Archiwa tagu: morskie

Prysznic – A woda się leejeee!

Woda

Burtowce były budowane na Morze Północne, toteż posiadały skromną dosyć autonomiczność, obliczaną na 45 dni. Jednym z ważniejszych ograniczeń czasu przebywaniu w morzu była niewielka pojemność zbiorników na wodę słodką.

Gopło zostało dostosowane do samodzielnego (bez wsparcia floty łącznikowców i baz)pływania na sporych obszarach Atlantyku i Pacyfiku. Inżynierowie wyposażyli go zatem w nowoczesne na owe czasy rozwiązanie do uzdatniania wody morskiej. Była to membranowa odsalarka, działająca na zasadzie odwróconej osmozy. Nie będę się tu rozpisywał o tym cudzie techniki, kto chce może poczytać o nim klikając na ten link.

Woda słodka uzyskiwana w ten sposób, pozbawiona była minerałów toteż nie nadawała się do spożycia, za to doskonale sprawdzała się pod prysznicem. Niestety wydajność naszej odsalarki nie była zbyt wielka, raptem kilkaset litrów na dobę, toteż woda słodka była na naszym Gopełku mimo wszystko racjonowana.

Bosman, niewysoki za to krępy i wiecznie roześmiany Zbynio codziennie rano sondował zbiorniki z wodą słodką podając na mostek stany, tam już Pierwszy ze swoimi tabelkami wpisywał otrzymane wielkości. Widać było jak bardzo przeżywał każdy centymetr mniej na bosmańskiej miarce. Woda to był jego ukochany konik.

Chwytał się różnych sposobów aby te wodę zaoszczędzić, po pierwsze zakazał codziennej kąpieli, kto chciał to mógł się pryskać w swojej umywalce, prysznic tylko raz w tygodniu. Kazał przykręcać maszynie zawory, by z kraników umywalkowych ciekła tylko, tylko…
Kiedy w tropikach, a statek łowił głównie w tropikach, chłopaki na przelocie robili na pokładzie basen z morską wodą, natychmiast ogłaszał ćwiczenia. A to alarm pożarowy a to szalupowy a to plastrowanie kadłuba itd. Oczywiście nie żałował nam kąpania się w słonej wodzie, ale przecież tę sól trzeba było spłukiwać słodką!

w morzu
fot:WS

Prysznic

Pierwszy, mężczyzna w sile wieku z pokaźnym brzuszkiem, byczym karczychem, pretensjami do postawy tzw. twardziela chyba nie zdawał sobie sprawy, że jest obiektem bezlitosnych żartów wśród załogi, nie zdawał do pewnego czasu…

Prysznic na B-20 jest umieszczony na tym samym pokładzie co mostek, obok kabiny Pierwszego, toteż za każdym razem, kiedy pod prysznicem lała się woda, słyszał to doskonale i już po minucie bębnił w metalowe drzwi kabiny.

-Zakręć tę wodę! Co za panienka do cholery tak się tam szoruje! Zamiast zamoczyć, zakręcić, namydlić i dopiero spłukać! Podstawowych rzeczy o życiu na statku muszę uczyć!

Zwykle bębnienie i wrzaski pierwszego przynosiły natychmiastowy skutek i woda przestawała się lać.

Jednak pewnego razu stało się inaczej. Akurat miałem wachtę na mostku, statek szedł spokojnie na kolejny waypoint pomiaru termokliny. Ktoś trzasnął drzwiami prysznica i… polała się woda, lała się i lała… Pierwszy spał po wachcie, jednak instynkt najwyraźniej go ostrzegł, że coś strasznego się dzieje z jego woda słodką. Jakiś barbarzyńca moczy dupę stanowczo za długo…!

No i zaczęło się! Walenie w drzwi, rozjuszony ryk a woda się leje, znowu walenie, znowu ryk, a woda się leje… Wyjrzałem na korytarz, Pierwszy czerwony, mało nie eksploduje, pod drzwiami kabiny jakieś kapcie a w prysznicu woda się leejeee… kiedy już minęło dobre pół godziny a z Pierwszego zeszła trochę para, przechodzący „właśnie” radzik spytał go do niechcenia

-Panie Pierwszy a próbował pan otworzyć? Może tam nikogo nie ma?

-Jak to nie ma, jak to nie ma!? Kapcie stoją! Woooda się lejeee!- ale tknięty strasznym podejrzeniem podsuniętym przez radzika złapał za klamkę, szarpnął i… drzwi stanęły otworem.

W środku kabina była pusta, za to z kranu do czerpania wody sanitarnej, waliła na gretingi słona woda!

Pierwszego mało apopleksja nie powaliła, zapowietrzył się, małe oczka i tak zwykle wytrzeszczone omal nie wypadły z oczodołów!

-Ja im qrwa pokaaażęęę! Zabawiać się moim kosztem! Co za sq..syn to zrobił! Ma przesrane do końca rejsu! Itd. idt… Aż Stary wystawił głowę z kabiny i zawołał go do siebie, nie wiadomo o czym tam rozprawiali, ale powietrze z Pierwszego najwyraźniej zeszło i udał się na spoczynek… Za to cała załoga miała ubaw po pachy jeszcze przez dwa rejsy. Co kto wspomniał o prysznicu to wszyscy wokół pękali ze śmiechu…

Szczecin Radio…Szczecin Radio…! czyli o rozmowach z domem.

Chyba każdy, kto spędził trochę czasu na statkach zgodzi się ze mną, że na morzu dla marynarza są trzy miejsca najważniejsze, koja, kuchnia i radiokabina. Choć przy dostępie do satelitarnego internetu, to trzecie miejsce trochę traci na znaczeniu.

Kiedyś jednak, w czasach przedinternetowych było to z pewnością miejsce jedno z najważniejszych, a dobry radiooficer cieszył się niezwykłym poważaniem. Musiał być dobry, żeby po pierwsze umiejętnie dostroić sprzęt do fali stacji brzegowych a później jeszcze wepchnąć się w kolejkę statków oczekujących na połączenie 🙂

Każdy doświadczony rybak czy marynarz pierwsze przyjaźnie zawierał właśnie z radiooficerem i kucharzem, jeśli z nimi wszystko dobrze się układało, można było spokojnie na statku pracować 🙂 O kuchennych historiach opowiem później, teraz czas na „drucikowe” sprawy.

Radio wiedział o wszystkim na statku jako jeden z pierwszych, zwłaszcza o imieninach, urodzinach, radosnych i mniej radosnych wydarzeniach w domach. Zwykle byli to ludzie na poziomie, umieli dochować tajemnicy, tak że plotki z radiokabiny zwykle nie rozchodziły się, ale bywało inaczej.

Mieliśmy kiedyś takiego radzika, który zwykle „wpadał” do kabiny któregoś z załogantów akurat w chwili kiedy wznoszono jakiś toast urodzinowy czy imieninowy. Trafiał bezbłędnie nawet, gdy nie miał telegramu z życzeniami do doręczenia, najwyraźniej posiadał szósty zmysł 😉 Dzięki temu przez większość rejsu bywał lekko wstawiony.

Z połączeniami z domem nie było łatwo, fale radiowe w tajemniczy sposób to się ujawniały niosąc ze sobą wołanie Szczecin Radio… Szczecin Radio… to odpływały w niebyt. Podczas lepszej tzw. propagacji, kiedy można było z szumów i trzasków w eterze wyłowić te jakże dla nas piękne słowa, każdy kto mógł gromadził się wokół kabiny zamawiając połączenie z domem. Czekając na kolej swojego statku, bo wszyscy na łowisku czatowali na połączenie, można było przysłuchiwać się rozmowom kolegów z innych trawlerów.

Zwykle dziwne to były gadki, pewnie spowodowane świadomością, że cała flota przysłuchuje się tej jakże intymnej wymianie zdań ze stęsknioną żoną czy dziećmi. Dziwne z POZORU, bo w każdym zdaniu o domu słychać było tęsknotę, choć oczywiście twarde chłopy, w życiu by się nie przyznali do takich uczuć! 😉 Stąd rozmowy o płocie, wyklepanym błotniku czy innych, niby mało ważnych sprawach.

Rozmowy odbywały się w tak zwanym monopleksie, czyli mówiła tylko jedna strona, rzecz dla ludzi z lądu, przyzwyczajonych do normalnych, telefonicznych rozmów trudna do zrozumienia. Dlatego dochodziło do nieporozumień i zabawnych sytuacji.

Pamiętam jak kolega rozmawiał z żoną przez kilkanaście minut o różnych domowych sprawach, kiedy jednak doszedł do pytania o stłuczkę samochodową, spotkał się z niebotycznym zdziwieniem rozmówczyni. Okazało się, że rozmawiał z kimś zupełnie obcym.

Bywało, że dobra propagacja pojawiała się o dziwnych porach, czasami w nocy, czasami nad ranem, czasami pora dla nas normalna, a w domu był środek nocy, wynikało to z różnicy stref czasowych.

 

ocean szalał
ocean szalał

Pamiętam historię, w jakiej sam brałem udział. Pracowałem wówczas na Otolu, na południowym Pacyfiku. Różnica wynikająca ze stref czasowych wynosiła ok. 7 godzin, czyli kiedy u nas (na statku) była 10. w dzień to w kraju była 2. w nocy.

Wiało mocno, jak to na „ryczących pięćdziesiątkach” ocean szalał, więc statek sztormował. Dobry czas na porozmawianie z domem, propagacja „przyszła” około 9-10. Stałem w kolejce z kolegami pod radio kabiną, różne statki przebijały się w eterze chcąc złapać kontakt z Szczecin Radio. Koledzy po kolei wchodzili do kabiny i wychodzili szczęśliwi i uśmiechnięci. W końcu przyszła moja kolej. Podałem numer domowego telefonu , radzik przekazał to stacji brzegowej i po chwili słyszę:

-Otol, Otol, Szczecin Radio woła, Międzyzdroje na linii, proszę prowadzić rozmowę! No to zaczynam:

-Międzyzdroje, Międzyzdroje tu Wojtek z Otola! Jak mnie słychać odbiór!

Ale tu nic nie słychać, co jest! Poprzednicy mówili że świetnie się rozmawia. Po chwili słyszymy:

-Otol! Otol! Szczecin Radio! Proszę spróbować jeszcze raz, bo nie możemy się pani dobudzić, tutaj mamy środek nocy!

No to ja jeszcze raz:

-Międzyzdroje, Międzyzdroje tu Wojtek z Otola! Jak mnie słychać odbiór!

I…cisza, jedynie trzaski i szumy fali nośnej, co jest grane!

-Otol! Otol! Szczecin Radio! Pani jest zaspana mocno, nie kojarzy o co chodzi, chwilę cierpliwości proszę!

-Ok!, OK! Szczecin Radio!

Po chwili

-Otol! Otol! Szczecin Radio! Proszę mówić!

-Międzyzdroje, Międzyzdroje tu Wojtek z Otola! Jak mnie słychać odbiór!

No i historia się powtarza, tylko trzaski…oczywiście zacząłem się denerwować z lekka, bo co też się w tym domu wyrabia, zamiast radosnego powitania milczenie, że też ja muszę mieć takiego pecha! Cholera jasna!

