Archiwa kategorii: Wojciecha Teksty

Na łowisku

Opowiadania o rejsach i życiu na statkach rybackich. Wszystkie opisane tu wydarzenia miały miejsce, czasami zmieniam nazwę statku lub imiona rybaków, tak aby uniemożliwić ich identyfikację, jeśli wymaga tego zwykła przyzwoitość. :-)

Prysznic – A woda się leejeee!

Woda

Burtowce były budowane na Morze Północne, toteż posiadały skromną dosyć autonomiczność, obliczaną na 45 dni. Jednym z ważniejszych ograniczeń czasu przebywaniu w morzu była niewielka pojemność zbiorników na wodę słodką.

Gopło zostało dostosowane do samodzielnego (bez wsparcia floty łącznikowców i baz)pływania na sporych obszarach Atlantyku i Pacyfiku. Inżynierowie wyposażyli go zatem w nowoczesne na owe czasy rozwiązanie do uzdatniania wody morskiej. Była to membranowa odsalarka, działająca na zasadzie odwróconej osmozy. Nie będę się tu rozpisywał o tym cudzie techniki, kto chce może poczytać o nim klikając na ten link.

Woda słodka uzyskiwana w ten sposób, pozbawiona była minerałów toteż nie nadawała się do spożycia, za to doskonale sprawdzała się pod prysznicem. Niestety wydajność naszej odsalarki nie była zbyt wielka, raptem kilkaset litrów na dobę, toteż woda słodka była na naszym Gopełku mimo wszystko racjonowana.

Bosman, niewysoki za to krępy i wiecznie roześmiany Zbynio codziennie rano sondował zbiorniki z wodą słodką podając na mostek stany, tam już Pierwszy ze swoimi tabelkami wpisywał otrzymane wielkości. Widać było jak bardzo przeżywał każdy centymetr mniej na bosmańskiej miarce. Woda to był jego ukochany konik.

Chwytał się różnych sposobów aby te wodę zaoszczędzić, po pierwsze zakazał codziennej kąpieli, kto chciał to mógł się pryskać w swojej umywalce, prysznic tylko raz w tygodniu. Kazał przykręcać maszynie zawory, by z kraników umywalkowych ciekła tylko, tylko…
Kiedy w tropikach, a statek łowił głównie w tropikach, chłopaki na przelocie robili na pokładzie basen z morską wodą, natychmiast ogłaszał ćwiczenia. A to alarm pożarowy a to szalupowy a to plastrowanie kadłuba itd. Oczywiście nie żałował nam kąpania się w słonej wodzie, ale przecież tę sól trzeba było spłukiwać słodką!

w morzu
fot:WS

Prysznic

Pierwszy, mężczyzna w sile wieku z pokaźnym brzuszkiem, byczym karczychem, pretensjami do postawy tzw. twardziela chyba nie zdawał sobie sprawy, że jest obiektem bezlitosnych żartów wśród załogi, nie zdawał do pewnego czasu…

Prysznic na B-20 jest umieszczony na tym samym pokładzie co mostek, obok kabiny Pierwszego, toteż za każdym razem, kiedy pod prysznicem lała się woda, słyszał to doskonale i już po minucie bębnił w metalowe drzwi kabiny.

-Zakręć tę wodę! Co za panienka do cholery tak się tam szoruje! Zamiast zamoczyć, zakręcić, namydlić i dopiero spłukać! Podstawowych rzeczy o życiu na statku muszę uczyć!

Zwykle bębnienie i wrzaski pierwszego przynosiły natychmiastowy skutek i woda przestawała się lać.

Jednak pewnego razu stało się inaczej. Akurat miałem wachtę na mostku, statek szedł spokojnie na kolejny waypoint pomiaru termokliny. Ktoś trzasnął drzwiami prysznica i… polała się woda, lała się i lała… Pierwszy spał po wachcie, jednak instynkt najwyraźniej go ostrzegł, że coś strasznego się dzieje z jego woda słodką. Jakiś barbarzyńca moczy dupę stanowczo za długo…!

No i zaczęło się! Walenie w drzwi, rozjuszony ryk a woda się leje, znowu walenie, znowu ryk, a woda się leje… Wyjrzałem na korytarz, Pierwszy czerwony, mało nie eksploduje, pod drzwiami kabiny jakieś kapcie a w prysznicu woda się leejeee… kiedy już minęło dobre pół godziny a z Pierwszego zeszła trochę para, przechodzący „właśnie” radzik spytał go do niechcenia

-Panie Pierwszy a próbował pan otworzyć? Może tam nikogo nie ma?

-Jak to nie ma, jak to nie ma!? Kapcie stoją! Woooda się lejeee!- ale tknięty strasznym podejrzeniem podsuniętym przez radzika złapał za klamkę, szarpnął i… drzwi stanęły otworem.

W środku kabina była pusta, za to z kranu do czerpania wody sanitarnej, waliła na gretingi słona woda!

Pierwszego mało apopleksja nie powaliła, zapowietrzył się, małe oczka i tak zwykle wytrzeszczone omal nie wypadły z oczodołów!

-Ja im qrwa pokaaażęęę! Zabawiać się moim kosztem! Co za sq..syn to zrobił! Ma przesrane do końca rejsu! Itd. idt… Aż Stary wystawił głowę z kabiny i zawołał go do siebie, nie wiadomo o czym tam rozprawiali, ale powietrze z Pierwszego najwyraźniej zeszło i udał się na spoczynek… Za to cała załoga miała ubaw po pachy jeszcze przez dwa rejsy. Co kto wspomniał o prysznicu to wszyscy wokół pękali ze śmiechu…

Uchatki , pingwiny i „trójpierśna” dama – czyli bejmowe krotochwile.

Tekst ten poświęcam pamięci Andrzeja Bejma, dobrego kolegi, świetnego radiooficera i niezrównanego bajarza.

Andrzej Bejm to była barwna postać, rosły mężczyzna z czarną, obfitą brodą w stylu Old Dutch, czyli okalającą dolną szczękę, bez wąsów, za to głowa choć okazała, to pozbawiona była w sporej części, żeby nie powiedzieć całkowicie, owłosienia. Miał także czarne, krzaczaste brwi i przenikliwe oczy, które wlepiał w rozmówcę z powagą opowiadając krotochwile…

Zachowywał się jowialnie i hałaśliwie a przy tym był dobrym serdecznym kolegą, słynącym z opowiadania ale i kreowania anegdot. Pracował jako radiooficer na statkach odrowskich, do momentu kiedy postanowił wyemigrować do Włoch i tam już został.

Wspominam o nim, bo z jego postacią wiąże się historia wyprawy tzw. krylowej. Była to pierwsza polska wyprawa zwiadowczo badawcza w poszukiwaniu nowych łowisk w rejonach arktycznych. Rząd PRL wysłał statki by zbadały możliwości pozyskiwania białka z nowych źródeł, aby komitet centralny PZPR mógł zrealizować obietnice o wszelkiej szczęśliwości jaka jest tuż, tuż na wyciągnięcie ręki…

Był 22 grudnia 1975 roku, dwa trawlery: odrowski „Tazar” i należący do Morskiego Instytutu Rybackiego badawczy „Profesor Siedlecki” ruszyły na Ocean Antarktyczny.
Na „Tazarze” radiooficerem był Andrzej Bejm. Statki popłynęły w rejon Antarktydy, by sprawdzić możliwości połowowe oraz opracowane na Wydziale Rybactwa szczecińskiej AR metody technologicznego zabezpieczenia kryla, jako źródło wyczekiwanego przez polski proletariat białka.

Uchatki i pingwiny

Łączność wówczas była taka jaka była, czyli za pośrednictwem długofalowej radiostacji i stacji brzegowych, im dalej na południe tym trudniej a statków na oceanach czających się na okienka propagacyjne mnóstwo.
Andrzej kiedy już nawiązał łączność ze Szczecin Radio rozwijał swój talent bajarza, wykorzystując go do „uwodzenia” operatorek stacji brzegowej, by dawały Tazarowi pierwszeństwo w połączeniach.
Andrzej z poważną miną opowiadał jak to jak to podczas sesji ze Szczecin Radio wykrzykiwał zdumionym paniom w jakich warunkach jest właśnie statek, jakie to ogromne fale wokół się przewalają, że siedzi przypięty pasami do fotela.

-A one to łykały!- Andrzej zarzekał się tubalnym głosem- dawały mi pierwsze wejścia, bo za chwilę schowamy się w falach i w ogóle nic nie będzie słychać!
-A rozumiesz, najlepiej się bawiłem kiedy wrzeszczałem że uchatki i pingwiny wchodzą do radiostajni! Krzyczałem do mikrofonu, że uchatka włazi mi na kolana, że pingwiny, strasznie mi tu przeszkadzają! No to jedna poprosiła, czy bym nie mógł jej przywieźć takiego pingwinka! Rozumiesz? Przywieźć pingwina, z Antarktydy! Oczywiście obiecałem, jasne! Od tej pory to ona mnie wywoływała! Hahaha…!

Opowieści były nieprawdopodobne, jednak w czasie kiedy wyprawa była jeszcze w Antarktyce, spotkałem w pociągu koleżankę z ogólniaka, Krysię (imię zmienione), w szkole harcerkę, zawsze fascynowała się krótkofalarstwem, ładna ale słodko naiwna, okazało się że pracuje w Szczecin Radio jako operator. Zaciekawiło mnie to, zapytałem czy przypadkiem nie miała łączności Tazarem, bo tam mój brat był.
-No pewnie! Nawet zaprzyjaźniłam się z takim panem radiooficerem, panem Andrzejem! Obiecał mi przywieść pingwinka statkiem!

Tazar podczas wyprawy antarktycznej
Tazar podczas wyprawy antarktycznej, w tle bariera lodowa. Fot. Maciej Krzeptowski

Inna historia związana z Andrzejem i wyprawą krylową, ale już nie pamiętam kto mi to opowiadał, może Jurek Porębski, bo brał w tym udział a może sam Bejm.

Trójpierśna dama

Podczas słynnego zwiadu obydwa statki weszły do Monevideo. Oczywiście panowie odwiedzając się wzajemnie (Jurek był na Siedleckim) podczas wieczornych rozmów, przy degustacji różnych trunków prześcigali się swoją wiedzą o życiu towarzyskim w tym porcie. Naturalnie wyszła na tapetę Krótka, ulica wszelkich uciech z barem Marii na czele.

Kiedy już omówili trunki i ilości jakie tam wchłaniali, zalety i wady każdej z „dam do towarzystwa”, które tam można było spotkać Bejm, z całym spokojem stwierdził, że u Marii urzęduje kobieta o trzech piersiach. Naturalnie naukowa natura Porębskiego nie mogła przyjąć takiej wiadomości zbyt łatwo, niezależnie od czasu i stanów umysłów w jakich już owa rozmowa trwała.

