głowie starego był jednak jeden z pierwszych zestawów do nawigacji satelitarnej. Do tej pory flota nawigowała w oparciu o radiowe stacje brzegowe w systemie Decca i Loran. Co ambitniejsi nawigatorzy prowadzili astronawigację ale ja takich nie spotkałem. Poza chłopakami z Gopła, którzy z braku zajęcia bawili się sekstantem i tabelami nawigacyjnymi.

Ale nie o tym przecież ma być opowiadanie.

W związku z tym, że rejs był zwiadowczy, Morski Instytut Rybacki wyekspediował z nami ze swojego świnoujskiego oddziału ichtiologa. Jakaż była radość, kiedy zobaczyliśmy kto pojawił się przy trapie objuczony pudłami i walizami ze sprzętem badawczym. Szczupły, żeby nie powiedzieć chudy, piegowaty, szeroko uśmiechnięty dryblas z kędzierzawą czupryną nie mógł być nikim innym, jak słynnym szantymenem Jurkiem Porębskim.

Atmosfera na statku z miejsca poweselała, wiadomo było, że przynajmniej nie będzie nudno. A w załodze było kilka barwnych postaci, więc rzeczywiście zapowiadało się ciekawie.

Po blisko dwóch miesiącach prób weszliśmy do Las Palmas dla uzupełnienia zapasów.

Kiedy minęło portowe zamieszanie związane z wymianą towarową między załogą a miejscowymi (piszę o tym przy innej okazji) poszliśmy do miasta. Keja Generalissimusa Franco- to był jeszcze czas jego rządów w Hiszpanii- jest baaardzo długa, potem dzielnica przyportowa i w końcu dzielnica uciech wszelakich, kolorowych sklepów, sklepików i… Santa Catalina…

To było dobre 6 kilometrów dreptania… Odzwyczajeni od chodzenia na tak długie dystanse już mieliśmy dość… Każdy rozglądał się za jakimś niedrogim piwopojem.

Rozeszliśmy się, Jurek z chiefem i drugim pożeglowali gdzieś w tajemnicze uliczki wokół słynnej Santa Cataliny a ja z kumplem poszliśmy w kierunku nie mniej słynnej plaży.

Dzień minął szybko, trzeba było wracać na statek, Poręba z mechanikami, wrócili dopiero nad ranem. Potem Jurek opowiadał z rozmarzonym uśmiechem:

-Chłopaaaki, tutejsze poranki to dopiero coś, to rześkie powietrze, ta cisza, pojedynczy ludzie przemykający tu i tam no i to poranne słońce, cuudo! Dusza poety…

-A wieczorem ta dziewczyna w knajpianym ogródku przy Catalina, jak zatańczyła między stolikami flamenco! Włoski na rękach też stawały!

-No dobra ale ten liść palmowy po coś przytargał? W kabinie chiefa wtłoczony był wielki liść rosnących tu palm feniksów.

Chief aż podskoczył ze śmiechu, kiedy się już uspokoił zaczął opowiadać…

-Szliśmy sobie „marynarskim” krokiem, wspomagając się wspólnie, bo coś „mocno kiwało”… już w pobliżu portu zobaczyliśmy, że jakiś człowiek zamiatał tym liściem ulicę. Oni tu tak pracują. Poręba jak by w niego diabeł wstąpił, uparł się, że musi mieć tego liścia, podszedł do gościa w wdał się w dyskusję.

My mu mówimy, że kawałek dalej rośnie niska palma z takimi samymi liśćmi, to sobie jeden odłamie, a on, że przyrody nie będzie niszczył, liścia musi mieć bo za parę dni jest palmowa niedziela! Chłopina coś tam mamrotał o jakimś peso, ale Jurek, byliśmy po zaliczeniu wszystkich barów po drodze, serce miał tak kochające braci Hiszpanów, że dał mu 5 dolców, resztę jaka mu została w kieszeni. I tak oto mamy liść palmowy za pięć dolców na statku!

Ubaw mieliśmy z tego liścia do końca postoju w las Palmas.

Kłopot z Jasiem

Na lotnisku w Kopenhadze
Na lotnisku w Kopenhadze

Awantura o Jasia czyli załogowe peregrynacje

… uwiódł ją zamaszystym pocałunkiem w rękę, tak, że został „wciągnięty, na siłę, jak Boga kocham!”-tu Jasiu walił się w szeroką pierś piąchą, aż się echo po kei rozchodziło…

Mając w pamięci udręki towarzyszące wyprawie autobusami na warszawskie lotnisko, szarpanie się z worami rybackimi i innym bagażem, tłok i zwykle kiepską organizację na Okęciu, postanowiliśmy dokonać wyłomu, w tradycyjnym sposobem ekspediowania załóg w Odrze.

