Archiwa tagu: rybacy

Prysznic – A woda się leejeee!

Woda

Burtowce były budowane na Morze Północne, toteż posiadały skromną dosyć autonomiczność, obliczaną na 45 dni. Jednym z ważniejszych ograniczeń czasu przebywaniu w morzu była niewielka pojemność zbiorników na wodę słodką.

Gopło zostało dostosowane do samodzielnego (bez wsparcia floty łącznikowców i baz)pływania na sporych obszarach Atlantyku i Pacyfiku. Inżynierowie wyposażyli go zatem w nowoczesne na owe czasy rozwiązanie do uzdatniania wody morskiej. Była to membranowa odsalarka, działająca na zasadzie odwróconej osmozy. Nie będę się tu rozpisywał o tym cudzie techniki, kto chce może poczytać o nim klikając na ten link.

Woda słodka uzyskiwana w ten sposób, pozbawiona była minerałów toteż nie nadawała się do spożycia, za to doskonale sprawdzała się pod prysznicem. Niestety wydajność naszej odsalarki nie była zbyt wielka, raptem kilkaset litrów na dobę, toteż woda słodka była na naszym Gopełku mimo wszystko racjonowana.

Bosman, niewysoki za to krępy i wiecznie roześmiany Zbynio codziennie rano sondował zbiorniki z wodą słodką podając na mostek stany, tam już Pierwszy ze swoimi tabelkami wpisywał otrzymane wielkości. Widać było jak bardzo przeżywał każdy centymetr mniej na bosmańskiej miarce. Woda to był jego ukochany konik.

Chwytał się różnych sposobów aby te wodę zaoszczędzić, po pierwsze zakazał codziennej kąpieli, kto chciał to mógł się pryskać w swojej umywalce, prysznic tylko raz w tygodniu. Kazał przykręcać maszynie zawory, by z kraników umywalkowych ciekła tylko, tylko…
Kiedy w tropikach, a statek łowił głównie w tropikach, chłopaki na przelocie robili na pokładzie basen z morską wodą, natychmiast ogłaszał ćwiczenia. A to alarm pożarowy a to szalupowy a to plastrowanie kadłuba itd. Oczywiście nie żałował nam kąpania się w słonej wodzie, ale przecież tę sól trzeba było spłukiwać słodką!

w morzu
fot:WS

Prysznic

Pierwszy, mężczyzna w sile wieku z pokaźnym brzuszkiem, byczym karczychem, pretensjami do postawy tzw. twardziela chyba nie zdawał sobie sprawy, że jest obiektem bezlitosnych żartów wśród załogi, nie zdawał do pewnego czasu…

Prysznic na B-20 jest umieszczony na tym samym pokładzie co mostek, obok kabiny Pierwszego, toteż za każdym razem, kiedy pod prysznicem lała się woda, słyszał to doskonale i już po minucie bębnił w metalowe drzwi kabiny.

-Zakręć tę wodę! Co za panienka do cholery tak się tam szoruje! Zamiast zamoczyć, zakręcić, namydlić i dopiero spłukać! Podstawowych rzeczy o życiu na statku muszę uczyć!

Zwykle bębnienie i wrzaski pierwszego przynosiły natychmiastowy skutek i woda przestawała się lać.

Jednak pewnego razu stało się inaczej. Akurat miałem wachtę na mostku, statek szedł spokojnie na kolejny waypoint pomiaru termokliny. Ktoś trzasnął drzwiami prysznica i… polała się woda, lała się i lała… Pierwszy spał po wachcie, jednak instynkt najwyraźniej go ostrzegł, że coś strasznego się dzieje z jego woda słodką. Jakiś barbarzyńca moczy dupę stanowczo za długo…!

No i zaczęło się! Walenie w drzwi, rozjuszony ryk a woda się leje, znowu walenie, znowu ryk, a woda się leje… Wyjrzałem na korytarz, Pierwszy czerwony, mało nie eksploduje, pod drzwiami kabiny jakieś kapcie a w prysznicu woda się leejeee… kiedy już minęło dobre pół godziny a z Pierwszego zeszła trochę para, przechodzący „właśnie” radzik spytał go do niechcenia

-Panie Pierwszy a próbował pan otworzyć? Może tam nikogo nie ma?

-Jak to nie ma, jak to nie ma!? Kapcie stoją! Woooda się lejeee!- ale tknięty strasznym podejrzeniem podsuniętym przez radzika złapał za klamkę, szarpnął i… drzwi stanęły otworem.

W środku kabina była pusta, za to z kranu do czerpania wody sanitarnej, waliła na gretingi słona woda!

Pierwszego mało apopleksja nie powaliła, zapowietrzył się, małe oczka i tak zwykle wytrzeszczone omal nie wypadły z oczodołów!

-Ja im qrwa pokaaażęęę! Zabawiać się moim kosztem! Co za sq..syn to zrobił! Ma przesrane do końca rejsu! Itd. idt… Aż Stary wystawił głowę z kabiny i zawołał go do siebie, nie wiadomo o czym tam rozprawiali, ale powietrze z Pierwszego najwyraźniej zeszło i udał się na spoczynek… Za to cała załoga miała ubaw po pachy jeszcze przez dwa rejsy. Co kto wspomniał o prysznicu to wszyscy wokół pękali ze śmiechu…

Pagajowy przemyt czyli jak to bywało z rybackimi biznesami…  

…stary nie czekając na zdjęcie ostatniej cumy po prostu ją zerwał gwałtownym „cała wstecz”…

Tajemnicą poliszynela jest fakt, że załogi statków chodzących na Morze Północne główne dochody czerpały z przemytu  alkoholi i papierosów. Najczęściej rzecz działa się poza oczami oficerów, jednak bywało, że nawet kapitan brał w tym  udział prawie oficjalnie.