Jurek oburzony odrzucił takowe stwierdzenie jako słynną bejmowa bujdę na resorach. Na co Andrzej się uniósł i zaproponował zakład, o butelkę „białego konia”. Koledzy ochoczo przyklasnęli i zakład stanął.

Świadkowie zakładu wraz z niedowiarkiem naukowcem mają się stawić u Marii następnego dnia o 16:00, a Andrzej zademonstruje potrójne wdzięki owej pani. Jeśli nie, to stawia konia.
Jako się rzekło, o 16:00 w progi słynnego lokalu „U Marii” zjawiło się czterech uczestników zakładu, Andrzeja jednak widać nie było.

W półmroku panującym w lokalu Pani Maria, szeroko uśmiechnięta, zaprosiła ich do pomieszczenia oddzielonego pluszową zasłoną od sali głównej. Tutaj mimo panującego półmroku, ze zdumieniem ujrzeli damę z pokaźnym biustem, która prezentowała go z wdziękiem i dumą. A miała z czego być dumna, zwłaszcza, że prezentowała biust potrójny! Okazałe piersi spoczywały na założonych pod nimi ramionach.

-O cholera! -wyrwało się któremuś ze świadków.
Dopiero po dłuższej chwili, kiedy oczy przywykły im do przyćmionego światła w salonie, dostrzegli, że z tym biustem coś nie tak, okazało się, że środkowa pierś dziwnie tu nie pasuje, z całym szacunkiem dla owej damy i do tego strasznie się trzęsie i podskakuje.

Okazało się się to łysa głowa duszącego się z tłumionego śmiechu Bejma, stanowiła ową trzecią pierś kurtyzany. Rechotom i rubasznym żartom nie było końca…
Takim to właśnie, skorym do żartów w każdej sytuacji był Andrzej Bejm.

W.S.
Zdjęcia pochodzą z książki Macieja Krzeptowskiego „Pół wieku i trzy oceany” i są jego autorstwa.

Zdjęcie w nagłówku przedstawia dowództwo „Tazara” w dniu rozpoczęcia historycznego rejsu antarktycznego. Drugi od lewej stoi Andrzej Bejm

Szczecin Radio…Szczecin Radio…! czyli o rozmowach z domem.

Chyba każdy, kto spędził trochę czasu na statkach zgodzi się ze mną, że na morzu dla marynarza są trzy miejsca najważniejsze, koja, kuchnia i radiokabina. Choć przy dostępie do satelitarnego internetu, to trzecie miejsce trochę traci na znaczeniu.

Kiedyś jednak, w czasach przedinternetowych było to z pewnością miejsce jedno z najważniejszych, a dobry radiooficer cieszył się niezwykłym poważaniem. Musiał być dobry, żeby po pierwsze umiejętnie dostroić sprzęt do fali stacji brzegowych a później jeszcze wepchnąć się w kolejkę statków oczekujących na połączenie 🙂

Każdy doświadczony rybak czy marynarz pierwsze przyjaźnie zawierał właśnie z radiooficerem i kucharzem, jeśli z nimi wszystko dobrze się układało, można było spokojnie na statku pracować 🙂 O kuchennych historiach opowiem później, teraz czas na „drucikowe” sprawy.

Radio wiedział o wszystkim na statku jako jeden z pierwszych, zwłaszcza o imieninach, urodzinach, radosnych i mniej radosnych wydarzeniach w domach. Zwykle byli to ludzie na poziomie, umieli dochować tajemnicy, tak że plotki z radiokabiny zwykle nie rozchodziły się, ale bywało inaczej.

Mieliśmy kiedyś takiego radzika, który zwykle „wpadał” do kabiny któregoś z załogantów akurat w chwili kiedy wznoszono jakiś toast urodzinowy czy imieninowy. Trafiał bezbłędnie nawet, gdy nie miał telegramu z życzeniami do doręczenia, najwyraźniej posiadał szósty zmysł 😉 Dzięki temu przez większość rejsu bywał lekko wstawiony.

Z połączeniami z domem nie było łatwo, fale radiowe w tajemniczy sposób to się ujawniały niosąc ze sobą wołanie Szczecin Radio… Szczecin Radio… to odpływały w niebyt. Podczas lepszej tzw. propagacji, kiedy można było z szumów i trzasków w eterze wyłowić te jakże dla nas piękne słowa, każdy kto mógł gromadził się wokół kabiny zamawiając połączenie z domem. Czekając na kolej swojego statku, bo wszyscy na łowisku czatowali na połączenie, można było przysłuchiwać się rozmowom kolegów z innych trawlerów.

Zwykle dziwne to były gadki, pewnie spowodowane świadomością, że cała flota przysłuchuje się tej jakże intymnej wymianie zdań ze stęsknioną żoną czy dziećmi. Dziwne z POZORU, bo w każdym zdaniu o domu słychać było tęsknotę, choć oczywiście twarde chłopy, w życiu by się nie przyznali do takich uczuć! 😉 Stąd rozmowy o płocie, wyklepanym błotniku czy innych, niby mało ważnych sprawach.

Rozmowy odbywały się w tak zwanym monopleksie, czyli mówiła tylko jedna strona, rzecz dla ludzi z lądu, przyzwyczajonych do normalnych, telefonicznych rozmów trudna do zrozumienia. Dlatego dochodziło do nieporozumień i zabawnych sytuacji.

Pamiętam jak kolega rozmawiał z żoną przez kilkanaście minut o różnych domowych sprawach, kiedy jednak doszedł do pytania o stłuczkę samochodową, spotkał się z niebotycznym zdziwieniem rozmówczyni. Okazało się, że rozmawiał z kimś zupełnie obcym.

Bywało, że dobra propagacja pojawiała się o dziwnych porach, czasami w nocy, czasami nad ranem, czasami pora dla nas normalna, a w domu był środek nocy, wynikało to z różnicy stref czasowych.

 

ocean szalał
ocean szalał

Pamiętam historię, w jakiej sam brałem udział. Pracowałem wówczas na Otolu, na południowym Pacyfiku. Różnica wynikająca ze stref czasowych wynosiła ok. 7 godzin, czyli kiedy u nas (na statku) była 10. w dzień to w kraju była 2. w nocy.

Wiało mocno, jak to na „ryczących pięćdziesiątkach” ocean szalał, więc statek sztormował. Dobry czas na porozmawianie z domem, propagacja „przyszła” około 9-10. Stałem w kolejce z kolegami pod radio kabiną, różne statki przebijały się w eterze chcąc złapać kontakt z Szczecin Radio. Koledzy po kolei wchodzili do kabiny i wychodzili szczęśliwi i uśmiechnięci. W końcu przyszła moja kolej. Podałem numer domowego telefonu , radzik przekazał to stacji brzegowej i po chwili słyszę:

-Otol, Otol, Szczecin Radio woła, Międzyzdroje na linii, proszę prowadzić rozmowę! No to zaczynam:

-Międzyzdroje, Międzyzdroje tu Wojtek z Otola! Jak mnie słychać odbiór!

Ale tu nic nie słychać, co jest! Poprzednicy mówili że świetnie się rozmawia. Po chwili słyszymy:

-Otol! Otol! Szczecin Radio! Proszę spróbować jeszcze raz, bo nie możemy się pani dobudzić, tutaj mamy środek nocy!

No to ja jeszcze raz:

-Międzyzdroje, Międzyzdroje tu Wojtek z Otola! Jak mnie słychać odbiór!

I…cisza, jedynie trzaski i szumy fali nośnej, co jest grane!

-Otol! Otol! Szczecin Radio! Pani jest zaspana mocno, nie kojarzy o co chodzi, chwilę cierpliwości proszę!

-Ok!, OK! Szczecin Radio!

Po chwili

-Otol! Otol! Szczecin Radio! Proszę mówić!

-Międzyzdroje, Międzyzdroje tu Wojtek z Otola! Jak mnie słychać odbiór!

No i historia się powtarza, tylko trzaski…oczywiście zacząłem się denerwować z lekka, bo co też się w tym domu wyrabia, zamiast radosnego powitania milczenie, że też ja muszę mieć takiego pecha! Cholera jasna!

Nagle słyszę i to całkiem dobrze

-Otol! Otol! Szczecin Radio! Może pan podać jeszcze raz numer telefonu, bo pani mówi że nikogo na waszym statku nie zna!

No i okazało się, że podałem numer telefon ze zmienioną jedną cyfrą. Jednym słowem wyrwałem z łóżka nieznajomą panią, obok której być może spał mąż i postawiłem ją w dwuznacznej sytuacji. Cała historia stała się dowcipną anegdotą, rozwijaną w najróżniejszy sposób podczas tego rejsu, jednak do dzisiaj mam wyrzuty sumienia, kiedy pomyślę jak ta pani mogła się niezręcznie poczuć.

W tym miejscu chciałbym serdecznie tę panią przeprosić. Może jakimś cudem do Niej to dotrze. 🙂

W.S.

Cło – czyli celnik też człowiek, potrzebuje się wyspać.

 

W pewnej chwili do naszej stłoczonej gromadki podchodzi potężnej budowy celniczka o zaspanej, naburmuszonej twarzy. -Oooo-myślę sobie- zaczyna się!

Zwiad na Pacyfiku miał trwać 18 miesięcy, rzecz jasna z dwukrotną wymianą załogi drogą lotniczą. Nasza ekipa była jakby na stałe związana ze statkiem, jeszcze od remontu przystosowawczego w stoczni Szczecińskiej, poprzez zwiad na północnym Atlantyku. Toteż to my poprowadziliśmy statek na Pacyfik przez Kanał Panamski i po pięciu miesiącach połowów zostaliśmy podmienieni drogą lotniczą w Vancouver.

Z tym powrotem wiąże się śmieszna historyjka z rodzaju „pogaduszek celnych”. Otóż lądujemy po blisko dobie lotu w Warszawie, w nocy, obładowani do granic wytrzymałości różnym dobrem (bosman np. przywiózł ze sobą komplet opon do auta!), każdy zestresowany, bo wiadomo Warszawa to nie Goleniów, zaraz nam zaczną trzepać d… Głęboki środek nocy, na lotnisku ludzi jakby niewiele, celnicy jacyś tacy nieobecni duchem, ale mimo wszystko zachowujemy czujność.

W pewnej chwili do naszej stłoczonej gromadki podchodzi potężnej budowy celniczka o zaspanej , naburmuszonej twarzy.

-Oooo-myślę sobie- zaczyna się!

-Panowie to co są? Skąd i dokąd?- pyta obcesowo wysokim, ostrym jak brzytwa altem.

