Archiwa tagu: pławnice

Prysznic – A woda się leejeee!

Woda

Burtowce były budowane na Morze Północne, toteż posiadały skromną dosyć autonomiczność, obliczaną na 45 dni. Jednym z ważniejszych ograniczeń czasu przebywaniu w morzu była niewielka pojemność zbiorników na wodę słodką.

Gopło zostało dostosowane do samodzielnego (bez wsparcia floty łącznikowców i baz)pływania na sporych obszarach Atlantyku i Pacyfiku. Inżynierowie wyposażyli go zatem w nowoczesne na owe czasy rozwiązanie do uzdatniania wody morskiej. Była to membranowa odsalarka, działająca na zasadzie odwróconej osmozy. Nie będę się tu rozpisywał o tym cudzie techniki, kto chce może poczytać o nim klikając na ten link.

Woda słodka uzyskiwana w ten sposób, pozbawiona była minerałów toteż nie nadawała się do spożycia, za to doskonale sprawdzała się pod prysznicem. Niestety wydajność naszej odsalarki nie była zbyt wielka, raptem kilkaset litrów na dobę, toteż woda słodka była na naszym Gopełku mimo wszystko racjonowana.

Bosman, niewysoki za to krępy i wiecznie roześmiany Zbynio codziennie rano sondował zbiorniki z wodą słodką podając na mostek stany, tam już Pierwszy ze swoimi tabelkami wpisywał otrzymane wielkości. Widać było jak bardzo przeżywał każdy centymetr mniej na bosmańskiej miarce. Woda to był jego ukochany konik.

Chwytał się różnych sposobów aby te wodę zaoszczędzić, po pierwsze zakazał codziennej kąpieli, kto chciał to mógł się pryskać w swojej umywalce, prysznic tylko raz w tygodniu. Kazał przykręcać maszynie zawory, by z kraników umywalkowych ciekła tylko, tylko…
Kiedy w tropikach, a statek łowił głównie w tropikach, chłopaki na przelocie robili na pokładzie basen z morską wodą, natychmiast ogłaszał ćwiczenia. A to alarm pożarowy a to szalupowy a to plastrowanie kadłuba itd. Oczywiście nie żałował nam kąpania się w słonej wodzie, ale przecież tę sól trzeba było spłukiwać słodką!

w morzu
fot:WS

Prysznic

Pierwszy, mężczyzna w sile wieku z pokaźnym brzuszkiem, byczym karczychem, pretensjami do postawy tzw. twardziela chyba nie zdawał sobie sprawy, że jest obiektem bezlitosnych żartów wśród załogi, nie zdawał do pewnego czasu…

Prysznic na B-20 jest umieszczony na tym samym pokładzie co mostek, obok kabiny Pierwszego, toteż za każdym razem, kiedy pod prysznicem lała się woda, słyszał to doskonale i już po minucie bębnił w metalowe drzwi kabiny.

-Zakręć tę wodę! Co za panienka do cholery tak się tam szoruje! Zamiast zamoczyć, zakręcić, namydlić i dopiero spłukać! Podstawowych rzeczy o życiu na statku muszę uczyć!

Zwykle bębnienie i wrzaski pierwszego przynosiły natychmiastowy skutek i woda przestawała się lać.

Jednak pewnego razu stało się inaczej. Akurat miałem wachtę na mostku, statek szedł spokojnie na kolejny waypoint pomiaru termokliny. Ktoś trzasnął drzwiami prysznica i… polała się woda, lała się i lała… Pierwszy spał po wachcie, jednak instynkt najwyraźniej go ostrzegł, że coś strasznego się dzieje z jego woda słodką. Jakiś barbarzyńca moczy dupę stanowczo za długo…!

No i zaczęło się! Walenie w drzwi, rozjuszony ryk a woda się leje, znowu walenie, znowu ryk, a woda się leje… Wyjrzałem na korytarz, Pierwszy czerwony, mało nie eksploduje, pod drzwiami kabiny jakieś kapcie a w prysznicu woda się leejeee… kiedy już minęło dobre pół godziny a z Pierwszego zeszła trochę para, przechodzący „właśnie” radzik spytał go do niechcenia

-Panie Pierwszy a próbował pan otworzyć? Może tam nikogo nie ma?

-Jak to nie ma, jak to nie ma!? Kapcie stoją! Woooda się lejeee!- ale tknięty strasznym podejrzeniem podsuniętym przez radzika złapał za klamkę, szarpnął i… drzwi stanęły otworem.

W środku kabina była pusta, za to z kranu do czerpania wody sanitarnej, waliła na gretingi słona woda!

Pierwszego mało apopleksja nie powaliła, zapowietrzył się, małe oczka i tak zwykle wytrzeszczone omal nie wypadły z oczodołów!

-Ja im qrwa pokaaażęęę! Zabawiać się moim kosztem! Co za sq..syn to zrobił! Ma przesrane do końca rejsu! Itd. idt… Aż Stary wystawił głowę z kabiny i zawołał go do siebie, nie wiadomo o czym tam rozprawiali, ale powietrze z Pierwszego najwyraźniej zeszło i udał się na spoczynek… Za to cała załoga miała ubaw po pachy jeszcze przez dwa rejsy. Co kto wspomniał o prysznicu to wszyscy wokół pękali ze śmiechu…

Kiepski, bardzo kiepski dzień

Pamięci Mariana Zarzyckiego II of. mechanika na m/t Gopło 

Wszyscy stanęli ze zwieszonymi głowami, każdy radził sobie na swój sposób ze łzami i okropnym poczuciem bezsilności, najgorszym z czym ludzie morza czasami muszą się zmagać.

16 sierpnia 1989 roku, północny Pacyfik, pokład trawlera B-20 m/t „Gopło” należącego do PPDiUR ODRA, który został przystosowany do połowów pławnicowych i wykonywał w tym czasie zwiad rybacki.