Nagle słyszę i to całkiem dobrze

-Otol! Otol! Szczecin Radio! Może pan podać jeszcze raz numer telefonu, bo pani mówi że nikogo na waszym statku nie zna!

No i okazało się, że podałem numer telefon ze zmienioną jedną cyfrą. Jednym słowem wyrwałem z łóżka nieznajomą panią, obok której być może spał mąż i postawiłem ją w dwuznacznej sytuacji. Cała historia stała się dowcipną anegdotą, rozwijaną w najróżniejszy sposób podczas tego rejsu, jednak do dzisiaj mam wyrzuty sumienia, kiedy pomyślę jak ta pani mogła się niezręcznie poczuć.

W tym miejscu chciałbym serdecznie tę panią przeprosić. Może jakimś cudem do Niej to dotrze. 🙂

W.S.

„Pod przykrywką” czyli udawanie głupiego…

..Stanęło na tym, że mieliśmy oszukiwać władze portowe…

„Gopło” zostało wysłane na Pacyfik w celu sprawdzenia możliwości połowowych pławnic. Narzędzia te od pewnego czasu stosowane były przez Japończyków na otwartym oceanie do połowu tuńczyków i kalmarów.

Za ich stosowaniem przemawiało kilka istotnych argumentów: stosunkowo niskie koszty połowów, tak jeśli chodzi o eksploatację statku, jak ceny narzędzi połowowych ( w stosunku do trału pelagicznego), duży obszar penetracji otwartego oceanu ( a więc poza strefami ekonomicznymi państw nadbrzeżnych) i niskie nakłady paliwowe na same połowy. Połowy pławnicowe pochłaniają znikomy ułamek energii, koniecznej do przetrałowania włokiem pelagicznym tego samego obszaru oceanu.

Praca przy naprawianiu sieci

Przeciwko jednak przemawiał fakt wpadania w sieci ptaków i ssaków morskich. Oczywiście dla naszego armatora nie stanowiło to problemu, kto by tam przejmował się jakimiś fokami czy mewami. Jednak Kanada i USA, pod naciskiem organizacji ekologicznych nie wpuszczały do swoich portów statków łowiących pławnicami, u nich obowiązywał zakaz stosowania tego rodzaju sieci. Spore floty japońskich pławnicowców nie miały wstępu do portów na północno-wschodnim wybrzeżu Pacyfiku.

Dla nas stanowiło to pewien kłopot, ponieważ Vancouver był dla naszej północnopacyficznej floty portem bazowym, więc i my mieliśmy z niego korzystać. Stanęło na tym, że mieliśmy oszukiwać władze portowe, przed wejściem do portu sieci i wciągarki wędrowały do ładowni, natomiast na burty montowaliśmy windy kalmarowe, udając w porcie statek jiggersowy.

Zdawało to egzamin przez półtora roku pobytu statku na zwiadzie pacyficznym. My udawaliśmy, że jesteśmy statkiem jiggersowym, a Kanadyjczycy, że w to wierzą. W końcu nasza flota była niezłym kontrahentem dla zaplecza portowego Vancouver, toteż starali się nie czepiać nas za bardzo.

Jeśli chodzi o faktyczne przypadki wpadania w sieci ptaków i uchatek, to nie ma co udawać, były, ale same ptaki: petrele, albatrosy, burzyki, nawałniki i inne. Dbaliśmy jednak o to by jeśli były żywe (a najczęściej były, bo zaplątywały się przy górnej krawędzi sieci, na powierzchni) uwolnić je ostrożnie i wypuścić na wolność.

Te które były osłabione lub przemoczone, miały „kwaterę” na dziobie gdzie nabierały sił przed uwolnieniem. Dokarmialiśmy je tam, doglądaliśmy, by kiedy nabrały sił, a pióra odzyskały połysk, wypuścić je na ocean. Bywało, że na pokładzie pod bakiem kilkanaście petreli czy albatrosów darło się i dreptało rozglądając się za jedzeniem.

Maluchy w rodzaju burzyków czy nawałników trzymaliśmy w kabinach, w jakimś kartonie, one również w pewnym momencie wzlatywały w niebo…

Któregoś pięknego, słonecznego dnia, kiedy wybieraliśmy pławnice w odległości jakiś 500 mil od Filipin na niebie pojawił się potężny czterosilnikowy samolot amerykańskiego Coast Guard’u. Nadleciał od rufy na niskim pułapie, w otwartym włazie jeden z pilotów celował w nas aparatem z długim teleobiektywem. Widziałem go wyraźnie, ponieważ gdy zawrócił by wykonać kolejny przelot, miałem już w rękach swojego ricocha z podpiętą dwusetką i „w ramach rewanżu”, także zrobiłem im kilka fotek. Samolot wykonał w sumie trzy przeloty wszystko dokładnie fotografując.

Kapitan miał wyjątkowo kwaśną minę. „Nalot” był przyłapaniem nas na diablo gorącym uczynku. Sieci były w wodzie, statek w trakcie wybierania, a część z nich elegancko prezentowała się na pokładzie.

Jak się wkrótce okazało, do Kanady mieliśmy już wstęp zamknięty. Pod naciskiem Amerykanów, Vancouver zatrząsnął przed nami gościnne wrota. Szczęściem był to koniec rejsu. Tak się złożyło, że właśnie baza m/s Pomorze szła na północ z zaopatrzeniem dla naszej floty. W biegu pobraliśmy od nich wodę, paliwo i prowiant na powrót do domu i ruszyliśmy na południe, do Kanału Panamskiego.

fot, tekst W.S.

Kiepski, bardzo kiepski dzień

Pamięci Mariana Zarzyckiego II of. mechanika na m/t Gopło 

Wszyscy stanęli ze zwieszonymi głowami, każdy radził sobie na swój sposób ze łzami i okropnym poczuciem bezsilności, najgorszym z czym ludzie morza czasami muszą się zmagać.

16 sierpnia 1989 roku, północny Pacyfik, pokład trawlera B-20 m/t „Gopło” należącego do PPDiUR ODRA, który został przystosowany do połowów pławnicowych i wykonywał w tym czasie zwiad rybacki.

To był mało przyjemny dzień. Nieruchome powietrze miało tak wysoką wilgotność, że z trudem dawało się wciągać do płuc. Jęzory mokrej mgły sięgały od powierzchni wody do niskich ołowianych chmur. Idąca z północy, spod Aleutów martwa fala o oleiście gładkiej powierzchni, wprowadziła statek w długi, powolny rozkołys.

Zgrabna sylwetka trawlera leniwie kładła się to na lewą to na prawą burtę. Wolne obroty silnika głównego były ledwie wyczuwalne, znak, ze statek podchodzi do radioboi pierwszego zestawu pławnic.

Rybacy wyrwani nad ranem ze snu, leniwie wkładali ociekające kropelkami mgły jaskrawo pomarańczowe sztormiaki. Zawsze to jakaś ochrona przed niezmywalnym, piekącym po dostaniu się do oczu tuszem wyrzucanym przez schwytane kalmary, no i wodą morską strząsaną przez naprężone podczas wybierania sieci.

Pracę rozpoczęli o piątej. Stary bezbłędnie podszedł do radiopławy znaczącej początek zestawu. Z mgły, tuż przed statkiem wynurzyła się pomarańczowa boja. Jasiu stojący na dziobie, celnym rzutem kotwiczki zaczepił linę zestawu. Kilka pociągnięć ramion i pomarańczowa boja z trzymetrową anteną została podjęta na pokład, a wciągarki* zassały sieci i natychmiast ze swoistym wizgiem rozpoczęły pracę.

Pierwsze siatki szeleszcząc podczas przesuwania się po rozciągniętych plandekach, praktycznie puste przeleciały przez pokład do last. Niestety wyglądało na to, że tym razem kalmara nie będzie. W kolejnych pławnicach pokazały się całe stada bram, ryb nie nadających się do wykorzystania, za to zaczepiających o sieć każdą chropowatą łuską. Nic dziwnego, że wszyscy mieli nietęgie miny klnąc pod nosem. Wybieranie kolejnych zestawów prawie stanęło w miejscu, na pokładzie piętrzyły się kosze z czarną rybą o księżycowym ogonie, a chłopcy dwoili się i troili, by jak najszybciej wyplątać to cholerstwo.

Czas uciekał niemiłosiernie, a kalmara ani jakiegokolwiek innego połowu choćby do zjedzenia ani widu ani słychu. Stary niby nadrabiał miną sypiąc dowcipami z mostku do ludzi na pokładzie, ale w duchu klął w żywy kamień. Wyjaśniło się dobitnie, co też wczoraj echosonda malowała za stada, brama, jasna cholera, i to w takiej sakramenckiej ilości! W końcu nadszedł czas śniadania, statek zwolnił, by część załogi mogła zejść z pokładu, a pozostali nadążyli z pracą.

Paweł nie był specjalnie głodny, więc został jeszcze na deku. Dopiero koło ósmej, kiedy już większość chłopaków wróciła wycierając wąsy, ruszył do zejściówki. Z ulgą ściągnął mokry sztormiak prostując obolałe od ciągłego schylania się plecy. W kabinie opłukał słodką wodą twarz i piekące oczy. Wycierając ręce zerknął na fotografię uśmiechniętej dwójki dzieciaków. Ile to już czasu się nie widzieli? Dobre dwa miesiące… Trzeba będzie zadzwonić.

W mesie przy pierwszym stole siedział już chief Jędrek, motorzysta Toni i Jurek, chłopak z pokładu. Paweł przysiadł się do nich zajmując miejsce twarzą do wejścia. Po chwili przy następnym stole, za jego plecami usiadł II mechanik Marian i „harcerzyk”-radiooficer Piotrek.

Wszyscy mieli miny takie sobie, w końcu każdy przyjechał tu zarabiać pieniądze a nie kiwać się po próżnicy… Można było to jasno wyczytać z ich skwaszonych min, tymczasem kuk roznosił nieśmiertelną jajecznicę. Po dwóch miesiącach nie miała prawa smakować i… nie smakowała. Mimo to dzióbali wszyscy w talerzach, z namaszczeniem smarując kromki chleba. Takie małe, normalne czynności, wykonywane z pietyzmem pozwalają zachować wewnętrzny spokój, nawet w trudnych okolicznościach.

Paweł w pewnym momencie zauważył zaskoczenie na twarzy chiefa jednocześnie słysząc rumor za plecami. Kiedy gwałtownie się odwrócił zobaczył, że drugi mechanik spada bezwładnie pod stół. Wszyscy zerwali się na równe nogi. -Marian! Marian! Co jest? -Chłopaki , otworzyć bulaje i drzwi! -Marian obudź się!

Marian blady, wręcz szary został sprawnie ułożony na podłodze. Chief szybkim ruchem rozdał koszule na jego piersi i przystąpił do reanimacji poprzez rytmiczne uciski na klatkę

-Radio, nie stój qrrrwa, przynieś zestaw do reanimacji!

-Mmmy nie mamy …

-Jak to nie mamy, maski do usta usta nie masz?

-Nie…

-Ja pierrrr..olę, to co ty qrrrrwa robiłeś w porcie!

Paweł gorączkowo przeszukiwał mózg, co się robi podczas zawału, co ? Adrenalina, nitrogliceryna? -Radio masz nitroglicerynę?

