Archiwa tagu: Bałtyk. Gdynia

Cło – czyli celnik też człowiek, potrzebuje się wyspać.

 

W pewnej chwili do naszej stłoczonej gromadki podchodzi potężnej budowy celniczka o zaspanej, naburmuszonej twarzy. -Oooo-myślę sobie- zaczyna się!

Zwiad na Pacyfiku miał trwać 18 miesięcy, rzecz jasna z dwukrotną wymianą załogi drogą lotniczą. Nasza ekipa była jakby na stałe związana ze statkiem, jeszcze od remontu przystosowawczego w stoczni Szczecińskiej, poprzez zwiad na północnym Atlantyku. Toteż to my poprowadziliśmy statek na Pacyfik przez Kanał Panamski i po pięciu miesiącach połowów zostaliśmy podmienieni drogą lotniczą w Vancouver.

Z tym powrotem wiąże się śmieszna historyjka z rodzaju „pogaduszek celnych”. Otóż lądujemy po blisko dobie lotu w Warszawie, w nocy, obładowani do granic wytrzymałości różnym dobrem (bosman np. przywiózł ze sobą komplet opon do auta!), każdy zestresowany, bo wiadomo Warszawa to nie Goleniów, zaraz nam zaczną trzepać d… Głęboki środek nocy, na lotnisku ludzi jakby niewiele, celnicy jacyś tacy nieobecni duchem, ale mimo wszystko zachowujemy czujność.

W pewnej chwili do naszej stłoczonej gromadki podchodzi potężnej budowy celniczka o zaspanej , naburmuszonej twarzy.

-Oooo-myślę sobie- zaczyna się!

-Panowie to co są? Skąd i dokąd?- pyta obcesowo wysokim, ostrym jak brzytwa altem.

-My jesteśmy rybakami, wracamy z wymiany załogi w Vancouver…

-Aha, to wy, no dobrze- obrzuciła taksującym wzrokiem piętrzące się wokół wory, kartony, paczki- Taaa, panowie nie macie nic do oclenia?

-No właściwie- odpowiadam trochę zdezorientowany, bo co to za gadka, przecież widzi, ta jednak nie daje mi dokończyć…

-No przecież widzę! Panowie NIE MACIE NIC do oclenia! -I na całe gardło, do wszystkich, dobitnie

-Proszę przechodzić, panowie nie macie NIC do oclenia, szybko, szybko, tędy, tędy bo tamujecie tu ruch!

Chłopaki zbaranieli, nie mniej niż ja, po chwili jednak dotarło do nas, że kobita po prostu chce się wyspać, a taka banda golców, to dla niej żadna gratka, bo co, będzie clić stare opony? Szybko wykorzystując okazję wypadliśmy, taszcząc swoje „skarby” przed lotnisko, gdzie oczekiwały już autokary. Przed nami była jeszcze niekończąca się podróż do Świnoujścia, w sumie trwała dłużej niż przelot nad Atlantykiem, ale co tam, byliśmy już w DOMU.

W.S.

Wielkanoc na Gople i niezbyt udane świąteczne mazurki

Wielkanoc na Gople
fot:WS

Wielkanoc na Gople i niezbyt udane świąteczne mazurki

Wielkanoc w morzu to dziwne przeżycie, zwłaszcza dla tych, którzy mają tę okazję po raz pierwszy. Nie inaczej było podczas zwiadu kalmarowego Gopła na Atlantyku. Testowaliśmy wówczas nowe narzędzia połowowe (patrz tekst „Na pławnice”)

Zbliżała się Wielkanoc, byliśmy gdzieś między Wyspami Kanaryjskimi a Azorami. Na statku zagościł dziwny nastrój ni to nostalgii, ni to tęsknoty…

Podpytywaliśmy kucharza, co też przygotuje na świąteczne posiłki, aby poprawić nam nastrój. Wówczas jednak pojawił się problem- nasz kucharz ,Stasiu, doskonały autor niezapomnianych obiadków nie lubił, nie umiał (?)piec ciasta. Co gorsza na statku były same 100% chłopy, co to słodkości i owszem, ale coś zrobić w kuchni… Jak to będzie, święta bez mazurka?!