To był mało przyjemny dzień. Nieruchome powietrze miało tak wysoką wilgotność, że z trudem dawało się wciągać do płuc. Jęzory mokrej mgły sięgały od powierzchni wody do niskich ołowianych chmur. Idąca z północy, spod Aleutów martwa fala o oleiście gładkiej powierzchni, wprowadziła statek w długi, powolny rozkołys.

Zgrabna sylwetka trawlera leniwie kładła się to na lewą to na prawą burtę. Wolne obroty silnika głównego były ledwie wyczuwalne, znak, ze statek podchodzi do radioboi pierwszego zestawu pławnic.

Rybacy wyrwani nad ranem ze snu, leniwie wkładali ociekające kropelkami mgły jaskrawo pomarańczowe sztormiaki. Zawsze to jakaś ochrona przed niezmywalnym, piekącym po dostaniu się do oczu tuszem wyrzucanym przez schwytane kalmary, no i wodą morską strząsaną przez naprężone podczas wybierania sieci.

Pracę rozpoczęli o piątej. Stary bezbłędnie podszedł do radiopławy znaczącej początek zestawu. Z mgły, tuż przed statkiem wynurzyła się pomarańczowa boja. Jasiu stojący na dziobie, celnym rzutem kotwiczki zaczepił linę zestawu. Kilka pociągnięć ramion i pomarańczowa boja z trzymetrową anteną została podjęta na pokład, a wciągarki* zassały sieci i natychmiast ze swoistym wizgiem rozpoczęły pracę.

Pierwsze siatki szeleszcząc podczas przesuwania się po rozciągniętych plandekach, praktycznie puste przeleciały przez pokład do last. Niestety wyglądało na to, że tym razem kalmara nie będzie. W kolejnych pławnicach pokazały się całe stada bram, ryb nie nadających się do wykorzystania, za to zaczepiających o sieć każdą chropowatą łuską. Nic dziwnego, że wszyscy mieli nietęgie miny klnąc pod nosem. Wybieranie kolejnych zestawów prawie stanęło w miejscu, na pokładzie piętrzyły się kosze z czarną rybą o księżycowym ogonie, a chłopcy dwoili się i troili, by jak najszybciej wyplątać to cholerstwo.

Czas uciekał niemiłosiernie, a kalmara ani jakiegokolwiek innego połowu choćby do zjedzenia ani widu ani słychu. Stary niby nadrabiał miną sypiąc dowcipami z mostku do ludzi na pokładzie, ale w duchu klął w żywy kamień. Wyjaśniło się dobitnie, co też wczoraj echosonda malowała za stada, brama, jasna cholera, i to w takiej sakramenckiej ilości! W końcu nadszedł czas śniadania, statek zwolnił, by część załogi mogła zejść z pokładu, a pozostali nadążyli z pracą.

Paweł nie był specjalnie głodny, więc został jeszcze na deku. Dopiero koło ósmej, kiedy już większość chłopaków wróciła wycierając wąsy, ruszył do zejściówki. Z ulgą ściągnął mokry sztormiak prostując obolałe od ciągłego schylania się plecy. W kabinie opłukał słodką wodą twarz i piekące oczy. Wycierając ręce zerknął na fotografię uśmiechniętej dwójki dzieciaków. Ile to już czasu się nie widzieli? Dobre dwa miesiące… Trzeba będzie zadzwonić.

W mesie przy pierwszym stole siedział już chief Jędrek, motorzysta Toni i Jurek, chłopak z pokładu. Paweł przysiadł się do nich zajmując miejsce twarzą do wejścia. Po chwili przy następnym stole, za jego plecami usiadł II mechanik Marian i „harcerzyk”-radiooficer Piotrek.

Wszyscy mieli miny takie sobie, w końcu każdy przyjechał tu zarabiać pieniądze a nie kiwać się po próżnicy… Można było to jasno wyczytać z ich skwaszonych min, tymczasem kuk roznosił nieśmiertelną jajecznicę. Po dwóch miesiącach nie miała prawa smakować i… nie smakowała. Mimo to dzióbali wszyscy w talerzach, z namaszczeniem smarując kromki chleba. Takie małe, normalne czynności, wykonywane z pietyzmem pozwalają zachować wewnętrzny spokój, nawet w trudnych okolicznościach.

Paweł w pewnym momencie zauważył zaskoczenie na twarzy chiefa jednocześnie słysząc rumor za plecami. Kiedy gwałtownie się odwrócił zobaczył, że drugi mechanik spada bezwładnie pod stół. Wszyscy zerwali się na równe nogi. -Marian! Marian! Co jest? -Chłopaki , otworzyć bulaje i drzwi! -Marian obudź się!

Marian blady, wręcz szary został sprawnie ułożony na podłodze. Chief szybkim ruchem rozdał koszule na jego piersi i przystąpił do reanimacji poprzez rytmiczne uciski na klatkę

-Radio, nie stój qrrrwa, przynieś zestaw do reanimacji!

-Mmmy nie mamy …

-Jak to nie mamy, maski do usta usta nie masz?

-Nie…

-Ja pierrrr..olę, to co ty qrrrrwa robiłeś w porcie!

Paweł gorączkowo przeszukiwał mózg, co się robi podczas zawału, co ? Adrenalina, nitrogliceryna? -Radio masz nitroglicerynę?

-Poszukam!

-Dobra, dawaj migiem!

Chief oderwał kawał koszuli i przez tak zaimprowizowana maskę wdmuchiwał w płuca Mariana powietrze w przerwach między uciskami na serce. W międzyczasie Piotrek przyniósł tabletki nitrogliceryny, pokruszyli je i włożyli Marianowi do ust.