Na zebraniu zapytałem kierownika działu załogowego, czy nie można by nas przetransportować autokarami od razu na lotnisko w Kopenhadze, jak to robi PŻM, czy Dalmor, dokąd i tak zostaniemy przewiezieni Lotem. Przecież ze Świnoujścia to tylko kilka godzin, na pewno taniej i szybciej. A wory można wysłać bagażem bezpośrednio na statek. Wywiązała się ostra dyskusja, która niestety nic nie zmieniła.

Za to podczas wizyty u głównego technologa Wróbel spoglądając zaniepokojony znad okularów spytał:

-Wojtek, a co ttttty tam podskakiwałeś zzzałogowemu nnnna zebraniu?

-Jako delegat załogowy mam obowiązek bronić naszych praw, no nie? – Odparłem

-Aaaa, skoro jejesteś delegatem, tttto niech się ze swoimi pretensjami w ddddupę pocałują! -Wróbel jak zwykle lekko zacinając się, nie przebierał w słowach.

Chcąc nie chcąc , po 10 godzinach jazdy, przetarabaniliśmy się autobusami na Okęcie, gdzie po dość długim oczekiwaniu udało nam się w końcu „zakwaterować” na pokładzie czterosilnikowego, turbośmigłowego Iła-18. Nie byliśmy jedynymi pasażerami. Do samolotu wsiadło kilkoro turystów o europejskim wyglądzie, głównie Skandynawów i grupa kobiet hinduskich w tradycyjnych strojach.

Kiedy już wszyscy jakoś się umościli, pilot włączył silniki. Mało kto był przygotowany na takie doznania. Turbiny zawyły ogłuszając nas na wstępie i wprowadzając samolot w dziwaczne wibracje, co mimo zapewnień kapitana, że jest to najbezpieczniejszy samolot na świecie, spowodowało spore zaniepokojenie wśród podróżnych.

Gdy już znaleźliśmy się w powietrzu, stewardesy natychmiast przystąpiły do roznoszenia „uspokajaczy” po które wszyscy chłopcy skwapliwie sięgali. Samolot wznosił się w górę powolnym kręgiem, pokazując spod skrzydła rozległy pejzaż stolicy. Jednak niewielu miało ochotę spoglądać przez bulaj w dół.

Kiedy zapaliły się światełka pozwalające na odpięcie pasów, w wąskim przejściu między siedzeniami nagle pojawiła się starsza hinduska. Uklękła na środku, tarasując przejście, i bijąc pokłony modliła się dramatycznie do Allaha, jak się domyślałem, o ocalenie życia. Sytuacja ta trochę zdeprymowała stewardessy, ponieważ nie miały możliwości przejścia, nie mówiąc o nieprzepchnięciu wózka z napojami. Prośby i perswazje, tak ze strony personelu jak współtowarzyszek nie przyniosły rezultatu.

Rozpaczliwe błagania płynęły z ust klęczącej na środku samolotu kobiety do samej Kopenhagi. Jednak dwugodzinny przelot, mimo sensacji zakończył się w szczęśliwie. Tu oczywiście powitaliśmy swoje skarby pozamykane w marynarskich worach i niczym zawodowi tragarze podążyliśmy labiryntem korytarzy i ruchomych chodników w pobliże stanowiska odlotu naszego jambo jeta do Montrealu.

Wszystko byłoby miło i sympatycznie, gdyby nie nagła akcja oddziału antyterrorystycznego, (czarno ubrani faceci w kominiarkach z uzi w dłoniach) który wpadł do sali wrzeszcząc -out!, out!, out!- i popychając pasażerów wyrzucili wszystkich na korytarz. Sprawni byli, nie ma co, opróżnili salę z trzech setek ludzi w kilka minut. Błyskawicznie, sam nie wiem jak mój 40 kilowy worek wyfrunął razem z resztą bagażu na zewnątrz, nie czyniąc przy tym nikomu krzywdy.