W panice przypominałem sobie jak to było, kiedy asystowałem mamie w kuchni przy świątecznych wypiekach, wyszło na to, że w końcu „nie święci…” i postanowiłem spróbować. Którejś cudownej podzwrotnikowej nocy,(Wielki Piątek na Wielką Sobotę?) kiedy statek z wyłączonym silnikiem dryfował, łagodnie kiwając się na długiej martwej fali, w oczekiwaiu na poranne wybieranie sieci, postanowiłem spróbować.

Trochę mnie przerażały ogromne blachy do pieczenia, ale w końcu co tam…, proporcje mąki do tłuszczu, jaj i cukru jakoś wyłuskałem z pamięci, ugniotłem toto, wsadziłem do pieca i … o dziwo, wyszło całkiem sympatycznie… Po kilku godzinach pracy miałem z dziesięć ogromnych blach kruchego ciasta. Ogromnych czyli jakieś 120 na 80 cm. Kucharz , jak podczas świątecznej Ewangelii Uczniowe, kiedy zobaczył to uwierzył, że jednak „da się”.

Postanowił zrobić masę sernikową i makową na część z nich, a ja dorobiłem jeszcze masę kajmakową (słynne domowe krówki) i na dwóch blachach rozsmarowałem pyszne powidła. Ba, nawet pokusiłem się o ułożenie na wierzchu mazurkowej kratki z ciasta.

Wszystkie blachy z ciastem zaniosłem do magazynku, ustawiłem jedna na drugiej, jakoś przyblokowałem workami z mąką, żeby nie „rozbiegły” się po podłodze i już bladym świtem, cały dumny władowałem się do koi.

Obudziły mnie szalone przechyły statku. Jak się okazało, zupełnie niespodziewany szkwał rozhuśtał i zapienił wokół ocean w kilka chwil. Pobiegłem do „mojego” ciasta i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Całonocny trud, moja duma legła dosłownie w gruzach, w gruzach połamanych, pokruszonych mazurków!

Wściekły na siebie że jak jakiś nowicjusz lepiej nie zabezpieczyłem ciasta, pozbierałem wszystko w michy, rad nie rad, musiałem to dać na świąteczny podwieczorek na stół, bo nie było już czasu na ponowne wypieki.

Do uroczystego śniadania przygotowaliśmy się bardzo starannie, statek lśnił czystością, i pachniał obficie tego ranka używaną „Przemysławką” czy ”Old Spicem”, w messie poza wachtowymi zjawili sie wszyscy, stary w galowym mundurze złożył oficjalne życzenia od armatora i mniej oficjalne od siebie.

Wzruszenie chyba wszystkim lekko ścisnęło gardła. Na stół wjechały tradycyjne potrawy… biała kiełbasa z ćwikła i chrzanem, gotowane jaja, żur, kucharz jak zwykle stanął na wysokości zadania. A na deser ciasta, a raczej ciastowe gruzy… Jednak, jak się okazało, moje dzieło wszystkim bardzo smakowało, podobnie zresztą serniki i makowce kucharza. Serce rosło kiedy widziałem kopiaste talerze połamańców noszone do kabin „na potem”.

Oczywiście radio miał mnóstwo pracy, choć w zasadzie ograniczała się ona do wybierania kolejnych numerów telefonów. Chłopcy tłoczyli się przy radiokabinie, mimo horrendalnych cen za satelitarne rozmowy telefoniczne. Cóż to był za komfort, zamiast wyczekiwania w kolejce na połączenie przez stację brzegowa Szczecin Radio, by przekrzykując szumy i trzaski zakłóceń wymieniać się nowinami z rodziną, tutaj po wykręceniu numeru domowego telefonu po kilku sygnałach było czyste, dwukierunkowe połączenie, często lepszej jakości niż na lądzie.

Jeden z chłopaków opowiadał jako dobry dowcip, że kiedy zdumiona małżonka odebrała telefon, słysząc męża w słuchawce okropnie sie zdziwiła. -Janek co się stało, gdzie jesteś?! Przecież miałeś wrócić za trzy miesiące! Coś ty nawywijał znowu chłopie! -Nic się nie stało kochanie- uspokajał Jasiu- jestem w Szczecin Dąbiu na dworcu, za parę godzin będę w domu. – Po chwili jednak sprostował- żartowałem, jestem w morzu, ale mamy satelitarną łączność, dlatego tak dobrze słychać. Ponoć małżonka długo nie mogła uwierzyć że to tylko żart….

