DROGA

DROGA

Marzenia, jeśli stoją za nimi upór i zdecydowanie, bądź – jak pisze Pablo Coelho- jeśli bardzo się pragnie, dają się zrealizować… czyli Moja Droga na Morze…

Moim marzeniem było żyć i pracować na morzu. Od dziecka plątałem się blisko wody, głównie na niedalekim jeziorze, na żaglówkach. Zdobywałem tam kolejne stopnie żeglarskie, co jednak jakoś nie bardzo zbliżało mnie do upragnionego morza. Za to w marzeniach stawało się coraz bliższe i bliższe, głównie za sprawą literatury marynistycznej.

Zaczytywałem się Conradem, Borchardem, czytałem wszystko co mogło powiedzieć mi cokolwiek o morzu. Czytałem o wielkich samotnikach jak Joshua Slocum, o wielkich odkrywcach głębin jak Jack Custo, pasjonowałem się tajemnicami życia w jego toni. Z czasem stałem się niezłym (we własnym mniemaniu rzecz jasna) znawcą amatorem biologii morza.

W międzyczasie od najmłodszych lat zgłębiałem tajniki żeglowania na pobliskim jeziorze Miedwie. Tam najpierw w LZS pływałem na kadecie i optymistce, potem w Klubie żeglarskim przy Młodzieżowym Domu Kultury na omegach, ramblerze, kreuzerach, hornetach i FD. To był niezwykły okres przesiąknięty, a jakże, silnym pragnieniem przeżycia przygody na morzu, zwłaszcza, że ocierałem się wówczas o żeglarzy, kapitanów jachtowych, którzy na morzu niejedna milę przepłynęli. No ale żeglarstwo to osobny watek w moim życiu, toteż wspominam tu o nim tylko na marginesie.

To pewnie było przyczyną, że chętnie skorzystałem z pomocy starszego brata, który “wepchnął” mnie do Zakładu Biologii Morza ówczesnej WSM w Szczecinie. Oczywiście w podtekście była możliwość wypłynięcia w morze. W połowie lat siedemdziesiątych, nasze floty dalekomorskie właśnie wyruszały w poszukiwaniu nowych łowisk, poznawaliśmy szelf zachodniej Afryki, cały północny Atlantyk eksplorowaliśmy w poszukiwaniu ryby.

Przedsiębiorstwa dalekomorskie budowały nowe jednostki, a szczecińskie uczelnie morskie otrzymały do dyspozycji nowoczesny statek trawler szkolny m/t“Rybak Morski”, że nie wspomnę o stareńkim parowcu szkolnym “Łużyca”, który wówczas pływał jeszcze w krótkie rejsy szklono- badawcze na Morze Północne i Bałtyk. Tak że istniały (ja mi się wówczas wydawało) duże szanse, że jako pracownik WSM popłynę w upragniony rejs w celu zabezpieczenia dla Zakładu zbiorów eksponatów dydaktycznych. Szybko jednak przekonałem się, że moje widoki na spełnienie młodzieńczego pragnienia nie są najlepsze, przynajmniej tu. Rejs wiązał się z dodatkowymi dochodami i dewizami, toteż wypływali w morze ludzie posiadający jakieś “plecy”, stanowiska, itd… Ja, jako początkujący pracownik techniczny nie miałem szans.

Wobec tego przy pierwszej nadarzającej się okazji zmieniłem pracę. Nęcony, kolejną obietnicą wysłania mnie przez nowego pracodawcę w rejs, zatrudniłem się w Muzeum Rybołówstwa Morskiego w Świnoujściu. Prowadziłem tam pracownię preparatorską. Z przywożonych przez naukowców (z sąsiadującego z muzeum MIR-u) i rybaków z pobliskiej “Odry” zwierząt morskich robiliśmy muzealne eksponaty (poprzez dość skomplikowany proces preparowania), z nich zaś budowaliśmy wystawy. Praca bardzo ciekawa, dająca kontakt z najdziwniejszymi przedstawicielami świata zwierząt morskich odmętów, a co ważniejsze z prawdziwym portem dalekomorskim i statkami rybackimi, często właśnie tuż po wejściu do portu po długim, morskim rejsie.

