Archiwum kategorii: Rybackie

dokumenty rybackie

Polak potrafi… jak się pomyli ;-)

Polak potrafi… jak się pomyli 😉

 

Było to podczas falklandzkiego  rejsu Sejwalem. Łowiliśmy, a raczej próbowaliśmy łowić błękitka na południe od Wysp Falklandzkich, w okolicach wyspy Słoni. Operowało tam mnóstwo statków, różnych bander.

Polak potrafi jak się pomyli

Ryba zwykle w tym czasie przebywała nad oceanicznym grzbietem, rozciągającym się równolegle do wyspy w odległości jakiś 10 mil od niej. Łowisko było wąskie, toteż trawlery ustawiły się w kolejkę i jeden za drugim trałowały cały dzień, bo nie było jej za wiele.

Zwykle po kilku godzinach połowu z worka wysypywało się kilkaset kilogramów tej błękitka… Wszyscy mieli nosy na kwintę, no bo nie  ma ryby, nie ma zarobku, a żona pisała że chce na wczasy, a to auto trzeba by już nowe, no i normalnie na życie kasa musi być…

Polak potrafi jak się pomyli
Wyspa ?sloni? pojawiala sie w moim bulaju codzienne w poludnie przez 2 tygodnie-tral na Humbaku

Na mostku młody chłopak po zawodowej rybackiej ze Świnoujścia, robił za asystenta i jednocześnie za sternika. Przynosił na dół wieści z mostku, niestety nie te których oczekiwaliśmy. Na razie nie zmieniamy łowiska. Tak więc dzień w dzień, koło południa w moim bulaju przesuwała się Wyspa Słoni.

Polak potrafi jak się pomyli

Któregoś dnia jednak coś się zmieniło, już koło jedenastej zatrzeszczały kable od trału, dzwonki alarmowe wywołały pokładowców do pracy. Co się stało! Czyżby jakieś polecenie z kraju żeby zmienić łowisko? Po chwili As zszedł na dół.

-Chłopaki, idźcie na górę, zobaczycie ile ryby nałapałem!

-Eeee, jaja sobie robisz!

-Poważnie, zapisy aż czarne! Zresztą posłuchajcie kabli.

Rzeczywiście windy jakby zaczęły inaczej wyć a kable strzelały jak oszalałe. Ruszyliśmy na szalupowy, żeby z góry obejrzeć połów.
Deski już wisiały na bramie i skrzydła zaczęły układać się na pokładzie. Walizki i bobiny z turkotem i łomotem spoczęły na dechach. Za to za rufą pojawiła się ogromna lola!

-Czterdzieści ton jak w mordę strzelił! Ktoś entuzjastycznie określił wielkość połowu. I rzeczywiście, po przerobieniu mniej więcej tak wyszło.

Polak potrafi jak się pomyli

Statek po wybraniu sieci ostro zawrócił na pozycję zapisów a pod pokładem w przetwórni rozszalały się maszyny. Uśmiechnięci od ucha do ucha rybacy przegarniali rybę, układali na baaderach, ładowali do tac zamrażalniczych… Praca paliła się im w rękach.

Później wzięliśmy na spytki Asa, okazało się, że to on rzeczywiście był za sterem. Jak pisałem w poprzednim tekście o Sejwalu,  statek był w opłakanym stanie technicznym. Między innymi nie działało żyro, a więc i autopilot. Dlatego cały czas ktoś musiał ręcznie sterować. AS opowiadał, że po poprzedniej, „ciężkiej” nocy, bo kumpel z kabiny miał urodziny, nie czuł się najlepiej i przysnął przy sterze. Statek wówczas był pod trałem.

Najwyraźniej poczuł rybę dziobem i zjechał jakieś 30 st. z kursu, wtedy się zaczęło, sonda oszalała a ASa obudził krzyk II of, trzymaj kurs, tak trzymaj do cholery!

I wyszło na to, że umiemy łapać ryby ale kiedy się pomylimy….

W.S.

 

Męskie dowcipy, czyli chrzest równikowy

Męskie dowcipy, czyli chrzest równikowy

Kiedy grupa facetów się nudzi, często przychodzą im do głowy różne tzw. „dowcipy”, czasami niegroźne ale czasami paskudne.

Jednym ze starszych, który funkcjonuje na każdym statku przekraczającym równik, jest zbiór różnego rodzaju psot, dowcipów, kawałów, jakie starzy wyjadacze, mający już chrzest morski za sobą, płatają nowicjuszom.

Oczywiście zaczyna się od nakazania wypatrywania na morzu linii równika.
Kilka dni wcześniej kucharz wykłada na słońce trochę jaj, by się odpowiednio zepsuły.
Na pokładzie marynarze stawiają bękę po oleju, do której kuchnia wyrzuca odpady, maszyna zaś smary i wszystko co odpowiednio śmierdzi. Kilka godzin przed chrztem, który zwykle rozpoczyna się przed południem, maszyniści wkładają do niej rurę z parą, tak by woda dobrze się nagrzała a najlepiej zagotowała.

Jak łatwo się domyślić, nowicjusze uważnie obserwują te przygotowania, podglądając je przepełnieni rosnącymi, z dnia na dzień obawami. Koledzy umiejętnie te obawy podgrzewają, rzecz jasna, tak by w dniu uroczystości, neofici byli odpowiednio przygotowani.

Największe przerażenie budzi beczka, jednak kiedy diabły spanikowanego, krzyczącego, wyrywającego się,  neofitę do niej wrzucają , następuje potężne, jakże cudowne rozczarowanie. Otóż w międzyczasie, kiedy kandydaci do obrządku czekali stłoczeni i przestraszeni pod pokładem, diabły wymieniły śmierdzącą, gotująca się ciecz w beczce na czystą, chłodną morska wodę!