Po sprawdzeniu koszy na śmieci i innych potencjalnych bombowych kryjówek, wpuszczono nas kolejno do samolotu, troskliwie prześwietlając każdą sztukę bagażu i każdego człowieka. Przelot do Montrealu wielkim niebiesko-białym jabmo KLM, to była sama przyjemność. Obszerne, klimatyzowane, wyciszone wnętrze boeninga, to w porównaniu z naszym Iłem zupełnie inna, dużo, duuużo wyższa półka.

W Montrealu przyjemności się skończyły, dostaliśmy się w obroty machiny kanadyjskiej immigration, przesłuchiwania, odciski palców, sprawdzanie dokumentów trwało wieczność. W końcu jednak pozwolono nam na wjazd do kraju syropu klonowego. W środku nocy zameldowano nas w lotniskowym hotelu, warunki oczywiście wspaniałe.

Jak Odrze opłaciło się tak kosztowne transportowanie ludzi, do dzisiaj nie rozumiem… W południe mieliśmy kolejny odcinek lotu, w poprzek kontynentu do Vancouver. Tuż przed wyjazdem z hotelu nie można było doliczyć się jednego z marynarzy, Jasia, duży chłop więc nie sposób było przeoczyć, jednak mimo starań służby hotelowej i ochrony, nie można było go zlokalizować.

Chciał nie chciał, trzeba było jechać, z nosami na kwintę udaliśmy się znowu na lotnisko. Lot Boeningiem 737 był równie komfortowy, a widoki przy bezchmurnym niebie oszałamiające, lecieliśmy praktycznie wzdłuż granicy amerykańsko kanadyjskiej, a więc z możliwością obejrzenia Wielkich Jezior, ogromnych połaci rolniczo leśnych i w końcu Gór Skalistych.

Na statek dotarliśmy późnym wieczorem, nasze stare, kochane „Gopełko” czekało przy kei „cukrowej”, odrapane, pordzewiałe, ale nasze! Szybko przyjąłem swój sprzęt od zmiennika i rozpakowałem się w kabinie.

Wymieniani chłopaki byli dość zmęczeni rejsem, choć nie mogli narzekać na brak rozrywki. Wchodzili do Meksyku po wodę i zaliczyli pożar na szalupowym, ponoć podczas spawania ogień cofnął się wężem do butli stojących przy kominie. Nie zazdroszczę!

Chwilę pogadaliśmy, przekazaliśmy listy do domu pisane w samolocie, wypiliśmy po piwie i trzeba było się żegnać.

Cały czas jednak wisiało nad nami pytanie: Co z Jasiem? Hipotezy były różne, a to że zakochał się, a to że wybrał w Kanadzie wolność, a to że się schlał zwyczajnie jak świnia i leży gdzieś pod czyimś łóżkiem. Ta ostatnia zresztą wydawała się najbardziej prawdopodobna.

Agent obiecywał, że go odnajdą i przetransportują na statek, prędzej czy później. Stary zaś obiecywał mu różne przyjemności jakie mu zgotuje na powitanie:

-niech tylko się pokaże na statku, już ja mu dam!, do kraju odeślę! Naganę taką mu wlepię, że z firmy wyleci na kopach!
No i drugiego czy trzeciego dnia Jasi pojawił się na pokładzie! Skruszony ale uśmiechnięty… widać kac przeszedł w międzyczasie…

Jak się okazało w hotelu było wesele, a Jasiu, który „przypadkiem”przechodził, złożywszy pannie młodej szarmanckie życzenia (oczywiście po polsku) uwiódł ją zamaszystym pocałunkiem w rękę tak, że został „wciągnięty, na siłę, jak Boga kocham!”-tu Jasiu walił się w szeroką pierś piąchą, aż się echo po kei rozchodziło… No i oczywiście musiał tym „wypierdkom glancowanym, lalusiom we frakach” pokazać jak się w polskiej flocie pije.

Kiedy się obudził po weselu śladu nie było, nad nim stał gościu z giwerą, a drugi za ramiona spod stołu wyciągał… Chryja się zrobiła na cztery fajery, bo Jasiu po angielsku tylko „pardon!” mówił 😉 Potem agent wsadził go do samolotu,no i tyle całej Jasiowej przygody było. Ale to nie koniec, nad Jasiową głową zawisły chmury…

A nie był to zły chłop, w morzu to był złoty człowiek, wspaniały kolega, niezrównany pracownik, jedynie na lądzie jakoś się gubił, nie dawał sobie rady z lądowym życiem, nie on jeden przecież… mając takie argumenty przystąpiłem do szturmu na Starego.