Wyładunek zamrożonych ryb odbywał się zwykle tuz po dobiciu do portowego nabrzeża. Czuć było na nich jeszcze zapach oceanu, wymieszany z różnymi woniami dochodzącymi z maszynowni czy ładowni. Rybacy zwykle byli jeszcze jakby zdziwieni otaczającym ich lądowym światem, często na lekkim marynarskim rauszu, zawsze jednak życzliwie spoglądający na nasze przyrodnicze zapędy i zachwyty wobec przywiezionych przez nich skarbów. Wzruszali często ramionami z życzliwym, “i z czego tu się cieszyć? toż my te świństwo łopatami zgarniali z pokładu, cholera!”… Jednak zbierali troskliwie w morzu te “cholery” dla swojego muzeum, często kosztem wolnego czasu pakowali w kartony co ciekawsze zwierzaki i troskliwie sadowili je w zakamarkach chłodni, żeby się nie zgubiły w rozgardiaszu wyładunku całego połowu.

Czasami bywały to prawdziwe skarby. Kiedyś był to olbrzymi rekin długoszpar, innym razem delfin, kiedy indziej 2,5 metrowa ryba piła, czy rekin ze skórą pokrytą ostrymi kolcami w kształcie zębów. W 1975 powrócił z głośnego wówczas rejsu naukowo- zwiadowczego m/t „Tazar”, to była pierwsza polska wyprawa na antarktyczne wody w poszukiwaniu możliwości połowów i wykorzystania kryla. Tak jak wielka wrzawa prasowa towarzyszyła ich wyjściu w morze, tak powrót odbył się w absolutnej ciszy. Pamiętam nerwową atmosferę na pokładzie i podczas spotkania załogi z ówczesnym dyrektorem kombinatu, legendarną dziś postacią, Juliszem Heblem. Mnie wówczas najbardziej zapadła w pamięci propozycja kogoś z działu socjalnego, że jeśli ktoś chce, może odpocząć po rejsie na wczasach zakładowych w hotelu „Rybak” w… Międzyzdrojach. Załoga huknęła śmiechem…

W każdym razie na statku przywieziono wówczas całą masę eksponatów z wód antarktycznych. To niewątpliwa zasługa przedstawiciela MIRu w tym rejsie, dr.Macieja Krzeptowskiego, któremu nie tylko nasze muzeum zawdzięczało przepiękne kolekcje… Na pokładzie „Tazara” rybacy urządzili wówczas małe arktyczne zoo. Podczas połowów w Antarktyce, na włoku pełnym kryla często wjeżdżały na pokład małe, ciekawskie pingwinki Adeli. Rybacy postanowili przywieźć do kraju kilka z nich, jako dar dla oliwskiego ZOO. No i dowieźli, pingwiny przyjechały zdrowe i zaprzyjaźnione z załogą. Zamieszkały na pokładzie, trałowym, w okolicy windy. Zbudowano im tam basen z morska wodą i imitację skałek z jakichś skrzyń przykrytych plandekami… Rodziny rybaków, które przyjechały po swoich mężów, synów, ojców, miały niezwykłą atrakcję…

Innym razem “Rybak Morski” przywiózł z Morza Północnego całą kolekcję zwierząt dennych. Czegóż tam nie było! Cała gama bardzo ciekawych ryb, ale i kraby, langusty, różnej maści mięczaki. To były jeszcze czasy, kiedy można było łowić sieciami wleczonymi po dnie, tzw. dragami, dzięki temu dostaliśmy sporo zwierząt dennych. A w akwariach z morską wodą przywieziono nam piękne okazy żywych kongerów i rekinków piaskowych. Kongery i część rekinków powędrowały do ZOO w Poznaniu, natomiast kilka rekinków trafiło do naszego nowo zbudowanego akwarium morskiego.

To była wspaniała przygoda. Trzeba było zapewnić im niską temperaturę, wodę morską… Trzeba pamiętać, że były to czasy dla polskiej akwarystyki bardzo prymitywne, nie mieliśmy dostępu do niczego z pełnej palety sprzętu i chemikaliów będących na wyposażeniu każdego morskiego akwarium, a dostępnych w każdym większym sklepie akwarystycznym dzisiaj . Radziliśmy sobie jednak, zbudowałem akwarium z podwójną ścianą, w którą sypaliśmy mieszankę soli i lodu, dawało to konieczne chłodzenie morskiej wody. Odparowaną wodę uzupełnialiśmy destylatem, a co jakiś czas zmienialiśmy ją na świeżą, przywożoną specjalnie dla nas z Morza Północnego, przez wracające do portu macierzystego trawlery. Ryby żyły przez cały czas mojej pracy w tej instytucji. Tym niemniej marzenia o pracy na statkach nie pozwoliły jakoś dać się zaspokoić namiastkami, toteż wymyśliłem sobie, że jak zostanę inżynierem rybołówstwa morskiego, to mimo problemów z komisją lekarską jakoś uda mi się zaczepić na statku. Tak też zrobiłem.