-Piotrek leć do radia i wołaj jakiegoś lekarza! Już po chwili trzęsący się ze zdenerwowania radzik wołał:

-May day!, May day! May day! Gopło potrzebuje pomocy lekarskiej, Polish vessel need medical equipment may day, may day!

W głośniku zachrobotało

-Gopło, Gopło Kalmar woła, Kalmar woła, co się stało? Jaką macie pozycję? Z przygotowanej przez asa kartki radio odczytał pozycję

-OK, jesteśmy od was jakieś 7 dni drogi, nie możemy pomóc fizycznie, ale daję do radia doktora. Inny już głos

– Tu lekarz medycyny Jerzy Kowalik, co się stało?

-Panie doktorze, podejrzewamy zawał, II mechanik podczas śniadania stracił przytomność, skarżył się w nocy na bezsenność i pieczenie w okolicy mostka…

-Tak, to może być zawał, proszę podać mu hydrokortyzon dożylnie, jak najszybciej, czekam przy radiu…

Radzik pobiegł do apteczki po strzykawkę i leki… Paweł obserwował czujnie co ten robi. Hydrokortyzon, strzykawka, dobrze, utrącić ampułkę, odskoczyła z cichym sykiem, strzykawka, igła, tak by jej nie dotknąć palcami, dobrze, naciągnąć lek, odpowietrzyć

-Radio, co ty robisz! Odpowietrzasz igłą w dół? Opanuj się, igła do góry, tak. Bąbelki powietrza zniknęły, na igle pokazała się kropelka płynu… A spirytus do odkażanie skóry, jest i spirytus, wacik też, gumka do zaciśnięcia ramienia…OK. Chief przytrzymał bezwładną rękę tak by dłoń nadgarstek leżał żyłami do góry.

-Są jakieś oznaki życia?

-Przed chwilą westchnął- odparł chief nieswoim, łamiącym się głosem. Teraz motorzysta Jurek ze zmiany drugiego prowadził reanimację. Paweł wycofał się do radiokabiny

-Klamar Kalmar, Gopło woła… natychmiast odezwał się lekarz z trawlera

-Jestem, lek podany?

-Tak, chory bez zmian, mimo reanimacji nic się nie dzieje…

-Proszę osłuchać przez stetoskop chorego, czy jest tętno, czy serce pracuje?

-Panie doktorze tu nie ma żadnego cholernego stetoskopu, radio niewiele wziął na statek. W eterze zapadła dramatyczna cisza… Po chwili

-Gopło, jest tam pan? Paweł usiłował przełknąć wielką kolczastą kulę tkwiąca w gardle, nerwowo wytarł łzy

-Tak- wychrypiał- jestem…

-Proszę sprawdzić co się dzieje z chorym i przekazać mi. Zbiegł na dół. Od razu spostrzegł krwawą pianę wyciekającą z ust Mariana… Reanimacja trwała, radio blady, chyba zaraz też będzie wymagał pomocy… Cholera, ale pierrrdo**ny burrrrdel…!

-Macie lusterko- podał je Jurkowi -przyłóżcie do ust, Chief sprawdź tętno… Nie musiał pytać o efekt, lusterko zostało nieskazitelne, Paweł wrócił szybko do radiokabiny.

-Kalmar, Kalmar Gopło…

-Tak, jestem, co z chorym?- przerwał lekarz z Kalmara -Mamy krwawą pienistą wydzielinę z płuc, wycieka z ust…

-Tętno?

-Nie ma

-Ślady oddechu?

-Nie ma

-Ile czasu trwa renimacja?

-Jakieś 40 minut

-Panie Pawle, jest 9:30, z wielką przykrością na podstawie podanych przez pana objawów stwierdzam zgon pacjenta i zarządzam przerwanie reanimacji. Proszę sporządzić protokół ze zdarzenia i dokonać odpowiedniego wpisu do księgi okrętowej. Gdyby coś jeszcze się działo z innymi członkami załogi proszę niezwłocznie wołać, jesteśmy na stałym nasłuchu… Powodzenia!

-Dziękuję doktorze, że był pan z nami, za pomoc, powodzenia, bez odbioru.

Powoli zszedł do mesy, czuł okropny ciężar na sercu, ciężar czegoś nieodwracalnego, potwornego, czegoś czego nie można zmienić… już nigdy…

-Chłopaki, lekarz kazał przerwać reanimację, stwierdził zgon.

-Co on pier**li! Konował je**ny, Marian qrwa, rusz się! -Krzyknął łamiącym się głosem Chief, uderzył silnie pięścią w okolice serca Mariana i przyłożył ucho do jego piersi.

– Jezu!, nic… – usiadł na podłodze przy ciele trzymając je za przegub dłoni, jak by czekał na puls. Grube łzy płynęły po jego twarzy, Wszyscy stanęli ze zwieszonymi głowami, każdy radził sobie na swój sposób ze łzami i okropnym poczuciem bezsilności, najgorszym z czym ludzie morza czasami muszą się zmagać. Zdawało się, że cały statek zamarł w ciszy. Ale tak nie było, na pokładzie praca szła normalnie, choć wszyscy już wiedzieli co się stało.

