Archiwa tagu: B-18

Trawler rufowy B-18. Trochę danych technicznych

 

B-18
Rysunek W.Blady „Polska flota rybacka w latach 1921-2001”

Trawlery serii B-18

Trawler rufowy B-18. Trochę danych technicznych

Zbudowano dziewięć trawlerów B-18, były to: „Foka” ŚWI 195– zbudowany w lutym 1964 r., sprzedany w 1982 r., „Finwal”ŚWI 196– zbudowany w czerwcu 1964 r., sprzedany w 1982 r., „Płetwal” ŚWI 197 – zbudowany w sierpniu 1964 r., wycofany z eksploatacji w 1991 r., „Orka” ŚWI 198(h) – zbudowany w grudniu 1964 r., wycofany z eksploatacji w sierpniu 1989 r., „Homar” ŚWI 199– zbudowany w kwietniu 1965 r., sprzedany w 1982 r., ,,Langusta” ŚWI 200 – zbudowany w czerwcu 1966 r., sprzedany w 1982 r., „Narwal”ŚWI 20 (h) – zbudowany w grudniu 1967 r., wycofany z eksploatacji w 1993 r., „Kaszalot” ŚWI202 (h) – zbudowany w maju 1968 r., wycofany z eksploatacji w 1993 r., „Sejwal” ŚWI 203 (h) –zbudowany we wrześniu 1968 r., wycofany z eksploatacji w 1990 r.

Kadłub statku całkowicie spawany, o poprzecznym systemie wiązań. Dno statku podwójne, z wyjątkiem części rufowej. Trawler miał dwa ciągłe pokłady – górny i główny. Nadbudówkę umiejscowiono w środkowej części kadłuba. Statek podzielono na przedziały dziewięcioma grodziami wodoszczelnymi. Część dziobowa kadłuba miała wzmocnienia przeciwlodowe do pływania w łamanym lodzie. Pomieszczenia służbowe, mieszkalne, gospodarcze i ogólnego użytku rozmieszczono na pokładzie głównym oraz w nadbudówce. Pozostałe kabiny załogowe znajdowały się w pokładówce na górnym pokładzie. W części rufowej nad pokładem usytuowano sterownię, szpital, izolatkę, pomieszczenia – kapitana, radiooficera i armatorskie, a także kabiny – manewrową (doprowadzenia połowów), nawigacyjną i radiową (Roguski 1963, Karnicki 1966).

Do napędu statku zamontowano silnik ze śrubą nastawną, regulatorem obrotów dostosowanym do pracy prądnic wałowych oraz urządzeniem sygnalizującym przeciążenie silnika. Statek dysponował dwoma zespołami do wytwarzania energii elektrycznej w porcie i w trakcie przelotu, o mocy 250kW i 320 kW.

Charakterystyka techniczno-eksploatacyjna była następująca:

Długość całkowita 87.25 m

Długość między pionami 80,00 m

Szerokość na wręgach 14, 14 m

Wysokość do pokładu: głównego 7,10 m

trałowego 9,75m

Wysokość nadbudówek 2,30 m

Zanurzenie konstrukcyjne 5,36 m

Objętość ładowni ryb mrożonych:

nr 1 368 m3

nr 2 494 m3

nr 3 525 m3

Objętość ładowni mączki rybnej 301 m3

Pojemność rejestrowa brutto 2496 RT

Nośność 1243 t

Objętość zbiorników:

paliwa dieslowego mazutu 186 m

oleju smarowego 48 m

tranu 57m3

wody słodkiej 280 m3

Silnik 6-cyl. Sulzer typ TAD-48

przy 225 obr./min o mocy 1658 kW/2700 KM

Prędkość 140 węzłów

Załoga 74 osoby + 8 rezerwa

Autonomiczność pływania 75 dni.

Linię połowową na trawlerze typu B-18 stanowiły: – dwu bębnowa wciągarka trałowa o uciągu 12 T przy prędkości wybierania lin 72 m/min, pojemność bębnów około 2000 m liny o średnicy 26 mm; – specjalne rolki umocowane na krawędzi pochylni oraz role na kolumnach trałowych.

Wydajność przerobową przetwórni statkowej określono na 50 ton surowca na dobę.

Złowione ryby wsypywano do zbiorników z podchładzaną wodą morską. W wyniku obróbki ryb można było uzyskiwać:

– tusze z karmazyna,

– filety z ryb oprawianych ręcznie;

– bloki ryb mrożonych, wypatroszonych i odgłowionych;

– bloki ryb mrożonych dzwonkowych;

– mączkę rybną produkowaną z odpadów i przyłowu:

– tran wytwarzany z wątrób.

W zależności od potrzeb ryby były mrożone w szafach płytowo-kontaktowych o łącznej wydajności 15 ton na dobę lub podwójnym tunelu zamrażalniczym z intensywną cyrkulacją powietrza o tej samej wydajności. Przy intensywnych połowach, wykorzystywano obie metody mrożenia jednocześnie.