-My jesteśmy rybakami, wracamy z wymiany załogi w Vancouver…

-Aha, to wy, no dobrze- obrzuciła taksującym wzrokiem piętrzące się wokół wory, kartony, paczki- Taaa, panowie nie macie nic do oclenia?

-No właściwie- odpowiadam trochę zdezorientowany, bo co to za gadka, przecież widzi, ta jednak nie daje mi dokończyć…

-No przecież widzę! Panowie NIE MACIE NIC do oclenia! -I na całe gardło, do wszystkich, dobitnie

-Proszę przechodzić, panowie nie macie NIC do oclenia, szybko, szybko, tędy, tędy bo tamujecie tu ruch!

Chłopaki zbaranieli, nie mniej niż ja, po chwili jednak dotarło do nas, że kobita po prostu chce się wyspać, a taka banda golców, to dla niej żadna gratka, bo co, będzie clić stare opony? Szybko wykorzystując okazję wypadliśmy, taszcząc swoje „skarby” przed lotnisko, gdzie oczekiwały już autokary. Przed nami była jeszcze niekończąca się podróż do Świnoujścia, w sumie trwała dłużej niż przelot nad Atlantykiem, ale co tam, byliśmy już w DOMU.

W.S.

„Pod przykrywką” czyli udawanie głupiego…

..Stanęło na tym, że mieliśmy oszukiwać władze portowe…

„Gopło” zostało wysłane na Pacyfik w celu sprawdzenia możliwości połowowych pławnic. Narzędzia te od pewnego czasu stosowane były przez Japończyków na otwartym oceanie do połowu tuńczyków i kalmarów.

Za ich stosowaniem przemawiało kilka istotnych argumentów: stosunkowo niskie koszty połowów, tak jeśli chodzi o eksploatację statku, jak ceny narzędzi połowowych ( w stosunku do trału pelagicznego), duży obszar penetracji otwartego oceanu ( a więc poza strefami ekonomicznymi państw nadbrzeżnych) i niskie nakłady paliwowe na same połowy. Połowy pławnicowe pochłaniają znikomy ułamek energii, koniecznej do przetrałowania włokiem pelagicznym tego samego obszaru oceanu.

Praca przy naprawianiu sieci

Przeciwko jednak przemawiał fakt wpadania w sieci ptaków i ssaków morskich. Oczywiście dla naszego armatora nie stanowiło to problemu, kto by tam przejmował się jakimiś fokami czy mewami. Jednak Kanada i USA, pod naciskiem organizacji ekologicznych nie wpuszczały do swoich portów statków łowiących pławnicami, u nich obowiązywał zakaz stosowania tego rodzaju sieci. Spore floty japońskich pławnicowców nie miały wstępu do portów na północno-wschodnim wybrzeżu Pacyfiku.

Dla nas stanowiło to pewien kłopot, ponieważ Vancouver był dla naszej północnopacyficznej floty portem bazowym, więc i my mieliśmy z niego korzystać. Stanęło na tym, że mieliśmy oszukiwać władze portowe, przed wejściem do portu sieci i wciągarki wędrowały do ładowni, natomiast na burty montowaliśmy windy kalmarowe, udając w porcie statek jiggersowy.

Zdawało to egzamin przez półtora roku pobytu statku na zwiadzie pacyficznym. My udawaliśmy, że jesteśmy statkiem jiggersowym, a Kanadyjczycy, że w to wierzą. W końcu nasza flota była niezłym kontrahentem dla zaplecza portowego Vancouver, toteż starali się nie czepiać nas za bardzo.

Jeśli chodzi o faktyczne przypadki wpadania w sieci ptaków i uchatek, to nie ma co udawać, były, ale same ptaki: petrele, albatrosy, burzyki, nawałniki i inne. Dbaliśmy jednak o to by jeśli były żywe (a najczęściej były, bo zaplątywały się przy górnej krawędzi sieci, na powierzchni) uwolnić je ostrożnie i wypuścić na wolność.

Te które były osłabione lub przemoczone, miały „kwaterę” na dziobie gdzie nabierały sił przed uwolnieniem. Dokarmialiśmy je tam, doglądaliśmy, by kiedy nabrały sił, a pióra odzyskały połysk, wypuścić je na ocean. Bywało, że na pokładzie pod bakiem kilkanaście petreli czy albatrosów darło się i dreptało rozglądając się za jedzeniem.

Maluchy w rodzaju burzyków czy nawałników trzymaliśmy w kabinach, w jakimś kartonie, one również w pewnym momencie wzlatywały w niebo…

Któregoś pięknego, słonecznego dnia, kiedy wybieraliśmy pławnice w odległości jakiś 500 mil od Filipin na niebie pojawił się potężny czterosilnikowy samolot amerykańskiego Coast Guard’u. Nadleciał od rufy na niskim pułapie, w otwartym włazie jeden z pilotów celował w nas aparatem z długim teleobiektywem. Widziałem go wyraźnie, ponieważ gdy zawrócił by wykonać kolejny przelot, miałem już w rękach swojego ricocha z podpiętą dwusetką i „w ramach rewanżu”, także zrobiłem im kilka fotek. Samolot wykonał w sumie trzy przeloty wszystko dokładnie fotografując.

Kapitan miał wyjątkowo kwaśną minę. „Nalot” był przyłapaniem nas na diablo gorącym uczynku. Sieci były w wodzie, statek w trakcie wybierania, a część z nich elegancko prezentowała się na pokładzie.

Jak się wkrótce okazało, do Kanady mieliśmy już wstęp zamknięty. Pod naciskiem Amerykanów, Vancouver zatrząsnął przed nami gościnne wrota. Szczęściem był to koniec rejsu. Tak się złożyło, że właśnie baza m/s Pomorze szła na północ z zaopatrzeniem dla naszej floty. W biegu pobraliśmy od nich wodę, paliwo i prowiant na powrót do domu i ruszyliśmy na południe, do Kanału Panamskiego.

fot, tekst W.S.

Dar Bielska- czyli jak to między rybakami i żeglarzami bywało

 

..Wówczas to po raz pierwszy wśród trzasków i pisków dobiegających z głośnika radiostacji wyłowiliśmy wołanie -polski jacht Dar Bielska…!, polski jacht Dar Bielska…!

O jachcie „Dar Bielska” usłyszeliśmy na północnym Atlantyku. Nasz trawler „Gopło” wychodził wówczas w rejs zwiadowczy na Północny Atlantyk. Właśnie po wyjściu z Kanału La Manche (czy też z Angielskiego, jak wolą wyspiarze) uciekaliśmy przed gwałtownym sztormem idącym z Zatoki Biskajskiej. Sztorm był tak silny, że duże jednostki handlowe przerywały rejs chroniąc się do portów, bądź za osłonę wysp w Kanale.

Sztormowa żegluga czasem bywa dziwna

Nasz kapitan postanowił nie czekać, tylko popłynąć wzdłuż zachodniego brzegu Wysp Brytyjskich na północ, mijając szerokim łukiem wody zatoki. Nie uchroniło to nas przed sztormem, ale w naszym rejonie nie był już tak gwałtowny jak „niżej”. Fala była tu długa, a wiatr silny ale w miarę stały. Jednym słowem dało się żyć. Tylko raz, tuż nad ranem przez statek przewalił się „dziad” zalewając przez uchylone nawiewniki kabiny na „manhattanie” (najniższy pokład zamieszkany przez marynarzy, leżący poniżej linii wodnej).

Wydarzenie to „na gorąco” skomentował „sztormową bossanową” Jurek Porębski, znany szantymen, który z ramienia MIRu brał udział w tym rejsie. Ale to temat na osobne opowiadanie(Tu także wspominam o tym wydarzeniu).

Piekło na „biskajach” dopadło wiele jednostek. Nasłuchiwaliśmy uważnie komunikatów tych, którym nie udało się uciec przed sztormem. Dobiegały nas dramatyczne wiadomości o zgubionym ładunku kontenerów z pokładu jakiegoś frachtowca, o zmytych szalupach, o niebezpiecznym przechyle, o podjętej akcji ratowniczej przez Francuzów… Wówczas to po raz pierwszy wśród trzasków i pisków dobiegających z głośnika radiostacji wyłowiliśmy wołanie – „polski jacht Dar Bielska…!, polski jacht Dar Bielska…!”… wołanie nikło w trzaskach, pojawiały się urywane fragmenty, z których wynikało, że rozmawiają z jakimś statkiem stojącym w Kanale, że mają kłopoty, ale trzymają się.

Następnego ranka sztorm stracił na sile, a radio przyniósł na mostek uspokajające wieści. Okazało się, że jacht jest w drodze na Karaiby, w sztormie stracili jeden z masztów i idą do Vigo na remont. Odetchnęliśmy z ulgą, trudno o gorsze uczucie jak bezsilność wobec cudzego nieszczęścia, zwłaszcza na morzu, a my setki mil na północ w razie czego niewiele moglibyśmy zrobić.

Polaków spotkania na Wyspach Kanaryjskich

Po jakimś miesiącu połowów zawinęliśmy po świeży prowiant i wodę do Las Palmas na Teneryfie. Zacumowaliśmy tuż za potężną rosyjską bazą przetwórnią rybacką, przy kei Generalissimusa Franco. Okazało się, że w basenie jachtowym stoi Dar Bielska właśnie.

Już wieczorem, po przyjściu z pierwszego, gorączkowego wypadu „na miasto” mieliśmy gości z jachtu. Sympatyczne chłopaki. Oczywiście zainstalowaliśmy się w salonie chiefa, wjechały napoje i pokarmy w stylu „czym chata bogata”, no i potoczyły się opowieści… Jacht, jak już wiedzieliśmy miał poważne kłopoty w Zatoce Biskajskiej, sztorm zdrowo ich poturbował, potem leczyli rany w Vigo, no i teraz wylądowali przed skokiem przez Atlantyk w Las Palmas.

W czasie sztormowania zużyli prawie całe paliwo, toteż rozglądają się za jakąś „okazją”, by podreperować zapasy. Paliwo załatwili u „Ruskich”, ale nie mają beczek, więc … oczywiście beczki zostały przyklepane i sprawa odłożona „na jutro”… Fakt, na tym etapie „dyskusji”, która szybko przerodziła się w biesiadę, trudno byłoby o jakiś składny fizyczny wysiłek. Tak więc popłynęły opowieści, wspominki, śpiewanie przy Jurkowej gitarze…

Następnego dnia spotkaliśmy się na kei, motorzyści wystawili na nabrzeże kilka 300 litrowych bek po oleju, które podtaczaliśmy pod niebotyczne burty przetwórni. Tutaj rosyjscy matrosi napełniali je paliwem. Następnie przetaczaliśmy je z powrotem pod nasz statek. Praca poszła szybko i sprawnie, ale dopiero teraz zaczęły się schody, no bo jak te beki dostarczyć na stojący w drugim końcu portu jacht?