-Poszukam!

-Dobra, dawaj migiem!

Chief oderwał kawał koszuli i przez tak zaimprowizowana maskę wdmuchiwał w płuca Mariana powietrze w przerwach między uciskami na serce. W międzyczasie Piotrek przyniósł tabletki nitrogliceryny, pokruszyli je i włożyli Marianowi do ust.

-Piotrek leć do radia i wołaj jakiegoś lekarza! Już po chwili trzęsący się ze zdenerwowania radzik wołał:

-May day!, May day! May day! Gopło potrzebuje pomocy lekarskiej, Polish vessel need medical equipment may day, may day!

W głośniku zachrobotało

-Gopło, Gopło Kalmar woła, Kalmar woła, co się stało? Jaką macie pozycję? Z przygotowanej przez asa kartki radio odczytał pozycję

-OK, jesteśmy od was jakieś 7 dni drogi, nie możemy pomóc fizycznie, ale daję do radia doktora. Inny już głos

– Tu lekarz medycyny Jerzy Kowalik, co się stało?

-Panie doktorze, podejrzewamy zawał, II mechanik podczas śniadania stracił przytomność, skarżył się w nocy na bezsenność i pieczenie w okolicy mostka…

-Tak, to może być zawał, proszę podać mu hydrokortyzon dożylnie, jak najszybciej, czekam przy radiu…

Radzik pobiegł do apteczki po strzykawkę i leki… Paweł obserwował czujnie co ten robi. Hydrokortyzon, strzykawka, dobrze, utrącić ampułkę, odskoczyła z cichym sykiem, strzykawka, igła, tak by jej nie dotknąć palcami, dobrze, naciągnąć lek, odpowietrzyć

-Radio, co ty robisz! Odpowietrzasz igłą w dół? Opanuj się, igła do góry, tak. Bąbelki powietrza zniknęły, na igle pokazała się kropelka płynu… A spirytus do odkażanie skóry, jest i spirytus, wacik też, gumka do zaciśnięcia ramienia…OK. Chief przytrzymał bezwładną rękę tak by dłoń nadgarstek leżał żyłami do góry.

-Są jakieś oznaki życia?

-Przed chwilą westchnął- odparł chief nieswoim, łamiącym się głosem. Teraz motorzysta Jurek ze zmiany drugiego prowadził reanimację. Paweł wycofał się do radiokabiny

-Klamar Kalmar, Gopło woła… natychmiast odezwał się lekarz z trawlera

-Jestem, lek podany?

-Tak, chory bez zmian, mimo reanimacji nic się nie dzieje…

-Proszę osłuchać przez stetoskop chorego, czy jest tętno, czy serce pracuje?

-Panie doktorze tu nie ma żadnego cholernego stetoskopu, radio niewiele wziął na statek. W eterze zapadła dramatyczna cisza… Po chwili

-Gopło, jest tam pan? Paweł usiłował przełknąć wielką kolczastą kulę tkwiąca w gardle, nerwowo wytarł łzy

-Tak- wychrypiał- jestem…

-Proszę sprawdzić co się dzieje z chorym i przekazać mi. Zbiegł na dół. Od razu spostrzegł krwawą pianę wyciekającą z ust Mariana… Reanimacja trwała, radio blady, chyba zaraz też będzie wymagał pomocy… Cholera, ale pierrrdo**ny burrrrdel…!

-Macie lusterko- podał je Jurkowi -przyłóżcie do ust, Chief sprawdź tętno… Nie musiał pytać o efekt, lusterko zostało nieskazitelne, Paweł wrócił szybko do radiokabiny.

-Kalmar, Kalmar Gopło…

-Tak, jestem, co z chorym?- przerwał lekarz z Kalmara -Mamy krwawą pienistą wydzielinę z płuc, wycieka z ust…

-Tętno?

-Nie ma

-Ślady oddechu?

-Nie ma

-Ile czasu trwa renimacja?

-Jakieś 40 minut

-Panie Pawle, jest 9:30, z wielką przykrością na podstawie podanych przez pana objawów stwierdzam zgon pacjenta i zarządzam przerwanie reanimacji. Proszę sporządzić protokół ze zdarzenia i dokonać odpowiedniego wpisu do księgi okrętowej. Gdyby coś jeszcze się działo z innymi członkami załogi proszę niezwłocznie wołać, jesteśmy na stałym nasłuchu… Powodzenia!

-Dziękuję doktorze, że był pan z nami, za pomoc, powodzenia, bez odbioru.

Powoli zszedł do mesy, czuł okropny ciężar na sercu, ciężar czegoś nieodwracalnego, potwornego, czegoś czego nie można zmienić… już nigdy…

-Chłopaki, lekarz kazał przerwać reanimację, stwierdził zgon.

-Co on pier**li! Konował je**ny, Marian qrwa, rusz się! -Krzyknął łamiącym się głosem Chief, uderzył silnie pięścią w okolice serca Mariana i przyłożył ucho do jego piersi.

– Jezu!, nic… – usiadł na podłodze przy ciele trzymając je za przegub dłoni, jak by czekał na puls. Grube łzy płynęły po jego twarzy, Wszyscy stanęli ze zwieszonymi głowami, każdy radził sobie na swój sposób ze łzami i okropnym poczuciem bezsilności, najgorszym z czym ludzie morza czasami muszą się zmagać. Zdawało się, że cały statek zamarł w ciszy. Ale tak nie było, na pokładzie praca szła normalnie, choć wszyscy już wiedzieli co się stało.

Zapowiadający się zwykły kiepski dzień stał się dniem tragicznym. Po południu, kiedy już wszystkie pławnice znalazły się na pokładzie, a statek szedł małą naprzód w poszukiwaniu ryby i kalmarów, stary poprosił do siebie chiefa, pierwszego, Pawła jako delegata załogowego i Jerzego, kierownika rejsu. Miał poważną minę, nalał do szklaneczek złocistego Jasia Wędrowniczka, siadł ciężko w fotelu i westchnął…

-Panowie, mamy problem- zaczął- problem ogólny i problem szczególny. Po pierwsze trzeba coś zrobić ze zwłokami… Nikt nigdy mi jeszcze nie umarł, więc nie mam doświadczenia w tych sprawach, proszę panów o pomoc…

Po chwili ciszy i łyku bosko rozpływającego się ciepłem w żyłach alkoholu odezwał się Pierwszy. -Jeśli chodzi o zwłoki, to Jasiu już się zaoferował, że je oporządzi, jak należy, wie jak to się robi…

-Zaraz opróżnię chłodnię z prowiantu – zabrał głos Paweł -niewiele go już zostało, będzie można złożyć tam Andrzeja, potrzebne będą czyste prześcieradła żeby go zaszyć…

No to problem szczególny mamy z głowy- odparł Stary- teraz ogólny, przerywamy zwiad i idziemy do Vancouver. Będzie to okazja do uzupełnienia zapasów i odpoczynku załogi. Ten odcinek rejsu dał nam mocno w kość. Proszę zająć się przygotowaniem statku do przelotu i wejścia do portu. Jak zwykle wykładamy windy kalmarowe na burty. Pozostały sprzęt do ładowni. (wyjaśnienie tej decyzji w opowiadaniu „Pod przykrywką” )

-Pierwszy, poproś Jasia… Panom dziękuję, Paweł zostań chwilkę. Wszyscy się podnieśli i wyszli…

-Paweł- Stary zaczął z zakłopotaniem- czy mógłbyś delikatnie obserwować radiego? Paweł pokiwał głową, sam już o tym pomyślał, radio to harcerzyk, jeszcze mógłby sobie coś zrobić… Tak to wyglądało, ehhh…..

-Oczywiście, przyglądam mu się od rana…może mu przejdzie… – Stary pokiwał głową, uścisnęli sobie dłonie i Paweł wyszedł. Po chwili do kapitańskiej kabiny wkroczył Jasiu, zwykły rozbrajający na patelniastej twarzy Jasia uśmiech znikł…

-Jasiu, chciałem podziękować za to że zaofiarowałeś się oporządzić ciało…

-Nie ma sprawy panie kapitanie, to był nasz kolega, a poza tym, dla mnie to nie pierwszyzna, takie jest życie…

-Taaaak, takie jest to pierd**one życie, Jasiu…Ehhhh, masz łyknij sobie kropelkę,

-Ale panie kapitanie, mam zakaz!

-Przecież wiem, to mój zakaz, teraz go na minutę zawieszam, ale na minutę! Jasiu skwapliwie wychylił szklaneczkę, po chwili dawny uśmiech znowu go rozpromienił…

-Dziękuję, to było mi bardzo potrzebne…

-Wiem, wszyscy jesteście twardzielami, ale… ehhhh. No i ta nagana z portu jest anulowana. (kłopot z Jasiem) Co nie znaczy, że nie wpier**lę ci kolejnej jak coś nawywijasz!

-Panie kapitanie, jaaaaa? – Święte oburzenie emanowało z głosu urażonego wielkoluda.

-Jasiuuuu, ile to rejsów razem zrobiliśmy?

-Noooo, ten będzie dziesiąty?

-No widzisz, znamy się jak dwa łyse konie, więc się nie oburzaj tylko uważaj na siebie…Mówię tak bo idziemy do portu. Jak będziesz chciał się napić wpadnij do mnie, ale na mieście ani kropelki, pamiętaj!

-Oczywiście kapitańciu!

-Dobra, dobra, idź już, aha, ciało złożycie do chłodni u Pawła… No zmykaj!

Statek zmienił kurs na wschodni, przed nimi było jakieś 12 dni drogi. 12 dni monotonnych wacht, pracy na pokładzie i rozmyślań, gadania, wspominania, rozpamiętywania. Jeszcze niedawno podczas kabinowego popijania kawy nie zawsze dobrze mówiło się o II. mechaniku, teraz okazało się, że był to człowiek bez wad, jak zwykle w takich przypadkach…

Jego ciało obmyte, ogolone, ostrzyżone, owinięte w prześcieradło spoczęło w chłodzonej komorze ładowni. A tymczasem pozostały formalności, głupie, małe, przyziemne, które jednak czekały rodzinę zmarłego. Paweł postanowił choć trochę im ulżyć. Wysłał telegram do dyrektora ds. osobowych Adriany Hebel, żony nieżyjącego już wówczas legendarnego dyrektora Odry. „Proszę o zaoczne rozliczenie z pobranych ubrań i innych środków nieżyjącego członka naszej załogi Mariana Ż. II mechanika m/t Gopło” Odpowiedź przyszła natychmiast. „ Mechanik Marian Ż. jest rozliczony, pozdrawiam załogę A.Hebel” Mała, głupia rzecz a jak znacząca… Człowiek po drugiej stronie okazał się Człowiekiem, a nie urzędasem.

Paweł dyskretnie obserwował „harcerzyka”, ten chodził struty, nie pokazywał się na mostku, głównie przesiadywał sam w kabinie. Przy którejś próbie wyciągnięcia go stamtąd na karty czy kawę wybuchnął:

– Odpierd**cie się wreszcie ode mnie, myślicie że nie wiem że obserwujecie mnie, żebym sobie czegoś nie zrobił? NIE ZROBIĘ! Zakonotujcie to sobie i dajcie mi święty spokój.