Po tym doświadczeniu, reszta dokuczliwości, jak kanapka ze wszystkimi ostrymi dodatkami dostępnymi we kuchni, podawana oczywiście jako kanapka ze smarem, przejście na kolanach kilkumetrowym korytarzem z sieci pod prąd strumieni strażackich hydrantów, czy tkwienie głową w dybach nad miską rozbitych, popsutych jaj było niczym.

Kiedyś zdarzały się groźne ekscesy podczas tego obrzędu, jak tzw karuzela, kiedy to nowicjuszy podnoszono baumem w siatce ładunkowej nad pokład i kręcono. Miałem kolegę, któremu dysk wyskoczył w czasie takiej „zabawy”. Zdarzały się złamania i inne kontuzje, toteż karuzela została zabroniona.

Ale generalnie, każdy kto przeszedł taką równikową inicjację, czuje do końca życia odrobinę dumy 🙂

Rysunki R.Gardysa poświęcone Ludomirowi Mączce i Marii

Rysunki R.Gardysa poświęcone Ludomirowi Mączce i Marii

Radek Gardys jest byłym rybakiem dalekomorskim, w którym morze jak w wielu z nas sasiedziało sie na dobre. Upust swojej tęsknocie za rybackim rzemiosłem daje rysując od lat piękne obrazy. Te poświęcił wybitnemu żeglarzowi, Ludomirowi Mączce, który owo żeglarstwo traktował jako sposób na życie. Większą jego część spędził na morzu właśnie.  Więcej o Nim piszę tu: Ludomir Mączka

Męskie dowcipy w rybackim wykonaniu – Symfonia Pierwszego

Męskie dowcipy w rybackim wykonaniu – Symfonia Pierwszego

Na Gople mieliśmy I oficera, Roman chyba miał na imię, niewysoki ale za to mocno zbudowany, byczy kark, łysa pochylona głowa, broda prawie zrośnięta z niemałą klatą, małe wyłupiaste oczka i zmysłowe usta niczym u amanta filmowego. Charakter za to trudny miał, funkcjonował na zasadzie bata kapitana. Stary miły, kulturalny, a jak trzeba było kogoś opieprzyć, to miał Pierwszego.

To właśnie ten oficer był głównym bohaterem opowiadania ” Prysznic…”, no i pewnie nie raz tu jeszcze go wspomnę, bo „barwna to była postać”.

Jego przeciwieństwem był Radio, wysoki, szczupły, żeby nie powiedzieć chudy, niezbyt pewny siebie, jakby lekko zlękniony… Nie specjalnie zgrywał się z załogą ale był nieszkodliwy.

Pierwszy miał kabinę na pokładzie szalupowym, niedaleko mostka, toteż jego straszliwe chrapanie słychać było podczas nocnej wachty na mostu okropnie… A było to chrapanie nad chrapaniami, wznosiło się, opadało, przerywało nagle i niespodziewanie by wybuchnąć głośnymi, przerażającymi kaskadami.  Kiedy było chłodniej zamykaliśmy drzwi na mostek i okno z prawej burty, żeby mniej było słychać, ale w tropikach…

Faceci jak się nudzą, to wymyślają dowcipy, najlepiej takie żeby się pośmiać cudzym kosztem.

Na naszą ofiarę wybraliśmy radiego, który jednocześnie pełnił na statku rolę felczera, więc na wszelkich chorobach na pewno się znał. Ciekawi byliśmy czy potrafi coś poradzić na chrapanie.

W Vancouver, w komisie, tutaj zwanym secondhandem, nabyłem drogą kupna za kilka kanadyjskich dolarów całkiem przyzwoity magnetofon reporterski, z porządnym mikrofonem.

Którejś nocy na Pacyfiku, kiedy staliśmy w dryfie, w oczekiwaniu na poranne wybieranie pławnic, nagrałem chrapanie pierwszego.

Po południu, kiedy już siatki wylądowały na pokładzie i mieliśmy chwilę dla siebie, zaprosiliśmy na pokład pelengowy, na mrożoną kawę Radiego. Pogadaliśmy, pogadaliśmy, w końcu któryś zapytał,

-Radio, jest jakieś lekarstwo na chrapanie?- ten się zamyślił i po chwili odparł:

-Niee, chyba nie… a co?

-W zasadzie to nic, nam to na mostku jak zaczyna przeszkadzać to zamykamy drzwi i bulaje, daje się wytrzymać, ale czy to nie jest groźne?

-No nie wiem, ale kto tak strasznie chrapie?

-Jak to kto, ty!

-Co wy pieprzycie, ja nie chrapię!

-Rzeczywiście nie chrapałeś ale coś ostatnio się stało, że jedziesz jak popsuty czołg…

-Jaaa?

-Nie wierzysz to posłuchaj… i puściliśmy mu „symfonię” w wykonaniu pierwszego…

Radio zbladł i mówiąc do siebie,- to nie możliwe, to niemożliwe- poszedł do kabiny… A my postanowiliśmy temat co jakiś czas pociągnąć. Okazuje się, że w każdym siedzi jakiś mały sadysta…

Po paru dniach, widząc jak Radio się męczy, jednak daliśmy mu spokój, któryś ze spiskowców wyjaśnił mu „na boku”, że chłopaki jaja sobie robią.
Trochę się wściekał, trochę obraził ale wieczorek przy butelce czerwonego wina sprawę ułagodził… W sumie potem sam się śmiał na wspomnienie tego „dowcipu”.

Męskie Dowcipy w rybackim wykonaniu. Wracamy i to gazem!

Męskie Dowcipy w rybackim wykonaniu

Wracamy i to gazem!

Gopło podczas zwiadu na Pacyfiku poławiało pławnicami. Niekoniecznie wyglądało to tak, jak opisała pewna pani redaktor, specjalistka od morskiej tematyki.