Oczywiście nie było mowy o zaprzestaniu połowów w święta, tradycyjnie właśnie w świąteczne dni ryba szła najlepiej, więc i pracy było sporo. Tak, że jak zwykle nici z planów świątecznego odpoczynku wyszły. Ale starzy wyjadacze wiedzieli, za tak to będzie, więc za bardzo na świąteczną ulgę nie liczyli…

W.S.

Trawler rufowy B-18. Trochę danych technicznych

 

B-18
Rysunek W.Blady „Polska flota rybacka w latach 1921-2001”

Trawlery serii B-18

Trawler rufowy B-18. Trochę danych technicznych

Zbudowano dziewięć trawlerów B-18, były to: „Foka” ŚWI 195– zbudowany w lutym 1964 r., sprzedany w 1982 r., „Finwal”ŚWI 196– zbudowany w czerwcu 1964 r., sprzedany w 1982 r., „Płetwal” ŚWI 197 – zbudowany w sierpniu 1964 r., wycofany z eksploatacji w 1991 r., „Orka” ŚWI 198(h) – zbudowany w grudniu 1964 r., wycofany z eksploatacji w sierpniu 1989 r., „Homar” ŚWI 199– zbudowany w kwietniu 1965 r., sprzedany w 1982 r., ,,Langusta” ŚWI 200 – zbudowany w czerwcu 1966 r., sprzedany w 1982 r., „Narwal”ŚWI 20 (h) – zbudowany w grudniu 1967 r., wycofany z eksploatacji w 1993 r., „Kaszalot” ŚWI202 (h) – zbudowany w maju 1968 r., wycofany z eksploatacji w 1993 r., „Sejwal” ŚWI 203 (h) –zbudowany we wrześniu 1968 r., wycofany z eksploatacji w 1990 r.

Kadłub statku całkowicie spawany, o poprzecznym systemie wiązań. Dno statku podwójne, z wyjątkiem części rufowej. Trawler miał dwa ciągłe pokłady – górny i główny. Nadbudówkę umiejscowiono w środkowej części kadłuba. Statek podzielono na przedziały dziewięcioma grodziami wodoszczelnymi. Część dziobowa kadłuba miała wzmocnienia przeciwlodowe do pływania w łamanym lodzie. Pomieszczenia służbowe, mieszkalne, gospodarcze i ogólnego użytku rozmieszczono na pokładzie głównym oraz w nadbudówce. Pozostałe kabiny załogowe znajdowały się w pokładówce na górnym pokładzie. W części rufowej nad pokładem usytuowano sterownię, szpital, izolatkę, pomieszczenia – kapitana, radiooficera i armatorskie, a także kabiny – manewrową (doprowadzenia połowów), nawigacyjną i radiową (Roguski 1963, Karnicki 1966).

Do napędu statku zamontowano silnik ze śrubą nastawną, regulatorem obrotów dostosowanym do pracy prądnic wałowych oraz urządzeniem sygnalizującym przeciążenie silnika. Statek dysponował dwoma zespołami do wytwarzania energii elektrycznej w porcie i w trakcie przelotu, o mocy 250kW i 320 kW.

Charakterystyka techniczno-eksploatacyjna była następująca:

Długość całkowita 87.25 m

Długość między pionami 80,00 m

Szerokość na wręgach 14, 14 m

Wysokość do pokładu: głównego 7,10 m

trałowego 9,75m

Wysokość nadbudówek 2,30 m

Zanurzenie konstrukcyjne 5,36 m

Objętość ładowni ryb mrożonych:

nr 1 368 m3

nr 2 494 m3

nr 3 525 m3

Objętość ładowni mączki rybnej 301 m3

Pojemność rejestrowa brutto 2496 RT

Nośność 1243 t

Objętość zbiorników:

paliwa dieslowego mazutu 186 m

oleju smarowego 48 m

tranu 57m3

wody słodkiej 280 m3

Silnik 6-cyl. Sulzer typ TAD-48

przy 225 obr./min o mocy 1658 kW/2700 KM

Prędkość 140 węzłów

Załoga 74 osoby + 8 rezerwa

Autonomiczność pływania 75 dni.

Linię połowową na trawlerze typu B-18 stanowiły: – dwu bębnowa wciągarka trałowa o uciągu 12 T przy prędkości wybierania lin 72 m/min, pojemność bębnów około 2000 m liny o średnicy 26 mm; – specjalne rolki umocowane na krawędzi pochylni oraz role na kolumnach trałowych.