Problem do rozwiązania

Oczywiście odbyliśmy u chiefa kolejna „naradę”. Oficjalnie nie można było przewieźć ich jakimś pojazdem, bo służby celne natychmiast by nałożyły opłaty celne, jeśli nie postawiono by zarzutu jakiegoś przekrętu granicznego… Rada w radę jak to drzewiej mówiono uzgodniliśmy, że jacht w nocy, koło czwartej podpłynie cichaczem pod nasza burtę, przerzucimy im te beczki naszym baumem ładunkowym i sprawa będzie załatwiona. Dalsza część dnia upłynęła na.. hmm… rozmowach, wymianach poglądów, wspominkach i takich tam jak to zwykle kiedy spotykają się ludzie morza…

ekipa mechaniczna z Jurkiem Porębskim "omawiająca" problem dostarczenia paliwa...
ekipa mechaniczna z Jurkiem Porębskim „omawiająca” problem dostarczenia paliwa…

Wieczorem żeglarze mocno odczuwając nierówności nabrzeża i „jakąś jego niestabilność”, balansując dzielnie ciałem podążyli w kierunku swojej jednostki. Po jakiejś godzinie radio na mostku zaskrzeczało, to chłopcy potwierdzili dość urywanym głosem bezpieczne dotarcie na macierzysty pokład. Od czwartej mimo zdecydowanej niechęci do jakiegokolwiek wysiłku, co było skutkiem owej „narady”, nasłuchiwałem przy radiu wołania z Daru… Na próżno, wobec tego sam próbowałem ich wywołać, daremnie. Trochę mnie to zdziwiło, ale cóż, w końcu żeglarze to „dość duże dziewczynki”, wiedzą co robią.

Nasz statek uzupełnił już zapasy prowiantu, wody i paliwa, toteż wieczorem zbieraliśmy się do wyjścia w morze. Przed południem zjawiła się ekipa z „Daru”, przepraszając za wystawienie nas do wiatru, ponoć kłopoty ze sprzętem itd… No cóż, trudno, ale co z tym cholernym paliwem? Może przeładujemy je w morzu, poza strefą? Ale jak? Przecież łódka rozbije się o nasze burty przy fali, dużych odbijaczy nie mamy, a o spuszczaniu szalupy nie ma mowy, nie w takim celu, ponton z kolei za mały…

Po kolejnych butelkach żywca, nasi mechanicy wyliczyli, że paliwo jest o tyle lżejsze od morskiej wody, że nawet w stalowych beczkach będzie się unosić na powierzchni. No skoro tak, to rozwiązanie okazało się proste. Postanowiliśmy wrzucić powiązane liną beki do wody, a żeglarze powinni je sobie wciągnąć na pokład. Marynarze powiązali beczki linami, dołożyłem do tego duże białe foliowe worki żeby pełniły rolę bojek orientacyjnych, przygotowałem im też kilka butelek dobrze schłodzonego piwa, trochę zamrożonych kalmarów i lodu do napojów, czyli rzeczy które bardzo im u nas się spodobały…

Umówiliśmy się, że wyjdą z portu przed nami, tak byśmy mogli ich dogonić poza wodami terytorialnymi Hiszpanii tuż przed zmrokiem. Jeszcze ostatnie wyjście do miasta, spacer cudowną plażą, ostatnie spojrzenie na urokliwe miejscowe piękności i powrót szybkim krokiem na statek… W połowie horrendalnie długiej kei Franco dopadło nas buczenie statkowej syreny ponaglające maruderów do powrotu. Na pokładzie trwała już portowa krzątanina przed oddaniem cum.

Znowu w morzu

W główkach portu pojawił się wychodzący na silniku dwumasztowy jacht z powiewająca na rufie polską banderą. A więc tym razem dotrzymali słowa, no tak, nie mieli wyjścia… U nas trwała odprawa celna, po wyjściu urzędników oddaliśmy cumy, statek zgrabnie odskoczył dziobem od kei (ach ten ster strumieniowy!), ciasną rundką w basenie wykręciliśmy na wyjście i powoli podążyliśmy śladem „Daru”. Matrosy z rosyjskiej bazy pomachali nam na pożegnanie, co zostało przyjęte przez chłopców z entuzjazmem, pierwszy odwdzięczył się im syreną, co z kolei tam wzbudziło niemałe ożywienie… Jakoś niezależnie od konfiguracji politycznych w naszych krajach, w morzu „te” sprawy nie miały nigdy (poza małymi wyjątkami) znaczenia…

w morzu
fot:WS

Powoli przepiękna wulkaniczna wyspa zostawała za nami, żegnając nas zapalającymi się tu i ówdzie światełkami ulicznych lamp i okien nadbrzeżnych domostw. Atlantycka, niezbyt wysoka fala lekko kołysała statek, w naszej ocenie nie powinna specjalnie utrudnić czekającej „operacji”. Tymczasem wypatrywaliśmy zaprzyjaźnionego jachtu, który już zdążył się oddalić całkiem spory kawałek. Na mostku zlokalizowali go na ekranie radaru, potem dostrzegliśmy kiwające się na horyzoncie maszty.

Tymczasem na pokładzie marynarze oplatali beki liną, wiążąc je w taki sposób, by dały się kolejno wciągnąć na jacht. Zapadał zmierzch, należało się spieszyć, by chłopcy nie musieli wykonywać tej dość niezwykłej roboty po ciemku. Gopło, ponaglony dzwonkiem telegrafu maszynowego wyraźnie przyspieszył i po kilkunastu minutach mieliśmy jacht na trawersie prawej burty w odległości jakiś kilkuset metrów. Wyprzedziliśmy ich jeszcze trochę, by mogli bez specjalnego manewrowania podejść do ładunku i beki poszły do wody.

Pomysł z workami wypełnionymi powietrzem okazał się przedni, bo beczki ledwo ledwo wystawały nad wodę, ale zgodnie z wyliczeniami „inżynierów” nie tonęły. Uff, co za ulga, w końcu tak na prawdę nie było wiadomo jak się zachowają w morzu. Za to białe duże wory, trochę dociążone prezentami dla żeglarzy były dobrze widoczne, znakomicie oznaczając pozycję ładunku. Odpłynęliśmy z miejsca zrzutu ustępując jachtowi, który po chwili pojawił się przy beczkach.

Żeglarze trochę się nagimnastykowali wciągając upiornie ciężkie beki na swój pokład. Jednak dali radę, kilku zeszło do wody, używali jakiś przemyślnych metod wciągania ładunku, przy czym mądre olinowanie ponoć bardzo im pomogło… Podziękowaniom przez radio nie było końca, bardzo ucieszyli się z mojej niespodzianki… A my cóż, maszyna „cała na przód!”, ruszyliśmy w kierunku wyznaczonych pozycji połowowych, zostawiając w ciemnościach smukły jachcik i jego dzielną załogę, spokojni, że wszystko dobrze się skończyło.

Epilog:

S/y Dar Bielska został utracony dnia 13.07.1995 r na redzie Mombasy, okoliczności zdarzenia wyjaśnia przytoczony w całości poniżej dokument.

„Prezes Bielskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego Norbert Szymala

