morski sokół wędrowny

Kuba-morski sokół wędrowny

Kuba-morski sokół wędrowny

Któregoś razu zauważyliśmy, że Kuba porwał znad fali latającą rybę. Byliśmy już w strefie ciepłych wód i ryby te  pojawiły się w dużych ilościach.   

Było to któregoś dnia w trakcie powrotu, ze zwiadu rybackiego na Pacyfiku. Kiedy już trzymaliśmy kurs na Panamę, gdzieś na wysokości Kalifornii, tuż po  objęciu porannej wachty omiotłem wzrokiem horyzont i kątem oka dostrzegłem na maszcie sporego ptaka. Podniósłszy wzrok zdumiałem się bardzo, wręcz nie mogłem uwierzyć własnym oczom.

Na rejce, tuż przy topie siedział  drapieżnik, miał charakterystyczny kształt ciała i głowy z dumnym, zakrzywionym dziobem, z silnymi nogami wyposażonymi w potężne szpony. W żaden  sposób nie był to jakikolwiek morski ptak!

Porwałem lornetkę i nagle spojrzałem w oczy pięknego sokoła. Ponad 200 Mm od  lądu, na oceanie sokół! Różne rzeczy widziałem, ale nie coś takiego! Przywołałem z pamięci wszystko co do tej pory  miałem w swojej „podręcznej bazie danych” na temat sokołów i wyszło mi na to, że jest to sokół wędrowny, lub jakiś  gatunek bardzo blisko niego…

Ciemnobrązowy grzbiet, jasna, upstrzona paseczkami pierś, ciemny kapturek na głowie  okalający wielkie, wręcz piękne  oczy drapieżnika. Zaskoczenie ale i radość była ogromna. Stał się natychmiast ulubieńcem  załogi, która ochrzciła go jak to zwykle bywa, imieniem Kuba.

Pierwszym naszym zmartwieniem było to, co też Kuba będzie  jadł. Jako drapieżnik musi jeść mięso, próbowaliśmy jakoś go zachęcać do statkowej wieprzowiny, ale zupełnie nie  reagował na próby podsuwania mu co lepszych kąsków. Jakieś dwa dni w ogóle nic nie jadł. Bardzo poważnie niepokoiliśmy  się jego kondycją.

Jednak po południu trzeciego dnia pobytu na „Gople”, Kuba poderwał się do lotu i szybkim jak to  sokoła lotem, pomknął nad falami. Śledziłem go przez lornetkę. W pewnej chwili dojrzałem jego cel, między grzbietami falami, tuż nad  ich powierzchnią kluczył mały nawałnik. Kuba błyskawicznym atakiem porwał go w szpony i wrócił na statek. Upatrzył sobie miejsce na maszcie na pokładzie pelengowym, tuż ponad nawigacyjnym światłem topowym. Tam, nie bacząc na wpatrzoną  z zachwytem i dumą „w naszego Kubusia” marynarską gawiedź, pożarł zdobycz.

Od tej pory tak bywało codziennie. Kuba  wyprawiał się dwa trzy razy dziennie na połów, spożywał ofiarę siedząc, a właściwie stojąc na „swoim” miejscu i zapadał  w krzepiącą drzemkę.  Zmieniające się wachty, w pierwszych słowach przekazywały sobie informacje o Kubie -jadł coś?

Pytanie było uzasadnione,  bo nie zawsze udawało mu się cokolwiek złapać, czasami wracał na statek „o pustych szponach”. Nawałniki i burzyki maja bardzo szybki i pełen nagłych zwrotów lot. Dlatego były trudnym celem dla Kubusia. Któregoś razu zauważyliśmy,  że Kuba porwał znad fali latającą rybę. Byliśmy już w strefie ciepłych wód i ryby te pojawiły się w dużych ilościach. Tym samym Kuba, jako chyba jeden z nielicznych sokołów do swojej diety dołączył morskie ryby.  Od tego czasu pod kominem często pojawiały się łebki ryb latających.

Nie obyło się bez dramatycznych sytuacji. Któregoś razu Kuba zapędził się za zdobyczą dość daleko, a statek płynął cały  czas z szybkością jakiś 12 węzłów. Kuba ponawiał ataki na jakiegoś burzyka czy nawałnika, jednak bezskutecznie,  pozostając coraz dalej w tyle. Obawialiśmy się czy będzie miał na tyle siły żeby nas dogonić. Napięcie na mostku rosło z  każdą chwilą.

Sokół chyba spostrzegł dramatyzm sytuacji, bo przerwał polowanie i ruszył w pościg za statkiem,  płynęliśmy pod wiatr, więc nie miał łatwego zadania. Stary, niby niewzruszony morski wyga, ściągnął rączki telegrafu maszynowego „do mała naprzód”. Do tej pory udawał że Kuba niewiele go obchodzi. Statek zwolnił a sokół już bez zataczania koła, jak zwykle, pojawił się nad pokładem  usiadł na swoim miejscu. Odetchnęliśmy z ulgą, a statek ponownie, przy dźwiękach dzwonka telegrafu, ruszył całą na przód.  Byliśmy jednak mocno zaniepokojeni, zdawaliśmy sobie sprawę, że brak  posiłku i długie loty bardzo go wyczerpują.

 Już w pobliżu Panamy pogoda uległa zepsuciu, wiatr przybrał na sile do jakiś 6 stopni, stał się porywisty, z niskich,  ołowianych chmur zacinał deszcz. Tuż przed wieczorem zauważyliśmy trzy białe czaple, które resztką sił doleciały do  statku, sadowiąc się na rejce głównego masztu. Oczom własnym nie wierzyłem, obok nich usadowił się Kuba! Przy czym  czaple skupiły się z jednej burty, a Kuba po przeciwnej stronie masztu z drugiej.

Ptaki tkwiły tak całą noc, rano pogoda uległa poprawie i czaple ruszyły w drogę, ku lądowi… a Kuba za nimi. Po jakichś 15 minutach patrzymy, a nasz sokół jedną z czapli, drącą  się wniebogłosy „holuje” za statkiem. Zdobycz przynajmniej jeszcze raz tak duża jak Kuba, stanowiła spore obciążenie,  toteż leciał tuż nad wodą, próbował wznieść się na poziom burty, jednak nie dał rady, w końcu wypuścił zdobycz ze szpon  i wzleciał na „swój” maszt, a czapla, której udało się zachować życie, pomknęła nad falami na wschód.

Kuba pobył  jeszcze z nami dwa-trzy dni, ale pewnej nocy, kiedy już zbliżaliśmy się do Panamy zniknął na dobre. Było nam smutno, mieliśmy jedynie nadzieję, że dotarł na  ląd bezpiecznie.   

fot. tekst W.S.

Dodaj komentarz