Wydajność przerobową przetwórni statkowej określono na 50 ton surowca na dobę.

Złowione ryby wsypywano do zbiorników z podchładzaną wodą morską. W wyniku obróbki ryb można było uzyskiwać:

– tusze z karmazyna,

– filety z ryb oprawianych ręcznie;

– bloki ryb mrożonych, wypatroszonych i odgłowionych;

– bloki ryb mrożonych dzwonkowych;

– mączkę rybną produkowaną z odpadów i przyłowu:

– tran wytwarzany z wątrób.

W zależności od potrzeb ryby były mrożone w szafach płytowo-kontaktowych o łącznej wydajności 15 ton na dobę lub podwójnym tunelu zamrażalniczym z intensywną cyrkulacją powietrza o tej samej wydajności. Przy intensywnych połowach, wykorzystywano obie metody mrożenia jednocześnie.

Wytwórnia mączki rybnej mogła przerabiać około 25 ton surowca na dobę. Do zamrażania ryb i ich przechowywania w ładowniach statek dysponował amoniakalnym urządzeniem typu sprężarkowego, które składało się z trzech zespołów zamrażalniczych do obsługi ładowni.

W ładowniach z mrożoną rybą utrzymywano temperaturę –25°C. Na trawlerach typu B-18 były zainstalowane sprężarki amoniakalne dwustopniowe, typu W200/2A o wydajności około 87 tys. kcal/h przy temperaturze od –42°C do +37°C.

Rysunki i opis pochodzą z książki „Polska flota rybacka w latach 1921-2001” – Wiesław Blady wydanej przez MIR Gdynia 2002
Zamieszczone za osobistym zezwoleniem autora.

Wrak z Podczela został wydobyty

 Trzy dni zajęła akcja wydobywania wraku niemieckiego okrętu z plaży w Podczelu.


Wydobyte zabytkowe elementy jednostki po konserwacji trafią do Skansenu Morskiego
w Kołobrzegu.
Inicjatorem i głównym koordynatorem prac było Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu.
Pozwolenia na prowadzenie akcji oraz pomocy w wydobyciu wraku udzielił Urząd Morski w Słupsku.

W prace zaangażowane było wiele instytucji, służb oraz osób prywatnych.
Szczególne podziękowania składamy dla Urzędu Morskiego w Słupsku, a zwłaszcza Obwodu Ochrony Wybrzeża w Ustroniu Morskim, Portowej Ochotniczej Straży Pożarnej Tryton, Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji w Kołobrzegu, Grupy Eksploracyjno-Poszukiwawczej „Parsęta” oraz Firm Pomoc Drogowa Adam Molis i Hydrobudowa Kołobrzeg (Adam i Dariusz Dzik).

Wrak, którego niewielka tylko część wystawała nad powierzchnię plaży najpierw trzeba było odkopać, wypompować wodę z powstałego zbiornika oraz zabezpieczyć go przed naporem morskich fal, następnie wypłukać tony piachu z wnętrza jednostki i dopiero podnieść.

Do tego ostatniego zadania okazał się niezbędny ciężki sprzęt – koparki Urzędu Morskiego niestety były za słabe. Olbrzymia koparko ładowarka typu Fadroma firmy Hydrobud sprawdziła się doskonale.
Prace musiały zakończyć się w sobotę, gdyż jak mówi Aleksander Ostasz, dyrektor Muzeum Oręża Polskiego, w niedzielę można było spodziewać się sztormu a fale zalałyby wykop i na powrót zakopały wrak.

W sobotę 18 lutego br. po wypompowaniu wody przez strażaków, firma Hydrobud ponad 3 godziny wydobywała wrak. Z jednostki udało się wydostać szereg ciekawych artefaktów m. in. butlę rozruchową do silnika, pompę zęzową, dwie latarnie, narzędzia oraz wiele innych drobnych elementów. Wydobyte eksponaty razem z silnikiem jednostki, wałem oraz śrubą trafią do Skansenu Morskiego w Kołobrzegu.