UTRATA S/Y DAR BIELSKA PZ 1201 DNIA 13.07.1995 r NA REDZIE MOMBASY

Jacht „Dar Bielska”, stalowy kecz 100m2 żagla typu Rigel, został zbudowany systemem gospodarczym w Bielskim OZZ w latach 1978-1980. Jacht miął 16,10 m długości, 4,40 m szerokości i faktyczną wyporność ok. 35 ton. Konstrukcja całkowicie spawana z dwoma stalowymi grodziami dziobową i rufową, maszty stalowe spawane, nadbudówka hydronaliczna, pokład teak, wnętrze dąb i mahoń, 11 koi w 4 odrębnych kabinach. Silnik SW 266 Andrychowski Leyland o mocy ok. 50 KM. W swojej karierze jacht odbył dwie wyprawy ma Morze Karaibskie, dwa razy na Ocean Indyjski, opłynął Afrykę, brał udział w szeregu Op. Sail, w tym Columbus 92. Nie miał nigdy większych awarii ani wypadków, jedyne tragiczne zdarzenie to zamordowanie na jego pokładzie w porcie Recife w 1992 r. I oficera Adama Banaszka przez bandytów i postrzelenie kpt. Leszka Zaka. W sumie jacht przepłynął ok. 200000 Mm w trakcie 16 sezonów. W swój, jak się później okazało, ostatni rejs „Dar Bielska” wyszedł po remoncie bieżącym i doposażeniu z Trzebieży, gdzie stacjonował od lat, w połowie maja 1994 r. Planowana trasa zakładała opłynięcie Europy, przejście przez kanał Sueski, Morze Czerwone na wschodnie wybrzeże Afryki, pobyt na Oceanie Indyjskim i powrót do Polski przez Amerykę płd. i środkową, jesienią 1996 r. Założenia rejsowe realizowane były bez problemów ze zmieniającymi się załogami na Morzu Śródziemnym po 8 rejsach. W grudniu 1994 r. jacht przeszedł na Morze Czerwone, gdzie w porcie Hurgada przeprowadziliśmy przegląd silnika i urządzeń, po czym z kpt. Jerzym Sroką, jacht przeszedł Morze Czerwone, zawijając do Jemenu, Erytrei i Dzibuti, skąd chcąc ustrzec się piratów, dookoła Sokotry wyszedł daleko w Ocean Indyjski; aby w dużej odległości od brzegu Somali podejść prosto do portu Mombasa w Kenii. Port w Mombasie został wybrany na bazę jachtu z powodu dogodnej komunikacji lotniczej, jak również faktu zamieszkania w Mombasie naszego kolegi Klubowego oraz znajomość portu z poprzednich rejsów. Kolejne 4 rejsy z Mombasy przeprowadzone byty zgodnie z planem, pływano do Dar es Salaam na Zanzibar i innych portów Kenii i Tanzanii. W międzyczasie dokonano na pływie czyszczenie i malowanie jachtu wraz z jego częścią podwodną, wykonując równocześnie przegląd silnika i mechanizmów. Po zejściu z powodów zdrowotnych kpt. Tadeusza Rogowskiego końcem czerwca 1995 r. dowództwo objął kol. Marcin Roszczyna wraz z 7-mio osobową załogą. Ponieważ występowały problemy z przegrzaniem się silnika i wibracja wałów przy obrotach pow. 900, załoga prowadziła szereg prac i prób silnikowych, w międzyczasie spędzając część czasu na wyjazdach w głąb lądu. Jacht cały czas stał na kotwicowisku Yacht Club Mombasa, który stwarzał doskonale warunki bytowe dla żeglarzy. Załoga miała stałą pomoc ze strony kol. Adama Ledwonia, mieszkającego w Mombasie, jak i kpt. Tomasza Polakowskiego, dowodzącego holownikiem ratowniczym „Bison II” w porcie Mombasa. Dnia 12.07.1995 r. jacht wyszedł wieczorem, aby uniknąć dziennych upałów, na próby silnika ok. godz. 3.00. Już 13.07 kol. MB, pełniący obowiązki kapitana jachtu, w trakcie pracy na mapie stwierdził intensywny zapach spalin w nawigacyjnej. Wydał natychmiastowe polecenie odstawienia silnika, poczym wraz z wachtą przystąpił do oględzin silnika i maszynowni. Oględziny te nie przyniosły ustalenia przyczyny wydzielania się spalin do wnętrza jachtu. Około godz. 4.00 spostrzeżono przez luk nad kingstonem błyski otwartego ognia na szocie pomiędzy kingstonem a mesą załogową. Dowódca jachtu ogłosił alarm pożarowy, jednocześnie zalał pomieszczenie kingstonu gaśnicą śniegową, natomiast jeden z członków załogi użył gaśnicę od strony mesy. Zabiegi te dały krótkotrwałe przytłumienie ognia ,jednak go nie ugasiły. Całe wnętrze jachtu wybudowane było boazerią mahoniową. W przestrzeni pomiędzy burtami i pokładem a boazerią był styropian, który okazał się nie do ugaszenia, ponadto wydzielał w trakcie spalania ogromne ilości dymu, uniemożliwiając wejście na pokład. Szybkie rozprzestrzenianie się ognia i dymu odcięło możliwość dostępu do pozostałych 4 gaśnic w kingstonie, maszynowni i mesie załogowej. Załoga rozpoczęła czerpanie wody zaburtowej wiadrami i zalewanie źródła ognia, jednak wobec ograniczonego dostępu do wnętrza, nie dało to żadnego skutku. Niezależnie od gaszenia pożaru na polecenie kapitana usunięto z kambuza butle z gazem, po czym wyrzucono je za burtę razem z agregatem prądotwórczym i benzyną do niego oraz innymi łatwopalnymi przedmiotami z pokładu. Nie udało się wyrzucić za burtę nieużytych środków pirotechnicznych lecz w trakcie pożaru nie stwierdzono ich wybuchu. W trakcie gaszenia pożaru nawiązano łączność na 16 kanale z Kapitanatem portu w Mombasie, lecz po przyjęciu meldunku Kapitanat bez potwierdzenia wyłączył się nie rozpoczynając żadnej akcji ratunkowej. Samoczynnie natomiast podjął akcję kpt. Tomasz Polakowski, dowódca holownika ratowniczego „Bizon II”. Niestety był on bez załogi, co opóźniło jego wyjście na pomoc, gdyż załogę trzeba było ściągnąć z miasta. Widząc bezskuteczność gaszenia pożaru mimo uszczelnienia otworów pokładu kocami i materacami z pomieszczeń rufowych celem odcięcia dopływu tlenu i wyczerpaniem innych możliwości gaśniczych, załoga ok. 0500 zrzuciła bączka i obie tratwy ratunkowe, które otworzyły się bez problemów na nawietrznej jachtu, aby nie stworzyć zagrożenia objęcia ich płomieniem. Po kilku minutach załoga przeszła na tratwy: na jedną 5, na drugą 3 osoby, z tratew wystrzelono czerwone rakiety i rozpoczęto oczekiwanie na pomoc, którą pomiędzy 0800 a 0830 udzielił statek „Żitomir” bandery ukraińskiej. Załoga nie poniosła uszczerbku na zdrowiu, natomiast część załogi mieszkająca w części dziobowej jachtu straciła wszystko, z dokumentami i pieniędzmi włącznie. O tempie rozprzestrzeniania się ognia świadczy najlepiej fakt, że załoga nie potrafiła zabrać dokumentów ze stołu nawigacyjnego, GPS, ani żadnego drobnego wyposażenia z kabiny nawigacyjnej. Podczas całej akcji nie było paniki, gaszenie prowadzone było do wyczerpania możliwości technicznych, ewakuacja zarządzona została w optymalnym momencie, co podkreślano w raporcie Policji Portowej Agenta Loyda i w Orzeczeniu Izby Morskiej w Szczecinie. Za prawdopodobną przyczynę pożaru uznano zapalenie się sadzy w układzie wydechowym silnika. Według Orzeczenia, pracujący długi czas na niskich obrotach silnik, odkładał niedopalone osady, które w wysokiej temperaturze otoczenia zapaliły się podczas pracy silnika. Jest to wersja najbardziej prawdopodobna, z tym że przedstawiciele wytwórcy W S W Andrychów stwierdzili, że nie miel i takiego wypadku, a bez badania silnika, co jest niemożliwe, odmówili wydania opinii. Niemniej miejsce pożaru – wybuchu wskazuje na układ wydechowy jako przyczynę. Szybkie rozprzestrzenianie się ognia wywołane było styropianem w przestrzeni pomiędzy kadłubem a boazeriami, a następnie zapaleniem się zapasowych lin ok. 1000 kg i żagli 22 szt. W ogóle można powiedzieć, że zemściło się wyposażenie jachtu na trzyletnią wyprawę w zapasowy osprzęt, jak i bogaty wystrój wnętrza w drewnie. Przedmiotem wielu dyskusji było dlaczego nie doszło do wybuchu paliwa ok. 1000 I. Sądzimy, że w trakcie pożaru zostały przepalone gumowe elementy i uszczelnienia otworów zaburtowych, co doprowadziło do zalania dennej części kadłuba i zatopienia zbiorników usytuowanych na dnie pod kokpitem przed wytworzeniem się temperatury zapłonu. O intensywności pożaru świadczą płomienie sięgające topu masztów. W trakcie pożaru spaliła się całkowicie nadbudówka za Hudrolinem i luki pokładowe. Natomiast spawany kadłub wytrzymał pożar i jacht zatonął ze stojącymi stalowymi masztami. Jacht zatonął o godz. 1120 na redzie portu Mombasa w odległości o 0,5 Mm od rafy przybrzeżnej po nieudanej akcji gaszenia pożaru i wzięcia na hoI przez „Bizona II”, który do końca próbował zraszać jacht wodą z armatek i przytłumić ogień na tyle by móc założyć hol. Reasumując całe zdarzenie i prowadzone potem postępowanie należy wyróżnić poszczególne grupy zasadnicze: I. „Dar Bielska” był wyposażony prawidłowo i w dobrym stanie technicznym. Intensywny pożar był nie do ugaszenia środkami własnymi załogi i tylko jej opanowanie i zdrowy rozsądek zapobiegły rozwojowi wypadków i być może stratom w załodze jachtu. II. Przyczyny wybuchu pożaru były trudne do przewidzenia i przy zmieniających się załogach nie istniała możliwość systematycznej kontroli silnika i układu wydechowego, czego nie przewiduje żadna instrukcja obsługi silnika SW 266, przeznaczonego do pracy ciągłej bez jakichkolwiek ograniczeń. III. Jacht pływał na wodach nie objętych kartą bezpieczeństwa (żegluga mała), z tym że jedyną różnicą w wyposażeniu byt brak radiostacji. W momencie wypadku na jachcie nie było kapitana, a funkcję tą przejściowo pełnił . j.st. morski. Należy tutaj podkreślić, że jacht nie odbywał rejsów tylko próby na kotwicowisku Mombasy. IV. Izba Morska udzieliła wytknięcia organizatorowi za wyjście w żeglugę poza dopuszczony kartą bezpieczeństwa akwen żeglugi, lecz odstąpiła od nałożenia jakichkolwiek kar na armatora i załogę w związku z niedopatrzeniem się uchybień wyposażeniu, przebiegu akcji ratunkowej jak i brakiem związków przyczynowych pomiędzy zdarzeniem a akwenem i obsadą jachtu. V. Kwestia ubezpieczenia w Hestia Ins. S.A. pozostaje otwarta. Hestia aktualnie odmówiła wypłaty ubezpieczenia motywując to, mimo posiadania kopii Karty Bezpieczeństwa, nieświadomością uprawiania żeglugi poza dopuszczony akwen. Armator zamierza się od tej decyzji odwołać. WNIOSKI KOŃCOWE Przy budowie jachtów należy się w miarę posiadanych możliwości wystrzegać wytworzenia przestrzeni zamkniętych, wypełnionych materiałami palnymi, do których w trakcie ewentualnego pożaru nie ma dostępu. Gaśnice lepiej byłoby umieścić wyłącznie w zejściówkach lub wręcz na pokładzie, tak aby były dostępne w każdej sytuacji. Umieszczenie agregatu prądotwórczego wraz z benzyną do niego, na pokładzie rufowym okazało się sensowne, gdyż było bardzo łatwo go wyrzucić za burtę. Przebieg rury wydechowej w miarę możliwości winien być łatwo dostępny w całej długości, celem umożliwienia stałej kontroli. Załoga winna mieć świadomość, że spalanie niektórych wyrobów drewnianych, wiąże się z wytwarzaniem toksycznych gazów. Teraz, gdy opadły już emocje związane ze stratą jachtu kwalifikujemy całe zdarzenie jako wypadek losowy, który zawsze się może zdarzyć ,jak długo będzie morze i jachty. Zamykając całe zdarzenie, utraciliśmy dobry jacht, bogato wyposażony, na którym odbyliśmy szereg pięknych rejsów, ale na szczęście nikt z załogi nie poniósł uszczerbku na zdrowiu. Konferencja Bezpieczeństwa 1997 COŻ PZŻ im A. Benesza Trzebież’, ‚”Dar bielska”‚

Kiepski, bardzo kiepski dzień

Pamięci Mariana Zarzyckiego II of. mechanika na m/t Gopło 

Wszyscy stanęli ze zwieszonymi głowami, każdy radził sobie na swój sposób ze łzami i okropnym poczuciem bezsilności, najgorszym z czym ludzie morza czasami muszą się zmagać.

16 sierpnia 1989 roku, północny Pacyfik, pokład trawlera B-20 m/t „Gopło” należącego do PPDiUR ODRA, który został przystosowany do połowów pławnicowych i wykonywał w tym czasie zwiad rybacki.

To był mało przyjemny dzień. Nieruchome powietrze miało tak wysoką wilgotność, że z trudem dawało się wciągać do płuc. Jęzory mokrej mgły sięgały od powierzchni wody do niskich ołowianych chmur. Idąca z północy, spod Aleutów martwa fala o oleiście gładkiej powierzchni, wprowadziła statek w długi, powolny rozkołys.