Wytwórnia mączki rybnej mogła przerabiać około 25 ton surowca na dobę. Do zamrażania ryb i ich przechowywania w ładowniach statek dysponował amoniakalnym urządzeniem typu sprężarkowego, które składało się z trzech zespołów zamrażalniczych do obsługi ładowni.

W ładowniach z mrożoną rybą utrzymywano temperaturę –25°C. Na trawlerach typu B-18 były zainstalowane sprężarki amoniakalne dwustopniowe, typu W200/2A o wydajności około 87 tys. kcal/h przy temperaturze od –42°C do +37°C.

Rysunki i opis pochodzą z książki „Polska flota rybacka w latach 1921-2001” – Wiesław Blady wydanej przez MIR Gdynia 2002
Zamieszczone za osobistym zezwoleniem autora.

Śmierdzący rejs

…wkrótce mieliśmy „zapaszek” w makaronach do zupy mlecznej i rosołu, w wypiekach a nawet… chlebie

Montevideo, początek marca 1985, lądujemy w Urugwaju po prawie dobie lotu z przesiadkami. Wszyscy jesteśmy, mimo gorących ręczników na twarz i niesamowitej kawie serwowanej przez brazylijskich stewardów, lekko “zakręceni”.

Dwie załogi, po 80 ludzi każda, ładują się do autobusów. Wszyscy z niepokojem oczekują na wjazd do portu.

-Jaki to będzie rejs?

-Z jakimi ludźmi przyjdzie pracować?

-Czy uda się “zdobyć” jakąś przyzwoitą kabinę z normalnym współlokatorem?

-Czy stary umie łowić?

W porcie czekają na nas dwa trawlery B- 18;”Kaszalot” i „Sejwal”. Autokary wtaczają się nie zatrzymywane na bramie (efekt upadku reżimu wojskowego), podjeżdżają pod szereg zacumowanych rufami do kei statków. Od razu widać, że na wszystkich wre praca. Stoczniowcy szlifują, spawają, wszędzie kręcą się miejscowi, sypią się iskry, błyskają łuki elektryczne, walą młoty. Wbiegamy po trapie na pokład, ja na „Sejwala”.

Z kolegą poznanym podczas lotu opracowaliśmy strategię „zdobycia wygodnej kabiny”, Jurek trochę bardziej sprytny niż ja, przebił się przez gromadkę marynarzy i rzeczywiście, „opanował” całkiem sympatyczne gniazdko. Pobyt w porcie minął jak jedna chwila, ani się obejrzeliśmy gdy dzwonki alarmowe wezwały nas na stanowiska manewrowe.

Faochron Montevideo

Byłem wówczas zamustrowany jako starszy rybak, więc przypadła mi na wyjściu wachta na sterze. Na mostku ze zdumieniem dowiedziałem się, w jakim to stanie technicznym statek wychodzi w morze. Żyrokompas mimo starań fachowców miejscowych i naszych za nic nie chciał pokazywać właściwego kierunku, a co za tym idzie, można było zapomnieć o autopilocie. Łączność radiową mieliśmy wyłącznie na UKF, czyli z jednostkami w zasięgu wzroku. Tak więc już w awanporcie mieliśmy przedsmak tego co nas czekało w morzu.

Stary (Jerzy Mamprejew) zarządził manewry w celu ustalenia dewiacji kompasu magnetycznego, bo było to jedyne niezawodne urządzenie nawigacyjne na tym statku, no może nie jedyne, pozostały ołówki, ekierki, mapy no i sekstant. Czyli mieliśmy płynąć jak za dawnych dobrych czasów. Statek okazał się słabo sterowny, zwłaszcza przy niewielkiej prędkości. Tylko taką można było w awanporcie rozwinąć, dla tego o mały włos nie spowodowaliśmy kolizji z wchodzącym do portu pasażerem.

Stary omal nie pogryzł sterującego wówczas mojego zmiennika. Inna rzecz, że wyznaczając go do steru nawet nie zapytał, czy ten kiedykolwiek dotykał tego urządzenia, a jak się okazało, to był właśnie jego pierwszy raz.

Na łowisko w rejon Falklandów płynęliśmy kilka dni, wachty na sterze zmieniały się w normalnym cyklu. Powoli nabieraliśmy wprawy, statek już nie uciekał z kursu po kilkanaście stopni, trzeba było uważać i wyprzedzać sterem ruch tarczy kompasu. Niestety urządzenie to ma sporą bezwładność, tarcza reaguje na zmianę kierunku ze sporym opóźnieniem. Dla przyzwyczajonych do pracy kompasu żyroskopowego, który natychmiast wskazuje każde odchylenie od kursu (pod warunkiem że jest sprawny), była to pewna trudność.