Statek przygotowywał się do wyjścia w próbny zwiad na Atalntyk, żeby sprawdzić wszystkie nowe urządzenia łowcze, system hydrauliczny do ich napędzania, sieci, satelitarne urządzenia nawigacyjne i łączności, no i odsalarkę do wody morskiej (!).

Wówczas to na burcie pojawiła się owa pani, odziana w okazałe futro i mocny makijaż wpadła na pokład niczym szkwał. Pierwszy, łasy na okazałe kobiety wziął ją pod swoje skrzydła, wciągając spory brzuch, wypinając klatę, wytrzeszczając oczka, raczył ją opowieściami o statku. Rozwodził się nad nowoczesnymi urządzeniami, łącznością satelitarną a zwłaszcza nad niezwykłym w naszej flocie sposobie połowów, jaki będziemy prowadzili.

Najwyraźniej urzeczona męskością bijąca od pierwszego, pani redaktor nie do końca zrozumiała o co w tym wszystkim chodzi… Nazajutrz w Głosie Szczecińskim wyczytaliśmy, że pławnice, którymi będziemy łowić, to „jakby płoty w morskiej toni, rozpięte na stalowych linach”. Dzięki temu mieliśmy sporo radości przez cały rejs.

Oczywiście pławnice to delikatne sieci z żyłki osadzone na pływającej lince, unoszące się pod powierzchnią dzięki właściwie dobranej wyporności linki górnej (tzw. nadbory) i ciężarowi dolnej (najczęściej dociążanej ołowiem podbory). Statek idąc pół naprzód, wysnuwał [z rufy (nadborę) i tylnej części prawej burty (podborę)] połączone z sobą sieci, stawiając płot długości 200 do 500 m, na końcu którego dowiązywano radiopławę.

Mimo, że pozycję wydawania zaznaczano na mapie, to jednak prądy morskie powodowały dryf sieci, czasami na spore odległości. Dlatego zestaw wyposażany był w radiopławę, wysyłającą sygnał na określonej częstotliwości, pozwalała ona później sieci odnaleźć. Niezależnie od pogody, czy widoczności trafialiśmy na sieci bardzo precyzyjnie za każdym razem.

W przeciwieństwie do pławnic stosowanych przez lugry na Morzu Północnym, nie staliśmy przy dryfującej sieci tylko odchodziliśmy w inne miejsce by postawić kolejny zestaw i kolejny. Po kilku godzinach wracaliśmy po pierwszą itd.

Taka boja radiowa była znacznie droższa niż cały zestaw pławnic, toteż przez pierwsze noce stary nie mógł spać, tylko nasłuchiwał czy pława się odzywa, a każde poszukiwanie zestawu odbywało się w atmosferze niezłego napięcia.  Przemieniało się ono w wybuchy radości, gdy między falami, gdzieś przed dziobem ktoś zauważył tańczącą, czerwoną chorągiewkę.

Bosman, który odpowiadał za obsługę ciężkiej jak cholera pławy, żeby ułatwić sobie zadanie wiązał ją do rufowego relingu za burtą. Robił to , żeby podczas wydawania już się z nią nie szarpać, tylko zwolnić węzeł i poooszła!

II of, młody stażem ale bardzo chcący zabłysnąć, wielokrotnie upominał go, że nie jest to zgodne z PROCEDURĄ ale bosman, stary wilk miał to raczej w nosie i robił swoje…

Okazało się jednak, że II. miał rację, któregoś dnia, po wybraniu sieci, kiedy statek szedł na pozycję kolejnego wydania, bosman wpadł na mostek krzycząc że boja zniknęła!

Stary natychmiast krzyknął „Wracamy i to gaaazem!”, położył statek na kontrkurs, a w międzyczasie wybuchła potworna awantura. Bosman zaklinał się, że jak zawsze bardzo dobrze boję zabezpieczył, II. że jednak za burtą! a mówiłem! Stary posłał trzech rybaków na dziób by wypatrywali zgubionej radiopławy, na mostku dwóch też nie odrywało wzroku od wody, a statek cisnął całą na przód. Powoli zapadał zmrok, więc szanse na odszukanie pławy malały z każdą chwilą.

Po jakiejś pół godzinie nerwów, II. przyznał się, że schował boję za kominem, żeby bosmanowi dać nauczkę. Stary mało go żywcem nie pożarł, co tam się działo! Reszta załogi oczywiście pokładała się po kątach ze śmiechu. Skończyło się tym, że boja była wiązana do relingu ale na pokładzie a nie nad wodą, II. przeprosił starego i bosmana i jakoś awantura przeszła…

Wielka wyprawa krylowa – priorytet rządu i partii

Wielka wyprawa krylowa – priorytet rządu i partii

Początek lat 70. był piękny, po zmianie w władzach jedynie słusznej partii po protestach w grudniu 1970, Gierek otrzymał zielone światło z Moskwy na kontakty z zachodem. Pokazał ludzką twarz socjalizmu, za cenę potężnych kredytów na unowocześnienie gospodarki.

Nie będę tu wdawał się w ocenę tego co się wówczas działo. Dla gospodarki rybackiej jednak nastały złote czasy. Firmy armatorskie zamawiały coraz to większe trawlery, a zawłaszczanie szelfów przez państwa nadmorskie, wymuszały poszukiwania białka spożywczego, coraz dalej od Europy.

Państwo angażowało coraz większe środki w rozwój tak rybołówstwa jak i nauki, w celu wydobycia jak najwięcej, jak najszybciej, niekoniecznie jak najtaniej białka z mórz i oceanów.

W połowie lat 70. narodził się pomysł połowów kryla, którego „nieprzebrane” zasoby żyły sobie spokojnie, do tej pory, w wodach arktycznych.

Wysłano w celach zwiadowczych zespół dwóch statków, jeden łowczy m/t Tazar i drugi naukowy „Profesor Siedlecki”.