Zgrabna sylwetka trawlera leniwie kładła się to na lewą to na prawą burtę. Wolne obroty silnika głównego były ledwie wyczuwalne, znak, ze statek podchodzi do radioboi pierwszego zestawu pławnic.

Rybacy wyrwani nad ranem ze snu, leniwie wkładali ociekające kropelkami mgły jaskrawo pomarańczowe sztormiaki. Zawsze to jakaś ochrona przed niezmywalnym, piekącym po dostaniu się do oczu tuszem wyrzucanym przez schwytane kalmary, no i wodą morską strząsaną przez naprężone podczas wybierania sieci.

Pracę rozpoczęli o piątej. Stary bezbłędnie podszedł do radiopławy znaczącej początek zestawu. Z mgły, tuż przed statkiem wynurzyła się pomarańczowa boja. Jasiu stojący na dziobie, celnym rzutem kotwiczki zaczepił linę zestawu. Kilka pociągnięć ramion i pomarańczowa boja z trzymetrową anteną została podjęta na pokład, a wciągarki* zassały sieci i natychmiast ze swoistym wizgiem rozpoczęły pracę.

Pierwsze siatki szeleszcząc podczas przesuwania się po rozciągniętych plandekach, praktycznie puste przeleciały przez pokład do last. Niestety wyglądało na to, że tym razem kalmara nie będzie. W kolejnych pławnicach pokazały się całe stada bram, ryb nie nadających się do wykorzystania, za to zaczepiających o sieć każdą chropowatą łuską. Nic dziwnego, że wszyscy mieli nietęgie miny klnąc pod nosem. Wybieranie kolejnych zestawów prawie stanęło w miejscu, na pokładzie piętrzyły się kosze z czarną rybą o księżycowym ogonie, a chłopcy dwoili się i troili, by jak najszybciej wyplątać to cholerstwo.

Czas uciekał niemiłosiernie, a kalmara ani jakiegokolwiek innego połowu choćby do zjedzenia ani widu ani słychu. Stary niby nadrabiał miną sypiąc dowcipami z mostku do ludzi na pokładzie, ale w duchu klął w żywy kamień. Wyjaśniło się dobitnie, co też wczoraj echosonda malowała za stada, brama, jasna cholera, i to w takiej sakramenckiej ilości! W końcu nadszedł czas śniadania, statek zwolnił, by część załogi mogła zejść z pokładu, a pozostali nadążyli z pracą.

Paweł nie był specjalnie głodny, więc został jeszcze na deku. Dopiero koło ósmej, kiedy już większość chłopaków wróciła wycierając wąsy, ruszył do zejściówki. Z ulgą ściągnął mokry sztormiak prostując obolałe od ciągłego schylania się plecy. W kabinie opłukał słodką wodą twarz i piekące oczy. Wycierając ręce zerknął na fotografię uśmiechniętej dwójki dzieciaków. Ile to już czasu się nie widzieli? Dobre dwa miesiące… Trzeba będzie zadzwonić.

W mesie przy pierwszym stole siedział już chief Jędrek, motorzysta Toni i Jurek, chłopak z pokładu. Paweł przysiadł się do nich zajmując miejsce twarzą do wejścia. Po chwili przy następnym stole, za jego plecami usiadł II mechanik Marian i „harcerzyk”-radiooficer Piotrek.

Wszyscy mieli miny takie sobie, w końcu każdy przyjechał tu zarabiać pieniądze a nie kiwać się po próżnicy… Można było to jasno wyczytać z ich skwaszonych min, tymczasem kuk roznosił nieśmiertelną jajecznicę. Po dwóch miesiącach nie miała prawa smakować i… nie smakowała. Mimo to dzióbali wszyscy w talerzach, z namaszczeniem smarując kromki chleba. Takie małe, normalne czynności, wykonywane z pietyzmem pozwalają zachować wewnętrzny spokój, nawet w trudnych okolicznościach.

Paweł w pewnym momencie zauważył zaskoczenie na twarzy chiefa jednocześnie słysząc rumor za plecami. Kiedy gwałtownie się odwrócił zobaczył, że drugi mechanik spada bezwładnie pod stół. Wszyscy zerwali się na równe nogi. -Marian! Marian! Co jest? -Chłopaki , otworzyć bulaje i drzwi! -Marian obudź się!

Marian blady, wręcz szary został sprawnie ułożony na podłodze. Chief szybkim ruchem rozdał koszule na jego piersi i przystąpił do reanimacji poprzez rytmiczne uciski na klatkę

-Radio, nie stój qrrrwa, przynieś zestaw do reanimacji!

-Mmmy nie mamy …

-Jak to nie mamy, maski do usta usta nie masz?

-Nie…

-Ja pierrrr..olę, to co ty qrrrrwa robiłeś w porcie!

Paweł gorączkowo przeszukiwał mózg, co się robi podczas zawału, co ? Adrenalina, nitrogliceryna? -Radio masz nitroglicerynę?

-Poszukam!

-Dobra, dawaj migiem!

Chief oderwał kawał koszuli i przez tak zaimprowizowana maskę wdmuchiwał w płuca Mariana powietrze w przerwach między uciskami na serce. W międzyczasie Piotrek przyniósł tabletki nitrogliceryny, pokruszyli je i włożyli Marianowi do ust.

-Piotrek leć do radia i wołaj jakiegoś lekarza! Już po chwili trzęsący się ze zdenerwowania radzik wołał:

-May day!, May day! May day! Gopło potrzebuje pomocy lekarskiej, Polish vessel need medical equipment may day, may day!

W głośniku zachrobotało

-Gopło, Gopło Kalmar woła, Kalmar woła, co się stało? Jaką macie pozycję? Z przygotowanej przez asa kartki radio odczytał pozycję

-OK, jesteśmy od was jakieś 7 dni drogi, nie możemy pomóc fizycznie, ale daję do radia doktora. Inny już głos

– Tu lekarz medycyny Jerzy Kowalik, co się stało?

-Panie doktorze, podejrzewamy zawał, II mechanik podczas śniadania stracił przytomność, skarżył się w nocy na bezsenność i pieczenie w okolicy mostka…

-Tak, to może być zawał, proszę podać mu hydrokortyzon dożylnie, jak najszybciej, czekam przy radiu…

Radzik pobiegł do apteczki po strzykawkę i leki… Paweł obserwował czujnie co ten robi. Hydrokortyzon, strzykawka, dobrze, utrącić ampułkę, odskoczyła z cichym sykiem, strzykawka, igła, tak by jej nie dotknąć palcami, dobrze, naciągnąć lek, odpowietrzyć

-Radio, co ty robisz! Odpowietrzasz igłą w dół? Opanuj się, igła do góry, tak. Bąbelki powietrza zniknęły, na igle pokazała się kropelka płynu… A spirytus do odkażanie skóry, jest i spirytus, wacik też, gumka do zaciśnięcia ramienia…OK. Chief przytrzymał bezwładną rękę tak by dłoń nadgarstek leżał żyłami do góry.

-Są jakieś oznaki życia?

-Przed chwilą westchnął- odparł chief nieswoim, łamiącym się głosem. Teraz motorzysta Jurek ze zmiany drugiego prowadził reanimację. Paweł wycofał się do radiokabiny

-Klamar Kalmar, Gopło woła… natychmiast odezwał się lekarz z trawlera

-Jestem, lek podany?

-Tak, chory bez zmian, mimo reanimacji nic się nie dzieje…

-Proszę osłuchać przez stetoskop chorego, czy jest tętno, czy serce pracuje?

-Panie doktorze tu nie ma żadnego cholernego stetoskopu, radio niewiele wziął na statek. W eterze zapadła dramatyczna cisza… Po chwili

-Gopło, jest tam pan? Paweł usiłował przełknąć wielką kolczastą kulę tkwiąca w gardle, nerwowo wytarł łzy

-Tak- wychrypiał- jestem…

-Proszę sprawdzić co się dzieje z chorym i przekazać mi. Zbiegł na dół. Od razu spostrzegł krwawą pianę wyciekającą z ust Mariana… Reanimacja trwała, radio blady, chyba zaraz też będzie wymagał pomocy… Cholera, ale pierrrdo**ny burrrrdel…!

-Macie lusterko- podał je Jurkowi -przyłóżcie do ust, Chief sprawdź tętno… Nie musiał pytać o efekt, lusterko zostało nieskazitelne, Paweł wrócił szybko do radiokabiny.

-Kalmar, Kalmar Gopło…

-Tak, jestem, co z chorym?- przerwał lekarz z Kalmara -Mamy krwawą pienistą wydzielinę z płuc, wycieka z ust…

-Tętno?

-Nie ma

-Ślady oddechu?

-Nie ma

-Ile czasu trwa renimacja?

-Jakieś 40 minut

-Panie Pawle, jest 9:30, z wielką przykrością na podstawie podanych przez pana objawów stwierdzam zgon pacjenta i zarządzam przerwanie reanimacji. Proszę sporządzić protokół ze zdarzenia i dokonać odpowiedniego wpisu do księgi okrętowej. Gdyby coś jeszcze się działo z innymi członkami załogi proszę niezwłocznie wołać, jesteśmy na stałym nasłuchu… Powodzenia!

-Dziękuję doktorze, że był pan z nami, za pomoc, powodzenia, bez odbioru.

Powoli zszedł do mesy, czuł okropny ciężar na sercu, ciężar czegoś nieodwracalnego, potwornego, czegoś czego nie można zmienić… już nigdy…

-Chłopaki, lekarz kazał przerwać reanimację, stwierdził zgon.

-Co on pier**li! Konował je**ny, Marian qrwa, rusz się! -Krzyknął łamiącym się głosem Chief, uderzył silnie pięścią w okolice serca Mariana i przyłożył ucho do jego piersi.

– Jezu!, nic… – usiadł na podłodze przy ciele trzymając je za przegub dłoni, jak by czekał na puls. Grube łzy płynęły po jego twarzy, Wszyscy stanęli ze zwieszonymi głowami, każdy radził sobie na swój sposób ze łzami i okropnym poczuciem bezsilności, najgorszym z czym ludzie morza czasami muszą się zmagać. Zdawało się, że cały statek zamarł w ciszy. Ale tak nie było, na pokładzie praca szła normalnie, choć wszyscy już wiedzieli co się stało.