Takim statkiem był przez pewien czas „Moko”(nazwa zmieniona), gdy dowodził nim kapitan o  ksywie „Pagaj”. Dla mnie był to pierwszy rejs na jeziorku jak nazywano w Odrze burtowce, słynnej serii B-20. W  ostatniej chwili zabrakło im mistrza przetwórstwa, a że ja czekałem na stojące w stoczni „Gopło”, główny technolog  Wróblewski złożył mi propozycję nie do odrzucenia.

Co to za statek, dotarło do mnie w momencie, kiedy już po przejściu  Sundów, „na statek poszło polecenie”, chować towar, bo awaryjnie wchodzimy do Norwegii, do Haugesund. Jeden z marynarzy  ma silne bóle wątroby, musimy odstawić go na ląd.

W fiordy wchodziliśmy po południu, dzięki temu mieliśmy możliwość  nacieszenia oczu niezwykłymi widokami norweskiego wybrzeża.  Manewr dobicia przebiegł szybko i sprawnie, odprawa celna także, agent już jechał po naszego załoganta, więc mieliśmy  dwie trzy godziny na spacer po schludnym, spokojnym miasteczku.

Nie odeszliśmy zbyt daleko, kiedy dopadł nas jeden z  marynarzy  -Wracać na burtę, natychmiast, sp…my stąd!

-Co się stało?

-Stary dostał cynk, że czarna się szykuje do kipiszu na burcie!

Gdy tylko przekroczyliśmy burtę, trap pofrunął na pokład, a stary nie czekając na zdjęcie ostatniej cumy po prostu ją zerwał gwałtownym „cała wstecz”, statek odskoczył od kei i pełnym gazem wypadliśmy na morze.

A więc to tak, pomyślałem sobie… a ja „biedny robaczek” nie mam nawet złamanej butelki na sprzedaż!

Sejner właśnie dostarczył świeżą rybę
Sejner właśnie dostarczył świeżą rybę

W Ullapool w zachodniej Szkocji skupowaliśmy od miejscowych sejnerów makrelę, którą odgławialiśmy maszynowo i mroziliśmy. Moja rola polegała na klasyfikacji przydatności materiału pod względem świeżości i jakości, a następnie na pokierowaniu procesem zamrażania, w którym brałem oczywiście czynny udział (czyt. zasuwałem w zamrażalni jak każdy 🙂 )

Kiedy sejner dobijał do burty przerzucali nam kilkadziesiąt kilogramów ryby do klasyfikacji, a załoga przechodziła na naszą burtę, w celu dokonania „niezbędnych” zakupów. Kilku wyznaczonych ludzi obserwowało zatokę, czy aby nie pokaże  się jakiś niepożądana jednostka z facetami w mundurach. Napięcie było wysokie, ale zwykle transakcje przebiegały  szybko i bezproblemowo.

Dopiero pod koniec tygodniowego robienia ładunku mieliśmy silny nalot czarnej brygady, przeczesali statek do stępki, rozebrali nawet piec kucharzowi. Jak się okazało któryś mądrala sprzedał w nocy dzieciakom, którzy podpłynęli łódką pod burtę, kilka butelek whisky. Ci się spoili, policja ich zgarnęła i wyśpiewali skąd mają alkohol. Celnicy byli na prawdę wściekli.

-Sprzedawaliście rybakom, nie czepialiśmy się za bardzo. Ale dzieci nie będziecie nam rozpijać! Straty ponoć nie były duże, ale niesmak pozostał…

Później, kiedy byłem tam jeszcze kilka razy celnicy z żywym zainteresowaniem rozpytywali sie o „Pagaja” i jego statek. Okazało się. że jeden z okolicznych gospodarzy, który oprócz wypasu owiec trudnił się także hurtowym obrotem przemycanym alkoholem wpadł i wskazał Pagaja jako głównego dostawcę.

Ten nie w ciemię bity, jakimś cudem dowiedział się, że na niego czekają… Później spotkaliśmy go w Kanale Panamskim, ponoć dostał z „matki Odry” propozycje nie do odrzucenia, ale szybko znalazł sobie prace pod obcą banderą…

W.S.

Wypadek

…Poniższe opowiadanie jest zbeletryzowanym opisem wydarzenia, które rzeczywiście miało miejsce, jedynie fabuła „damsko męska” jest wymyślona, imiona i opis postaci zostały zmienione…

Wypadek

…Jakaś kobieta wpadła między statek a burtę, nie zauważyła trapu… podeszła po prostu do wachtowego stojącego na pokładzie obok trapu, jakby z zamiarem zapytania o coś i… zniknęła mu z oczu, wyobrażasz sobie?…

Po schludnych, suto iluminowanych nabrzeżach Kilonii, które opuścili tak niedawno, ciemne, z mdławo świecącymi tu i ówdzie latarniami nabrzeża rodzimej „Odry” były przykrym obudzeniem. Marynarze tkwili na stanowiskach manewrowych niby jak zwykle, ale widać było, spod emocji oczekiwania na bliskich, to bolesne rozczarowanie (-czemu u nas musi być taki syf…?). Ktoś na rufie w ciemności zaklął głośno -witaj, qrwa, ojczyzno!- i splunął do wody.

Już u wejścia do basenu oddali pilota, który z ulgą przeskoczył na burtę swojej motorówki, było późno i pewnie chłopina spieszył się do domu. Teraz statek wysoko wzniesionym dziobem wisiał nad mroczną keją, na której walały się jakieś dechy, widać było szramy nawierzchni z powyrywanych kostek brukowych, jakieś wykopy, biało czerowne dechy zapór… czyli jak zwykle… nie ma co się dziwić.

