Radioplawa przy burcie!

Kiepski, bardzo kiepski dzień

Pamięci Mariana Zarzyckiego II of. mechanika na m/t Gopło 

Wszyscy stanęli ze zwieszonymi głowami, każdy radził sobie na swój sposób ze łzami i okropnym poczuciem bezsilności, najgorszym z czym ludzie morza czasami muszą się zmagać.

16 sierpnia 1989 roku, północny Pacyfik, pokład trawlera B-20 m/t „Gopło” należącego do PPDiUR ODRA, który został przystosowany do połowów pławnicowych i wykonywał w tym czasie zwiad rybacki.

To był mało przyjemny dzień. Nieruchome powietrze miało tak wysoką wilgotność, że z trudem dawało się wciągać do płuc. Jęzory mokrej mgły sięgały od powierzchni wody do niskich ołowianych chmur. Idąca z północy, spod Aleutów martwa fala o oleiście gładkiej powierzchni, wprowadziła statek w długi, powolny rozkołys.

Zgrabna sylwetka trawlera leniwie kładła się to na lewą to na prawą burtę. Wolne obroty silnika głównego były ledwie wyczuwalne, znak, ze statek podchodzi do radioboi pierwszego zestawu pławnic.

Rybacy wyrwani nad ranem ze snu, leniwie wkładali ociekające kropelkami mgły jaskrawo pomarańczowe sztormiaki. Zawsze to jakaś ochrona przed niezmywalnym, piekącym po dostaniu się do oczu tuszem wyrzucanym przez schwytane kalmary, no i wodą morską strząsaną przez naprężone podczas wybierania sieci.

Pracę rozpoczęli o piątej. Stary bezbłędnie podszedł do radiopławy znaczącej początek zestawu. Z mgły, tuż przed statkiem wynurzyła się pomarańczowa boja. Jasiu stojący na dziobie, celnym rzutem kotwiczki zaczepił linę zestawu. Kilka pociągnięć ramion i pomarańczowa boja z trzymetrową anteną została podjęta na pokład, a wciągarki* zassały sieci i natychmiast ze swoistym wizgiem rozpoczęły pracę.

Pierwsze siatki szeleszcząc podczas przesuwania się po rozciągniętych plandekach, praktycznie puste przeleciały przez pokład do last. Niestety wyglądało na to, że tym razem kalmara nie będzie. W kolejnych pławnicach pokazały się całe stada bram, ryb nie nadających się do wykorzystania, za to zaczepiających o sieć każdą chropowatą łuską. Nic dziwnego, że wszyscy mieli nietęgie miny klnąc pod nosem. Wybieranie kolejnych zestawów prawie stanęło w miejscu, na pokładzie piętrzyły się kosze z czarną rybą o księżycowym ogonie, a chłopcy dwoili się i troili, by jak najszybciej wyplątać to cholerstwo.

Czas uciekał niemiłosiernie, a kalmara ani jakiegokolwiek innego połowu choćby do zjedzenia ani widu ani słychu. Stary niby nadrabiał miną sypiąc dowcipami z mostku do ludzi na pokładzie, ale w duchu klął w żywy kamień. Wyjaśniło się dobitnie, co też wczoraj echosonda malowała za stada, brama, jasna cholera, i to w takiej sakramenckiej ilości! W końcu nadszedł czas śniadania, statek zwolnił, by część załogi mogła zejść z pokładu, a pozostali nadążyli z pracą.

Paweł nie był specjalnie głodny, więc został jeszcze na deku. Dopiero koło ósmej, kiedy już większość chłopaków wróciła wycierając wąsy, ruszył do zejściówki. Z ulgą ściągnął mokry sztormiak prostując obolałe od ciągłego schylania się plecy. W kabinie opłukał słodką wodą twarz i piekące oczy. Wycierając ręce zerknął na fotografię uśmiechniętej dwójki dzieciaków. Ile to już czasu się nie widzieli? Dobre dwa miesiące… Trzeba będzie zadzwonić.