Delegatem zostałem jeszcze podczas pierwszego zwiadu, a że nie bałem się stawać w obronie załogi (zresztą nie było znowu tak wiele okazji – na Gople była dobra załoga i nie najgorszy Stary), zostałem nim do końca.

Tak więc chciał nie chciał, ruszyłem do boju. Stary przyjął nas, Pierwszego i mnie w saloniku, poczęstował odrobiną szlachetnego zabarwionego słońcem trunku, westchnął głęboko i rozpoczął swoje przemówienie.

Ku naszemu zdziwieniu rozpoczął od zasług „tego skurczybyka”… -Noooo- pomyślałem sobie- może nie będzie tak źle… Kiedy doszło do konkretów, stary wyłuszczył kilka opcji, natychmiastową wysyłkę do kraju na jego koszt, naganę z wpisaniem do akt, z pozostawieniem go na statku, obciążenie kosztami przelotu, agenta, poszukiwań itd…

Pociągnęliśmy kolejny łyczek przetrawiając wystąpienie, rozważywszy szanse i to, że staremu złość już jednak przeszła zaproponowałem wyjście następujące:

Jasiu zapłaci za szkody, kapitan przywali mu „żagla” najgorszego kalibru, ale w „zawiasach”, jak chłopina do końca rejsu nie nawali to nagana ulegnie zamazaniu. Stary długo przeżuwał propozycję, polał jeszcze po łyczku słońca do szkieł, podumał, posapał, wreszcie powiedział -no dobra, dawajcie tu tego obwiesia!

Kiedy Jasiu przesłonił swoim wielkim cielskiem wejście do saloniku z tą swoją skruszoną miną, kiedy zaczął: -Kapitańciu kochany, ja … ja…- Stary stopniał całkowicie. W końcu przepływali razem kupę lat i to on go znał najlepiej i najbardziej cenił na pokładzie właśnie Jasia. Cała afera skończyła się zgodnie z propozycją, a Jasiu jak zwykle szalał na pokładzie cały rejs wykonując często prace za dwóch i trzech rybaków na raz… No i więcej nie podpadł, przynajmniej w tym rejsie.

W.S.

Człowiek za burtą

 

Człowiek za burtą

…cztery godziny od nas „Bonito” zgubił podczas wydawania trału człowieka…

Koniec marca 1986r, na południowym Atlantyku to początek jesieni, m/t Sejwal (B-18), duży, dość stary trawler przetwórnia pod dowództwem kpt. Artura Filutowskiego. Statek właśnie dotarł na łowisko w rejonie Wysp Falklandzkich, pogoda pod psem.

Flota sztormuje od kilku dni, wiatr dochodzi do 12st B. Sejwal także, praktycznie nie posuwając się do przodu dziobem pod falę i wiatr wspina się z mozołem na wodne góry, by po chwili spaść w dół waląc tępym dziobem w kolejną, nadbiegająca falę. Cały statek jęczy i drga za każdym takim uderzeniem.

Wszyscy już mają dość ogłupiającego wycia wiatru, wiecznej huśtawki i podrygów kadłuba ciężko pracującego na fali. Tydzień na łowisku bez wydawania włoka, to duży stres nie tylko dla dowództwa, marynarze snują się z kąta w kąt, ile można udawać że się pracuje?

Któregoś dnia jednak, wraz z zapadnięciem ciemności wiatr wyraźnie „odpuszcza”. Nagle wycie w olinowaniu cichnie, a agresja fal słabnie momentalnie. Mimo to rozhuśtany ocean wozi statek na kilkumetrowych falach, jakby to była łódeczka z kory w wannie rozbrykanego dzieciaka. Dzwonki alarmowe wołają wachtę pokładową na górę. Będziemy wydawać.

Staję w drzwiach za windą trałową by popatrzeć jak chłopcy dają sobie radę w tych warunkach. Oświetlony pokład, na tle przelatujących wokół czarnych gór wody wygląda niesamowicie, rufa celuje w niebo, by po chwili znaleźć się w potężnej czarnej przepaści i tak na zmianę.