Wstępne oględziny wraku wskazują, że była to około 16-metrowa dość szybka łódź motorowa. Prawdopodobnie pomocnicza jednostka niemieckiej marynarki wojennej (Kriegsmarine).
Takie oznaczenia znajdują się na butli rozruchowej do silnika, wyprodukowanej 21.10.1942 r.
z oznaczeniem ,,M” czyli produkcja dla Kriegsmarine. Kolejnej atestacji nie było.

Znalezione we wnętrzu jednostki niemieckie łuski mogą świadczyć, że w 1945 roku prowadzono
z niej ostrzał do nacierających jednostek Armii Czerwonej oraz Wojska Polskiego.

Takimi jednostkami ewakuowali się Niemcy w 1945 roku, w momencie gdy lotnisko Bagicz oraz Kołobrzeg jeszcze znajdowały się w ich rękach. Znalezione wewnątrz sowieckie łuski mogą świadczyć, że jednostka po wyrzuceniu na plażę stała się swoistym bunkrem, ukryciem, z którego prowadzili ostrzał Rosjanie do znajdujących się na morzu jednostek niemieckich.

APEL
Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu zaprasza do współpracy. Osoby posiadające informacje o nieodkrytych samolotach, czołgach lub innych obiektach, które powinny znaleźć się w polskich muzeach prosimy o kontakt e-mail: alekost@wp.pl , tel. 601402400 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Marian Rodak GALERIA

[vc_row el_class=”td_classic_blog_home”][vc_column][vc_column_text el_class=”import_blog_quote”]

Z tęsknoty za morzem

Marian Rodak, to emerytowany rybak. Jest przepełniony tęsknotą za morzem i pragnieniem by tę tęsknotę przelać na papier. Przeglądając jego pełna pasji twórczość, mimo iż w prymitywistycznej,( a może własnie dlatego) technice, nie możemy się oprzeć tej jego tęsknocie…

W.S.

GALERIA

kliknij na obrazek by przejść do galerii

[/vc_column_text][/vc_column][/vc_row]

Marian Rodak – ZAPISKI

Zapatrzony w kolory życia

Czym że są te żywe kolory?

KOLORY otwierające wrota piekła? KOLORY Przepaści krańca świata? A Może wyobrażające kolory nie wiadomego? A może kolory chorej wyobraźni starego człowieka a może kolory zapomnianej młodości? A Może kolory tęsknoty miłości do żywiołu? Kolory życia które zobaczył stary człowiek. Kolory życia które mu zsyła sen łaskawy Bóg łaskawy, Bóg zsyła sen staremu człowiekowi. Zsyła staremu człowiekowi wspomnienia młodości mój panie, dziękuję tobie za sen- spełnione marzenia mój panie, dziękuję tobie za sen który przypomina, przypomina moją młodość i miłość do życia.

Krótkie Wspomnienie

Chyba 1958 rok.
Byłem na s/t „Płonia”. Przyjechała delegacja górników. Wyszliśmy w morze. Trochę kiwało, toteż większość górników zgłaszała się niczym na zebraniu partyjnym do dyskusji z bogiem morza, Neptunem

Po przyjściu do portu delegat górników krótko powiedział:

-Wieta rybaki, jo to dupce te wasza robota, jo to już wole swoja szychta pod ziemią.

Marian Rodak

Statki Radka-rysunki statków wykonane przez rybaka dalekomorskiego

Statki Radka w ołówkowej kresce

Seria PAROWCE

Oto zbiór, a właściwie mam nadzieję zaczątek zbioru świetnych grafik o tematyce morskiej, których autorem jest rybak dalekomorski Radosław Gardys.

W.S.

 

ZSRM

Chłopaki z ZSRM

z Zasadniczej Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Świnoujściu

Niestety, nie wiem kto mi przesłał kiedyś te zdjęcia, może ktoś się rozpozna? Proszę o kontakt mailowy

Autorem części zdjęć jest Jacek Frąckiewicz, pochodzą one z rejsu Emilią do Edynburga.

DROGA

DROGA

Marzenia, jeśli stoją za nimi upór i zdecydowanie, bądź – jak pisze Pablo Coelho- jeśli bardzo się pragnie, dają się zrealizować… czyli Moja Droga na Morze…

Moim marzeniem było żyć i pracować na morzu. Od dziecka plątałem się blisko wody, głównie na niedalekim jeziorze, na żaglówkach. Zdobywałem tam kolejne stopnie żeglarskie, co jednak jakoś nie bardzo zbliżało mnie do upragnionego morza. Za to w marzeniach stawało się coraz bliższe i bliższe, głównie za sprawą literatury marynistycznej.