W mesie przy pierwszym stole siedział już chief Jędrek, motorzysta Toni i Jurek, chłopak z pokładu. Paweł przysiadł się do nich zajmując miejsce twarzą do wejścia. Po chwili przy następnym stole, za jego plecami usiadł II mechanik Marian i „harcerzyk”-radiooficer Piotrek.

Wszyscy mieli miny takie sobie, w końcu każdy przyjechał tu zarabiać pieniądze a nie kiwać się po próżnicy… Można było to jasno wyczytać z ich skwaszonych min, tymczasem kuk roznosił nieśmiertelną jajecznicę. Po dwóch miesiącach nie miała prawa smakować i… nie smakowała. Mimo to dzióbali wszyscy w talerzach, z namaszczeniem smarując kromki chleba. Takie małe, normalne czynności, wykonywane z pietyzmem pozwalają zachować wewnętrzny spokój, nawet w trudnych okolicznościach.

Paweł w pewnym momencie zauważył zaskoczenie na twarzy chiefa jednocześnie słysząc rumor za plecami. Kiedy gwałtownie się odwrócił zobaczył, że drugi mechanik spada bezwładnie pod stół. Wszyscy zerwali się na równe nogi. -Marian! Marian! Co jest? -Chłopaki , otworzyć bulaje i drzwi! -Marian obudź się!

Marian blady, wręcz szary został sprawnie ułożony na podłodze. Chief szybkim ruchem rozdał koszule na jego piersi i przystąpił do reanimacji poprzez rytmiczne uciski na klatkę

-Radio, nie stój qrrrwa, przynieś zestaw do reanimacji!

-Mmmy nie mamy …

-Jak to nie mamy, maski do usta usta nie masz?

-Nie…

-Ja pierrrr..olę, to co ty qrrrrwa robiłeś w porcie!

Paweł gorączkowo przeszukiwał mózg, co się robi podczas zawału, co ? Adrenalina, nitrogliceryna? -Radio masz nitroglicerynę?

-Poszukam!

-Dobra, dawaj migiem!

Chief oderwał kawał koszuli i przez tak zaimprowizowana maskę wdmuchiwał w płuca Mariana powietrze w przerwach między uciskami na serce. W międzyczasie Piotrek przyniósł tabletki nitrogliceryny, pokruszyli je i włożyli Marianowi do ust.

-Piotrek leć do radia i wołaj jakiegoś lekarza! Już po chwili trzęsący się ze zdenerwowania radzik wołał:

-May day!, May day! May day! Gopło potrzebuje pomocy lekarskiej, Polish vessel need medical equipment may day, may day!

W głośniku zachrobotało

-Gopło, Gopło Kalmar woła, Kalmar woła, co się stało? Jaką macie pozycję? Z przygotowanej przez asa kartki radio odczytał pozycję

-OK, jesteśmy od was jakieś 7 dni drogi, nie możemy pomóc fizycznie, ale daję do radia doktora. Inny już głos

– Tu lekarz medycyny Jerzy Kowalik, co się stało?

-Panie doktorze, podejrzewamy zawał, II mechanik podczas śniadania stracił przytomność, skarżył się w nocy na bezsenność i pieczenie w okolicy mostka…

-Tak, to może być zawał, proszę podać mu hydrokortyzon dożylnie, jak najszybciej, czekam przy radiu…

Radzik pobiegł do apteczki po strzykawkę i leki… Paweł obserwował czujnie co ten robi. Hydrokortyzon, strzykawka, dobrze, utrącić ampułkę, odskoczyła z cichym sykiem, strzykawka, igła, tak by jej nie dotknąć palcami, dobrze, naciągnąć lek, odpowietrzyć

-Radio, co ty robisz! Odpowietrzasz igłą w dół? Opanuj się, igła do góry, tak. Bąbelki powietrza zniknęły, na igle pokazała się kropelka płynu… A spirytus do odkażanie skóry, jest i spirytus, wacik też, gumka do zaciśnięcia ramienia…OK. Chief przytrzymał bezwładną rękę tak by dłoń nadgarstek leżał żyłami do góry.