Cisza wiszącej nad portem nocy miała zapach szuwarów, mułu i ropy. Od bramy dochodził ledwie słyszalny gwar, to rodziny domagały się wpuszczenia na teren portu. Przepisy jednak (przepisy, przepisy…!!!) zabraniały kontaktu z załogą przed zakończeniem odprawy. Od strony biurowca nadjeżdżał samochód, pewnie celnicy i GPK (o wilku mowa!) Tymczasem na kei żywego ducha nie było, nikt nie kwapił się, by odebrać od statku cumy. Po dłuższej chwili oczekiwania Pierwszy użył syreny, która brutalnie wdarła się w ciszę portowej nocy, rozdzierając ją w drgające niskimi tonami strzępy.

Drzwi pobliskiego baraku uchyliły się, wypuszczając na betonową nawierzchnię bladym klinem światło jarzeniówki, wysunął się z nich mężczyzna w kufajce, zgarbiony, mamrocząc przekleństwa pod okazałym nochalem pokuśtykał w stronę statku.

-Czego?! Pali się? Pospać, cholera, w robocie nie można!!!

Dzwonki telegrafu w maszynowni, świst powietrza wdzierającego się w cylindry, powolne a potem gwałtownie przyspieszone fu, fu, fufufufu maszyny, statek drgnął, naprężył założoną na poler przez „nochala” dziobową cumę i kadłub ruszył powoli w tył składając się burtą do nabrzeża… Ponowne dzwonki w maszynowni, manewry silnikiem, komendy z głośników umieszczonych na dziobie i rufie, krótkie odpowiedzi marynarzy, po chwili wszystkie cumy i szpringi znalazły się na polerach.

Elektryk, który już wcześniej przeskoczył na nabrzeże podłączył z kei życiodajną energię i telefon. Maszyna po raz pierwszy od wielu tygodni zamarła bez głosu.

Na morzu wdzierająca się w uszy cisza nie wróży nic dobrego, tutaj jednak budziła radosny skurcz serca, jesteśmy w DOMU!

Chłopcy podali na brzeg trap, wokół którego niecierpliwie kręcili się bliscy wpuszczeni w międzyczasie na teren portu, odganiani przez mundurowych, którzy najpierw musieli dopełnić, budzących w każdym marynarzu niepokój formalności. Tym razem jednak obyło się bez „incydentów”, odprawa przebiegła gładko i po chwili zniecierpliwione rodziny poczęły przepływać przez skryty w cieniu mostka trap.

Ciche wnętrze statku wypełnił tupot dziecięcych nóżek i szczebioczące pokrzykiwania. Na pokładzie i na nabrzeżu prawie każdy z marynarzy witał się z najbliższymi. To chwile, dla których warto było spędzić pół roku na tej zafajdanej trumnie…

Mat, jak go tutaj nazywano (od Mateusza) duży postawny, trzydziestoletni mężczyzna siedział w kabinie, którą dzielił z motorzystą Jurkiem Tkaczem. Nie miał co się spieszyć na pokład, do rana i tak nie ma co robić, a do niego nikt nie przyszedł, na pewno. Cóż, takie życie, jak to mówią… Rozkoszował się ciszą zakłócaną jedynie hałaśliwymi rozmowami marynarzy i ich gości. To było nic w porównaniu z codziennym łoskotem maszyny i przeklętego agregatu „dwójki”, który posadowiony został akurat pod podłogą jego kabiny.

Rozemocjonowane przybiciem do rodzinnego portu myśli powoli uspokajały się. Otwierała się przed nim kolejna karta życia. Na lądzie nie czuł się najlepiej, więc też po radosnych chwilach witania ojczyzny (jaka by nie była…) dopadły go smutki i smuteczki, które nieobce są większości ludzi morza.

W pewnym momencie dobiegły go krzyki z zewnątrz, z pokładu. Tknięty złym przeczuciem wybiegł z kabiny, jednym susem przesadził zrąb wyjściówki. Wytrenowane przez ostatnie lata przeczucie nie zawiodło, kilku marynarzy przewieszonych przez nadburcie wskazywało coś w przepastnej, czarnej czeluści między burtą, a pionową ścianą nabrzeża. Wcisnął się między nich wbijając wzrok w ciemność.

-Łysy, co się dzieje? Rzucił do marynarza stojącego obok.

-Jakaś kobieta wpadła między statek a burtę, nie zauważyła trapu… podeszła po prostu do wachtowego stojącego na pokładzie obok trapu, jakby z zamiarem zapytania o coś i… zniknęła mu z oczu, wyobrażasz sobie? –

-I co, co robicie?!

-Diabeł z Dzikim próbowali zejść do niej po sztormtrapie, ale jest ciasno, sam widzisz…

Diabeł, dwudziestokilkuletni, o ciemnej karnacji i krzaczastej, czarnej brodzie marynarz, który miał akurat wachtę, wisiał wzdłuż burty głową w dół, trzymany za nogi przez Dzikiego i trzymał kogoś za rękę, ale było zbyt mało miejsca między burtą statku, a keją by wykonać jakieś inne ruchy. Mat ogarnął sytuację jednym rzutem oka.

Chłopcy próbowali nawiązać kontakt ze zszokowaną kobietą, która odpowiadała na zadawane pytania drżącym głosem. Wszyscy wisieli na burcie, (gapie, zawsze cholerni gapie!!!) łącznie z głupkowato uśmiechniętym kapitanem, jakby nie zdawali sobie sprawy z grozy sytuacji, bo ile można wytrzymać w grudniowej wodzie? Minuty!

Dla Mata czas zatrzymał się w miejscu, a myśli rozpoczęły szaloną galopadę, co zrobić, co zrobić!!! Jeśli ciasno, to trzeba to cholerne pudło odsunąć, tak! Poczuł, że krzyczy, nie, ryczy na cały pokład:

-Puścić szpring i cumę dziobową, luzować cumy!!!