Zaczytywałem się Conradem, Borchardem, czytałem wszystko co mogło powiedzieć mi cokolwiek o morzu. Czytałem o wielkich samotnikach jak Joshua Slocum, o wielkich odkrywcach głębin jak Jack Custo, pasjonowałem się tajemnicami życia w jego toni. Z czasem stałem się niezłym (we własnym mniemaniu rzecz jasna) znawcą amatorem biologii morza.

W międzyczasie od najmłodszych lat zgłębiałem tajniki żeglowania na pobliskim jeziorze Miedwie. Tam najpierw w LZS pływałem na kadecie i optymistce, potem w Klubie żeglarskim przy Młodzieżowym Domu Kultury na omegach, ramblerze, kreuzerach, hornetach i FD. To był niezwykły okres przesiąknięty, a jakże, silnym pragnieniem przeżycia przygody na morzu, zwłaszcza, że ocierałem się wówczas o żeglarzy, kapitanów jachtowych, którzy na morzu niejedna milę przepłynęli. No ale żeglarstwo to osobny watek w moim życiu, toteż wspominam tu o nim tylko na marginesie.

To pewnie było przyczyną, że chętnie skorzystałem z pomocy starszego brata, który “wepchnął” mnie do Zakładu Biologii Morza ówczesnej WSM w Szczecinie. Oczywiście w podtekście była możliwość wypłynięcia w morze. W połowie lat siedemdziesiątych, nasze floty dalekomorskie właśnie wyruszały w poszukiwaniu nowych łowisk, poznawaliśmy szelf zachodniej Afryki, cały północny Atlantyk eksplorowaliśmy w poszukiwaniu ryby.

Przedsiębiorstwa dalekomorskie budowały nowe jednostki, a szczecińskie uczelnie morskie otrzymały do dyspozycji nowoczesny statek trawler szkolny m/t“Rybak Morski”, że nie wspomnę o stareńkim parowcu szkolnym “Łużyca”, który wówczas pływał jeszcze w krótkie rejsy szklono- badawcze na Morze Północne i Bałtyk. Tak że istniały (ja mi się wówczas wydawało) duże szanse, że jako pracownik WSM popłynę w upragniony rejs w celu zabezpieczenia dla Zakładu zbiorów eksponatów dydaktycznych. Szybko jednak przekonałem się, że moje widoki na spełnienie młodzieńczego pragnienia nie są najlepsze, przynajmniej tu. Rejs wiązał się z dodatkowymi dochodami i dewizami, toteż wypływali w morze ludzie posiadający jakieś “plecy”, stanowiska, itd… Ja, jako początkujący pracownik techniczny nie miałem szans.

Wobec tego przy pierwszej nadarzającej się okazji zmieniłem pracę. Nęcony, kolejną obietnicą wysłania mnie przez nowego pracodawcę w rejs, zatrudniłem się w Muzeum Rybołówstwa Morskiego w Świnoujściu. Prowadziłem tam pracownię preparatorską. Z przywożonych przez naukowców (z sąsiadującego z muzeum MIR-u) i rybaków z pobliskiej “Odry” zwierząt morskich robiliśmy muzealne eksponaty (poprzez dość skomplikowany proces preparowania), z nich zaś budowaliśmy wystawy. Praca bardzo ciekawa, dająca kontakt z najdziwniejszymi przedstawicielami świata zwierząt morskich odmętów, a co ważniejsze z prawdziwym portem dalekomorskim i statkami rybackimi, często właśnie tuż po wejściu do portu po długim, morskim rejsie.

Wyładunek zamrożonych ryb odbywał się zwykle tuz po dobiciu do portowego nabrzeża. Czuć było na nich jeszcze zapach oceanu, wymieszany z różnymi woniami dochodzącymi z maszynowni czy ładowni. Rybacy zwykle byli jeszcze jakby zdziwieni otaczającym ich lądowym światem, często na lekkim marynarskim rauszu, zawsze jednak życzliwie spoglądający na nasze przyrodnicze zapędy i zachwyty wobec przywiezionych przez nich skarbów. Wzruszali często ramionami z życzliwym, “i z czego tu się cieszyć? toż my te świństwo łopatami zgarniali z pokładu, cholera!”… Jednak zbierali troskliwie w morzu te “cholery” dla swojego muzeum, często kosztem wolnego czasu pakowali w kartony co ciekawsze zwierzaki i troskliwie sadowili je w zakamarkach chłodni, żeby się nie zgubiły w rozgardiaszu wyładunku całego połowu.