-Są jakieś oznaki życia?

-Przed chwilą westchnął- odparł chief nieswoim, łamiącym się głosem. Teraz motorzysta Jurek ze zmiany drugiego prowadził reanimację. Paweł wycofał się do radiokabiny

-Klamar Kalmar, Gopło woła… natychmiast odezwał się lekarz z trawlera

-Jestem, lek podany?

-Tak, chory bez zmian, mimo reanimacji nic się nie dzieje…

-Proszę osłuchać przez stetoskop chorego, czy jest tętno, czy serce pracuje?

-Panie doktorze tu nie ma żadnego cholernego stetoskopu, radio niewiele wziął na statek. W eterze zapadła dramatyczna cisza… Po chwili

-Gopło, jest tam pan? Paweł usiłował przełknąć wielką kolczastą kulę tkwiąca w gardle, nerwowo wytarł łzy

-Tak- wychrypiał- jestem…

-Proszę sprawdzić co się dzieje z chorym i przekazać mi. Zbiegł na dół. Od razu spostrzegł krwawą pianę wyciekającą z ust Mariana… Reanimacja trwała, radio blady, chyba zaraz też będzie wymagał pomocy… Cholera, ale pierrrdo**ny burrrrdel…!

-Macie lusterko- podał je Jurkowi -przyłóżcie do ust, Chief sprawdź tętno… Nie musiał pytać o efekt, lusterko zostało nieskazitelne, Paweł wrócił szybko do radiokabiny.

-Kalmar, Kalmar Gopło…

-Tak, jestem, co z chorym?- przerwał lekarz z Kalmara -Mamy krwawą pienistą wydzielinę z płuc, wycieka z ust…

-Tętno?

-Nie ma

-Ślady oddechu?

-Nie ma

-Ile czasu trwa renimacja?

-Jakieś 40 minut

-Panie Pawle, jest 9:30, z wielką przykrością na podstawie podanych przez pana objawów stwierdzam zgon pacjenta i zarządzam przerwanie reanimacji. Proszę sporządzić protokół ze zdarzenia i dokonać odpowiedniego wpisu do księgi okrętowej. Gdyby coś jeszcze się działo z innymi członkami załogi proszę niezwłocznie wołać, jesteśmy na stałym nasłuchu… Powodzenia!

-Dziękuję doktorze, że był pan z nami, za pomoc, powodzenia, bez odbioru.

Powoli zszedł do mesy, czuł okropny ciężar na sercu, ciężar czegoś nieodwracalnego, potwornego, czegoś czego nie można zmienić… już nigdy…

-Chłopaki, lekarz kazał przerwać reanimację, stwierdził zgon.

-Co on pier**li! Konował je**ny, Marian qrwa, rusz się! -Krzyknął łamiącym się głosem Chief, uderzył silnie pięścią w okolice serca Mariana i przyłożył ucho do jego piersi.

– Jezu!, nic… – usiadł na podłodze przy ciele trzymając je za przegub dłoni, jak by czekał na puls. Grube łzy płynęły po jego twarzy, Wszyscy stanęli ze zwieszonymi głowami, każdy radził sobie na swój sposób ze łzami i okropnym poczuciem bezsilności, najgorszym z czym ludzie morza czasami muszą się zmagać. Zdawało się, że cały statek zamarł w ciszy. Ale tak nie było, na pokładzie praca szła normalnie, choć wszyscy już wiedzieli co się stało.