Nogi same poniosły go na dziób, tuż za nim pędził bosman i któryś z chłopaków, cumy sfrunęły z pachołków, a reszta ludzi przeskoczywszy na keję z całych sił odpychała od niej kadłub. Dzięki Bogu wiał lekki, odpychający wiatr. Po chwili szalonego wysiłku poczuli jak opór bezwładnej masy ustępuje i statek powoli odsuwa się od nabrzeża. Czarna przepaść między nim, a nabrzeżem powoli się poszerzała.

Po chwili miejsca było już na tyle, że Diabeł także się w niej zmieścił i już spokojnie, we dwóch z Dzikim wyciągnęli zmoczoną, zziębniętą i wystraszoną kobietę na pokład.

Młoda, drobna, niewysoka brunetka z sarnimi oczami ledwo trzymała się na nogach. Z płaszczyka ściekała woda, a wykwintne szpilki trzymała w dłoni. Jak się okazało przyjechała do Jurka, maszynisty, kumpla Mata z kabiny. Jurek był na dole na wachcie, więc nie miał o niczym pojęcia. Mat, narzuciwszy na ramiona drżącej kobiety kożuch wachtowego objął ją ramieniem podtrzymując by nie upadła i zaprowadził do kabiny.

-Radio!- krzyknął po drodze do drucika-aptekarza – daj jakieś kropelki na spirytusie, mogą być walerianowe- zaraz tu panią rozgrzejemy.

Podał kobiecie koc by się okryła.

-Proszę się już wyluzować, najgorsze za Panią. Teraz wyjdę poszukać Jurka, a pani niech się rozbierze i ładuje do jego koi, to ta na dole, tu są dodatkowe koce- wskazał na kanapę. Wstawił jeszcze czajnik na herbatę i podał jej Jurkową ciepłą koszulę i sweter. Dziewczyna z wdzięcznością uśmiechnęła się, choć jakoś tak smutnie, aż go w sercu ścisnęło…

-Ddddziękuję ppppanu za wszystko.

-Mateusz jestem, nie żaden pan- uśmiechnął się do niej najcieplej jak potrafił, nie żeby coś, to przecież dziewczyna kumpla z kabiny…

-Za chwilę przyniosę pani coś na rozgrzanie, a potem poszukam Jurka… W drzwiach spotkał radiego, trochę szczurkowatego harcerzyka, który jako lekarz statkowy, podczas rejsu zupełnie się nie sprawdził. Harcerzyk trzymał w rękach buteleczkę spirytusu (jak on to uchował?) i nervosol. Mat chwilę odczekał, by kobieta zdążyła się przebrać, zapukał i otrzymawszy ciche zaproszenie, cofnął się do środka.

Woda akurat zawrzała, zalał kubek herbaty, dodając do niego sporą porcję spirytusu. Dziewczyna była już w suchych ciuchach, trzęsąc się pod podciągniętą pod brodę kołdrą. Odmierzył kilka kropel nervosolu na łyżkę cukru i podszedł w jej kierunku, nawet nie próbowała wyjąc rąk spod kołdry, tylko rozchyliła blade usta delikatnie zgarniając cukier ze specyfikiem, Mat podał jej jeszcze trochę wody do popicia. Podziękowała uśmiechem i zmrużeniem oczu. Powoli blada twarzyczka nabierała życia. Połknęła specyfik w milczeniu.

Boże, jakie piękne stworzenie! – jęknęła marynarska dusza Mata. Podał jej jeszcze gorący kubek herbaty, postawiwszy go na taborecie opodal koi z zaleceniem by próbowała jednak popijać, otulił dodatkowym kocem i niechętnie, jednak w końcu wyszedł z kabiny.

-Jaka szkoda, eeech, trudno, takie życie… – Otworzył drzwi maszynowni, w której Jurek coś grzebał przy wyłączonym agregacie, Wrogu Numer Jeden lokatorów lewej burty, zwanym pieszczotliwie „Krową”(no, ale o tym potem).

-Jureeek! Masz gościa! Jurek podniósł usmarowaną twarz, błysnął białkami oczu i niedowierzająco uśmiechnął się,

-Zalewasz, nikt nie miał przyjeżdżać! (no tak, on był ze Śląska).

-Nie, powaga, chyba Twoja dziewczyna, tylko się nie przestrasz,

bo miała przygodę.

-Co ty pieprzysz, nie mam dziewczyny, z Baśką zerwałem przed wyjściem w morze- wycierał usmarowane dłonie w pakuły patrząc w górę podejrzliwie- jak wygląda?

-Mała, drobna brunetka, krótkie włosy i oczy jak spodki.

-Cholera! Baśka! Co ona tu robi?- rzucił ze złością klucz do skrzynki i pobiegł na górę, mamrocząc pod nosem- Cholerne baby…

-O kurcze! – przemknęło Matowi po głowie – więc może? Ni stąd ni zowąd zrobiło mu się ciepło na duszy… A swoją drogą co za facet z tego Jurka, takiej dziewczynie pozwolić odejść? Nie, właściwie to chyba on zerwał, czyli ta szałowa blondyna w Vancouver to nie przygoda tylko?

-myśli jak szalone przebiegały po mu po głowie- Cholera, ona pewnie miała nadzieję, że po rejsie chłopak zmięknie, przyjechała tu tyle kilometrów… Nic dziwnego, że była cała rozkojarzona i nie zauważyła gdzie stoi trap, zresztą tam, qrwa, w ogóle nic nie widać!

Szybkim krokiem wrócił na pokład i podszedł do oficera wachtowego (młodziutki, Trzeci, z dopiero co zarysowanym cienkim wąsikiem na chłopięcej twarzy, robił pierwszy rejs za oficera…) -Andrzej, co jest z tym oświetleniem przy trapie, przecież tu jest ciemno jak w d*pie!