Na Tazarze kierownikiem naukowym był dr. Maciej Krzeptowski ze świnoujskiego oddziału Morskiego Instytutu Rybackiego a korespondentem Głosu Szczecińskiego red. Bogdan Czubasiewicz. Na Siedleckim kierownikiem był prof. Rakusa-Suszczewski z Polskiej Akademii Nauk, który jednocześnie był kierownikiem naukowym całej wyprawy a korespondentem znany podróżnik i dziennikarz Ryszard Badowski (kawiarenka pod Globusem Tv Kraków).

O wyprawie powstało sporo książek, opracowań i tekstów, ale pozostało jeszcze kilka anegdotek, których nie udało mi się w nich znaleźć, za to słyszałem je podczas rybackich spotkań z uczestnikami tego rejsu, m.in. Andrzejem Bejmem radiooficerem na Tazarze i Maciejem Krzeptowskim, jak wspomniałem kierownikiem naukowym wyprawy, oraz Jurkiem Porębskim, który był w zespole naukowo badawczym na Siedleckim.

Jedna ze smaczniejszych anegdot dotyczyła organizacji rejsu, która była dość bałaganiarska, np. w czasie przelotu na południe okazało się, że na Tazarze są dwie lewe deski trałowe. Jak wiadomo takim zestawem nie da się łowić, ponieważ są one tak skonstruowane, że lewa rozciąga skrzydło włoka w lewo a prawa w prawo. Czubasiewicz natychmiast napisał o tym zjadliwy tekst do Głosu Szczecińskiego, gazety partyjnej, rzecz jasna.

Tekst mu odrzucono z uwagą, że nie może pisać takich rzeczy, że statek został wyposażony w dwie lewe deski trałowe. Czubasiewicz wysłał skorygowany tekst, w którym napisał, że statek został wyposażony w DWIE PRAWE DESKI TRAŁOWE. Śmiechu było na statku z tego powodu co nie miara…

Kilka mało znanych a śmiesznych historyjek przytacza Maciej Krzeptowski w książce „Pół wieku i trzy oceany”,  jedna z najśmieszniejszych wg mnie to ta o wpadce Czubasiewicza, który koniecznie chciał prześcignąć w relacjach Badowskiego…

Miałem okazję być na powitaniu Tazara w Świnoujściu i spotkaniu załogi z dyrekcją „Odry”. Tutaj wylały się żale na byle jakie przygotowanie niby priorytetowej dla rządu i partii wyprawy antarktycznej.

Wybuch zjadliwej wesołości, wśród której dominował baryton Andrzeja Bejma, spowodowała wiadomość z socjalnego, że uczestnicy wyprawy mają zagwarantowane wczasy z rodzinami w firmowym hotelu „RYBAK”, który znajduje się w Międzyzdrojach!!!

Statek przywiózł wówczas na pokładzie, z mojego punktu widzenia (wówczas pracownika Muzeum Rybołówstwa Morskiego), masę bezcennych skarbów. Kolekcje rzadkich skorupiaków, ryb zimnokrwistych, ptaków antarktycznych ale także grupkę żywych pingwinków. Rybacy zajmowali się nimi troskliwie, toteż, całkiem dobrze przetrwały podróż i zostały przetransportowane jako dar do ZOO w Oliwie, gdzie przeżyły kilka lat.

Urzędasy a ludzkie sprawy

Urzędasy a ludzkie sprawy

Był czas odwilży, tuż po stanie wojennym, władzę dzierżyli w dalszym ciągu karierowicze z partyjnego nadania, przynajmniej w wielu dość ważnych węzłach decyzyjnych.

U nas takim był dział załogowy. organizowanie wymian samolotowych załóg. Kierownik działu logistyki, nie pamiętam nazwiska i dobrze, bo nie był tego wart, był przykładem takiego mało kompetentnego człowieczka z nadania.

Samo przedsięwzięcie, przerzucenie na inny kontynent 30, 60 czy 80 chłopów z ich bagażem osobistych rzeczy na pół roku, z zasady było dość skomplikowane. Jednak w Odrze, przynajmniej moim zdaniem, to komplikowanie przekraczało zdrowy rozsądek. Jako delegat załogowy dałem temu wyraz podczas dyskusji z kierownikiem działu, na odprawie organizacyjnej.

Zapytałem go, czemu załoga transportowana jest najpierw do Warszawy autokarami, potem samolotem do Kopenhagi, a dopiero tam wsiadamy do transatlantyckiego samolotu rejsowego do Kanady.

Sam przejazd autokarami to blisko 12 godzin, oczekiwanie na lot, odprawy, lot czarterowym samolotem, wszystko to trwa bardzo długo i jest niezwykle męczące dla ludzi. Do tego jeszcze te wory marynarskie, które każdy musi targać przez lotniska od samolotu do samolotu.

Czy nie prościej byłoby ludzi i bagaż zawieźć autokarami do Kopenhagi, odległość, gdyby załatwić wjazd do Niemiec przez Świnoujście, to raptem 250 km. Do Warszawy ponad 600 i to po kiepskich drogach. Czas dojazdu ze względu na drogi w Niemczech i mniejszą ilość kilometrów byłby zdecydowanie krótszy. Firma też by zaoszczędziła na czarterze samolotu z Warszawy do Danii. Jednym słowem same korzyści, nie tylko z naszego punktu widzenia.

Załoga mruczała z aprobatą, bo każdy miał dość tej bezsensownej poniewierki.

Za to faceta zatkało, no bo jak jakichś fizol może specjaliście od logistyki, zarzucać brak kompetencji! Poczerwieniał na twarzy, zażądał mojego nazwiska, coś tam odburknął i zamknął zebranie.

Jako pracownik pionu technologicznego zjawiłem się za jakiś czas u głównego technologa Wróbla, po wytyczne na rejs. Bogdan, popatrzał na mnie znad okularów i mówi zacinając się jak to on.