Zapowiadający się zwykły kiepski dzień stał się dniem tragicznym. Po południu, kiedy już wszystkie pławnice znalazły się na pokładzie, a statek szedł małą naprzód w poszukiwaniu ryby i kalmarów, stary poprosił do siebie chiefa, pierwszego, Pawła jako delegata załogowego i Jerzego, kierownika rejsu. Miał poważną minę, nalał do szklaneczek złocistego Jasia Wędrowniczka, siadł ciężko w fotelu i westchnął…

-Panowie, mamy problem- zaczął- problem ogólny i problem szczególny. Po pierwsze trzeba coś zrobić ze zwłokami… Nikt nigdy mi jeszcze nie umarł, więc nie mam doświadczenia w tych sprawach, proszę panów o pomoc…

Po chwili ciszy i łyku bosko rozpływającego się ciepłem w żyłach alkoholu odezwał się Pierwszy. -Jeśli chodzi o zwłoki, to Jasiu już się zaoferował, że je oporządzi, jak należy, wie jak to się robi…

-Zaraz opróżnię chłodnię z prowiantu – zabrał głos Paweł -niewiele go już zostało, będzie można złożyć tam Andrzeja, potrzebne będą czyste prześcieradła żeby go zaszyć…

No to problem szczególny mamy z głowy- odparł Stary- teraz ogólny, przerywamy zwiad i idziemy do Vancouver. Będzie to okazja do uzupełnienia zapasów i odpoczynku załogi. Ten odcinek rejsu dał nam mocno w kość. Proszę zająć się przygotowaniem statku do przelotu i wejścia do portu. Jak zwykle wykładamy windy kalmarowe na burty. Pozostały sprzęt do ładowni. (wyjaśnienie tej decyzji w opowiadaniu „Pod przykrywką” )

-Pierwszy, poproś Jasia… Panom dziękuję, Paweł zostań chwilkę. Wszyscy się podnieśli i wyszli…

-Paweł- Stary zaczął z zakłopotaniem- czy mógłbyś delikatnie obserwować radiego? Paweł pokiwał głową, sam już o tym pomyślał, radio to harcerzyk, jeszcze mógłby sobie coś zrobić… Tak to wyglądało, ehhh…..

-Oczywiście, przyglądam mu się od rana…może mu przejdzie… – Stary pokiwał głową, uścisnęli sobie dłonie i Paweł wyszedł. Po chwili do kapitańskiej kabiny wkroczył Jasiu, zwykły rozbrajający na patelniastej twarzy Jasia uśmiech znikł…

-Jasiu, chciałem podziękować za to że zaofiarowałeś się oporządzić ciało…

-Nie ma sprawy panie kapitanie, to był nasz kolega, a poza tym, dla mnie to nie pierwszyzna, takie jest życie…

-Taaaak, takie jest to pierd**one życie, Jasiu…Ehhhh, masz łyknij sobie kropelkę,

-Ale panie kapitanie, mam zakaz!

-Przecież wiem, to mój zakaz, teraz go na minutę zawieszam, ale na minutę! Jasiu skwapliwie wychylił szklaneczkę, po chwili dawny uśmiech znowu go rozpromienił…

-Dziękuję, to było mi bardzo potrzebne…

-Wiem, wszyscy jesteście twardzielami, ale… ehhhh. No i ta nagana z portu jest anulowana. (kłopot z Jasiem) Co nie znaczy, że nie wpier**lę ci kolejnej jak coś nawywijasz!

-Panie kapitanie, jaaaaa? – Święte oburzenie emanowało z głosu urażonego wielkoluda.

-Jasiuuuu, ile to rejsów razem zrobiliśmy?

-Noooo, ten będzie dziesiąty?

-No widzisz, znamy się jak dwa łyse konie, więc się nie oburzaj tylko uważaj na siebie…Mówię tak bo idziemy do portu. Jak będziesz chciał się napić wpadnij do mnie, ale na mieście ani kropelki, pamiętaj!

-Oczywiście kapitańciu!

-Dobra, dobra, idź już, aha, ciało złożycie do chłodni u Pawła… No zmykaj!

Statek zmienił kurs na wschodni, przed nimi było jakieś 12 dni drogi. 12 dni monotonnych wacht, pracy na pokładzie i rozmyślań, gadania, wspominania, rozpamiętywania. Jeszcze niedawno podczas kabinowego popijania kawy nie zawsze dobrze mówiło się o II. mechaniku, teraz okazało się, że był to człowiek bez wad, jak zwykle w takich przypadkach…

Jego ciało obmyte, ogolone, ostrzyżone, owinięte w prześcieradło spoczęło w chłodzonej komorze ładowni. A tymczasem pozostały formalności, głupie, małe, przyziemne, które jednak czekały rodzinę zmarłego. Paweł postanowił choć trochę im ulżyć. Wysłał telegram do dyrektora ds. osobowych Adriany Hebel, żony nieżyjącego już wówczas legendarnego dyrektora Odry. „Proszę o zaoczne rozliczenie z pobranych ubrań i innych środków nieżyjącego członka naszej załogi Mariana Ż. II mechanika m/t Gopło” Odpowiedź przyszła natychmiast. „ Mechanik Marian Ż. jest rozliczony, pozdrawiam załogę A.Hebel” Mała, głupia rzecz a jak znacząca… Człowiek po drugiej stronie okazał się Człowiekiem, a nie urzędasem.

Paweł dyskretnie obserwował „harcerzyka”, ten chodził struty, nie pokazywał się na mostku, głównie przesiadywał sam w kabinie. Przy którejś próbie wyciągnięcia go stamtąd na karty czy kawę wybuchnął:

– Odpierd**cie się wreszcie ode mnie, myślicie że nie wiem że obserwujecie mnie, żebym sobie czegoś nie zrobił? NIE ZROBIĘ! Zakonotujcie to sobie i dajcie mi święty spokój.

Ale wybuch ten miał chyba oczyszczający wpływ, bo radzik zaczął funkcjonować normalnie…

Tymczasem statek pokonując malownicze skaliste, pełne nieoczekiwanych wirów i prądów cieśniny zatoki Victoria na Strait of Juan de Fuca, wpłynął na redę portu Vancouver. Flaga opuszczona do połowy masztu obwieszczała wszem i wobec o nieszczęściu jakie dotknęło załogę.