Ale wybuch ten miał chyba oczyszczający wpływ, bo radzik zaczął funkcjonować normalnie…

Tymczasem statek pokonując malownicze skaliste, pełne nieoczekiwanych wirów i prądów cieśniny zatoki Victoria na Strait of Juan de Fuca, wpłynął na redę portu Vancouver. Flaga opuszczona do połowy masztu obwieszczała wszem i wobec o nieszczęściu jakie dotknęło załogę.

Tym razem cumowanie statku odbyło się bez zwykłych podczas dochodzenia do kei okrzyków, targowania się o cenę papierosów i zwykłego harmideru portowego. Statek dobijał do kei majestatycznie niczym wielki karawan…

Na nabrzeżu już stali ludzie kanadyjskiego koronera. Urzędnik, wielki chłop ze szpakowata brodą okalającą nalaną twarz, zażądał od prowadzącego go do chłodni Pawła flagi, do którego dopiero po chwili dotarło o co chodzi, przyniósł z mostku polską Banderę i przykrył nią zwłoki. Ludzie koronera razem z rybakami wynieśli ciało Andrzeja po stromej zejściówce, co nie było łatwe…

Gdy znaleźli się na pokładzie trałowym zawyła statkowa syrena, to było dramatyczne pożegnanie kolegi, nie było twardziela, któremu by nie zaszkliło się oko… Bezosobowy ładunek owinięty biało czerwonym płótnem zniknął w czarnym mikrobusie, syrena wyła do chwili kiedy ten zniknął za zakrętem portowego nabrzeża…

Życie powoli wróciło do normy, choć obraz owiniętych w banderę zwłok na pokładzie „Gopła” z rykiem syreny w tle pozostał wszystkim głęboko w pamięci…

Po kilku dniach przyszło orzeczenie koronera: bardzo rozległy zawał, Marian nie miał szans, nawet gdyby na miejscu był zespół reanimacyjny…

W.S.

To opowiadanie oparte jest na autentycznym  wydarzeniu, którego autor był naocznym świadkiem i uczestnikiem. Oczywiście trudno spamiętać i cytować wszystkie dialogi, czas jest nieubłagany. Także imiona uczestników poza zmarłym II mechanikiem zostały zmienione. 

Nie ma tego złego…

Czyli opowiastka o tym,  w jak dziwny sposób opatrzność wysłuchuje naszych próśb.

To było coś takiego jakby nagle pod podłogą wystartował silnik czołgu i to od razu na wysokich obrotach…

Już podczas pierwszego, krótkiego zwiadu na „Gople”wiedziałem, że największym problemem w najbliższych rejsach na tym statku, z jakim przyjdzie mi się borykać będzie agregat.

Jeszcze podczas postoju na stoczni, poczułem co to będzie, kiedy ktoś włączył tę „sympatyczną” maszynę, która znajdowała się tuż pod podłogą mojej kabiny.

W jednej chwili przytulna, cicha kabina zmieniła się w rozedrganą puszkę wypełniona rykiem . To było coś takiego jakby nagle pod cienką stalowa blachą podłogi wystartował silnik czołgu i to od razu na wysokich obrotach. W kabinie można było porozumiewać się wyłącznie podniesionym głosem. Szklanki i kubki z herbatą czy kawą zjeżdżały w podskokach ze stolika, tak że szybko wyrobiłem sobie nawyk trzymania kubka w kieszeni koszuli na piersi.

Dzięki Bogu, stary Paxman nie był jedynym agregatem na Gople. Drugi stał na przeciwnej burcie, tamten był nowoczesny, wysokoobrotowy i bardzo cichy jak na statkowe warunki. Ciekawostką jest fakt, że agregat wymieniono podczas przygotowania do rejsu zwiadowczego. Oczywiście ustawienie go pod niezamieszkałą częścią statku było przykładem „troski” armatora o jak najlepsze warunki pracy i wypoczynku załogi.

Agregaty, zgodnie z założeniami eksploatacyjnymi, musiały „wychodzić” określoną ilość godzin na dobę i na to nie było rady, jednak… Dzięki temu, że szybko zaprzyjaźniłem się z„maszyną”, chłopcy starali się włączać hałaśliwego drania jak byłem na wachcie…

Po pewnym czasie stałem się „ekspertem” od Paxmana, wychwytywałem najmniejsze różnice obrotów, obce odgłosy itd… Brało się to stąd, że maszyna była wiekowa i już dawno powinna odejść na wieczną wachtę w procesie recyklingu w jakiejś hucie. Więc nasłuchiwałem jej rychłego końca. Głośno i otwarcie złorzeczyłem tej„krowie”-jak ją pieszczotliwie nazywaliśmy- życząc jej jak najszybciej skonania w mękach… Co zwykle budziło złośliwą wesołość wśród załogi. Gdzieś w połowie pierwszego zwiadu na Pacyfiku nagle „wysłyszałem” jakieś dziwne tony w pracy agregatu, nierówne obroty, dziwne dźwięki, serce podskoczyło mi w piersi radośnie.

-Może jednak nadejdą lepsze, cichsze czasy?

Następnej nocy, tuż nad ranem (czemu większość niezwykłych wydarzeń ma miejsce „tuż nad ranem”?) obudziła mnie ogłuszająca eksplozja pod podłogą, jakieś metalowe części z ogromną siłą waliły o podłogę pod moją koją, skuliłem się przy szocie(ściance działowej), żeby zmniejszyć ewentualne pole rażenia na wypadek przebicia cienkiej blachy podłogi. Przez głowę galopowały myśli:

-A więc jednak!, wysłuchałeś mnie Panie Boże!, –

-Ale czemu podczas mojego snu! Jak zawsze spełniasz moje marzenia w osobliwy sposób, ach, te Twoje poczucie humoru!

Słyszałem jak do maszynowni wpadł chief, młody, świetny chłopak, jak się okazało także odważny, nie bacząc na niebezpieczeństwo dostał się do zaworu zasilania i wyłączył rozpadające się draństwo.

Nastąpił blackout, nieprawdopodobna cisza zalała statek. Słychać było plusk wody o burtę, niczym na jakiej łódce. Z maszynowni dochodziły wiązki przekleństw odreagowujących maszynistów i wreszcie narastający gwar rozmów i okrzyków całej załogi. Jak się okazało w agregacie pękł wał i tłoki wyrwały bok silnika, rozsypując szczątki po całym przedziale. Obraz był straszny, ale dla mnie radujący serce.

Z drugiej strony co poniektórzy patrzyli na mnie dość dziwnie, znając moją miłość do„krowy” podejrzewali być może, że czegoś mu dosypałem do oleju?

Statek został skierowany do Vancouver na remont, który potrwał ponad miesiąc, dając nam możliwość dość dokładnego zapoznania się z urokami tego pięknego miasta i jego mieszkanek, to znaczy mieszkańców. Nie ma tego złego… , choć dla mnie to nie było takie znów zło…

W.S. (fot Internet)

Pławnice – Historia zwiadu kalmarowego

Radioplawa przy burcie!

Pławnice – Historia zwiadu kalmarowego

Historia zwiadu kalmarowego m/t „Gopło”, który wypróbowywał pławnice na północno-środkowym Atlantyku.

Kalmary, jako alternatywne źródło białka pochodzenia morskiego, a zwłaszcza jako cenny towar eksportowy cieszyły się dużym zainteresowaniem pionu połowów PPDiUR Odra. Zakład Techniki Połowów, w celu zwiększenia obszaru pozyskiwania tych zwierząt podjął próby wdrożenia zupełnie nowej w naszym rybołówstwie dalekomorskim, technologii połów pławnicami oceanicznymi.

Tuż po wojnie nasi rybacy łowili pławnicami śledzia na Morzu Północnym, ale to były zupełnie inne sieci, zupełnie inne rybołówstwo. Pławnicowe połowy kalmara zostały, podobnie jak jiggersy, podpatrzone u Japończyków, którzy specjalizują się w produkcji sieci i całego osprzętu potrzebnego do ich używania.

Przezbrajanie

Przed decyzjami na szeroką skalę, postanowiono przeprowadzić zwiad rybacki na Pacyfiku przy pomocy przystosowanego do tego rodzaju połowów jednego z trawlerów B-20. Wybór padł na m/t”Gopło”. Statek otrzymał podczas prac adaptacyjnych dużą pompę hydrauliczną, która napędzała urządzenia do wybierania sieci i układania jej na pokładzie w przegrodach- lastach. Winda trałowa, jako niepotrzebna, została usunięta.

Na mostku zainstalowano wyrafinowaną na tamte czasy aparaturę, jak echosonda z kolorowym wyświetlaczem, angielski, całkiem porządny radar Kelvina, odbiornik GPS i plotter do nawigacji, odbiornik map pogodowych, radionamiernik, a do komunikacji radionadajnik satelitarny.

Jako zupełne novum w naszej flocie, „Gopło” zostało wyposażone w membranowe urządzenie do odsalania wody morskiej. B-20, jako statek budowany do połowów na Morzu Północnym, miał stosunkowo niewielką autonomiczność, zwłaszcza pod kątem wody pitnej. Zwiad natomiast przewidywał długie, kilkumiesięczne przebywanie statku bez możliwości zatankowania wody, czy to w porcie, czy chociażby z innego statku. Mieliśmy być całkowicie samotni i samodzielni.

Na pokład załadowano kilkaset nylonowych sieci. Nie były to, jak pisała jedna z dziennikarek Głosu Szczecińskiego „płoty z sieci rozciągnięte w oceanie na stalowych linach” (ten tekst przez cały zwiad był źródłem licznych dowcipów). Wręcz przeciwnie, pławnice to były bardzo delikatne żyłkowe, różnego koloru płótna o zróżnicowanych oczkach. Górna krawędź sieci uzbrojona była w pływającą, polipropylenową linkę z pływakami, a dolna w linkę stylonową, która oplatała sznur drobnych kawałków ołowiu. Sieć obszyta na górnej linie w sposób podobny do wieszania przez panie domu firanek, z lekkim naddatkiem. Dzięki temu, mimo iż lina na której była zawieszona w wodzie była naprężona, sama sieć pływa dość swobodnie, niczym właśnie firanka w oknie.

Jeśli chodzi o konstrukcję pławnicy, cała sztuka polega na owym „obszyciu” płótna sieciowego na linach. Tak zbytnie naprężenie jak i za duże „upięcie-zmarszczenie” jej na linach, powoduje wyraźny spadek łowności.

Do układania sieci w specjalnie postawionych przy prawej burcie lastach, zawieszono nad nimi na prowadnicach hydrauliczną układarkę, a do wybierania z wody pławnic zamontowano na lewej burcie wyciągarki. Wszystko napędzane było hydraulicznie dzięki wspomnianej potężnej pompie.

Manewrowość, niezbędną przy podchodzeniu do sieci zapewniał statkowi wmontowany w dziób ster strumieniowy. Jednym słowem statek przebudowano na zupełnie nowoczesna jednostkę łowczą. Jedynie przetwórnia i chłodnia pozostała bez zmian, choć i tam podczas rejsów wprowadzaliśmy (był to projekt racjonalizatorski działu przetwórstwa statku) unikalne w skali floty unowocześnienia, jak chociażby system mrożenia tuńczyka w powietrzu.