Pamiętam taką noc, tuż przed dotarciem na łowisko, kiedy to ocean postanowił dać nam nauczkę, wiało blisko granicy skali, a czasami powyżej, więc o płynięciu nie było mowy, statek sztormował bardzo „małą naprzód”, zachowując się przy tym jak dobrze wyczerpany nocnymi hulankami w portowych knajpach marynarz. Miałem pełne ręce roboty usiłując utrzymać dziób na wiatr, nie udało mi się jednak doprowadzić choćby do chwilowego zatrzymania chyboczącej się tarczy.

W taką noc na mostku panuje cisza, mrok rozświetlany jedynie wyciemnionymi tarczami urządzeń wskazujących, oficer wachtowy wbity w fotel przy prawym radarze, drugi marynarz zaparty o szot przy lewym, obaj usiłujący przebić wzrokiem ciemność za oknami. Statek co chwila walił tępym, wysokim dziobem w nadbiegające fale, które przelatując z łoskotem nad mostkiem spadały na pokład szalupowy, a czasem i na trałowy.

Trochę dziwne uczucie, w porcie wydawało się, że ta ponad 20 metrowej wysokości, potężna maszyna jest nie do zniszczenia. Teraz jednak, kiedy ten wielki kadłub wspinał się mozolnie na górskie grzbiety fal, by po chwili spaść po drugiej stronie w podstawę kolejnej, przyjmując na siebie tysiące ton rozpędzonej wody, ta pewność była jakby mniejsza… Po każdym większym ciosie, jeden z nas biegnie na pokład trałowy sprawdzić, czy fala nie porwała ze statku szalup, bądź włoka.

W pewnym momencie wpadliśmy z Drugim na „genialny” pomysł, że jeśli dołożymy chociaż z węzeł na szybkości, to statek będzie bardziej sterowny. Oczywiście nasza kabaryna natychmiast przywaliła w fale z taką siłą, że Stary wypadł z koi na podłogę, wprowadzony tym w znakomity nastrój, wpadł „radośnie” na mostek i kwiecistym wystąpieniem oratorskim wybił Drugiemu wszelkie „racjonalizatorskie” pomysły z głowy.

Noc przetrwaliśmy w całości, okazało się że płynąc z prędkością 5 węzłów po wodzie, w rzeczywistości statek cofnął się nad dnem 35 mil morskich…

Sztorm minął, ale już przy śniadaniu poczuliśmy skutek kolejnej technicznej usterki, chłodnia spożywcza nie trzymała temperatury, która zamiast stać na poziomie około 2-5 stopni C, trzymała ją w granicach 0 do 18, taka sytuacja zaskutkowała śmierdzącą siarkowodorem jajecznicą, cały dalszy rejs przebiegł pod znakiem zapachu zepsutych jaj, który ulatywał jedynie na kilka dni po pobraniu świeżego prowiantu.

Odtąd ograniczałem spożycie tego skądinąd wspaniałego produktu (podobnie jak inni) jak tylko się dało, śniadania bez jajek, kotlety schabowe sote itd. Jednak już wkrótce mieliśmy „zapaszek” w makaronach do zupy mlecznej i rosołu, w wypiekach a nawet… chlebie. Tak, to był zdecydowanie śmierdzący rejs.

Bliźniaczy „Kaszalot” miał większy problem, okazało się, że statek brał wodę, nie dużo ale jednak w zęzach przybywało, co gorsza, niektóre zbiorniki wody pitnej też były dziurawe, więc chłopcy mieli wodę słonawą…

Jak cała flota, tak i my używaliśmy (wbrew przepisom, rzecz jasna) szalup do komunikacji z innymi statkami, także do wożenia prowiantu i innego zaopatrzenia, chociażby paczek pustych kartonów. Tu też dał się we znaki stan techniczny jednostki.

Podczas postoju w zatoce przy Falklandach, oczekując na miejsce przy bazie pożyczaliśmy kartony do ryby innemu statkowi. Oczywiście przy pomocy szalup. Podczas spuszczania jednej z nich pękła spróchniała konopna lina w talii, rufa szalupy poleciała w dół, a bloczek talii uderzył jednego z marynarzy w twarz, wybijając chłopakowi większość zębów.

Cały rejs obfitował w różnego rodzaju niespodzianki wynikające właśnie z kiepskiego stanu technicznego. Był to skutek pomysłu obniżania kosztów eksploatacyjnych przez wymiany samolotowe. Załogi nie związane ze statkiem nie dbały o niego, starając się jedynie jakoś doczekać końca, dwie-trzy godziny na przekazanie tak skomplikowanej maszyny kolejnej załodze to na prawdę niewiele. W moim odczuciu (choć to pewnie spore uproszczenie) to dzięki temu flota uległa przyspieszonej dekapitalizacji…

fot, tekst W.S.