Mat wyładowywał zgromadzone emocje na w sumie największym winowajcy całego zdarzenia, które o mały włos mogłoby się skończyć tragiczne.

-No, kurde, właśnie kazałem włączyć szperacz z mostka, a elektryk montuje halogena, a ty co się wściekasz… nikt nie przyjechał, czy co? Nie martw się, w końcu jest grubo po północy… Rano… -Ehhh, k*rwa, zamknij się wreszcie!

Trzeci próbował załagodzić sytuację. Nie wiedział, że dopiero takie gadanie, może rozsierdzić majstra. Wszystko działo się tak szybko, tak rozchwiało emocje Mata, że ten ograniczył się tylko do krótkiego soczystego wykrzyknika, wzruszył ramionami i odwrócił się do trzeciego plecami.

W wyjściówce pojawił się Jurek, skinął na Mata i obaj przeszli w kierunku dziobu statku. Jurek miał niespecjalnie szczęśliwy wyraz twarzy.

-Słuchaj Mat, ty masz teraz wolne, co? -Mateusz potwierdził skinieniem głowy

-Bo widzisz jest taka sprawa, jakoś w rejsie nie zgadało się, zresztą my obaj tacy skłonni do zwierzeń jak dwa konie

Mak znowu skinął uśmiechając się kącikiem ust, w końcu to dla tego tak dobrze im się mieszkało razem, nic gorszego jak „mędząca” gaduła w kabinie.

-Z Baśką skończyłem jeszcze przed rejsem, pisaliśmy do siebie, ale jako przyjaciele, a ona myślała że coś się zmieni, zresztą widziałeś, zaangażowałem się w Vancouver, Annie jest…

-OK- Mat wpadł mu w pół słowa, żeby nie pogłębiać nieprzyjemnej dla obu sytuacji- co mam zrobić? Podwieźć ją do hotelu?

-Stary, właśnie o to chodzi, nie chcę wyjść na skończonego chama, ale ona nie może tu zostać, a ja mam wachtę i nie mam jak jej odwieźć do miasta. Ona tu jest nowa i trochę się boję puścić ją samą, to przecież port.

-Nie ma sprawy, zresztą to ładna dziewczyna, więc mogę powiedzieć, cała przyjemność… -próbował się zgrywać, żeby ukryć narastające, rozpierające go emocje. -Stary, dzięki, nawet nie wiesz ile dla mnie robisz.

-OK, mam nadzieje, że nie będziesz miał okazji się odwdzięczyć, przynajmniej w ten sposób- Mat udawał obojętność.

-Fakt- Jurek się skrzywił- głupia sprawa… No to chodź, co prawda się znacie, ale i tak przedstawię Was sobie. Przeszli obok oświetlonego trapu i w drzwiach odruchowo schylając głowy wkroczyli do kabiny. W tym niewielkim pomieszczeniu dwóch rosłych mężczyzn wypełniało praktycznie całą przestrzeń. Barbara siedziała na kanapie, przebrała się w suche ubranie, widocznie miała je w podręcznej torbie, którą opuściła na keję, wpadając do wody. Nie miała najweselszej miny. Wydarzenia dzisiejszego wieczora najwyraźniej były ciężkim dla niej doświadczeniem.

-Basiu, Mata poznałaś, ja muszę do maszynowni, jutro rano mam… hm… W każdym razie Mat zaoferował zawieźć Cię do hotelu, jak to uzgodniliśmy…

Mat czuł się wyjątkowo niezręcznie, z drugiej strony miał już PLAN i radosne podniecenie wypełniało mu pierś delikatnym drżeniem… Jurek podał w pożegnalnym geście dłoń Barbarze, która nie wyglądała na uszczęśliwioną takim obrotem sprawy i wyszedł. Mat poczuł się wreszcie gospodarzem.

-Może napijesz się jeszcze herbaty, jak się czujesz?

-Nie. Dziękuję, już wszystko w porządku, co za cholerna sytuacja!

Barbara jakby otrząsnęła się… Ten wypadek i całe to… Wyszłam na kompletną idiotkę! Przepraszam, że tak bezceremonialnie wciągnęłam Cię w to wszystko, przecież masz swoje sprawy… Czuję się taka upokorzona… ! Ze złością zacisnęła pięści uderzając jedną o drugą. Jej twarz nabrała zupełnie innego, bardziej drapieżnego wyrazu.

-Ale cóż znowu, wypadki się zdarzają, zwłaszcza na tym cholernym pudle, a życie przecież różnie się układa. Fakt, masz powód się wściekać… ale bez przesady… a jeśli chodzi o mnie… Cała przyjemność po mojej stronie- uśmiechnął się do niej serdecznie. Także i Barbara próbowała przezwyciężyć żal i złość wykrzywiając się w coś w rodzaju uśmiechu…

-Dziękuję, jesteś taki miły, od samego początku… ale ta sytuacja strasznie mnie wkurza, zrobiłam z siebie straszna idiotkę! Niech to szlak! A tutaj jestem taka bezradna, nikogo nie znam, ten port jest taki przerażający, pusty i ciemny…

-Właściwie to przecież mogłabyś tu przenocować, ja bym jakąś koje dla siebie znalazł, nie wiem co Jurka tak sparło?

-Nie, nie, to ja, jak już się rozmówiliśmy, sama chciałam uciekać stąd jak najszybciej, nie chcę już go spotykać!