W części pacyficznej zwiadu zamustrował na statek Japończyk, jako doradca do spraw łowisk. Jako specjalista do spraw narzędzi połowowych płynął z nami Stasiu Cichosz, pracownik Zakładu Narzędzi Połowowych w Odrze, a jako naukowcy w ramach współpracy ze świnoujskim MIR w kolejnych etapach brali udział Jurek Porębski, Norbert Wolnomiejski i Andrzej Koronkiewicz. We wszystkich (poza środkowym) etapach, kapitanem był Andrzej Kłokodzki . Bardzo cieszyłem się z tej wyprawy, bo spodziewałem się wielu interesujących portów, przygód, jednym słowem wielkiej, romantycznej przygody i… nie zawiodłem się, bywało śmiesznie, bywało ciężko, bywało i tragicznie… ale przede wszystkim było interesująco.

Termoklina

Interesująco było głównie ze względu na nowe narzędzia, a co za tym i metody połowów, poszukiwanie kalmarów, co w ogromnej przestrzeni pełnego oceanu nie było proste. Tutaj dopiero potrzebny był ów słynny rybacki nos, ale przede wszystkim znajomość biologii kalmara, prądów i temperatury wody.

Jednym z częściej powtarzanych na pokładzie terminów było czarodziejskie słowo TERMOKLINA. Ciepłe wody oceanów w głąb mieszają się jedynie w pewnej warstwie, poniżej której ulegają gwałtownemu oziębieniu. Kalmar nie schodzi poniżej tej granicy, owej termokliny właśnie. Chodziło o znalezienie możliwie cienkiej warstwy wody ciepłej, gdzie zwierzęta trzymały się bliżej powierzchni.

Ale to później. Pierwsze kroki jakie postawiłem na GOPLE miały miejsce podczas postoju statku w stoczni w Szczecinie. Tutaj zachwycił mnie piękny, klasyczny zarys podwodnej części kadłuba statku, jeden rzut oka wyjaśniał dlaczego „jeziorka” tak dobrze trzymały się na fali, dlaczego były tak sterowne i dzielne… Nic dziwnego, że właśnie GOPŁO po zakończeniu żywota jako trawler został sprzedany niemieckiemu armatorowi, który przebudował go na oceaniczny żaglowiec szkolny… do dzisiaj pływa pod wspaniałą nazwą „PEACE”, o czym mało kto wie.

W stoczni, jako odpowiedzialny za przetwórstwo zająłem się sprawdzaniem urządzeń i pomieszczeń zamrażalni. Przy okazji ze zdziwieniem odnotowałem spore ilości kolorowego złomu poupychanego w różnych zakątkach przetwórni i ładowni. Jak się okazało, zapobiegliwi marynarze gromadzili towar do wymiany w potencjalnych portach. W pierwszym etapie mieliśmy testować sieci i sprzęt na północnym Atlantyku, w tym rejonie nasza flota tradycyjnie uzupełniała wodę i paliwo w Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich. Tam, jak się dowiedziałem od „bywalców”, bardzo dobrą cenę można było uzyskać za kolorowy złom właśnie.

Tak wyglada lIllex od dzioba

Wreszcie w morzu – „Sztorrrmowa Bossanova”

Czas przygotowań minął szybko, w końcu wyszliśmy w morze. Na Północnym już wiało dość mocno, (jak to zimą, a mieliśmy koniec stycznia roku 1987 ) a komunikaty z Biskajów wyglądały znacznie poważniej. Duże frachtowce zgłaszały wejście do angielskich portów by przeczekać nawałnicę, (wówczas to właśnie usłyszeliśmy przez radio dramatyczne wołania s/y „Dar Bielska”) toteż miałem nadzieję, że schowamy się gdzieś w brytyjskim porcie… ach te angielskie puby i portowe tawerny…

Niestety, stary stwierdził, że pójdziemy „górą” omijając Biskaje w bezpiecznej odległości. Tak też się stało, co nie uchroniło nas przed rozpędzonymi falami-potworami, które rozhuśtane w zatoce dopadały nas mimo wszystko. Statek idąc do nich bokiem kładł się niebezpiecznie jak mi się początkowo wydawało na burtę, jednak widząc jak szybko i z gracją wstaje, by natychmiast położyć się na drugą burtę, nabrałem do niego szacunku, rzeczywiście to bardzo dzielna jednostka. Choć dla kogoś takiego jak ja, który parę lat przebywał na wielkich, oceanicznych trawlerach zupełnie inaczej zachowujących się na fali, to była pewna nowość. Drugiego dnia na Atlantyku, o wczesnym poranku jedna z fal załamała się nad statkiem, wciskając nas na chwilę pod wodę, która przez wszystkie otwarte wywietrzniki chlusnęła do środka. Najgorzej dostało się chłopakom z „manhattanu”- pomieszczeń mieszkalnych załogi, znajdujących się na rufie, poniżej linii wodnej statku. Chłopcy obudzili się pływając w wypłukanej z zenzy mazi. Nie zacytuję tu kwiecistych monologów jakie popłynęły w przestrzeń pod adresem Neptuna i oficerów nawigacyjnych ze „starym” na czele. Całe wydarzenie skomentował prawie natychmiast Jurek Porębski ulubioną przeze mnie piosenką „Sztorrrrmowa bossanova”.* Tak, to było wydarzenie znakomicie zapowiadające liczne „atrakcje” jakie Gopło miało dla nas w zanadrzu przez następne wspólne dwa lata.

Połowy

W końcu jednak ocean się uspokoił, wyjrzało słońce, a nad pokładem szalupowym pojawiły się szare i poplamione, mimo wysiłków zmierzających do uzyskania jako takiej bieli, prześcieradła i poszwy chłopców z manhattanu. Przystąpiliśmy do pierwszych prób sprzętu. Wzdłuż prawej burty po pokładzie rozpięto brezenty tworzące koryto dla sieci, które podczas wydawania wysuwając się z last na śródokręciu, biegły wzdłuż burty wspinając się na pokład szalupowy, aż do rufy, gdzie spływały do wody. Przy czym linka dolna z ołowiem, dzięki specjalnie ukształtowanym w tym miejscu prowadnicom, spływała do wody tuż przed wejściem sieci na pokład szalupowy. Górna z pływakami biegła na górę, na szalupowy. W ten sposób sieć przed wydaniem była rozpięta. Chodziło o zapewnienie płynnego, bezawaryjnego przebiegu skłonnego do zaczepień jadra(płótno sieciowe).

Cała operacja, podczas której każdy członek załogi miał wyznaczone miejsce, bądź na drodze sieci, bądź w rejonie rufy przy podpinaniu boi, bądź na mostku, wymagała wzmożonej uwagi od wszystkich. Statek płynął małą naprzód, pierwszy segment pławnicy dociągnięty do rufy czekał na podczepienie radiopławy i wrzucenie jej do wody. Wyrzucona do wody, pozostająca za rufą statku pława dowiązana na około 40 metrowej lince do zestawu powodowała rozpoczęcie wydawania sieci, która z rumorem pływaków pozostawała za rufą. Załoga czuwała, żeby sieć szła niesplątana, żeby nie było po drodze zaczepów, no i żeby przypadkiem nie zostać porwanym przez nią do wody… Zdarzało się, że buty gumowe jechały do oceanu z siecią, pozostawiając nieuważnego rybaka w skarpetce… co zawsze budziło niepohamowaną wesołość u pozostałych w butach chłopaków.

Podchodzimy do kolejnej plawnicy

Początkowo wydawaliśmy zestaw złożony z 50 sieci o długości około 100 mb. każda, co dawało łącznie około 5000m długości płot. Z obu końców zestawu zaczepione były radiopławy, boje z radionadajnikiem i wysokim około 2 m masztem. Pława nadawała sygnał na określonej częstotliwości o określonej tylko dla niej charakterystyce, który odbierany przez radionamiernik pozwalał określić kierunek w jakim należało płynąc, by zestaw odszukać.

Kiedyś, tzw. lugry, poławiające na Morzu Północnym śledzia pławnicami ( z ciężkiego bawełnianego jadra, trudne do obsługi, ręcznie wybierane) po wydaniu sieci, stały przy nich zacumowane do zestawu na tzw. ropie, linie biegnącej dołem całego zestawu, dzięki temu stateczek dryfował razem ze swoimi sieciami. My jak wspomniałem na początku, uprawialiśmy zupełnie inne rybołówstwo. Sieci bardzo nowoczesne, lekkie, zmechanizowane wydawanie i wybieranie, nowoczesna nawigacja. Wszystko to pozwalało na pozostawienie zestawu i odpłyniecie wiele mil w celu poszukiwania kolejnego miejsca połowu i ewentualnego postawienia tam kolejnych pławnic. Japończycy potrafili postawić kilkadziesiąt takich zestawów na raz.

Nowoczesność nowoczesnością, jednak trudno opisać zdenerwowanie jakie panowało na mostku, kiedy po zrobieniu potężnego koła rozpoczęliśmy poszukiwanie po raz pierwszy wydanego zestawu.

-A jeśli tak ich nie znajdziemy, a jak siądą akumulatory w bojach? No tak, pozycja wydania jest zaznaczona w GPS, ale przecież wieje czwórka, więc wiatr cały zestaw przegonił już ładny kawałek, no i prąd… A zestaw wart masę forsy…

Jednak bojki piskały bardzo dzielnie, po godzinie wypatrywania w kierunku wskazywanym przez pierwszego pokazał się wywijający na fali łamańce maszt pierwszej radiopławy. Uff, radość była wielka, nie ma co, ale teraz kolej na Starego, trzeba podejść do bojki lewą burtą, tak by chłopaki mogli zaczepić ją bosakiem i podjąć na pokład, potem należało tak utrzymać statek, by wyciągane sieci nie ulegały zbyt wielkim naprężeniom.

Trzeci uzbrojony w lornetkę i radio stojąc na dziobie podawał na mostek kierunek i odległość do boi. Stary stojąc przy konsoli steru strumieniowego korygował wysiłki sternika, który trzymał zadany kurs. Pierwszy przy telegrafie maszynowym czuwał nad odpowiednią prędkością statku. Porywisty wiatr odpychający od sieci wysoko wzniesiony nad wodę dziób, trochę utrudniał zadanie, ale w końcu boja pojawiła się przy burcie, gdzie szybko została poderwana na pokład.

Podbora (linka z ołowiem) została założona na wciągarkę, podobnie jak nadbora z pływakami na inną, zwaną piłkami. Pompa hydrauliczna już od pewnego czasu wyła na wysokich obrotach. Rybacy w żółtych płaszczo-sztormiakach obsługujący wyciągarki uruchomili urządzenia. Sieć poczęła przepływać nad burtą z dużą szybkością. Na pokładzie trzech ludzi poprowadziło ją po rozciągniętych brezentach do last, gdzie przy pomocy układarek kierowano je do odpowiednich przegród. Ewentualne ryby, czy kalmary miały być wybierane z sieci w trakcie przesuwania się jej po pokładzie.