Zapowiadający się zwykły kiepski dzień stał się dniem tragicznym. Po południu, kiedy już wszystkie pławnice znalazły się na pokładzie, a statek szedł małą naprzód w poszukiwaniu ryby i kalmarów, stary poprosił do siebie chiefa, pierwszego, Pawła jako delegata załogowego i Jerzego, kierownika rejsu. Miał poważną minę, nalał do szklaneczek złocistego Jasia Wędrowniczka, siadł ciężko w fotelu i westchnął…

-Panowie, mamy problem- zaczął- problem ogólny i problem szczególny. Po pierwsze trzeba coś zrobić ze zwłokami… Nikt nigdy mi jeszcze nie umarł, więc nie mam doświadczenia w tych sprawach, proszę panów o pomoc…

Po chwili ciszy i łyku bosko rozpływającego się ciepłem w żyłach alkoholu odezwał się Pierwszy. -Jeśli chodzi o zwłoki, to Jasiu już się zaoferował, że je oporządzi, jak należy, wie jak to się robi…

-Zaraz opróżnię chłodnię z prowiantu – zabrał głos Paweł -niewiele go już zostało, będzie można złożyć tam Andrzeja, potrzebne będą czyste prześcieradła żeby go zaszyć…

No to problem szczególny mamy z głowy- odparł Stary- teraz ogólny, przerywamy zwiad i idziemy do Vancouver. Będzie to okazja do uzupełnienia zapasów i odpoczynku załogi. Ten odcinek rejsu dał nam mocno w kość. Proszę zająć się przygotowaniem statku do przelotu i wejścia do portu. Jak zwykle wykładamy windy kalmarowe na burty. Pozostały sprzęt do ładowni. (wyjaśnienie tej decyzji w opowiadaniu „Pod przykrywką” )

-Pierwszy, poproś Jasia… Panom dziękuję, Paweł zostań chwilkę. Wszyscy się podnieśli i wyszli…

-Paweł- Stary zaczął z zakłopotaniem- czy mógłbyś delikatnie obserwować radiego? Paweł pokiwał głową, sam już o tym pomyślał, radio to harcerzyk, jeszcze mógłby sobie coś zrobić… Tak to wyglądało, ehhh…..

-Oczywiście, przyglądam mu się od rana…może mu przejdzie… – Stary pokiwał głową, uścisnęli sobie dłonie i Paweł wyszedł. Po chwili do kapitańskiej kabiny wkroczył Jasiu, zwykły rozbrajający na patelniastej twarzy Jasia uśmiech znikł…

-Jasiu, chciałem podziękować za to że zaofiarowałeś się oporządzić ciało…

-Nie ma sprawy panie kapitanie, to był nasz kolega, a poza tym, dla mnie to nie pierwszyzna, takie jest życie…

-Taaaak, takie jest to pierd**one życie, Jasiu…Ehhhh, masz łyknij sobie kropelkę,

-Ale panie kapitanie, mam zakaz!

-Przecież wiem, to mój zakaz, teraz go na minutę zawieszam, ale na minutę! Jasiu skwapliwie wychylił szklaneczkę, po chwili dawny uśmiech znowu go rozpromienił…

-Dziękuję, to było mi bardzo potrzebne…

-Wiem, wszyscy jesteście twardzielami, ale… ehhhh. No i ta nagana z portu jest anulowana. (kłopot z Jasiem) Co nie znaczy, że nie wpier**lę ci kolejnej jak coś nawywijasz!

-Panie kapitanie, jaaaaa? – Święte oburzenie emanowało z głosu urażonego wielkoluda.

-Jasiuuuu, ile to rejsów razem zrobiliśmy?

-Noooo, ten będzie dziesiąty?

-No widzisz, znamy się jak dwa łyse konie, więc się nie oburzaj tylko uważaj na siebie…Mówię tak bo idziemy do portu. Jak będziesz chciał się napić wpadnij do mnie, ale na mieście ani kropelki, pamiętaj!

-Oczywiście kapitańciu!

-Dobra, dobra, idź już, aha, ciało złożycie do chłodni u Pawła… No zmykaj!