Tym razem cumowanie statku odbyło się bez zwykłych podczas dochodzenia do kei okrzyków, targowania się o cenę papierosów i zwykłego harmideru portowego. Statek dobijał do kei majestatycznie niczym wielki karawan…

Na nabrzeżu już stali ludzie kanadyjskiego koronera. Urzędnik, wielki chłop ze szpakowata brodą okalającą nalaną twarz, zażądał od prowadzącego go do chłodni Pawła flagi, do którego dopiero po chwili dotarło o co chodzi, przyniósł z mostku polską Banderę i przykrył nią zwłoki. Ludzie koronera razem z rybakami wynieśli ciało Andrzeja po stromej zejściówce, co nie było łatwe…

Gdy znaleźli się na pokładzie trałowym zawyła statkowa syrena, to było dramatyczne pożegnanie kolegi, nie było twardziela, któremu by nie zaszkliło się oko… Bezosobowy ładunek owinięty biało czerwonym płótnem zniknął w czarnym mikrobusie, syrena wyła do chwili kiedy ten zniknął za zakrętem portowego nabrzeża…

Życie powoli wróciło do normy, choć obraz owiniętych w banderę zwłok na pokładzie „Gopła” z rykiem syreny w tle pozostał wszystkim głęboko w pamięci…

Po kilku dniach przyszło orzeczenie koronera: bardzo rozległy zawał, Marian nie miał szans, nawet gdyby na miejscu był zespół reanimacyjny…

W.S.

To opowiadanie oparte jest na autentycznym  wydarzeniu, którego autor był naocznym świadkiem i uczestnikiem. Oczywiście trudno spamiętać i cytować wszystkie dialogi, czas jest nieubłagany. Także imiona uczestników poza zmarłym II mechanikiem zostały zmienione. 

Wielkanoc na Gople i niezbyt udane świąteczne mazurki

Wielkanoc na Gople
fot:WS

Wielkanoc na Gople i niezbyt udane świąteczne mazurki

Wielkanoc w morzu to dziwne przeżycie, zwłaszcza dla tych, którzy mają tę okazję po raz pierwszy. Nie inaczej było podczas zwiadu kalmarowego Gopła na Atlantyku. Testowaliśmy wówczas nowe narzędzia połowowe (patrz tekst „Na pławnice”)

Zbliżała się Wielkanoc, byliśmy gdzieś między Wyspami Kanaryjskimi a Azorami. Na statku zagościł dziwny nastrój ni to nostalgii, ni to tęsknoty…

Podpytywaliśmy kucharza, co też przygotuje na świąteczne posiłki, aby poprawić nam nastrój. Wówczas jednak pojawił się problem- nasz kucharz ,Stasiu, doskonały autor niezapomnianych obiadków nie lubił, nie umiał (?)piec ciasta. Co gorsza na statku były same 100% chłopy, co to słodkości i owszem, ale coś zrobić w kuchni… Jak to będzie, święta bez mazurka?!

W panice przypominałem sobie jak to było, kiedy asystowałem mamie w kuchni przy świątecznych wypiekach, wyszło na to, że w końcu „nie święci…” i postanowiłem spróbować. Którejś cudownej podzwrotnikowej nocy,(Wielki Piątek na Wielką Sobotę?) kiedy statek z wyłączonym silnikiem dryfował, łagodnie kiwając się na długiej martwej fali, w oczekiwaiu na poranne wybieranie sieci, postanowiłem spróbować.

Trochę mnie przerażały ogromne blachy do pieczenia, ale w końcu co tam…, proporcje mąki do tłuszczu, jaj i cukru jakoś wyłuskałem z pamięci, ugniotłem toto, wsadziłem do pieca i … o dziwo, wyszło całkiem sympatycznie… Po kilku godzinach pracy miałem z dziesięć ogromnych blach kruchego ciasta. Ogromnych czyli jakieś 120 na 80 cm. Kucharz , jak podczas świątecznej Ewangelii Uczniowe, kiedy zobaczył to uwierzył, że jednak „da się”.

Postanowił zrobić masę sernikową i makową na część z nich, a ja dorobiłem jeszcze masę kajmakową (słynne domowe krówki) i na dwóch blachach rozsmarowałem pyszne powidła. Ba, nawet pokusiłem się o ułożenie na wierzchu mazurkowej kratki z ciasta.

Wszystkie blachy z ciastem zaniosłem do magazynku, ustawiłem jedna na drugiej, jakoś przyblokowałem workami z mąką, żeby nie „rozbiegły” się po podłodze i już bladym świtem, cały dumny władowałem się do koi.

Obudziły mnie szalone przechyły statku. Jak się okazało, zupełnie niespodziewany szkwał rozhuśtał i zapienił wokół ocean w kilka chwil. Pobiegłem do „mojego” ciasta i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Całonocny trud, moja duma legła dosłownie w gruzach, w gruzach połamanych, pokruszonych mazurków!

Wściekły na siebie że jak jakiś nowicjusz lepiej nie zabezpieczyłem ciasta, pozbierałem wszystko w michy, rad nie rad, musiałem to dać na świąteczny podwieczorek na stół, bo nie było już czasu na ponowne wypieki.

Do uroczystego śniadania przygotowaliśmy się bardzo starannie, statek lśnił czystością, i pachniał obficie tego ranka używaną „Przemysławką” czy ”Old Spicem”, w messie poza wachtowymi zjawili sie wszyscy, stary w galowym mundurze złożył oficjalne życzenia od armatora i mniej oficjalne od siebie.

Wzruszenie chyba wszystkim lekko ścisnęło gardła. Na stół wjechały tradycyjne potrawy… biała kiełbasa z ćwikła i chrzanem, gotowane jaja, żur, kucharz jak zwykle stanął na wysokości zadania. A na deser ciasta, a raczej ciastowe gruzy… Jednak, jak się okazało, moje dzieło wszystkim bardzo smakowało, podobnie zresztą serniki i makowce kucharza. Serce rosło kiedy widziałem kopiaste talerze połamańców noszone do kabin „na potem”.