-Skoro tak, to zbierajmy się…

-Tak, tak, chodźmy … Barbara miała już spakowane rzeczy w torbę, którą Mat wziął do ręki przepuszczając ją przodem. Przeszli wąskim korytarzem wzdłuż maszynowni. Na statku uspokoiło się. Rodziny i marynarze rozjechali się, po statku wałęsali się tylko ci, którzy mieli daleko do domu. Słychać było jedynie pokasływanie z Manhattanu (sarkastycznie nazywany przez rybaków najniższy pokład, gdzie znajdowały się kabiny marynarzy. Panował tam zwykle zaduch i ciemność, bo pokład znajdował się poniżej lustra wody, więc dzienne światło docierało jedynie przez świetliki w pokładzie, a świeże powietrze nawiewami). Pozostali tam rybacy, którzy mieszkają poza Świnoujściem, albo mający następnego dnia wachtę portową.

Z maszynowni dobiegało stukanie, szczęk metalowych części. Jurek przygotowywał agregat do jutrzejszej inspekcji. Poza tym błoga cisza, tak niezwykła od miesięcy na tym statku… Na pokładzie nie było już nikogo, wachtowi pilnowali statku z mostku. Komu by się chciało sterczeć przy trapie…

Wyszli na nabrzeże. Blade światło latarń wydobywało z mroku martwe o tej porze zabudowania. Potężne wieże oświetleniowe rzucały na port mdłe światło, większość lamp zawieszonych podwójnym rzędem na ich wieńcach było nieczynne. Smutna rzeczywistość polskiego rybołówstwa. Gasło smętnie jak te latarnie…

Powoli szli brzegiem basenu wschodniego, pusty i ciemny sprawiał przygnębiające wrażenie… skręcili w kierunku bramy portowej, przechodząc między wysokim szpalerem krzewów. W dzień wyglądało to nawet ładnie, ale teraz ciemny tunel najwyraźniej budził u Barbary niepokój, bo zbliżyła się do Mata odruchowo chwytając go za rękę…Smutny krajobraz w jego oczach zajaśniał niezwykle ciepło i przyjaźnie… Czuł że jego samotność dobiegła kresu… W.S.

 

Człowiek za burtą

 

Człowiek za burtą

…cztery godziny od nas „Bonito” zgubił podczas wydawania trału człowieka…

Koniec marca 1986r, na południowym Atlantyku to początek jesieni, m/t Sejwal (B-18), duży, dość stary trawler przetwórnia pod dowództwem kpt. Artura Filutowskiego. Statek właśnie dotarł na łowisko w rejonie Wysp Falklandzkich, pogoda pod psem.

Flota sztormuje od kilku dni, wiatr dochodzi do 12st B. Sejwal także, praktycznie nie posuwając się do przodu dziobem pod falę i wiatr wspina się z mozołem na wodne góry, by po chwili spaść w dół waląc tępym dziobem w kolejną, nadbiegająca falę. Cały statek jęczy i drga za każdym takim uderzeniem.

Wszyscy już mają dość ogłupiającego wycia wiatru, wiecznej huśtawki i podrygów kadłuba ciężko pracującego na fali. Tydzień na łowisku bez wydawania włoka, to duży stres nie tylko dla dowództwa, marynarze snują się z kąta w kąt, ile można udawać że się pracuje?

Któregoś dnia jednak, wraz z zapadnięciem ciemności wiatr wyraźnie „odpuszcza”. Nagle wycie w olinowaniu cichnie, a agresja fal słabnie momentalnie. Mimo to rozhuśtany ocean wozi statek na kilkumetrowych falach, jakby to była łódeczka z kory w wannie rozbrykanego dzieciaka. Dzwonki alarmowe wołają wachtę pokładową na górę. Będziemy wydawać.

Staję w drzwiach za windą trałową by popatrzeć jak chłopcy dają sobie radę w tych warunkach. Oświetlony pokład, na tle przelatujących wokół czarnych gór wody wygląda niesamowicie, rufa celuje w niebo, by po chwili znaleźć się w potężnej czarnej przepaści i tak na zmianę.

Ten taniec nie ułatwia pracy na pokładzie, chłopcy starają się trzymać z daleka od zsuwającego się ze slipu włoka, stalowe „walizki” z głośnym turkotem znikają w oceanie. Po chwili już pracują kable, winda z pomrukiem powoli wysnuwa grube stalówki… Udało się, wszystko poszło jak należy. Chłopaki jednak schodząc z pokładu klną w żywy kamień,

-Żesz qrwa nie mógł z tym wydawaniem zaczekać z dwie godziny, ręka Boska, że nikt nie poleciał! Tak mu się to tej p…nej ryby spieszy! A ludzie to h..j?!

Zeszliśmy na dół, po chwili jednak poczuliśmy hałas strzelających kabli, co jest! Coś mu się popieprzyło? Jakieś problem z siecią? A może tylko skraca kable? Ale nie, winda pracuje w dalszym ciągu i to szybko, pełnym gazem!

Dzwonki wzywają pokładowców do wybierania. Jasny gwint! Co się stało? Po chwili już wiadomo, as przyniósł z mostku wiadomość, cztery godziny od nas „Bonito” zgubił podczas wydawania trału człowieka.

-No tak, u nich też się stary h… spieszył do ryby! Nic dziwnego, że któryś poleciał!

Tymczasem winda pracowała na full. Po chwili mieliśmy dechy przy bramie, tak szybko jeszcze nigdy nie szło przepinanie kabli, za chwilę mieliśmy worek na pokładzie, a statek kładł się w ciasnym zakręcie na południe, tym razem nikt nie miał za złe, że wszystko wewnątrz statku szalało jak podczas rybackiej delirki.

Stary nie zważając na stan morza jechał całą naprzód. Na mostku radio pełne było zgłoszeń jednostek płynących na miejsce zdarzenia. Zgłaszali się Rosjanie, Japończycy, Koreańczycy. Dowodzący akcją ustalał obszar poszukiwań przydzielając poszczególnym jednostkom kwadraty po przeczesywania.