Zapowiadający się zwykły kiepski dzień stał się dniem tragicznym. Po południu, kiedy już wszystkie pławnice znalazły się na pokładzie, a statek szedł małą naprzód w poszukiwaniu ryby i kalmarów, stary poprosił do siebie chiefa, pierwszego, Pawła jako delegata załogowego i Jerzego, kierownika rejsu. Miał poważną minę, nalał do szklaneczek złocistego Jasia Wędrowniczka, siadł ciężko w fotelu i westchnął…

-Panowie, mamy problem- zaczął- problem ogólny i problem szczególny. Po pierwsze trzeba coś zrobić ze zwłokami… Nikt nigdy mi jeszcze nie umarł, więc nie mam doświadczenia w tych sprawach, proszę panów o pomoc…

Po chwili ciszy i łyku bosko rozpływającego się ciepłem w żyłach alkoholu odezwał się Pierwszy. -Jeśli chodzi o zwłoki, to Jasiu już się zaoferował, że je oporządzi, jak należy, wie jak to się robi…

-Zaraz opróżnię chłodnię z prowiantu – zabrał głos Paweł -niewiele go już zostało, będzie można złożyć tam Andrzeja, potrzebne będą czyste prześcieradła żeby go zaszyć…

No to problem szczególny mamy z głowy- odparł Stary- teraz ogólny, przerywamy zwiad i idziemy do Vancouver. Będzie to okazja do uzupełnienia zapasów i odpoczynku załogi. Ten odcinek rejsu dał nam mocno w kość. Proszę zająć się przygotowaniem statku do przelotu i wejścia do portu. Jak zwykle wykładamy windy kalmarowe na burty. Pozostały sprzęt do ładowni. (wyjaśnienie tej decyzji w opowiadaniu „Pod przykrywką” )

-Pierwszy, poproś Jasia… Panom dziękuję, Paweł zostań chwilkę. Wszyscy się podnieśli i wyszli…

-Paweł- Stary zaczął z zakłopotaniem- czy mógłbyś delikatnie obserwować radiego? Paweł pokiwał głową, sam już o tym pomyślał, radio to harcerzyk, jeszcze mógłby sobie coś zrobić… Tak to wyglądało, ehhh…..

-Oczywiście, przyglądam mu się od rana…może mu przejdzie… – Stary pokiwał głową, uścisnęli sobie dłonie i Paweł wyszedł. Po chwili do kapitańskiej kabiny wkroczył Jasiu, zwykły rozbrajający na patelniastej twarzy Jasia uśmiech znikł…

-Jasiu, chciałem podziękować za to że zaofiarowałeś się oporządzić ciało…

-Nie ma sprawy panie kapitanie, to był nasz kolega, a poza tym, dla mnie to nie pierwszyzna, takie jest życie…

-Taaaak, takie jest to pierd**one życie, Jasiu…Ehhhh, masz łyknij sobie kropelkę,

-Ale panie kapitanie, mam zakaz!

-Przecież wiem, to mój zakaz, teraz go na minutę zawieszam, ale na minutę! Jasiu skwapliwie wychylił szklaneczkę, po chwili dawny uśmiech znowu go rozpromienił…

-Dziękuję, to było mi bardzo potrzebne…

-Wiem, wszyscy jesteście twardzielami, ale… ehhhh. No i ta nagana z portu jest anulowana. (kłopot z Jasiem) Co nie znaczy, że nie wpier**lę ci kolejnej jak coś nawywijasz!

-Panie kapitanie, jaaaaa? – Święte oburzenie emanowało z głosu urażonego wielkoluda.

-Jasiuuuu, ile to rejsów razem zrobiliśmy?

-Noooo, ten będzie dziesiąty?

-No widzisz, znamy się jak dwa łyse konie, więc się nie oburzaj tylko uważaj na siebie…Mówię tak bo idziemy do portu. Jak będziesz chciał się napić wpadnij do mnie, ale na mieście ani kropelki, pamiętaj!

-Oczywiście kapitańciu!

-Dobra, dobra, idź już, aha, ciało złożycie do chłodni u Pawła… No zmykaj!

Statek zmienił kurs na wschodni, przed nimi było jakieś 12 dni drogi. 12 dni monotonnych wacht, pracy na pokładzie i rozmyślań, gadania, wspominania, rozpamiętywania. Jeszcze niedawno podczas kabinowego popijania kawy nie zawsze dobrze mówiło się o II. mechaniku, teraz okazało się, że był to człowiek bez wad, jak zwykle w takich przypadkach…

Jego ciało obmyte, ogolone, ostrzyżone, owinięte w prześcieradło spoczęło w chłodzonej komorze ładowni. A tymczasem pozostały formalności, głupie, małe, przyziemne, które jednak czekały rodzinę zmarłego. Paweł postanowił choć trochę im ulżyć. Wysłał telegram do dyrektora ds. osobowych Adriany Hebel, żony nieżyjącego już wówczas legendarnego dyrektora Odry. „Proszę o zaoczne rozliczenie z pobranych ubrań i innych środków nieżyjącego członka naszej załogi Mariana Ż. II mechanika m/t Gopło” Odpowiedź przyszła natychmiast. „ Mechanik Marian Ż. jest rozliczony, pozdrawiam załogę A.Hebel” Mała, głupia rzecz a jak znacząca… Człowiek po drugiej stronie okazał się Człowiekiem, a nie urzędasem.

Paweł dyskretnie obserwował „harcerzyka”, ten chodził struty, nie pokazywał się na mostku, głównie przesiadywał sam w kabinie. Przy którejś próbie wyciągnięcia go stamtąd na karty czy kawę wybuchnął:

– Odpierd**cie się wreszcie ode mnie, myślicie że nie wiem że obserwujecie mnie, żebym sobie czegoś nie zrobił? NIE ZROBIĘ! Zakonotujcie to sobie i dajcie mi święty spokój.

Ale wybuch ten miał chyba oczyszczający wpływ, bo radzik zaczął funkcjonować normalnie…

Tymczasem statek pokonując malownicze skaliste, pełne nieoczekiwanych wirów i prądów cieśniny zatoki Victoria na Strait of Juan de Fuca, wpłynął na redę portu Vancouver. Flaga opuszczona do połowy masztu obwieszczała wszem i wobec o nieszczęściu jakie dotknęło załogę.

Tym razem cumowanie statku odbyło się bez zwykłych podczas dochodzenia do kei okrzyków, targowania się o cenę papierosów i zwykłego harmideru portowego. Statek dobijał do kei majestatycznie niczym wielki karawan…

Na nabrzeżu już stali ludzie kanadyjskiego koronera. Urzędnik, wielki chłop ze szpakowata brodą okalającą nalaną twarz, zażądał od prowadzącego go do chłodni Pawła flagi, do którego dopiero po chwili dotarło o co chodzi, przyniósł z mostku polską Banderę i przykrył nią zwłoki. Ludzie koronera razem z rybakami wynieśli ciało Andrzeja po stromej zejściówce, co nie było łatwe…

Gdy znaleźli się na pokładzie trałowym zawyła statkowa syrena, to było dramatyczne pożegnanie kolegi, nie było twardziela, któremu by nie zaszkliło się oko… Bezosobowy ładunek owinięty biało czerwonym płótnem zniknął w czarnym mikrobusie, syrena wyła do chwili kiedy ten zniknął za zakrętem portowego nabrzeża…

Życie powoli wróciło do normy, choć obraz owiniętych w banderę zwłok na pokładzie „Gopła” z rykiem syreny w tle pozostał wszystkim głęboko w pamięci…

Po kilku dniach przyszło orzeczenie koronera: bardzo rozległy zawał, Marian nie miał szans, nawet gdyby na miejscu był zespół reanimacyjny…

W.S.

To opowiadanie oparte jest na autentycznym  wydarzeniu, którego autor był naocznym świadkiem i uczestnikiem. Oczywiście trudno spamiętać i cytować wszystkie dialogi, czas jest nieubłagany. Także imiona uczestników poza zmarłym II mechanikiem zostały zmienione. 

Goplo, Goplo…!!!

 

B-20 „w starciu” z amerykańską flotą Pacyfiku

Czasami zdarzają się ma morzu sytuacje dziwne, wręcz z pogranicza czarnego humoru. Jedno z takich zdarzeń miało miejsce podczas trzeciej części zwiadu „Gopła” na Pacyfiku.

Mijała druga doba od wyjścia z Vancouver w morze, płynęliśmy kursem SSW, lekko oddalając się od lądu. Miałem wachtę na mostku. W pewnej chwili z UKF-ki sympatyczny kobiecy głos rozpoczął wywoływanie naszego statku. Kapitan akurat ucinał sobie popołudniową drzemkę. Pierwszy, niewysoki mężczyzna o posturze pogromcy byków, który w tym czasie „jechał” nie bardzo znał język angielski. Więc zgłaszając się w odpowiedzi na wołanie „Goplo, Goplo, polish fishing vessel…” głębokim barytonem rzucał do mikrofonu „yes, yes”, na czym kończył.

Dyżurna z brzegowej stacji radarowej była uparta, chyba przeczuwała problemy lingwistyczne na naszym mostku, bo każde kolejne wołanie wygłaszała wolniej i z większym naciskiem.

-Goplo, wpływacie w strefę zamkniętą, teren manewrów Marynarki Stanów Zjednoczonych…

-Yes, yes… odpowiadał baryton Pierwszego

-Goplo, zmieńcie natychmiast kurs na północ co najmniej 45 stopni…

-Yes, yes…

Nie wtrącałem się do rozmowy, ciekaw dalszego rozwoju wypadów…

-Goplo, natychmiast zmieńcie kurs, to jest niebezpieczna strefa ostrych ćwiczeń US Navy, możecie mieć kłopoty…

Pierwszemu zaczynały powoli puszczać nerwy, kropelki potu pojawiły się na łysej czaszce, poczerwieniał na twarzy aż po bycze karczycho, małe oczka mało nie wylazły z orbit, jednak baryton nie stracił nic ze swojej siły przekonywania…

-Yes, yes…

-Goplo, natychmiast zawróćcie, natychmiast, zawrócić, comeback!

-Yes, yes…, czego ta cholerna baba chce- to już uwaga do nas…

Dalej udawałem, że nie wiem o co chodzi, jakoś nie docierała do nas atmosfera zagrożenia, a mogło być wreszcie ciekawiej… Tym czasem radio zamilkło, Pierwszy z ciężkim westchnieniem oparł się o nasz fantastyczny angielski radar Kelvina, spojrzał w okular i… przywarł do niego na dobre…

-O qrwa, ale coś na nas zasuwa, co to jest!? Ścigacze!!!? Pięć odbić! Zapieprzają jak szalone! Nerwowo porwał za lornetkę i wbił się w okno. Po chwili statek zatrząsł się od huku wirników nadlatujących na niskim pułapie szturmowych helikopterów USNavy.