Oczywiście radio miał mnóstwo pracy, choć w zasadzie ograniczała się ona do wybierania kolejnych numerów telefonów. Chłopcy tłoczyli się przy radiokabinie, mimo horrendalnych cen za satelitarne rozmowy telefoniczne. Cóż to był za komfort, zamiast wyczekiwania w kolejce na połączenie przez stację brzegowa Szczecin Radio, by przekrzykując szumy i trzaski zakłóceń wymieniać się nowinami z rodziną, tutaj po wykręceniu numeru domowego telefonu po kilku sygnałach było czyste, dwukierunkowe połączenie, często lepszej jakości niż na lądzie.

Jeden z chłopaków opowiadał jako dobry dowcip, że kiedy zdumiona małżonka odebrała telefon, słysząc męża w słuchawce okropnie sie zdziwiła. -Janek co się stało, gdzie jesteś?! Przecież miałeś wrócić za trzy miesiące! Coś ty nawywijał znowu chłopie! -Nic się nie stało kochanie- uspokajał Jasiu- jestem w Szczecin Dąbiu na dworcu, za parę godzin będę w domu. – Po chwili jednak sprostował- żartowałem, jestem w morzu, ale mamy satelitarną łączność, dlatego tak dobrze słychać. Ponoć małżonka długo nie mogła uwierzyć że to tylko żart….

Oczywiście nie było mowy o zaprzestaniu połowów w święta, tradycyjnie właśnie w świąteczne dni ryba szła najlepiej, więc i pracy było sporo. Tak, że jak zwykle nici z planów świątecznego odpoczynku wyszły. Ale starzy wyjadacze wiedzieli, za tak to będzie, więc za bardzo na świąteczną ulgę nie liczyli…

W.S.

Palmowa przygoda Jurka

Jurek Porebski "zneca sie" nad burzykiem
Jurek Porebski „zneca sie” nad burzykiem

Palmowa przygoda Jurka

szczupły, żeby nie powiedzieć chudy, piegowaty, szeroko uśmiechnięty dryblas z kędzierzawą czupryną nie mógł być nikim innym, jak słynnym szantymenem Jurkiem Porębskim.

Gopło robiło zwiad kalmarowy na Atlantyku. To był eksperymentalny rejs dla wypróbowania nowej wówczas w naszej flocie techniki połowowej, pławnicami oceanicznymi.

Statek jak na tamte czasy został wyposażony w innowacje techniczne i nowoczesne siatki. Stocznia zamontowała w dziobie ster strumieniowy, na mostku kolorowy radar i takąż echosondę i faksymile do odbierania prognoz pogodowych.

Oczkiem w głowie starego był jednak jeden z pierwszych zestawów do nawigacji satelitarnej. Do tej pory flota nawigowała w oparciu o radiowe stacje brzegowe w systemie Decca i Loran. Co ambitniejsi nawigatorzy prowadzili astronawigację ale ja takich nie spotkałem. Poza chłopakami z Gopła, którzy z braku zajęcia bawili się sekstantem i tabelami nawigacyjnymi.

Ale nie o tym przecież ma być opowiadanie.

W związku z tym, że rejs był zwiadowczy, Morski Instytut Rybacki wyekspediował z nami ze swojego świnoujskiego oddziału ichtiologa. Jakaż była radość, kiedy zobaczyliśmy kto pojawił się przy trapie objuczony pudłami i walizami ze sprzętem badawczym. Szczupły, żeby nie powiedzieć chudy, piegowaty, szeroko uśmiechnięty dryblas z kędzierzawą czupryną nie mógł być nikim innym, jak słynnym szantymenem Jurkiem Porębskim.

Atmosfera na statku z miejsca poweselała, wiadomo było, że przynajmniej nie będzie nudno. A w załodze było kilka barwnych postaci, więc rzeczywiście zapowiadało się ciekawie.

Po blisko dwóch miesiącach prób weszliśmy do Las Palmas dla uzupełnienia zapasów.

Kiedy minęło portowe zamieszanie związane z wymianą towarową między załogą a miejscowymi (piszę o tym przy innej okazji) poszliśmy do miasta. Keja Generalissimusa Franco- to był jeszcze czas jego rządów w Hiszpanii- jest baaardzo długa, potem dzielnica przyportowa i w końcu dzielnica uciech wszelakich, kolorowych sklepów, sklepików i… Santa Catalina…

To było dobre 6 kilometrów dreptania… Odzwyczajeni od chodzenia na tak długie dystanse już mieliśmy dość… Każdy rozglądał się za jakimś niedrogim piwopojem.

Rozeszliśmy się, Jurek z chiefem i drugim pożeglowali gdzieś w tajemnicze uliczki wokół słynnej Santa Cataliny a ja z kumplem poszliśmy w kierunku nie mniej słynnej plaży.

Dzień minął szybko, trzeba było wracać na statek, Poręba z mechanikami, wrócili dopiero nad ranem. Potem Jurek opowiadał z rozmarzonym uśmiechem:

-Chłopaaaki, tutejsze poranki to dopiero coś, to rześkie powietrze, ta cisza, pojedynczy ludzie przemykający tu i tam no i to poranne słońce, cuudo! Dusza poety…

-A wieczorem ta dziewczyna w knajpianym ogródku przy Catalina, jak zatańczyła między stolikami flamenco! Włoski na rękach też stawały!

-No dobra ale ten liść palmowy po coś przytargał? W kabinie chiefa wtłoczony był wielki liść rosnących tu palm feniksów.