– Wwwojtek!. A cccośś tytyty tam nagadał zzzzałooggowemu, na zezebraniuu, ppprzyszedłłł i mmmi ttu dddupe zzzawraaaacał!

Oho- pomyślałem- zaczyna się…

– No faktycznie, powiedziałem mu jak widzę tę jego organizację wymiany załogi, przecież to co oni wymyślili to droga przez mękę!

-Nnno aaalle qq..wa (Wróbel przeklinał nałogowo) nanna zzzebbraniuuu?!

– A gdzie? W końcu jestem delegatem załogowym, mówiłem w imieniu załogi, to co , mam się z nim po cichutku, na kawce spotykać? Szuszuszu?

-Jejejesttteśś dedeleegagateeem?

-No jestem, od pierwszego rejsu na Gople, jakoś tak wyszło…

Aaaaa ttto niechch spiepierrrrr…llla!

I przeszliśmy do spraw zawodowych.

A wymiana załogi przebiegła, ta i kolejne, według starych schematów, czyli niepotrzebnie strzępiłem sobie język…

Bosman i Just morskie psy- dwie różne historie dwóch wielkich przyjaciół marynarzy.

Bosman i Just morskie psy- dwie różne historie dwóch wielkich przyjaciół marynarzy.

Na wielu statkach bywają psy. Często zabierane w podróż jako maskotka załogi. Pacyfikują wybuchowe nastroje, przyczyniając się swoim beztroskim usposobieniem do poprawy samopoczucia ludzi, żyjących w trudnych, bądź co bądź, warunkach.

Zawsze kochane, zwykle otoczone troskliwą opieką.

Bywało, że były zabierane specjalnie, jako odgromnik, jak ten owczarek niemiecki na Kantarze. W połowie lat siedemdziesiątych wyruszył w rejs na wody południowej Afryki jako szczeniak, a wrócił jako całkiem spore psisko, które bez problemu sięgało łapą i pyskiem kranu w kabinowej umywalce, kiedy miał ochotę napić się wody.

Bywało, że załoga zbierająca się do wyjścia w morze zgarniała z ulicy wałęsającego się psiaka, niczym werbownicy brytyjskiej floty wojennej i „porywali” go na morze. W porcie pies rozbawiony wbiegał za marynarzami na trap, a kiedy zadudniły maszyny i spadły cumy, na powrót na brzeg było za późno. Najczęściej zwierzak godził się z losem, czuł się na statku doskonale a kucharza darzył szczególnymi względami cały rejs.

Poznałem jednak psa, który musiał ciężko przeżyć podróż, prawdopodobnie dokuczała mu morska choroba jakoś nadzwyczajnie… A było to tak…

Przylecieliśmy do Montevideo w Urugwaju, jakoś w połowie lat 80, przy kei stało wówczas kilka naszych trawlerów, bo to była końcówka sezonu połowów kalmara w rejonie Wysp Falklandzkich. W Montevideo flota wymieniała załogi, dokonywała napraw i remontów, pobierała zaopatrzenie no i POCZTĘ dla całej flotylli, która pracowała w rejonie.

My przylecieliśmy czarterowym lotem, via Rio de Janeiro jako nowa załoga Narwala. Statek kilka dni miał spędzić w porcie, bo maszynownia kończyła jakieś swoje remonty. Ogólnie jego stan techniczny był dość słaby, piszę o tym w tekście pt.:”śmierdzący rejs”. Jak zwykle tutaj, trawlery cumowały rufą do kei, trap był wystawiany z rufy a przy nim trzymana była wachta.

Wachta była konieczna, ponieważ miejscowi gentlemani prześcigali się w pomysłach by wynieść ze statku jak najwięcej czegokolwiek, co można by w mieście zamienić na dineros.
Mnożyły się włamania tak do kabin jak i magazynków, mieliśmy nawet włamanie polegające na wybiciu bulaja do jednej z kabin z burty sąsiadującego trawlera. Żadne kłódki i zamki nie miały znaczenia. Doszło do tego, że szafki i włazy do magazynków były w porcie zaspawywane.

I tu dochodzimy do clou. Takie wydarzenia nie miały miejsca na trawlerze, na którym wachtę trzymał BOSMAN. Wielkie, brązowe psisko, coś między dogiem a owczarkiem niemieckim. Siedział przy trapie i jeśli tylko jakiś miejscowy do niego się zbliżał, głuchym warkotem uprzedzał, że tu lepiej się nie podchodzić. Bosman objął wachtę i na naszym statku, miałem nadzieję, że już z nami zostanie. Rozpytywałem się o niego na innych trawlerach, ale niewiele ktokolwiek o nim wiedział.

Któregoś dnia dobiło do nas „jeziorko”(burtowiec z serii B-20), właśnie schodzili z łowiska do kraju, był to chyba Jasień. Chłopaki bardzo ucieszyli się widokiem Bosmana. Okazało się, że psisko przypłynęło z nimi z kraju. Niezwykle ciężko przeżył rejs, choroba morska straszliwie dała mu w kość, kiedy tylko statek dobił do kei, wyprysnął na ląd i nie dał się już wprowadzić spowrotem na pokład. Chłopaki z wielkim żalem zostawili go w porcie.

Pies jednak dał sobie radę, w porcie cały czas stały jakieś nasze trawlery (a trzeba tu zaznaczyć, że preferował polskie jednostki). Kiedy tylko rzucano trap, Bosman jako pierwszy ładował się na pokład i obejmował wachtę… do chwili kiedy maszyny znowu zaczynały pracować a statek przygotowywano do wyjścia w morze.

Wówczas Bosman zbiegał na ląd i nie było siły, by go wciągnąć czy zwabić choćby najlepszymi smakołykami na pokład.