Tak zorganizowana praca dawała maksymalną płynność, która została osiągnięta dość szybko. Początkowo nie mieliśmy sukcesów, czasami w pławnicy utknęła ławica bram, raz mieliśmy w sieciach stado (kilkadziesiąt sztuk) rekinów młotów, innym razem zaplątała się potężna manta, wciągaliśmy ją bomem towarowym, bo ważyła grubo ponad 100 kg. Ciekawostką było odkrycie w jej jamach skrzelowych podnawek najwyraźniej nie opuszczających gospodarza, bo ich skóra była pozbawiona pigmentu.

Oczywiście mieliśmy niewielkie ilości kalmara Illex, były to egzemplarze duże, niespotykane w połowach jiggersowych czy trałem. Jednak prawdziwe połowy kalmarów prowadziliśmy dopiero w kolejnym rejsie na Pacyfiku. Przed każdym wydaniem pławnic odbywało się misterium mierzenia temperatury wody, „odprawiane” przez Jurka Porębskiego. Najpierw ładował batytermograf -mosiężna, obciążona rura, zawierająca termograf, zapisujący temperaturę w postaci wykresu krzywej na specjalnie przygotowanej płytce- pierwsza część misterium polegała na załadowaniu owej płytki do „rury”, następnie opuszczenie tego ustrojstwa za burtę z pokładu szalupowego- tam było najwięcej wolnego miejsca na takie zabawy.

Potem następowało wyciągnięcie kilkudziesięciu, kilkuset metrów linki z tym ciężkim draństwem na pokład, najlepiej tak, by szklana płytka nie uległa stłuczeniu, bo w przeciwnym razie całe czary trzeba było powtórzyć. Jurek urządzał zawody dla dwóch rybaków- polegające na tym, który szybciej dobiegnie do przeciwległej burty ciągnąc za odcinek linki urządzenia. W ten sposób chłopcy biegając w poprzek pokładu dość szybko wydobywali czarodziejski sprzęt na powierzchnię, najczęściej szczęśliwie, bo Jurek wpatrzony w wodę zwykle w porę wyhamowywał „wyciągaczy”.

Kolejnym etapem było odczytanie wykresu, czasem, wychodził zamazany, nie do odczytania, częściej jednak wszystko było OK. Wówczas Stary po obejrzeniu faksymili map pogodowych jakie dostawaliśmy co kilka godzin ze stacji brzegowych meteo, podejmował decyzję czy będziemy wydawać czy też tym razem nie…

Kiedy znaleźliśmy się w ciepłych wodach Golfstromu nagle w pławnicach pojawiły się tuńczykowate i to od razu całkiem spore ilości. Były one na pokładzie odgławiane i patroszone, jako duże 4-5 kg zwierzęta nie mogły być zamrożone w tacach, w szafie zamrażalniczej, wobec tego wieszaliśmy je za ogony na hakach w ładowni, gdzie zamarzały. Wobec braku jakiegokolwiek technicznego wyposażenia, radziliśmy sobie wiążąc pętlę ze sznurka do ogona i zaczepiając ją na haku. Nie było to wygodne ani bezpieczne, wziąwszy pod uwagę falowanie, śliską podłogę i ostre haki.

Oprawianie albakory
Oprawianie albakory

Wtedy właśnie powstał unikalny projekt zamrażania tuńczykowatych w powietrzu na niewielkich statkach. Wymyśliliśmy uchwyt, wykorzystujący specyficzną budowę trzonu ogonowego tej ryby, który jest silnie spłaszczony u nasady płetwy prostopadle do samej płetwy. Dzięki temu doskonale trzymał się wsunięty w szczelinę naszego zaczepu. Po powrocie do portu na podstawie rysunków stocznia wykonała całkiem sporo takich urządzeń, tak że później wieszanie tuńczyków w ładowni było prawie przyjemnością.

Polacos amigos biznesos

Po około 60 dniach w morzu weszliśmy po wodę i paliwo do Las Palmas, już na skraju avanportu podpłynęła motorówka z miejscowymi biznesmenami, witającymi nas i zachęcającymi do współpracy. Jakiś śniady gościu wymachując rękami wydzierał się wniebogłosy- Polacos amigos bueno bizneso mucho dinero! Very good bizneso, Mi esta Paco! Oczywiście odkrzykiwaniom i odmachiwaniom nie było końca. Wreszcie dobiliśmy do najdalej w morze wychodzącej kei Generalissimusa Franco. Tu już czekały ciężarówki na złom.

Stary po szybkiej odprawie wziął Pierwszego pod mankiet i powędrował w miasto, nie chcąc mieć nic wspólnego z targowiskiem jakie za chwile rozegrało się na pokładzie. Miejscowi chcieli „opanować” statek dogadując się po kabinach z każdym kto miał cokolwiek do sprzedania indywidualnie. Jednak Andrzej, stary wyga, ustawił sytuację natychmiast. -Amigos, aut! Kierownikos biznesos tutaj, here! łamanym narzeczem wprowadził do kabiny najpoważniejszego kontrahenta… no i zaczęło się.

Najpierw negocjowano cenę złomu kolorowego, zza drzwi dochodziły często podniesione głosy -Polakos amigos krejzi? -You are crazy, no, no no…. no bizneso spier… -OK! -klamka drgnęła jakby hiszpan chciał rzeczywiście wyjść, ale nic sie nie stało, przytłumione głosy nadal zaciekle dyskutowały, w pewnym momencie drzwi kabiny otwarły się gwałtownie i zdenerwowany miejscowy negocjator, cały błyszczący od potu, rozdygotany demonstracyjnie opuścił pokład statku. Ciężarówki zawróciły na kei z fasonem i pomknęły do miasta

-I co teraz, qrwa… zostaniemy z tym złomem na burcie?

Zdenerwowanie na pokładzie sięgnęło zenitu. Chłopaki niepewnie popatrywali na promieniejacą zadowoleniem, szeroko uśmiechniętą gębę Andrzeja.

-Spokooojnie, najdalej za pół godziny przyjadą z powrotem…

-A jak nie?

-Jak nie to odkupie od was całe to ścierwo…

Pewność siebie naszego negocjatora podniosła nieco „morale” załogi. Rzeczywiście nie minęło 20 minut znajome ciężarówki pokazały się znowu. Tym razem negocjacje były krótkie, Hiszpan zgodził się na stawiane warunki, od tej chwili wszystko potoczyło się błyskawicznie. Złom ważony ”w locie” błyskawicznie wędrował na ciężarówki, a ja ze zdumieniem konstatowałem ileż to tego było… Statek po zakończonej operacji wynurzył się o dobre pół metra.

Oczywiście Las Palmas to mnóstwo ciekawych wrażeń i znajomości nie tylko handlowych, to tutaj poznaliśmy chłopców z s/y „Dar Bielska”, tutaj też Porębski wracając na solidnym rauszu z nocnej eskapady, wprawił zamiatacza ulic w osłupienie, proponując mu kupę forsy za liść palmy, którym ten zamiatał ulice właśnie. Jurek przyniósł ów liść na statek niczym jakie trofeum. Czas w porcie minął szybko, podobnie jak połowy. Tak, że do domu wróciliśmy pod koniec lipca.

Statek poszedł do stoczni celem wprowadzenia poprawek i ulepszeń, a ja zamustrowałem na m/t Śniardwy pod kapitanem Włodzimierzem Jakubowskim na miesięczny rejs na Wyspy Owcze. Tam nasze statki kupowały śledzia i makrelę z miejscowych sejnerów. To też bardzo ciekawa historia…. W.S. *

tekst szanty autorstwa Jurka Porębskiego „Sztormowa bossanova”przytaczam tu w całości, co prawda nie mam jego zgody (tymczasem) ale mam nadzieję że się nie obrazi.

Sztorrrmowa Bossanova

Rejs szedł normalnie, trochę kiwało,
Dwa niże zostały za nami.
Gdzieś koło Dover z Nordu przywiało,
Chief mówi – „Koniec z kartami.”
No więc z Kocopołem w bulaj filuję –
„Uch! Ale się morze kudłaci.”
Amper zielony źle się czuje –
Przylądek Ciepłych Gaci.

Gdy po dwóch dobach wylazłem z koi zmęczony sztormowaniem,
To zanim jeszcze przetarłem oczka, to usłyszałem chlupanie.
Pływają buty, skórki z cytryny, karty, mydło i pety,
A w nogach krzesła z prądem falują wczoraj wyprane skarpety.
Gdy na bosaka wylazłem z koi szukając drugiego kalosza,
Wypłynął razem z paczką „Carmenów” gdzieś pod kabinę Cichosza.

A tak to było:

Przechył na prawo i burta wgryzła się w fale,
I zimna, sina łapa w kambuzie rozwarła drzwi i bulaje.
Wolno z przechyłu łajba wstawała do normalnego stanu,
Płynął wodospad z mąką, jajami, schodami do „Manhattanu”.

A…

Tekst piosenki jest zaczerpnięty ze strony http://szanty.pl/ i opatrzony (ciekawostka!) komentarzem- jakby skrótem mojego tekstu o którym zupełnie zapomniałem i który także przytaczam jako ciekawostkę:

Wydarzenia miały miejsce w 1986 r. na trawlerze „Gopło”, który w drodze na łowiska omijał po krawędzi duży sztorm na Biskajach (ten sam, w którym miał kłopoty „Dar Bielska”). Przy mocno sfalowanym morzu w statek trafiła z zupełnie nieoczekiwanego kierunku jedna potężna fala (a raczej zabłąkana góra wodna) trafiając w otwarty świetlik ukryty pod pokładem szalupowym – w miejsce, do którego fale zwykle nigdy nie docierały. Była to fala, która na moment przykryła cały statek. Masy wody zalały dolny pokład do wysokości koi wypłukując przy okazji dokładnie wszystkie brudy z zęzy. Napiętą atmosferę (zalany czarną śmierdzącą cieczą dobytek marynarzy i cała zapasowa pościel) załagodził jeszcze tego samego dnia wieczorem jeden z załogantów – autor tej piosenki (aczkolwiek jego koja była szczęśliwie o pokład wyżej). „Manhattan” – to właśnie ów zalany pokład, kabiny rybaków poniżej linii wodnej statku. „Gopło” – piękny statek zbudowany w latach ’60 jako tzw. super trawler. Klasyczny kadłub o fascynującej linią stępce przypominającej stępkę żaglowca, znalazł uznanie w latach późniejszych, przebudowany na żaglowiec „Peace”. „Peace” wygląda dzisiaj fantastycznie. Skrót artykułu z internetowego magazynu „Żagiel” (aut. Wojciech Seńków)

 

Wielkanoc na Gople i niezbyt udane świąteczne mazurki

Wielkanoc na Gople
fot:WS

Wielkanoc na Gople i niezbyt udane świąteczne mazurki

Wielkanoc w morzu to dziwne przeżycie, zwłaszcza dla tych, którzy mają tę okazję po raz pierwszy. Nie inaczej było podczas zwiadu kalmarowego Gopła na Atlantyku. Testowaliśmy wówczas nowe narzędzia połowowe (patrz tekst „Na pławnice”)

Zbliżała się Wielkanoc, byliśmy gdzieś między Wyspami Kanaryjskimi a Azorami. Na statku zagościł dziwny nastrój ni to nostalgii, ni to tęsknoty…

Podpytywaliśmy kucharza, co też przygotuje na świąteczne posiłki, aby poprawić nam nastrój. Wówczas jednak pojawił się problem- nasz kucharz ,Stasiu, doskonały autor niezapomnianych obiadków nie lubił, nie umiał (?)piec ciasta. Co gorsza na statku były same 100% chłopy, co to słodkości i owszem, ale coś zrobić w kuchni… Jak to będzie, święta bez mazurka?!