Chief aż podskoczył ze śmiechu, kiedy się już uspokoił zaczął opowiadać…

-Szliśmy sobie „marynarskim” krokiem, wspomagając się wspólnie, bo coś „mocno kiwało”… już w pobliżu portu zobaczyliśmy, że jakiś człowiek zamiatał tym liściem ulicę. Oni tu tak pracują. Poręba jak by w niego diabeł wstąpił, uparł się, że musi mieć tego liścia, podszedł do gościa w wdał się w dyskusję.

My mu mówimy, że kawałek dalej rośnie niska palma z takimi samymi liśćmi, to sobie jeden odłamie, a on, że przyrody nie będzie niszczył, liścia musi mieć bo za parę dni jest palmowa niedziela! Chłopina coś tam mamrotał o jakimś peso, ale Jurek, byliśmy po zaliczeniu wszystkich barów po drodze, serce miał tak kochające braci Hiszpanów, że dał mu 5 dolców, resztę jaka mu została w kieszeni. I tak oto mamy liść palmowy za pięć dolców na statku!

Ubaw mieliśmy z tego liścia do końca postoju w las Palmas.

Kuba-morski sokół wędrowny

Kuba-morski sokół wędrowny

Któregoś razu zauważyliśmy, że Kuba porwał znad fali latającą rybę. Byliśmy już w strefie ciepłych wód i ryby te  pojawiły się w dużych ilościach.   

Było to któregoś dnia w trakcie powrotu, ze zwiadu rybackiego na Pacyfiku. Kiedy już trzymaliśmy kurs na Panamę, gdzieś na wysokości Kalifornii, tuż po  objęciu porannej wachty omiotłem wzrokiem horyzont i kątem oka dostrzegłem na maszcie sporego ptaka. Podniósłszy wzrok zdumiałem się bardzo, wręcz nie mogłem uwierzyć własnym oczom.

Na rejce, tuż przy topie siedział  drapieżnik, miał charakterystyczny kształt ciała i głowy z dumnym, zakrzywionym dziobem, z silnymi nogami wyposażonymi w potężne szpony. W żaden  sposób nie był to jakikolwiek morski ptak!

Porwałem lornetkę i nagle spojrzałem w oczy pięknego sokoła. Ponad 200 Mm od  lądu, na oceanie sokół! Różne rzeczy widziałem, ale nie coś takiego! Przywołałem z pamięci wszystko co do tej pory  miałem w swojej „podręcznej bazie danych” na temat sokołów i wyszło mi na to, że jest to sokół wędrowny, lub jakiś  gatunek bardzo blisko niego…

Ciemnobrązowy grzbiet, jasna, upstrzona paseczkami pierś, ciemny kapturek na głowie  okalający wielkie, wręcz piękne  oczy drapieżnika. Zaskoczenie ale i radość była ogromna. Stał się natychmiast ulubieńcem  załogi, która ochrzciła go jak to zwykle bywa, imieniem Kuba.

Pierwszym naszym zmartwieniem było to, co też Kuba będzie  jadł. Jako drapieżnik musi jeść mięso, próbowaliśmy jakoś go zachęcać do statkowej wieprzowiny, ale zupełnie nie  reagował na próby podsuwania mu co lepszych kąsków. Jakieś dwa dni w ogóle nic nie jadł. Bardzo poważnie niepokoiliśmy  się jego kondycją.

Jednak po południu trzeciego dnia pobytu na „Gople”, Kuba poderwał się do lotu i szybkim jak to  sokoła lotem, pomknął nad falami. Śledziłem go przez lornetkę. W pewnej chwili dojrzałem jego cel, między grzbietami falami, tuż nad  ich powierzchnią kluczył mały nawałnik. Kuba błyskawicznym atakiem porwał go w szpony i wrócił na statek. Upatrzył sobie miejsce na maszcie na pokładzie pelengowym, tuż ponad nawigacyjnym światłem topowym. Tam, nie bacząc na wpatrzoną  z zachwytem i dumą „w naszego Kubusia” marynarską gawiedź, pożarł zdobycz.

Od tej pory tak bywało codziennie. Kuba  wyprawiał się dwa trzy razy dziennie na połów, spożywał ofiarę siedząc, a właściwie stojąc na „swoim” miejscu i zapadał  w krzepiącą drzemkę.  Zmieniające się wachty, w pierwszych słowach przekazywały sobie informacje o Kubie -jadł coś?

Pytanie było uzasadnione,  bo nie zawsze udawało mu się cokolwiek złapać, czasami wracał na statek „o pustych szponach”. Nawałniki i burzyki maja bardzo szybki i pełen nagłych zwrotów lot. Dlatego były trudnym celem dla Kubusia. Któregoś razu zauważyliśmy,  że Kuba porwał znad fali latającą rybę. Byliśmy już w strefie ciepłych wód i ryby te pojawiły się w dużych ilościach. Tym samym Kuba, jako chyba jeden z nielicznych sokołów do swojej diety dołączył morskie ryby.  Od tego czasu pod kominem często pojawiały się łebki ryb latających.

Nie obyło się bez dramatycznych sytuacji. Któregoś razu Kuba zapędził się za zdobyczą dość daleko, a statek płynął cały  czas z szybkością jakiś 12 węzłów. Kuba ponawiał ataki na jakiegoś burzyka czy nawałnika, jednak bezskutecznie,  pozostając coraz dalej w tyle. Obawialiśmy się czy będzie miał na tyle siły żeby nas dogonić. Napięcie na mostku rosło z  każdą chwilą.