Czasami bywały to prawdziwe skarby. Kiedyś był to olbrzymi rekin długoszpar, innym razem delfin, kiedy indziej 2,5 metrowa ryba piła, czy rekin ze skórą pokrytą ostrymi kolcami w kształcie zębów. W 1975 powrócił z głośnego wówczas rejsu naukowo- zwiadowczego m/t „Tazar”, to była pierwsza polska wyprawa na antarktyczne wody w poszukiwaniu możliwości połowów i wykorzystania kryla. Tak jak wielka wrzawa prasowa towarzyszyła ich wyjściu w morze, tak powrót odbył się w absolutnej ciszy. Pamiętam nerwową atmosferę na pokładzie i podczas spotkania załogi z ówczesnym dyrektorem kombinatu, legendarną dziś postacią, Juliszem Heblem. Mnie wówczas najbardziej zapadła w pamięci propozycja kogoś z działu socjalnego, że jeśli ktoś chce, może odpocząć po rejsie na wczasach zakładowych w hotelu „Rybak” w… Międzyzdrojach. Załoga huknęła śmiechem…

W każdym razie na statku przywieziono wówczas całą masę eksponatów z wód antarktycznych. To niewątpliwa zasługa przedstawiciela MIRu w tym rejsie, dr.Macieja Krzeptowskiego, któremu nie tylko nasze muzeum zawdzięczało przepiękne kolekcje… Na pokładzie „Tazara” rybacy urządzili wówczas małe arktyczne zoo. Podczas połowów w Antarktyce, na włoku pełnym kryla często wjeżdżały na pokład małe, ciekawskie pingwinki Adeli. Rybacy postanowili przywieźć do kraju kilka z nich, jako dar dla oliwskiego ZOO. No i dowieźli, pingwiny przyjechały zdrowe i zaprzyjaźnione z załogą. Zamieszkały na pokładzie, trałowym, w okolicy windy. Zbudowano im tam basen z morska wodą i imitację skałek z jakichś skrzyń przykrytych plandekami… Rodziny rybaków, które przyjechały po swoich mężów, synów, ojców, miały niezwykłą atrakcję…

Innym razem “Rybak Morski” przywiózł z Morza Północnego całą kolekcję zwierząt dennych. Czegóż tam nie było! Cała gama bardzo ciekawych ryb, ale i kraby, langusty, różnej maści mięczaki. To były jeszcze czasy, kiedy można było łowić sieciami wleczonymi po dnie, tzw. dragami, dzięki temu dostaliśmy sporo zwierząt dennych. A w akwariach z morską wodą przywieziono nam piękne okazy żywych kongerów i rekinków piaskowych. Kongery i część rekinków powędrowały do ZOO w Poznaniu, natomiast kilka rekinków trafiło do naszego nowo zbudowanego akwarium morskiego.

To była wspaniała przygoda. Trzeba było zapewnić im niską temperaturę, wodę morską… Trzeba pamiętać, że były to czasy dla polskiej akwarystyki bardzo prymitywne, nie mieliśmy dostępu do niczego z pełnej palety sprzętu i chemikaliów będących na wyposażeniu każdego morskiego akwarium, a dostępnych w każdym większym sklepie akwarystycznym dzisiaj . Radziliśmy sobie jednak, zbudowałem akwarium z podwójną ścianą, w którą sypaliśmy mieszankę soli i lodu, dawało to konieczne chłodzenie morskiej wody. Odparowaną wodę uzupełnialiśmy destylatem, a co jakiś czas zmienialiśmy ją na świeżą, przywożoną specjalnie dla nas z Morza Północnego, przez wracające do portu macierzystego trawlery. Ryby żyły przez cały czas mojej pracy w tej instytucji. Tym niemniej marzenia o pracy na statkach nie pozwoliły jakoś dać się zaspokoić namiastkami, toteż wymyśliłem sobie, że jak zostanę inżynierem rybołówstwa morskiego, to mimo problemów z komisją lekarską jakoś uda mi się zaczepić na statku. Tak też zrobiłem.