Pięć maszyn Sea King przeleciało nad statkiem, po chwili kolejna piątka transportowych CH-45 Sea Knight, nagle zza horyzontu wynurzył się wielki lotniskowiec, za nim korweta, która przeskoczyła z nieprawdopodobną prędkością obok nas, zawróciła prawie w miejscu kładąc się ostro na burtę i stanęła w naszym kilwaterze. Zachodzące czerwono słońce tworzyło jakąś irracjonalną oprawę całemu widowisku.

Stary wyskoczył zaciekawiony na mostek, kiedy zobaczył co się dzieje pobladł i rzucił Pierwszemu przez zaciśnięte zęby – Co jest? W radiu nic nie było? Żadnego ostrzeżenia?

-Ależ skąd? Głucho od paru godzin… Pierwszy zmusił się do zachowania spokoju…

Tymczasem na niebie pojawiały się to samoloty, to helikoptery, w odległości dwóch, trzech mil przepływały różne okręty wojenne. Oczywiście aparat fotograficzny natychmiast znalazł się w moich rękach i strzelałem zdjęcia jak oszalały. Stojąca za naszą rufą korweta najwyraźniej ćwiczyła sobie na nas pozorowane ataki, jednak po kilkunastu minutach jak dźgnięty ostrogą koń skoczyła do przodu i ciasnym skrętem podążyła za znikającym za horyzontem lotniskowcem. Pierwszy, niczym świąteczny karp patrzał na to całe zamieszanie z wytrzeszczonymi oczami i ustami nerwowo łapiącymi powietrze… Kiedy już wszystko minęło, głęboko odsapnął i poszedł pod prysznic, przedtem jednak polecił natychmiast zmienić kurs na NNE.

W.S

Pagajowy przemyt czyli jak to bywało z rybackimi biznesami…  

…stary nie czekając na zdjęcie ostatniej cumy po prostu ją zerwał gwałtownym „cała wstecz”…

Tajemnicą poliszynela jest fakt, że załogi statków chodzących na Morze Północne główne dochody czerpały z przemytu  alkoholi i papierosów. Najczęściej rzecz działa się poza oczami oficerów, jednak bywało, że nawet kapitan brał w tym  udział prawie oficjalnie.

Takim statkiem był przez pewien czas „Moko”(nazwa zmieniona), gdy dowodził nim kapitan o  ksywie „Pagaj”. Dla mnie był to pierwszy rejs na jeziorku jak nazywano w Odrze burtowce, słynnej serii B-20. W  ostatniej chwili zabrakło im mistrza przetwórstwa, a że ja czekałem na stojące w stoczni „Gopło”, główny technolog  Wróblewski złożył mi propozycję nie do odrzucenia.

Co to za statek, dotarło do mnie w momencie, kiedy już po przejściu  Sundów, „na statek poszło polecenie”, chować towar, bo awaryjnie wchodzimy do Norwegii, do Haugesund. Jeden z marynarzy  ma silne bóle wątroby, musimy odstawić go na ląd.

W fiordy wchodziliśmy po południu, dzięki temu mieliśmy możliwość  nacieszenia oczu niezwykłymi widokami norweskiego wybrzeża.  Manewr dobicia przebiegł szybko i sprawnie, odprawa celna także, agent już jechał po naszego załoganta, więc mieliśmy  dwie trzy godziny na spacer po schludnym, spokojnym miasteczku.

Nie odeszliśmy zbyt daleko, kiedy dopadł nas jeden z  marynarzy  -Wracać na burtę, natychmiast, sp…my stąd!

-Co się stało?

-Stary dostał cynk, że czarna się szykuje do kipiszu na burcie!

Gdy tylko przekroczyliśmy burtę, trap pofrunął na pokład, a stary nie czekając na zdjęcie ostatniej cumy po prostu ją zerwał gwałtownym „cała wstecz”, statek odskoczył od kei i pełnym gazem wypadliśmy na morze.

A więc to tak, pomyślałem sobie… a ja „biedny robaczek” nie mam nawet złamanej butelki na sprzedaż!

Sejner właśnie dostarczył świeżą rybę
Sejner właśnie dostarczył świeżą rybę

W Ullapool w zachodniej Szkocji skupowaliśmy od miejscowych sejnerów makrelę, którą odgławialiśmy maszynowo i mroziliśmy. Moja rola polegała na klasyfikacji przydatności materiału pod względem świeżości i jakości, a następnie na pokierowaniu procesem zamrażania, w którym brałem oczywiście czynny udział (czyt. zasuwałem w zamrażalni jak każdy 🙂 )

Kiedy sejner dobijał do burty przerzucali nam kilkadziesiąt kilogramów ryby do klasyfikacji, a załoga przechodziła na naszą burtę, w celu dokonania „niezbędnych” zakupów. Kilku wyznaczonych ludzi obserwowało zatokę, czy aby nie pokaże  się jakiś niepożądana jednostka z facetami w mundurach. Napięcie było wysokie, ale zwykle transakcje przebiegały  szybko i bezproblemowo.

Dopiero pod koniec tygodniowego robienia ładunku mieliśmy silny nalot czarnej brygady, przeczesali statek do stępki, rozebrali nawet piec kucharzowi. Jak się okazało któryś mądrala sprzedał w nocy dzieciakom, którzy podpłynęli łódką pod burtę, kilka butelek whisky. Ci się spoili, policja ich zgarnęła i wyśpiewali skąd mają alkohol. Celnicy byli na prawdę wściekli.

-Sprzedawaliście rybakom, nie czepialiśmy się za bardzo. Ale dzieci nie będziecie nam rozpijać! Straty ponoć nie były duże, ale niesmak pozostał…

Później, kiedy byłem tam jeszcze kilka razy celnicy z żywym zainteresowaniem rozpytywali sie o „Pagaja” i jego statek. Okazało się. że jeden z okolicznych gospodarzy, który oprócz wypasu owiec trudnił się także hurtowym obrotem przemycanym alkoholem wpadł i wskazał Pagaja jako głównego dostawcę.

Ten nie w ciemię bity, jakimś cudem dowiedział się, że na niego czekają… Później spotkaliśmy go w Kanale Panamskim, ponoć dostał z „matki Odry” propozycje nie do odrzucenia, ale szybko znalazł sobie prace pod obcą banderą…

W.S.

Nie ma tego złego…

Czyli opowiastka o tym,  w jak dziwny sposób opatrzność wysłuchuje naszych próśb.

To było coś takiego jakby nagle pod podłogą wystartował silnik czołgu i to od razu na wysokich obrotach…

Już podczas pierwszego, krótkiego zwiadu na „Gople”wiedziałem, że największym problemem w najbliższych rejsach na tym statku, z jakim przyjdzie mi się borykać będzie agregat.

Jeszcze podczas postoju na stoczni, poczułem co to będzie, kiedy ktoś włączył tę „sympatyczną” maszynę, która znajdowała się tuż pod podłogą mojej kabiny.

W jednej chwili przytulna, cicha kabina zmieniła się w rozedrganą puszkę wypełniona rykiem . To było coś takiego jakby nagle pod cienką stalowa blachą podłogi wystartował silnik czołgu i to od razu na wysokich obrotach. W kabinie można było porozumiewać się wyłącznie podniesionym głosem. Szklanki i kubki z herbatą czy kawą zjeżdżały w podskokach ze stolika, tak że szybko wyrobiłem sobie nawyk trzymania kubka w kieszeni koszuli na piersi.

Dzięki Bogu, stary Paxman nie był jedynym agregatem na Gople. Drugi stał na przeciwnej burcie, tamten był nowoczesny, wysokoobrotowy i bardzo cichy jak na statkowe warunki. Ciekawostką jest fakt, że agregat wymieniono podczas przygotowania do rejsu zwiadowczego. Oczywiście ustawienie go pod niezamieszkałą częścią statku było przykładem „troski” armatora o jak najlepsze warunki pracy i wypoczynku załogi.

Agregaty, zgodnie z założeniami eksploatacyjnymi, musiały „wychodzić” określoną ilość godzin na dobę i na to nie było rady, jednak… Dzięki temu, że szybko zaprzyjaźniłem się z„maszyną”, chłopcy starali się włączać hałaśliwego drania jak byłem na wachcie…

Po pewnym czasie stałem się „ekspertem” od Paxmana, wychwytywałem najmniejsze różnice obrotów, obce odgłosy itd… Brało się to stąd, że maszyna była wiekowa i już dawno powinna odejść na wieczną wachtę w procesie recyklingu w jakiejś hucie. Więc nasłuchiwałem jej rychłego końca. Głośno i otwarcie złorzeczyłem tej„krowie”-jak ją pieszczotliwie nazywaliśmy- życząc jej jak najszybciej skonania w mękach… Co zwykle budziło złośliwą wesołość wśród załogi. Gdzieś w połowie pierwszego zwiadu na Pacyfiku nagle „wysłyszałem” jakieś dziwne tony w pracy agregatu, nierówne obroty, dziwne dźwięki, serce podskoczyło mi w piersi radośnie.

-Może jednak nadejdą lepsze, cichsze czasy?

Następnej nocy, tuż nad ranem (czemu większość niezwykłych wydarzeń ma miejsce „tuż nad ranem”?) obudziła mnie ogłuszająca eksplozja pod podłogą, jakieś metalowe części z ogromną siłą waliły o podłogę pod moją koją, skuliłem się przy szocie(ściance działowej), żeby zmniejszyć ewentualne pole rażenia na wypadek przebicia cienkiej blachy podłogi. Przez głowę galopowały myśli:

-A więc jednak!, wysłuchałeś mnie Panie Boże!, –

-Ale czemu podczas mojego snu! Jak zawsze spełniasz moje marzenia w osobliwy sposób, ach, te Twoje poczucie humoru!

Słyszałem jak do maszynowni wpadł chief, młody, świetny chłopak, jak się okazało także odważny, nie bacząc na niebezpieczeństwo dostał się do zaworu zasilania i wyłączył rozpadające się draństwo.

Nastąpił blackout, nieprawdopodobna cisza zalała statek. Słychać było plusk wody o burtę, niczym na jakiej łódce. Z maszynowni dochodziły wiązki przekleństw odreagowujących maszynistów i wreszcie narastający gwar rozmów i okrzyków całej załogi. Jak się okazało w agregacie pękł wał i tłoki wyrwały bok silnika, rozsypując szczątki po całym przedziale. Obraz był straszny, ale dla mnie radujący serce.

Z drugiej strony co poniektórzy patrzyli na mnie dość dziwnie, znając moją miłość do„krowy” podejrzewali być może, że czegoś mu dosypałem do oleju?

Statek został skierowany do Vancouver na remont, który potrwał ponad miesiąc, dając nam możliwość dość dokładnego zapoznania się z urokami tego pięknego miasta i jego mieszkanek, to znaczy mieszkańców. Nie ma tego złego… , choć dla mnie to nie było takie znów zło…

W.S. (fot Internet)