W panice przypominałem sobie jak to było, kiedy asystowałem mamie w kuchni przy świątecznych wypiekach, wyszło na to, że w końcu „nie święci…” i postanowiłem spróbować. Którejś cudownej podzwrotnikowej nocy,(Wielki Piątek na Wielką Sobotę?) kiedy statek z wyłączonym silnikiem dryfował, łagodnie kiwając się na długiej martwej fali, w oczekiwaiu na poranne wybieranie sieci, postanowiłem spróbować.

Trochę mnie przerażały ogromne blachy do pieczenia, ale w końcu co tam…, proporcje mąki do tłuszczu, jaj i cukru jakoś wyłuskałem z pamięci, ugniotłem toto, wsadziłem do pieca i … o dziwo, wyszło całkiem sympatycznie… Po kilku godzinach pracy miałem z dziesięć ogromnych blach kruchego ciasta. Ogromnych czyli jakieś 120 na 80 cm. Kucharz , jak podczas świątecznej Ewangelii Uczniowe, kiedy zobaczył to uwierzył, że jednak „da się”.

Postanowił zrobić masę sernikową i makową na część z nich, a ja dorobiłem jeszcze masę kajmakową (słynne domowe krówki) i na dwóch blachach rozsmarowałem pyszne powidła. Ba, nawet pokusiłem się o ułożenie na wierzchu mazurkowej kratki z ciasta.

Wszystkie blachy z ciastem zaniosłem do magazynku, ustawiłem jedna na drugiej, jakoś przyblokowałem workami z mąką, żeby nie „rozbiegły” się po podłodze i już bladym świtem, cały dumny władowałem się do koi.

Obudziły mnie szalone przechyły statku. Jak się okazało, zupełnie niespodziewany szkwał rozhuśtał i zapienił wokół ocean w kilka chwil. Pobiegłem do „mojego” ciasta i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Całonocny trud, moja duma legła dosłownie w gruzach, w gruzach połamanych, pokruszonych mazurków!

Wściekły na siebie że jak jakiś nowicjusz lepiej nie zabezpieczyłem ciasta, pozbierałem wszystko w michy, rad nie rad, musiałem to dać na świąteczny podwieczorek na stół, bo nie było już czasu na ponowne wypieki.

Do uroczystego śniadania przygotowaliśmy się bardzo starannie, statek lśnił czystością, i pachniał obficie tego ranka używaną „Przemysławką” czy ”Old Spicem”, w messie poza wachtowymi zjawili sie wszyscy, stary w galowym mundurze złożył oficjalne życzenia od armatora i mniej oficjalne od siebie.

Wzruszenie chyba wszystkim lekko ścisnęło gardła. Na stół wjechały tradycyjne potrawy… biała kiełbasa z ćwikła i chrzanem, gotowane jaja, żur, kucharz jak zwykle stanął na wysokości zadania. A na deser ciasta, a raczej ciastowe gruzy… Jednak, jak się okazało, moje dzieło wszystkim bardzo smakowało, podobnie zresztą serniki i makowce kucharza. Serce rosło kiedy widziałem kopiaste talerze połamańców noszone do kabin „na potem”.

Oczywiście radio miał mnóstwo pracy, choć w zasadzie ograniczała się ona do wybierania kolejnych numerów telefonów. Chłopcy tłoczyli się przy radiokabinie, mimo horrendalnych cen za satelitarne rozmowy telefoniczne. Cóż to był za komfort, zamiast wyczekiwania w kolejce na połączenie przez stację brzegowa Szczecin Radio, by przekrzykując szumy i trzaski zakłóceń wymieniać się nowinami z rodziną, tutaj po wykręceniu numeru domowego telefonu po kilku sygnałach było czyste, dwukierunkowe połączenie, często lepszej jakości niż na lądzie.

Jeden z chłopaków opowiadał jako dobry dowcip, że kiedy zdumiona małżonka odebrała telefon, słysząc męża w słuchawce okropnie sie zdziwiła. -Janek co się stało, gdzie jesteś?! Przecież miałeś wrócić za trzy miesiące! Coś ty nawywijał znowu chłopie! -Nic się nie stało kochanie- uspokajał Jasiu- jestem w Szczecin Dąbiu na dworcu, za parę godzin będę w domu. – Po chwili jednak sprostował- żartowałem, jestem w morzu, ale mamy satelitarną łączność, dlatego tak dobrze słychać. Ponoć małżonka długo nie mogła uwierzyć że to tylko żart….

Oczywiście nie było mowy o zaprzestaniu połowów w święta, tradycyjnie właśnie w świąteczne dni ryba szła najlepiej, więc i pracy było sporo. Tak, że jak zwykle nici z planów świątecznego odpoczynku wyszły. Ale starzy wyjadacze wiedzieli, za tak to będzie, więc za bardzo na świąteczną ulgę nie liczyli…

W.S.

Kłopot z Jasiem

Na lotnisku w Kopenhadze
Na lotnisku w Kopenhadze

Awantura o Jasia czyli załogowe peregrynacje

… uwiódł ją zamaszystym pocałunkiem w rękę, tak, że został „wciągnięty, na siłę, jak Boga kocham!”-tu Jasiu walił się w szeroką pierś piąchą, aż się echo po kei rozchodziło…

Mając w pamięci udręki towarzyszące wyprawie autobusami na warszawskie lotnisko, szarpanie się z worami rybackimi i innym bagażem, tłok i zwykle kiepską organizację na Okęciu, postanowiliśmy dokonać wyłomu, w tradycyjnym sposobem ekspediowania załóg w Odrze.

Na zebraniu zapytałem kierownika działu załogowego, czy nie można by nas przetransportować autokarami od razu na lotnisko w Kopenhadze, jak to robi PŻM, czy Dalmor, dokąd i tak zostaniemy przewiezieni Lotem. Przecież ze Świnoujścia to tylko kilka godzin, na pewno taniej i szybciej. A wory można wysłać bagażem bezpośrednio na statek. Wywiązała się ostra dyskusja, która niestety nic nie zmieniła.

Za to podczas wizyty u głównego technologa Wróbel spoglądając zaniepokojony znad okularów spytał:

-Wojtek, a co ttttty tam podskakiwałeś zzzałogowemu nnnna zebraniu?

-Jako delegat załogowy mam obowiązek bronić naszych praw, no nie? – Odparłem

-Aaaa, skoro jejesteś delegatem, tttto niech się ze swoimi pretensjami w ddddupę pocałują! -Wróbel jak zwykle lekko zacinając się, nie przebierał w słowach.

Chcąc nie chcąc , po 10 godzinach jazdy, przetarabaniliśmy się autobusami na Okęcie, gdzie po dość długim oczekiwaniu udało nam się w końcu „zakwaterować” na pokładzie czterosilnikowego, turbośmigłowego Iła-18. Nie byliśmy jedynymi pasażerami. Do samolotu wsiadło kilkoro turystów o europejskim wyglądzie, głównie Skandynawów i grupa kobiet hinduskich w tradycyjnych strojach.

Kiedy już wszyscy jakoś się umościli, pilot włączył silniki. Mało kto był przygotowany na takie doznania. Turbiny zawyły ogłuszając nas na wstępie i wprowadzając samolot w dziwaczne wibracje, co mimo zapewnień kapitana, że jest to najbezpieczniejszy samolot na świecie, spowodowało spore zaniepokojenie wśród podróżnych.

Gdy już znaleźliśmy się w powietrzu, stewardesy natychmiast przystąpiły do roznoszenia „uspokajaczy” po które wszyscy chłopcy skwapliwie sięgali. Samolot wznosił się w górę powolnym kręgiem, pokazując spod skrzydła rozległy pejzaż stolicy. Jednak niewielu miało ochotę spoglądać przez bulaj w dół.

Kiedy zapaliły się światełka pozwalające na odpięcie pasów, w wąskim przejściu między siedzeniami nagle pojawiła się starsza hinduska. Uklękła na środku, tarasując przejście, i bijąc pokłony modliła się dramatycznie do Allaha, jak się domyślałem, o ocalenie życia. Sytuacja ta trochę zdeprymowała stewardessy, ponieważ nie miały możliwości przejścia, nie mówiąc o nieprzepchnięciu wózka z napojami. Prośby i perswazje, tak ze strony personelu jak współtowarzyszek nie przyniosły rezultatu.

Rozpaczliwe błagania płynęły z ust klęczącej na środku samolotu kobiety do samej Kopenhagi. Jednak dwugodzinny przelot, mimo sensacji zakończył się w szczęśliwie. Tu oczywiście powitaliśmy swoje skarby pozamykane w marynarskich worach i niczym zawodowi tragarze podążyliśmy labiryntem korytarzy i ruchomych chodników w pobliże stanowiska odlotu naszego jambo jeta do Montrealu.

Wszystko byłoby miło i sympatycznie, gdyby nie nagła akcja oddziału antyterrorystycznego, (czarno ubrani faceci w kominiarkach z uzi w dłoniach) który wpadł do sali wrzeszcząc -out!, out!, out!- i popychając pasażerów wyrzucili wszystkich na korytarz. Sprawni byli, nie ma co, opróżnili salę z trzech setek ludzi w kilka minut. Błyskawicznie, sam nie wiem jak mój 40 kilowy worek wyfrunął razem z resztą bagażu na zewnątrz, nie czyniąc przy tym nikomu krzywdy.

Po sprawdzeniu koszy na śmieci i innych potencjalnych bombowych kryjówek, wpuszczono nas kolejno do samolotu, troskliwie prześwietlając każdą sztukę bagażu i każdego człowieka. Przelot do Montrealu wielkim niebiesko-białym jabmo KLM, to była sama przyjemność. Obszerne, klimatyzowane, wyciszone wnętrze boeninga, to w porównaniu z naszym Iłem zupełnie inna, dużo, duuużo wyższa półka.

W Montrealu przyjemności się skończyły, dostaliśmy się w obroty machiny kanadyjskiej immigration, przesłuchiwania, odciski palców, sprawdzanie dokumentów trwało wieczność. W końcu jednak pozwolono nam na wjazd do kraju syropu klonowego. W środku nocy zameldowano nas w lotniskowym hotelu, warunki oczywiście wspaniałe.

Jak Odrze opłaciło się tak kosztowne transportowanie ludzi, do dzisiaj nie rozumiem… W południe mieliśmy kolejny odcinek lotu, w poprzek kontynentu do Vancouver. Tuż przed wyjazdem z hotelu nie można było doliczyć się jednego z marynarzy, Jasia, duży chłop więc nie sposób było przeoczyć, jednak mimo starań służby hotelowej i ochrony, nie można było go zlokalizować.