Co było robić, pies stał się portowym ambasadorem naszego rybołówstwa w Montevideo, przy czym, cieszył się szacunkiem polskich załóg i ostrożnym respektem Urugwajczyków.

Miłe to było uczucie, kiedy wracając z miasta na statek, widziało się przy trapie piękną sylwetką psa, który na nasz widok wstawał i rozpoczynał swój powitalny taniec.

Najciekawsze było to, że doskonale wyczuwał kogo może wpuścić a kogo nie… Na przykład dziewczyny, tutejsze „biznesmenki” koleżanki słynnej Szramki, czy miejscowi stoczniowcy byli tolerowani, natomiast portowe łobuziaki musiały szerokim łukiem omijać pilnowaną jednostkę.

Czas w porcie mijał szybko i nieuchronnie nadchodził moment, kiedy Bosman ogromnymi susami pędził w dół by siąść przy trapie, tym razem na lądzie. Z żalem żegnaliśmy wspaniałego wachtowego, który pozostawał na kei śląc nam swoje uważne spojrzenie… Do zobaczenia za pół roku…

Jak potoczyło się jego dalsze życie? Nie wiem, może ktoś z kolegów rybaków dopisze kilka słów na jego temat?

Just Nuisance bohater Royal Navy

Wspomnę tu jeszcze innego, jednego z najsłynniejszych morskich psów.

Rzecz dzieje się w Kapsztadzie, w wówczas brytyjskiej Południowej Afryce, w czasie II Wojny Światowej. Blisko 2. metrowej długości dog niemiecki o imieniu Just Nuisance, wskutek różnych zbiegów okoliczności, a zwłaszcza zamiłowania do podróżowania koleją na gapę, doczekał się pełnego zamustrowania w Royal Navy.

Zaokrętowano go jako marynarza, z żołdem, „mundurem”(czapką i obrożą), własną koją, wyżywieniem a nawet bezpłatnymi przejazdami koleją.

Na jego temat krążą różne opowieści, Maciej Krzeptowski przytacza historię o tym, jak sprowadzał marynarzy z pubów na okręty, ja zaś doczytałem, że sam chętnie do pubów zaglądał i pozostawał tam aż do ich zamknięcia.

Ponoć był to niezły zawadiaka, jak na marynarza Royal Navy przystało, niejedno miał na sumieniu (choćby wylegiwanie się w oficerskich kojach mimo iż sam miał stopień marynarza(!), stawianie oporu podczas wyrzucania go z pubów po godzinach zamknięcia, jazdę koleją na gapę [bo nienawidził nosić obroży z numerem służbowym, będącej jednocześnie upoważnieniem do przejazdów na koszt królestwa] i to na trzech siedzeniach jednocześnie!).

Jednak kochał swoich marynarzy i wiele zrobił dla podtrzymania morale floty walczącej z hitlerowską kriegsmarine.

Był także kochany tak przez marynarzy jak oficerów do tego stopnia, że kiedy zmarł, wiadomość o tym fakcie została przetelegrafowana na każdy brytyjski okręt.

Just Nuisance, po śmierci otrzymał marynarski pochówek z honorami, prostą, granitową płytę nagrobną, napisano o nim 2 książki a w latach osiemdziesiątych postawiono pomnik w Kapsztadzie na placu z widokiem na port.

(na podstawie https://www.capetownmagazine.com/just-nuisance Autor: Krysia Gaweda)

09.05.2018 Właśnie otrzymałem pozwolenie na publikację zdjęć będących własnością Simon’s Town Museum

„Thank you for your request for permission to publish images of Just Nuisance, from the collection of the Simon’s Town Museum.

We would be willing to let you use these images, on condition that it is a once-off use only.

The images may not be published or shared by anyone else.”

W.S.

Prysznic – A woda się leejeee!

Woda

Burtowce były budowane na Morze Północne, toteż posiadały dość skromną autonomiczność, obliczaną na 45 dni. Jednym z ważniejszych ograniczeń czasu przebywaniu w morzu była niewielka pojemność zbiorników na wodę słodką.

Gopło przed wyjściem na serię rejsów zwiadowczych, zostało dostosowane do samodzielnego pływania  (bez wsparcia floty łącznikowców i baz) na sporych obszarach Atlantyku i Pacyfiku. Inżynierowie wyposażyli go zatem w nowoczesne na owe czasy rozwiązanie do uzdatniania wody morskiej. Była to membranowa odsalarka, działająca na zasadzie odwróconej osmozy. Nie będę się tu rozpisywał o tym cudzie techniki, kto chce może poczytać o nim klikając na ten link.

Woda słodka uzyskiwana w ten sposób, pozbawiona była minerałów toteż nie nadawała się do spożycia, za to doskonale sprawdzała się pod prysznicem. Niestety wydajność naszej odsalarki nie była zbyt wielka, raptem kilkaset litrów na dobę, toteż woda słodka była na naszym Gopełku mimo wszystko racjonowana.

Bosman, niewysoki za to krępy i wiecznie roześmiany Zbynio, codziennie rano sondował zbiorniki z wodą słodką podając na mostek ich stany. Tam już Pierwszy do swoich tabelek wpisywał otrzymane wielkości. Widać było, jak bardzo przeżywał każdy centymetr mniej na bosmańskiej miarce. Woda to był jego ukochany konik.