Jiggersowce oświetlały obszar poszukiwań

Jiggersowce, niczym latarnie ze swoimi potężnymi świetlnymi girlandami zostały ustawione tak, by oświetlały jak największy obszar oceanu. Kiedy dopłynęliśmy w wyznaczony nam kwadrat, wokół mimo środka nocy panował niezbyt ciemny półmrok. Wszyscy ubraliśmy się ciepło, załoga została podzielona na dwu-trzy osobowe zespoły, każdy z nich dostał swój sektor wokół statku do obserwacji. Wszystkie reflektory, szperacze zostały skierowane na wodę. Rozpoczęliśmy poszukiwanie.

Wokół kręciły się inne jednostki, tak jak my używające do świecenia wszystkiego czym dysponowały. Nad tą potężną flotą co chwila przelatywały wojskowe samoloty z brytyjskiej bazy na Falklandach. Zdawaliśmy sobie sprawę, że szukamy już tylko zwłok. Po czterech godzinach, jakie nam zabrało dopłynięcie na miejsce, nie było szansy odnalezienia żywego człowieka. Mieliśmy wytyczne niezbyt dokładne, marynarz miał żółty kask, kamizelkę samo napełniająca się i żółty sztormiak, poszło za nim koło ratunkowe, a więc wiadomo było czego wypatrywać.

Wypatrując w ciemności oczy, wszyscy czuliśmy to samo, bezsilność i żal ściskający gardło. Trudno o bardziej paskudne uczucie. Koło czwartej nad ranem flotę obiegła wiadomość, Bonito zameldował o zauważeniu topielca, po chwili jednak ukaefka wypluła sprostowanie, to tylko kask. Później ktoś znalazł koło, niestety, to był koniec sensacji.

Brytyjczycy z bazy na Falklandach włączyli się do poszukiwań
Brytyjczycy z bazy na Falklandach włączyli się do poszukiwań
Poszukiwania człowieka zgubionego przez "Bonito"
Poszukiwania człowieka zgubionego przez „Bonito”

Rano statki zaczęły się rozpływać, każdy na swoją pozycję łowczą. Także i my po dwunastu godzinach przerwaliśmy poszukiwania, „Bonito” pozostał sam kontynuując, zgodnie z prawem morskim poszukiwania.

Lekarz okrętowy, skądinąd znakomity fachowiec, na lądzie pracownik oddziału zakaźnego jednego z bydgoskich szpitali, na statku zupełnie zielony i słynny ze swoich morskich fopaux stwierdził:

-Właściwie, statystycznie rzecz biorąc, to nie stało się nic strasznego, jeden wypadek śmiertelny na tylu tu pracujących…. to niewiele.

To nas qrwa pocieszył!

W.S.

Informator…

Informator…

Wtedy świetnie się bawiłem, dzisiaj kiedy o tym pomyślę odczuwam pewien niepokój…- a co jeśli sympatyczny porucznik namazał na moich kartach- „bardzo użyteczny tajny informator”?

Co jakiś czas, nasz niezastąpiony w łamaniu ludziom życia Instytut Pamięci Narodowej, ujawnia kompromitującą przeszłość, prawdziwą lub mniej prawdziwą o ludziach, dzisiaj mniej czy bardziej zasłużonych dla społeczeństwa.

Kiedy taka sensacyjna wieść obiega media, zastanawiam się czy i na mnie coś się da im wygrzebać…W końcu kontakt z kontrwywiadem miałem, to że teczkę mi założyli, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości ale co w niej zapisali?

Były to czasy mroczne dość, lat 70., mój zakład / jaki zakład/ był zmilitaryzowany.

W kadrach morskich stała szafa oznaczona wielkimi literami DEZERTERZY. Były tam akta rybaków, którzy wybrali wolność w zagranicznym porcie.

Na każdym statku służyło co najmniej dwóch „kapusiów”. Byli to zwykle ludzie przyłapani przez celników na jakimś małym przemycie, trochę kawy, parę butelek trunków… Zapraszano ich wówczas do GPK na rozmowę, gdzie z troską wyjaśniano konsekwencje tego „strasznego” czynu.

Graniczny Punkt Kontroli był placówką wojsk pogranicza, oficjalnie, nieoficjalnie zaś był przykrywką placówki kontrwywiadu.

Podczas takiego spotkania z troską w głosie tłumaczono, że gdyby tak każdy przemycał 10 kg kawy, to ile straty poniosłaby ojczyzna? Przedstawiano cały wachlarz kar: utrata wymarzonej pracy, wilczy bilet, kara co najmniej finansowa, itd…

„Ale…”, i tu następowała chwila zawieszenia (sam takiej rozmowy nie miałem – tak sobie ją wyobrażam 😉 na podstawie innej, o której zaraz opowiem)… „ale gdybyśmy tak się dogadali… Bo, wiecie, załogi są infiltrowane przez wrogi wywiad, marynarze są tacy lekkomyślni, gadają bzdury jak się opiją, przy dziewczynach itd… Wróg czuwa, wrogi wywiad opłaca portowe qrwy, nie czarujmy się, jesteśmy dorośli… Łatwo wpaść w tarapaty… Jednym słowem musimy być czujni i chronić tak nasz kraj jak i rybaków, przed ich lekkomyślnością. Dlatego musimy zbierać informacje…Więc gdybyś nam pomógł, to my pomożemy tobie zachować pracę… „

No i niektórzy się zgadzali… Pisali raporty dla kontrwywiadu o różnych zachowaniach, rozmowach itd. Jeśli klient taki był wobec załogi uczciwy, wyznawał „po pijanemu” żebyśmy przy nim uważali, bo on musi „nadawać” i sprawa była czysta. Najczęściej bywało jednak, że chłopcy działali bez ostrzeżenia.