Chciał nie chciał, trzeba było jechać, z nosami na kwintę udaliśmy się znowu na lotnisko. Lot Boeningiem 737 był równie komfortowy, a widoki przy bezchmurnym niebie oszałamiające, lecieliśmy praktycznie wzdłuż granicy amerykańsko kanadyjskiej, a więc z możliwością obejrzenia Wielkich Jezior, ogromnych połaci rolniczo leśnych i w końcu Gór Skalistych.

Na statek dotarliśmy późnym wieczorem, nasze stare, kochane „Gopełko” czekało przy kei „cukrowej”, odrapane, pordzewiałe, ale nasze! Szybko przyjąłem swój sprzęt od zmiennika i rozpakowałem się w kabinie.

Wymieniani chłopaki byli dość zmęczeni rejsem, choć nie mogli narzekać na brak rozrywki. Wchodzili do Meksyku po wodę i zaliczyli pożar na szalupowym, ponoć podczas spawania ogień cofnął się wężem do butli stojących przy kominie. Nie zazdroszczę!

Chwilę pogadaliśmy, przekazaliśmy listy do domu pisane w samolocie, wypiliśmy po piwie i trzeba było się żegnać.

Cały czas jednak wisiało nad nami pytanie: Co z Jasiem? Hipotezy były różne, a to że zakochał się, a to że wybrał w Kanadzie wolność, a to że się schlał zwyczajnie jak świnia i leży gdzieś pod czyimś łóżkiem. Ta ostatnia zresztą wydawała się najbardziej prawdopodobna.

Agent obiecywał, że go odnajdą i przetransportują na statek, prędzej czy później. Stary zaś obiecywał mu różne przyjemności jakie mu zgotuje na powitanie:

-niech tylko się pokaże na statku, już ja mu dam!, do kraju odeślę! Naganę taką mu wlepię, że z firmy wyleci na kopach!
No i drugiego czy trzeciego dnia Jasi pojawił się na pokładzie! Skruszony ale uśmiechnięty… widać kac przeszedł w międzyczasie…

Jak się okazało w hotelu było wesele, a Jasiu, który „przypadkiem”przechodził, złożywszy pannie młodej szarmanckie życzenia (oczywiście po polsku) uwiódł ją zamaszystym pocałunkiem w rękę tak, że został „wciągnięty, na siłę, jak Boga kocham!”-tu Jasiu walił się w szeroką pierś piąchą, aż się echo po kei rozchodziło… No i oczywiście musiał tym „wypierdkom glancowanym, lalusiom we frakach” pokazać jak się w polskiej flocie pije.

Kiedy się obudził po weselu śladu nie było, nad nim stał gościu z giwerą, a drugi za ramiona spod stołu wyciągał… Chryja się zrobiła na cztery fajery, bo Jasiu po angielsku tylko „pardon!” mówił 😉 Potem agent wsadził go do samolotu,no i tyle całej Jasiowej przygody było. Ale to nie koniec, nad Jasiową głową zawisły chmury…

A nie był to zły chłop, w morzu to był złoty człowiek, wspaniały kolega, niezrównany pracownik, jedynie na lądzie jakoś się gubił, nie dawał sobie rady z lądowym życiem, nie on jeden przecież… mając takie argumenty przystąpiłem do szturmu na Starego.

Delegatem zostałem jeszcze podczas pierwszego zwiadu, a że nie bałem się stawać w obronie załogi (zresztą nie było znowu tak wiele okazji – na Gople była dobra załoga i nie najgorszy Stary), zostałem nim do końca.

Tak więc chciał nie chciał, ruszyłem do boju. Stary przyjął nas, Pierwszego i mnie w saloniku, poczęstował odrobiną szlachetnego zabarwionego słońcem trunku, westchnął głęboko i rozpoczął swoje przemówienie.

Ku naszemu zdziwieniu rozpoczął od zasług „tego skurczybyka”… -Noooo- pomyślałem sobie- może nie będzie tak źle… Kiedy doszło do konkretów, stary wyłuszczył kilka opcji, natychmiastową wysyłkę do kraju na jego koszt, naganę z wpisaniem do akt, z pozostawieniem go na statku, obciążenie kosztami przelotu, agenta, poszukiwań itd…

Pociągnęliśmy kolejny łyczek przetrawiając wystąpienie, rozważywszy szanse i to, że staremu złość już jednak przeszła zaproponowałem wyjście następujące:

Jasiu zapłaci za szkody, kapitan przywali mu „żagla” najgorszego kalibru, ale w „zawiasach”, jak chłopina do końca rejsu nie nawali to nagana ulegnie zamazaniu. Stary długo przeżuwał propozycję, polał jeszcze po łyczku słońca do szkieł, podumał, posapał, wreszcie powiedział -no dobra, dawajcie tu tego obwiesia!

Kiedy Jasiu przesłonił swoim wielkim cielskiem wejście do saloniku z tą swoją skruszoną miną, kiedy zaczął: -Kapitańciu kochany, ja … ja…- Stary stopniał całkowicie. W końcu przepływali razem kupę lat i to on go znał najlepiej i najbardziej cenił na pokładzie właśnie Jasia. Cała afera skończyła się zgodnie z propozycją, a Jasiu jak zwykle szalał na pokładzie cały rejs wykonując często prace za dwóch i trzech rybaków na raz… No i więcej nie podpadł, przynajmniej w tym rejsie.

W.S.

Galeria Andrzeja Lacha II

Galeria Andrzeja Lacha II

Andrzej przesłał mi kiedyś swój zbiór zdjęć marynistycznych, teraz je tu publikuję. Poza wspominkowymi z różnych miejsc pracy, jest tu sporo ciekawostek. Niestety nie mam do nich opisów, więc gdyby ktoś coś wiedział proszę o komentarze.

Trawler rufowy B-18. Trochę danych technicznych

 

B-18
Rysunek W.Blady „Polska flota rybacka w latach 1921-2001”

Trawlery serii B-18

Trawler rufowy B-18. Trochę danych technicznych

Zbudowano dziewięć trawlerów B-18, były to: „Foka” ŚWI 195– zbudowany w lutym 1964 r., sprzedany w 1982 r., „Finwal”ŚWI 196– zbudowany w czerwcu 1964 r., sprzedany w 1982 r., „Płetwal” ŚWI 197 – zbudowany w sierpniu 1964 r., wycofany z eksploatacji w 1991 r., „Orka” ŚWI 198(h) – zbudowany w grudniu 1964 r., wycofany z eksploatacji w sierpniu 1989 r., „Homar” ŚWI 199– zbudowany w kwietniu 1965 r., sprzedany w 1982 r., ,,Langusta” ŚWI 200 – zbudowany w czerwcu 1966 r., sprzedany w 1982 r., „Narwal”ŚWI 20 (h) – zbudowany w grudniu 1967 r., wycofany z eksploatacji w 1993 r., „Kaszalot” ŚWI202 (h) – zbudowany w maju 1968 r., wycofany z eksploatacji w 1993 r., „Sejwal” ŚWI 203 (h) –zbudowany we wrześniu 1968 r., wycofany z eksploatacji w 1990 r.

Kadłub statku całkowicie spawany, o poprzecznym systemie wiązań. Dno statku podwójne, z wyjątkiem części rufowej. Trawler miał dwa ciągłe pokłady – górny i główny. Nadbudówkę umiejscowiono w środkowej części kadłuba. Statek podzielono na przedziały dziewięcioma grodziami wodoszczelnymi. Część dziobowa kadłuba miała wzmocnienia przeciwlodowe do pływania w łamanym lodzie. Pomieszczenia służbowe, mieszkalne, gospodarcze i ogólnego użytku rozmieszczono na pokładzie głównym oraz w nadbudówce. Pozostałe kabiny załogowe znajdowały się w pokładówce na górnym pokładzie. W części rufowej nad pokładem usytuowano sterownię, szpital, izolatkę, pomieszczenia – kapitana, radiooficera i armatorskie, a także kabiny – manewrową (doprowadzenia połowów), nawigacyjną i radiową (Roguski 1963, Karnicki 1966).

Do napędu statku zamontowano silnik ze śrubą nastawną, regulatorem obrotów dostosowanym do pracy prądnic wałowych oraz urządzeniem sygnalizującym przeciążenie silnika. Statek dysponował dwoma zespołami do wytwarzania energii elektrycznej w porcie i w trakcie przelotu, o mocy 250kW i 320 kW.

Charakterystyka techniczno-eksploatacyjna była następująca:

Długość całkowita 87.25 m

Długość między pionami 80,00 m

Szerokość na wręgach 14, 14 m

Wysokość do pokładu: głównego 7,10 m

trałowego 9,75m

Wysokość nadbudówek 2,30 m

Zanurzenie konstrukcyjne 5,36 m

Objętość ładowni ryb mrożonych:

nr 1 368 m3

nr 2 494 m3

nr 3 525 m3

Objętość ładowni mączki rybnej 301 m3

Pojemność rejestrowa brutto 2496 RT

Nośność 1243 t

Objętość zbiorników:

paliwa dieslowego mazutu 186 m

oleju smarowego 48 m

tranu 57m3

wody słodkiej 280 m3

Silnik 6-cyl. Sulzer typ TAD-48

przy 225 obr./min o mocy 1658 kW/2700 KM

Prędkość 140 węzłów

Załoga 74 osoby + 8 rezerwa

Autonomiczność pływania 75 dni.

Linię połowową na trawlerze typu B-18 stanowiły: – dwu bębnowa wciągarka trałowa o uciągu 12 T przy prędkości wybierania lin 72 m/min, pojemność bębnów około 2000 m liny o średnicy 26 mm; – specjalne rolki umocowane na krawędzi pochylni oraz role na kolumnach trałowych.

Wydajność przerobową przetwórni statkowej określono na 50 ton surowca na dobę.

Złowione ryby wsypywano do zbiorników z podchładzaną wodą morską. W wyniku obróbki ryb można było uzyskiwać:

– tusze z karmazyna,

– filety z ryb oprawianych ręcznie;

– bloki ryb mrożonych, wypatroszonych i odgłowionych;

– bloki ryb mrożonych dzwonkowych;

– mączkę rybną produkowaną z odpadów i przyłowu:

– tran wytwarzany z wątrób.

W zależności od potrzeb ryby były mrożone w szafach płytowo-kontaktowych o łącznej wydajności 15 ton na dobę lub podwójnym tunelu zamrażalniczym z intensywną cyrkulacją powietrza o tej samej wydajności. Przy intensywnych połowach, wykorzystywano obie metody mrożenia jednocześnie.

Wytwórnia mączki rybnej mogła przerabiać około 25 ton surowca na dobę. Do zamrażania ryb i ich przechowywania w ładowniach statek dysponował amoniakalnym urządzeniem typu sprężarkowego, które składało się z trzech zespołów zamrażalniczych do obsługi ładowni.

W ładowniach z mrożoną rybą utrzymywano temperaturę –25°C. Na trawlerach typu B-18 były zainstalowane sprężarki amoniakalne dwustopniowe, typu W200/2A o wydajności około 87 tys. kcal/h przy temperaturze od –42°C do +37°C.

Rysunki i opis pochodzą z książki „Polska flota rybacka w latach 1921-2001” – Wiesław Blady wydanej przez MIR Gdynia 2002
Zamieszczone za osobistym zezwoleniem autora.