Chwytał się różnych sposobów aby te wodę zaoszczędzić, po pierwsze zakazał codziennej kąpieli, kto chciał to mógł się pryskać w swojej umywalce, prysznic tylko raz w tygodniu.
Kazał przykręcać maszynie zawory słodkiej wody, by z kraników umywalkowych ciekła tylko, tylko…
Kiedy w tropikach, a statek łowił głównie w tropikach, chłopaki na przelocie robili na pokładzie basen z morską wodą, natychmiast ogłaszał ćwiczenia. A to alarm pożarowy a to szalupowy, a to plastrowanie kadłuba itd. Byliśmy chyba najlepiej wyćwiczoną załogą w całej naszej flocie! Nawet alarm skażenia radioaktywnego nam zrobił! 🙂
Oczywiście nie żałował nam kąpania się w słonej wodzie, ale przecież tę sól trzeba było spłukiwać słodką!

w morzu
fot:WS

Prysznic

Pierwszy, mężczyzna w sile wieku z pokaźnym brzuszkiem, byczym karczychem, pretensjami do postawy tzw. twardziela, chyba nie zdawał sobie sprawy, że jest obiektem bezlitosnych żartów wśród załogi, nie zdawał do pewnego czasu…

Prysznic na B-20 jest umieszczony na tym samym pokładzie co mostek, obok kabiny Pierwszego, toteż za każdym razem, kiedy pod prysznicem lała się woda, słyszał to doskonale i już po minucie bębnił w metalowe drzwi kabiny.

-Zakręć tę wodę! Co za panienka do cholery tak się tam szoruje! Zamiast zamoczyć, zakręcić, namydlić i dopiero spłukać! Podstawowych rzeczy o życiu na statku muszę uczyć!

Zwykle bębnienie i wrzaski pierwszego przynosiły natychmiastowy skutek i woda przestawała się lać.

Jednak pewnego razu stało się inaczej. Akurat miałem wachtę na mostku, statek szedł spokojnie na kolejny waypoint pomiaru termokliny *. Ocean przysnął w przedwieczornych złotych promieniach zachodzącego słońca, statek szedł cicho, prawie bez kołysania… Jednym słowem sielanka.
Nagle ktoś trzasnął drzwiami prysznica i… polała się woda, lała się i lała… Pierwszy spał po wachcie, jednak instynkt najwyraźniej go ostrzegł, że coś strasznego się dzieje z jego SŁODKĄ WODĄ!. Jakiś barbarzyńca moczy dupę stanowczo za długo…!

No i zaczęło się! Walenie w drzwi, rozjuszony ryk, a woda się leje, znowu walenie, znowu ryk, a woda się leje… Wyjrzałem na korytarz, Pierwszy czerwony, mało nie eksploduje, pod drzwiami kabiny jakieś kapcie, a w prysznicu woda się leejeee… kiedy już minął dobry kwadrans, a z Pierwszego zeszła trochę para, przechodzący „właśnie” radzik spytał go do niechcenia

-Panie Pierwszy, a próbował pan otworzyć? Może tam nikogo nie ma?

-Jak to nie ma, jak to nie ma!? Kapcie stoją! Woooda się lejeee!- ale tknięty strasznym podejrzeniem podsuniętym przez radzika złapał za klamkę, szarpnął i… drzwi stanęły otworem.

W środku kabina była pusta, za to z kranu do czerpania wody sanitarnej waliła na gretingi słona woda!

Pierwszego mało apopleksja nie powaliła, zapowietrzył się, małe oczka i tak zwykle wytrzeszczone omal nie wypadły z oczodołów!

-Ja im qrwa pokaaażęęę! Zabawiać się moim kosztem! Co za sq..syn to zrobił! Ma przesrane do końca rejsu! Itd. idt… Aż Stary wystawił głowę z kabiny i zawołał go do siebie, nie wiadomo o czym tam rozprawiali, ale powietrze z Pierwszego najwyraźniej zeszło i udał się na spoczynek… Za to cała załoga miała ubaw po pachy jeszcze przez dwa rejsy. Co kto wspomniał o prysznicu to wszyscy wokół pękali ze śmiechu…

*waypoint – punkt orientacyjny na mapie nawigacyjnej wyznaczony  do osiągnięcia przez statek, często oznacza miejsce zmiany kursu, w tym przypadku miejsce postoju
Termoklina- warstwa graniczna styku wody ciepłej powierzchniowej i wody zimnej głębinowej, zwykle znajduje się na głębokości 500 a 1000 m. Jest to granica przebywania stad zwierząt pelagicznych. Im wyżej w danym miejscu występowała termoklina tym większe szanse były na złowienie kalmarów.

Uchatki , pingwiny i „trójpierśna” dama – czyli bejmowe krotochwile.

Tekst ten poświęcam pamięci Andrzeja Bejma, dobrego kolegi, świetnego radiooficera i niezrównanego bajarza.

Andrzej Bejm to była barwna postać, rosły mężczyzna z czarną, obfitą brodą w stylu Old Dutch, czyli okalającą dolną szczękę, bez wąsów, za to głowa choć okazała, to pozbawiona była w sporej części, żeby nie powiedzieć całkowicie, owłosienia. Miał także czarne, krzaczaste brwi i przenikliwe oczy, które wlepiał w rozmówcę z powagą opowiadając krotochwile…

Zachowywał się jowialnie i hałaśliwie a przy tym był dobrym serdecznym kolegą, słynącym z opowiadania ale i kreowania anegdot. Pracował jako radiooficer na statkach odrowskich, do momentu kiedy postanowił wyemigrować do Włoch i tam już został.

Wspominam o nim, bo z jego postacią wiąże się historia wyprawy tzw. krylowej. Była to pierwsza polska wyprawa zwiadowczo badawcza w poszukiwaniu nowych łowisk w rejonach arktycznych. Rząd PRL wysłał statki by zbadały możliwości pozyskiwania białka z nowych źródeł, aby komitet centralny PZPR mógł zrealizować obietnice o wszelkiej szczęśliwości jaka jest tuż, tuż na wyciągnięcie ręki…

Był 22 grudnia 1975 roku, dwa trawlery: odrowski „Tazar” i należący do Morskiego Instytutu Rybackiego badawczy „Profesor Siedlecki” ruszyły na Ocean Antarktyczny.
Na „Tazarze” radiooficerem był Andrzej Bejm. Statki popłynęły w rejon Antarktydy, by sprawdzić możliwości połowowe oraz opracowane na Wydziale Rybactwa szczecińskiej AR metody technologicznego zabezpieczenia kryla, jako źródło wyczekiwanego przez polski proletariat białka.