Studia na Wydziale Rybactwa szczecińskiej AR upłynęły szybko, tak jak praca w PPDiUR “ODRA” w Świnoujściu, jednego z największych armatorów floty dalekomorskiej. Pracowałem w chłodni portowej, gdzie składowano przywiezione do kraju, zamrożone w kartonach ryby, jako magazynier, tzw. sztauer. Nie było lekko, ale na pewno ciekawie, prawie codzienny kontakt ze statkami przychodzącymi z morza, rozmowy z ludźmi, atmosfera dużego morskiego portu, no i ta tęsknica w piersi, kiedy odprowadzałem wzrokiem wychodzące w morze trawlery.

WIELKIE CZEKANIE…

Któregoś razu wysłano mnie do Szczecina, jako przedstawiciela PPDiUR “Odra” w celu asystowania przy wyładunku ryby mrożonej, jaką jeden ze statków łącznikowych, zdaje się, że był to m/s“Buran”, rozładowywał właśnie do chłodni “Gryfu”. Rozładunek trwał trzy doby, ale w międzyczasie statek miał być przeholowany do innego basenu. I tak to mój pierwszy rejs dużym oceanicznym statkiem dość nieoczekiwanie trwał kilkanaście minut, w obrębie szczecińskiego portu.

W końcu jednak nadszedł dzień uzyskania upragnionego dyplomu. Oczywiście natychmiast pomaszerowałem do Pionu Połowów i z bijącym sercem złożyłem podanie o przyjęcie do pracy na trawlerach w charakterze rybaka. O ile pamiętam unikałem w nim opowieści o umiłowaniu morza i innych ośmieszanych na każdym kroku sloganach. Natomiast podkreśliłem, że oto, dzięki pracy w “Odrze” skończyłem studia takie jakie skończyłem, a teraz pora na napisanie pracy magisterskiej. W tym celu absolutnie muszę popłynąć w morze, im dalej tym lepiej…W kadrach podanie przyjęli i… kazali czekać.

Czekałem dość długo. Jednak któregoś słonecznego czerwcowego popołudnia stało się… Pamiętam jak dziś, stałem na rampie chłodni, odpoczywałem w słońcu po kilku godzinach pracy w komorze magazynowej, ciepło promieni czerwcowego słońca powoli wypierało z organizmu przejmujący chłód. W komorach panowała temperatura w okolicach 30 stopni poniżej zera, mimo grubego ubrania i wieloletniego przyzwyczajenia, po kilku godzinach miało się tego mrozu serdecznie dość. Toteż skwapliwie korzystaliśmy z każdej okazji wystawienia się na zbawienne działanie słońca. Tak było i tym razem. Zmiana dobiegała końca, toteż panował już nastrój lekkiego rozleniwienia. Pusty, bez oczekujących jak zwykle na rozładunek samochodów, gdzieniegdzie przemykający już w kierunku bramy ludzie i ogarniające wszystko słońce…

Wtem dojrzałem pędzący, podskakujący na wybojach, zielony wózek akumulatorowy, siedzący za jego kierownicą mój serdeczny kolega Stachu Hoffman wymachiwał ręką i darł się wniebogłosy. Przy czym hałas pędzącego wózka, mieszając się z hukiem chłodniowych urządzeń skutecznie niweczył jego wysiłki. Dopiero gdy podjechał na kilkanaście metrów zrozumiałem co w podnieceniu wykrzykiwał: -Masz lecieć do załogowego! Migiem! Mają dla ciebie zamustrowanie!- Poczułem się dziwnie, tyle lat czekania, aż tu nagle stało się! Wskoczyłem do wózka obok Stacha, trzęsąc się i podskakując na dziurach oraz przecinających drogę torach kolejowych popędziliśmy do dość odległego budynku połowów.

Przed drzwiami kadr tym razem nie było nikogo, korpulentna blondyneczka w średnim wieku uśmiechnęła się, podałem nazwisko, pogmerała w kartach- wtedy jeszcze o komputerach jedynie się czytało… -Tak, ma pan tu kartę obiegową, proszę odwiedzić wszystkie wymienione tu działy i uzyskać od nich akceptację. Im szybciej Pan to zrobi tym lepiej, bo za dwa tygodnie mogę Pana wysłać na „Sejwala”, na Afrykę, potem coś będzie dopiero za dwa miesiące…

 

NARESZCIE!