Ten taniec nie ułatwia pracy na pokładzie, chłopcy starają się trzymać z daleka od zsuwającego się ze slipu włoka, stalowe „walizki” z głośnym turkotem znikają w oceanie. Po chwili już pracują kable, winda z pomrukiem powoli wysnuwa grube stalówki… Udało się, wszystko poszło jak należy. Chłopaki jednak schodząc z pokładu klną w żywy kamień,

-Żesz qrwa nie mógł z tym wydawaniem zaczekać z dwie godziny, ręka Boska, że nikt nie poleciał! Tak mu się to tej p…nej ryby spieszy! A ludzie to h..j?!

Zeszliśmy na dół, po chwili jednak poczuliśmy hałas strzelających kabli, co jest! Coś mu się popieprzyło? Jakieś problem z siecią? A może tylko skraca kable? Ale nie, winda pracuje w dalszym ciągu i to szybko, pełnym gazem!

Dzwonki wzywają pokładowców do wybierania. Jasny gwint! Co się stało? Po chwili już wiadomo, as przyniósł z mostku wiadomość, cztery godziny od nas „Bonito” zgubił podczas wydawania trału człowieka.

-No tak, u nich też się stary h… spieszył do ryby! Nic dziwnego, że któryś poleciał!

Tymczasem winda pracowała na full. Po chwili mieliśmy dechy przy bramie, tak szybko jeszcze nigdy nie szło przepinanie kabli, za chwilę mieliśmy worek na pokładzie, a statek kładł się w ciasnym zakręcie na południe, tym razem nikt nie miał za złe, że wszystko wewnątrz statku szalało jak podczas rybackiej delirki.

Stary nie zważając na stan morza jechał całą naprzód. Na mostku radio pełne było zgłoszeń jednostek płynących na miejsce zdarzenia. Zgłaszali się Rosjanie, Japończycy, Koreańczycy. Dowodzący akcją ustalał obszar poszukiwań przydzielając poszczególnym jednostkom kwadraty po przeczesywania.

Jiggersowce oświetlały obszar poszukiwań

Jiggersowce, niczym latarnie ze swoimi potężnymi świetlnymi girlandami zostały ustawione tak, by oświetlały jak największy obszar oceanu. Kiedy dopłynęliśmy w wyznaczony nam kwadrat, wokół mimo środka nocy panował niezbyt ciemny półmrok. Wszyscy ubraliśmy się ciepło, załoga została podzielona na dwu-trzy osobowe zespoły, każdy z nich dostał swój sektor wokół statku do obserwacji. Wszystkie reflektory, szperacze zostały skierowane na wodę. Rozpoczęliśmy poszukiwanie.

Wokół kręciły się inne jednostki, tak jak my używające do świecenia wszystkiego czym dysponowały. Nad tą potężną flotą co chwila przelatywały wojskowe samoloty z brytyjskiej bazy na Falklandach. Zdawaliśmy sobie sprawę, że szukamy już tylko zwłok. Po czterech godzinach, jakie nam zabrało dopłynięcie na miejsce, nie było szansy odnalezienia żywego człowieka. Mieliśmy wytyczne niezbyt dokładne, marynarz miał żółty kask, kamizelkę samo napełniająca się i żółty sztormiak, poszło za nim koło ratunkowe, a więc wiadomo było czego wypatrywać.

Wypatrując w ciemności oczy, wszyscy czuliśmy to samo, bezsilność i żal ściskający gardło. Trudno o bardziej paskudne uczucie. Koło czwartej nad ranem flotę obiegła wiadomość, Bonito zameldował o zauważeniu topielca, po chwili jednak ukaefka wypluła sprostowanie, to tylko kask. Później ktoś znalazł koło, niestety, to był koniec sensacji.

Brytyjczycy z bazy na Falklandach włączyli się do poszukiwań
Brytyjczycy z bazy na Falklandach włączyli się do poszukiwań
Poszukiwania człowieka zgubionego przez "Bonito"
Poszukiwania człowieka zgubionego przez „Bonito”

Rano statki zaczęły się rozpływać, każdy na swoją pozycję łowczą. Także i my po dwunastu godzinach przerwaliśmy poszukiwania, „Bonito” pozostał sam kontynuując, zgodnie z prawem morskim poszukiwania.

Lekarz okrętowy, skądinąd znakomity fachowiec, na lądzie pracownik oddziału zakaźnego jednego z bydgoskich szpitali, na statku zupełnie zielony i słynny ze swoich morskich fopaux stwierdził:

-Właściwie, statystycznie rzecz biorąc, to nie stało się nic strasznego, jeden wypadek śmiertelny na tylu tu pracujących…. to niewiele.

To nas qrwa pocieszył!

W.S.