Sokół chyba spostrzegł dramatyzm sytuacji, bo przerwał polowanie i ruszył w pościg za statkiem,  płynęliśmy pod wiatr, więc nie miał łatwego zadania. Stary, niby niewzruszony morski wyga, ściągnął rączki telegrafu maszynowego „do mała naprzód”. Do tej pory udawał że Kuba niewiele go obchodzi. Statek zwolnił a sokół już bez zataczania koła, jak zwykle, pojawił się nad pokładem  usiadł na swoim miejscu. Odetchnęliśmy z ulgą, a statek ponownie, przy dźwiękach dzwonka telegrafu, ruszył całą na przód.  Byliśmy jednak mocno zaniepokojeni, zdawaliśmy sobie sprawę, że brak  posiłku i długie loty bardzo go wyczerpują.

 Już w pobliżu Panamy pogoda uległa zepsuciu, wiatr przybrał na sile do jakiś 6 stopni, stał się porywisty, z niskich,  ołowianych chmur zacinał deszcz. Tuż przed wieczorem zauważyliśmy trzy białe czaple, które resztką sił doleciały do  statku, sadowiąc się na rejce głównego masztu. Oczom własnym nie wierzyłem, obok nich usadowił się Kuba! Przy czym  czaple skupiły się z jednej burty, a Kuba po przeciwnej stronie masztu z drugiej.

Ptaki tkwiły tak całą noc, rano pogoda uległa poprawie i czaple ruszyły w drogę, ku lądowi… a Kuba za nimi. Po jakichś 15 minutach patrzymy, a nasz sokół jedną z czapli, drącą  się wniebogłosy „holuje” za statkiem. Zdobycz przynajmniej jeszcze raz tak duża jak Kuba, stanowiła spore obciążenie,  toteż leciał tuż nad wodą, próbował wznieść się na poziom burty, jednak nie dał rady, w końcu wypuścił zdobycz ze szpon  i wzleciał na „swój” maszt, a czapla, której udało się zachować życie, pomknęła nad falami na wschód.

Kuba pobył  jeszcze z nami dwa-trzy dni, ale pewnej nocy, kiedy już zbliżaliśmy się do Panamy zniknął na dobre. Było nam smutno, mieliśmy jedynie nadzieję, że dotarł na  ląd bezpiecznie.   

fot. tekst W.S.

Statki Radka-rysunki statków wykonane przez rybaka dalekomorskiego

Statki Radka w ołówkowej kresce

Seria PAROWCE

Oto zbiór, a właściwie mam nadzieję zaczątek zbioru świetnych grafik o tematyce morskiej, których autorem jest rybak dalekomorski Radosław Gardys.

W.S.

 

Galeria Andrzeja Lacha

Andy jako pierwszy wziął udział w projekcie „Morze-morze”.

To rybak z krwi i kości, jego ojciec pracował jeszcze „z Holendrami”.

Andy tak się przedstawia:

 „Andrzej Mieczyslaw Lach syn starego Lacha co zaczynał rybołówstwo z Holendrami w Arce.  Jeszcze nie było Dalmoru no i przeszedł do matki Odry  z lugrami i kulikami. A był na lugrze „Delfin” 1,  to były jego statki i Korabie, potem przyprowadził Łebę i inne stateczki. Ja zaczynałem na Wicku za lajpra, no i tak do chiefa bez żadnych promocji  ze strony organizacji.

Byłem całe życie biały, może i szkoda patrząc z perespektywy czasu. Brat też pływał za 2 offa na Morągu ostatnio…  i tragedia rodzinna, wyszedł z domu pewnego dnia  i nie ma śladu do dzisiaj. To tak nawiasem,  bo widzisz byliśmy morskimi w całym sensie tego  znaczenia. Nie wspominając o dziadku ze  strony ojca, który przed wojną żeglował po Wiśle  w Żegludze Krakowskiej, za mechanika. Teraz   ostałem się ja.

Andy tak pisze o Uranii:

 „…Urania jeden z drewnianych trawlerów polskiej  floty które otrzymaliśmy z Unry (…). Ja wiele  razy od mojego staruszka słyszałem- zobacz synku te SD-21 z MW to moja Urania. Wyobraź sobie pewnego czasu  będąc w Lowestof w Anglii spotkałem Angola  shiploversa, który był gotowy mi zapłacić za skan  zdjęcia tego trawlerka. Podał dokładne dane  techniczne i losy do przejścia pod Polską banderę.

Były to trawlery serii Talizman, ze stalowym owrężem  i drewnianymi kadłubami podobnie jak niemieckie kutry  KFK, które skopiowane i produkowane przez nas długo  pływały dając bazę do konstrukcji stalowych…

…z prawej strony w laście siedzi mój ojczulek w  czapce matrosa, tamtych panów nie znam, są oni  zapewne z Gdyni i okolic, może po publikacji ktoś  się odezwie, rozpozna swego ojca lub siebie…

Maszyna parowa TR-800 polskiej produkcji,  wytwarzał je Cegielski lub Swiętochłowice. Była  to maszyna o mocy 800 KM sprzężona z dwóch maszyn  podwójnej expansji. Miała 2 cylindry w/c i dwa  cylindry N/C rozrząd suwakowy, cylindrczny, stawidlo  typowe Stefensona nawrotne o max obrotach 102/min, cisnieniu roboczym pary 16 kg i temperaturze pary do   215 stopni. Zasilana była z kotla kombinowanego  Howden-Jonson.

Była montowana na suprach, ale tych  z krótkimi kominami. Te pierwsze z długimi kominami  miały maszyny mocniejsze 1000 KM. W Odrze były to  tylko Łeba Łyna i Łużyca. Ta ostatna to odrzut z  ruskiego exportu. Natomiast w Dalmorze, tam były różne cuda nawet z turbinami na pare odlotowa w systemie  Bauer Waha. Taką miał Turlejski, Gierczakowna Ex  WDA miała Terke tak myśmy je nazywali.

komentarz Andy

Oto jego zdjęcia