Uchatki i pingwiny

Łączność wówczas była taka jaka była, czyli za pośrednictwem długofalowej radiostacji i stacji brzegowych, im dalej na południe tym trudniej a statków na oceanach czających się na okienka propagacyjne mnóstwo.
Andrzej kiedy już nawiązał łączność ze Szczecin Radio rozwijał swój talent bajarza, wykorzystując go do „uwodzenia” operatorek stacji brzegowej, by dawały Tazarowi pierwszeństwo w połączeniach.
Andrzej z poważną miną opowiadał jak to jak to podczas sesji ze Szczecin Radio wykrzykiwał zdumionym paniom w jakich warunkach jest właśnie statek, jakie to ogromne fale wokół się przewalają, że siedzi przypięty pasami do fotela.

-A one to łykały!- Andrzej zarzekał się tubalnym głosem- dawały mi pierwsze wejścia, bo za chwilę schowamy się w falach i w ogóle nic nie będzie słychać!
-A rozumiesz, najlepiej się bawiłem kiedy wrzeszczałem że uchatki i pingwiny wchodzą do radiostajni! Krzyczałem do mikrofonu, że uchatka włazi mi na kolana, że pingwiny, strasznie mi tu przeszkadzają! No to jedna poprosiła, czy bym nie mógł jej przywieźć takiego pingwinka! Rozumiesz? Przywieźć pingwina, z Antarktydy! Oczywiście obiecałem, jasne! Od tej pory to ona mnie wywoływała! Hahaha…!

Opowieści były nieprawdopodobne, jednak w czasie kiedy wyprawa była jeszcze w Antarktyce, spotkałem w pociągu koleżankę z ogólniaka, Krysię (imię zmienione), w szkole harcerkę, zawsze fascynowała się krótkofalarstwem, ładna ale słodko naiwna, okazało się że pracuje w Szczecin Radio jako operator. Zaciekawiło mnie to, zapytałem czy przypadkiem nie miała łączności Tazarem, bo tam mój brat był.
-No pewnie! Nawet zaprzyjaźniłam się z takim panem radiooficerem, panem Andrzejem! Obiecał mi przywieść pingwinka statkiem!

Tazar podczas wyprawy antarktycznej
Tazar podczas wyprawy antarktycznej, w tle bariera lodowa. Fot. Maciej Krzeptowski

Inna historia związana z Andrzejem i wyprawą krylową, ale już nie pamiętam kto mi to opowiadał, może Jurek Porębski, bo brał w tym udział a może sam Bejm.

Trójpierśna dama

Podczas słynnego zwiadu obydwa statki weszły do Monevideo. Oczywiście panowie odwiedzając się wzajemnie (Jurek był na Siedleckim) podczas wieczornych rozmów, przy degustacji różnych trunków prześcigali się swoją wiedzą o życiu towarzyskim w tym porcie. Naturalnie wyszła na tapetę Krótka, ulica wszelkich uciech z barem Marii na czele.

Kiedy już omówili trunki i ilości jakie tam wchłaniali, zalety i wady każdej z „dam do towarzystwa”, które tam można było spotkać Bejm, z całym spokojem stwierdził, że u Marii urzęduje kobieta o trzech piersiach. Naturalnie naukowa natura Porębskiego nie mogła przyjąć takiej wiadomości zbyt łatwo, niezależnie od czasu i stanów umysłów w jakich już owa rozmowa trwała.

Jurek oburzony odrzucił takowe stwierdzenie jako słynną bejmowa bujdę na resorach. Na co Andrzej się uniósł i zaproponował zakład, o butelkę „białego konia”. Koledzy ochoczo przyklasnęli i zakład stanął.

Świadkowie zakładu wraz z niedowiarkiem naukowcem mają się stawić u Marii następnego dnia o 16:00, a Andrzej zademonstruje potrójne wdzięki owej pani. Jeśli nie, to stawia konia.
Jako się rzekło, o 16:00 w progi słynnego lokalu „U Marii” zjawiło się czterech uczestników zakładu, Andrzeja jednak widać nie było.

W półmroku panującym w lokalu Pani Maria, szeroko uśmiechnięta, zaprosiła ich do pomieszczenia oddzielonego pluszową zasłoną od sali głównej. Tutaj mimo panującego półmroku, ze zdumieniem ujrzeli damę z pokaźnym biustem, która prezentowała go z wdziękiem i dumą. A miała z czego być dumna, zwłaszcza, że prezentowała biust potrójny! Okazałe piersi spoczywały na założonych pod nimi ramionach.

-O cholera! -wyrwało się któremuś ze świadków.
Dopiero po dłuższej chwili, kiedy oczy przywykły im do przyćmionego światła w salonie, dostrzegli, że z tym biustem coś nie tak, okazało się, że środkowa pierś dziwnie tu nie pasuje, z całym szacunkiem dla owej damy i do tego strasznie się trzęsie i podskakuje.

Okazało się się to łysa głowa duszącego się z tłumionego śmiechu Bejma, stanowiła ową trzecią pierś kurtyzany. Rechotom i rubasznym żartom nie było końca…
Takim to właśnie, skorym do żartów w każdej sytuacji był Andrzej Bejm.

W.S.
Zdjęcia pochodzą z książki Macieja Krzeptowskiego „Pół wieku i trzy oceany” i są jego autorstwa.

Zdjęcie w nagłówku przedstawia dowództwo „Tazara” w dniu rozpoczęcia historycznego rejsu antarktycznego. Drugi od lewej stoi Andrzej Bejm