Studia na Wydziale Rybactwa szczecińskiej AR upłynęły szybko, tak jak praca w PPDiUR “ODRA” w Świnoujściu, jednego z największych armatorów floty dalekomorskiej. Pracowałem w chłodni portowej, gdzie składowano przywiezione do kraju, zamrożone w kartonach ryby, jako magazynier, tzw. sztauer. Nie było lekko, ale na pewno ciekawie, prawie codzienny kontakt ze statkami przychodzącymi z morza, rozmowy z ludźmi, atmosfera dużego morskiego portu, no i ta tęsknica w piersi, kiedy odprowadzałem wzrokiem wychodzące w morze trawlery.

WIELKIE CZEKANIE…

Któregoś razu wysłano mnie do Szczecina, jako przedstawiciela PPDiUR “Odra” w celu asystowania przy wyładunku ryby mrożonej, jaką jeden ze statków łącznikowych, zdaje się, że był to m/s“Buran”, rozładowywał właśnie do chłodni “Gryfu”. Rozładunek trwał trzy doby, ale w międzyczasie statek miał być przeholowany do innego basenu. I tak to mój pierwszy rejs dużym oceanicznym statkiem dość nieoczekiwanie trwał kilkanaście minut, w obrębie szczecińskiego portu.

W końcu jednak nadszedł dzień uzyskania upragnionego dyplomu. Oczywiście natychmiast pomaszerowałem do Pionu Połowów i z bijącym sercem złożyłem podanie o przyjęcie do pracy na trawlerach w charakterze rybaka. O ile pamiętam unikałem w nim opowieści o umiłowaniu morza i innych ośmieszanych na każdym kroku sloganach. Natomiast podkreśliłem, że oto, dzięki pracy w “Odrze” skończyłem studia takie jakie skończyłem, a teraz pora na napisanie pracy magisterskiej. W tym celu absolutnie muszę popłynąć w morze, im dalej tym lepiej…W kadrach podanie przyjęli i… kazali czekać.

Czekałem dość długo. Jednak któregoś słonecznego czerwcowego popołudnia stało się… Pamiętam jak dziś, stałem na rampie chłodni, odpoczywałem w słońcu po kilku godzinach pracy w komorze magazynowej, ciepło promieni czerwcowego słońca powoli wypierało z organizmu przejmujący chłód. W komorach panowała temperatura w okolicach 30 stopni poniżej zera, mimo grubego ubrania i wieloletniego przyzwyczajenia, po kilku godzinach miało się tego mrozu serdecznie dość. Toteż skwapliwie korzystaliśmy z każdej okazji wystawienia się na zbawienne działanie słońca. Tak było i tym razem. Zmiana dobiegała końca, toteż panował już nastrój lekkiego rozleniwienia. Pusty, bez oczekujących jak zwykle na rozładunek samochodów, gdzieniegdzie przemykający już w kierunku bramy ludzie i ogarniające wszystko słońce…

Wtem dojrzałem pędzący, podskakujący na wybojach, zielony wózek akumulatorowy, siedzący za jego kierownicą mój serdeczny kolega Stachu Hoffman wymachiwał ręką i darł się wniebogłosy. Przy czym hałas pędzącego wózka, mieszając się z hukiem chłodniowych urządzeń skutecznie niweczył jego wysiłki. Dopiero gdy podjechał na kilkanaście metrów zrozumiałem co w podnieceniu wykrzykiwał: -Masz lecieć do załogowego! Migiem! Mają dla ciebie zamustrowanie!- Poczułem się dziwnie, tyle lat czekania, aż tu nagle stało się! Wskoczyłem do wózka obok Stacha, trzęsąc się i podskakując na dziurach oraz przecinających drogę torach kolejowych popędziliśmy do dość odległego budynku połowów.

Przed drzwiami kadr tym razem nie było nikogo, korpulentna blondyneczka w średnim wieku uśmiechnęła się, podałem nazwisko, pogmerała w kartach- wtedy jeszcze o komputerach jedynie się czytało… -Tak, ma pan tu kartę obiegową, proszę odwiedzić wszystkie wymienione tu działy i uzyskać od nich akceptację. Im szybciej Pan to zrobi tym lepiej, bo za dwa tygodnie mogę Pana wysłać na „Sejwala”, na Afrykę, potem coś będzie dopiero za dwa miesiące…

 

NARESZCIE!

Dodaj komentarz