Statek zmienił kurs na wschodni, przed nimi było jakieś 12 dni drogi. 12 dni monotonnych wacht, pracy na pokładzie i rozmyślań, gadania, wspominania, rozpamiętywania. Jeszcze niedawno podczas kabinowego popijania kawy nie zawsze dobrze mówiło się o II. mechaniku, teraz okazało się, że był to człowiek bez wad, jak zwykle w takich przypadkach…

Jego ciało obmyte, ogolone, ostrzyżone, owinięte w prześcieradło spoczęło w chłodzonej komorze ładowni. A tymczasem pozostały formalności, głupie, małe, przyziemne, które jednak czekały rodzinę zmarłego. Paweł postanowił choć trochę im ulżyć. Wysłał telegram do dyrektora ds. osobowych Adriany Hebel, żony nieżyjącego już wówczas legendarnego dyrektora Odry. „Proszę o zaoczne rozliczenie z pobranych ubrań i innych środków nieżyjącego członka naszej załogi Mariana Ż. II mechanika m/t Gopło” Odpowiedź przyszła natychmiast. „ Mechanik Marian Ż. jest rozliczony, pozdrawiam załogę A.Hebel” Mała, głupia rzecz a jak znacząca… Człowiek po drugiej stronie okazał się Człowiekiem, a nie urzędasem.

Paweł dyskretnie obserwował „harcerzyka”, ten chodził struty, nie pokazywał się na mostku, głównie przesiadywał sam w kabinie. Przy którejś próbie wyciągnięcia go stamtąd na karty czy kawę wybuchnął:

– Odpierd**cie się wreszcie ode mnie, myślicie że nie wiem że obserwujecie mnie, żebym sobie czegoś nie zrobił? NIE ZROBIĘ! Zakonotujcie to sobie i dajcie mi święty spokój.

Ale wybuch ten miał chyba oczyszczający wpływ, bo radzik zaczął funkcjonować normalnie…

Tymczasem statek pokonując malownicze skaliste, pełne nieoczekiwanych wirów i prądów cieśniny zatoki Victoria na Strait of Juan de Fuca, wpłynął na redę portu Vancouver. Flaga opuszczona do połowy masztu obwieszczała wszem i wobec o nieszczęściu jakie dotknęło załogę.

Tym razem cumowanie statku odbyło się bez zwykłych podczas dochodzenia do kei okrzyków, targowania się o cenę papierosów i zwykłego harmideru portowego. Statek dobijał do kei majestatycznie niczym wielki karawan…

Na nabrzeżu już stali ludzie kanadyjskiego koronera. Urzędnik, wielki chłop ze szpakowata brodą okalającą nalaną twarz, zażądał od prowadzącego go do chłodni Pawła flagi, do którego dopiero po chwili dotarło o co chodzi, przyniósł z mostku polską Banderę i przykrył nią zwłoki. Ludzie koronera razem z rybakami wynieśli ciało Andrzeja po stromej zejściówce, co nie było łatwe…

Gdy znaleźli się na pokładzie trałowym zawyła statkowa syrena, to było dramatyczne pożegnanie kolegi, nie było twardziela, któremu by nie zaszkliło się oko… Bezosobowy ładunek owinięty biało czerwonym płótnem zniknął w czarnym mikrobusie, syrena wyła do chwili kiedy ten zniknął za zakrętem portowego nabrzeża…

Życie powoli wróciło do normy, choć obraz owiniętych w banderę zwłok na pokładzie „Gopła” z rykiem syreny w tle pozostał wszystkim głęboko w pamięci…

Po kilku dniach przyszło orzeczenie koronera: bardzo rozległy zawał, Marian nie miał szans, nawet gdyby na miejscu był zespół reanimacyjny…

W.S.

To opowiadanie oparte jest na autentycznym  wydarzeniu, którego autor był naocznym świadkiem i uczestnikiem. Oczywiście trudno spamiętać i cytować wszystkie dialogi, czas jest nieubłagany. Także imiona uczestników poza zmarłym II mechanikiem zostały zmienione. 

Jedna myśl nt. „Kiepski, bardzo kiepski dzień”

Dodaj komentarz