A czemu co najmniej dwóch w każdej załodze? Przecież musieli się kontrolować nawzajem, dlatego jak już się im (kontrwywiadowi czy sb) w łapki wpadło, to na amen. Nie było kombinowania czy udawania…

Któregoś razu, pod koniec urlopu dostałem telefon z kadr, żeby się zgłosić, bo płynę na burtowcu „Morskie Oko” , jako mistrz do Ullapul, na skup makreli. Stawiłem się w kadrach, pani Zosia sięgnęła po moją kartę mustrowania i zastygła w bezruchu. Po czym z westchnieniem popatrzała na mnie i stwierdziła:

– Już był w ogródku, już witał się z gąską a tu zaproszenie z GPK…co też pan nawywijał panie Wojtku?

– Jaaa…? -zdziwiłem się bardzo..

– No – pani Zosia po chwili wahania podjęła decyzję – zadzwonię do nich, może się uda przełożyć tę „wizytę”.

Po zakończeniu rozmowy stwierdziła:

-Uff, coś tam chcą wyjaśnić z panem, ale to nic pilnego, może poczekać, ma się pan u nich stawić na Brzozowej po tym rejsie…

Trzy tygodnie na „Morskim Oku” minęło błyskawicznie, zmustrowałem z poczuciem wielkiej ulgi, bo to był jak dla mnie rejs ze zbyt ekstremalnym kapitanem, ale o tym innym razem.

Po powrocie wybrałem się na Brzozową, do słynnego, choć niepozornego budyneczku świnoujskiej jednostki kontrwywiadu w GPK. Przyjął mnie bardzo uprzejmie, dość młody, sympatyczny porucznik.

– Domyśla się pan w jakim celu pana tu zaprosiliśmy?

– Celu się domyślam, ale przyczyny za cholerę -odparłem z wymuszonym półuśmiechem.

– Bo widzi pan my musimy być czujni…- i tak dalej w tym duchu… trwało to jakąś chwilę, kiedy rzucił od niechcenia:

-Dotarło do nas, że w Montevideo, kiedy staliście tam Narwalem, odwiedzał pana na statku młody mężczyzna, Urugwajczyk, podobno dobrze i czysto ubrany, biała koszula, porządne spodnie, wyglansowane buty, może mi pan powiedzieć coś o tym człowieku? „

Odetchnąłem w duchu, że nie pytają mnie o załogę tylko o Jose. Z relacją nie miałem problemu:

– To było tak, staliśmy w porcie akurat w czasie, kiedy upadała junta wojskowa i przekazywano władzę demokratycznemu rządowi. Akurat byłem w mieście, w czasie gdy na 18 de Julia zebrał się ogromny tłum ludzi witających międzynarodowe delegacje, zjeżdżające na uroczystość. Dopchałem się do krawężnika, żeby lepiej widzieć, wie pan, po pół roku w morzu wreszcie jakaś rozrywka. Limuzyny zajeżdżały pod hotel Victoria, tam dygnitarze wysiadali, machali tłumom, ludzie się darli, klaskali, cieszyli… Między innymi zajechała limuzyna z polskimi flagami z naszym premierem Henrykiem Jabłońskim. Oczywiście poniesiony patriotycznymi uczuciami witałem go głośniej niż wszyscy. Obok stał sympatyczny, młody człowiek, który coś do mnie zagadał. Od słowa do gestów, bo mój hiszpański słaby był a jego polski jeszcze gorszy, więcej używaliśmy gestów i słów angielskich.

Chłopak okazał się otwarty, żeby nie powiedzieć wylewny, parę razy spotkaliśmy się „na mieście”, zaprosił mnie do domu na kolację, a ja jego w rewanżu, na statek… No i właściwie tyle. Widzi pan, akurat jestem po lekturze książki o zachowaniach człowieka w zależności od kultury i pochodzenia, znajomość ta dała mi możliwość potwierdzenia zawartych w niej tez….

Behawioryzm człowieka to był wówczas mój konik, więc rozwinąłem się z zapałem, z satysfakcją obserwując lekkie osłupienie, jakie malowało się na twarzy porucznika coraz intensywniej…

W końcu jednak mój rozmówca się wtrącił…

– Ale to staranne ubranie wydało nam się jakoś bardzo podejrzane…

– A bo widzi pan, ten chłopak pracował w wytwórni makaronów, rozwoził rowerem zamówiony makaron do klientów. Tam klienta się szanuje, dlatego taki człowiek musi być odpowiednio ubrany.

To stropiło nieco mojego interlokutora, pomyślał, pomyślał i w końcu poprosił mnie o sporządzenie jakiejś notatki na ten temat. Umówiliśmy się, że przyniosę mu ją po kolejnym rejsie do Szkocji. Miałem więc trochę czasu, przyłożyłem się rzetelnie do tego „wypracowania”, zapisałem drobnym maczkiem cztery kartki obustronnie bloku listowego. Streściłem książkę, porobiłem odnośniki do zachowań południowców, przedstawiłem sytuacje polityczną w ówczesnym Urugwaju i tak sporządzona epistołę dostarczyłem do GPK.

Za jakiś czas wychodziliśmy „Sejnem” ze Świnoujścia w kolejny szkocki rejs. Procedura wyjścia wyglądała mniej więcej tak, że najpierw statek opuszczały rodziny, potem urzędnicy armatora, celnicy a na koniec zarządzane było przeszukanie statku pod okiem żołnierzy z GPK, na okoliczność pasażera na gapę. Każdy z członków załogi odpowiadał za jakąś przestrzeń statku, którą powinien przeszukać, ja miałem ładownię chłodzoną i zamrażalnię.

Grupką żołnierzy dowodził porucznik, jak się okazało mój znajomy z Brzozowej, kiedy tylko mnie rozpoznał odwrócił się i udawał, że nie poznaje. Nie chciałem być złośliwy i też się nie przywitałem. Widać moje „sprawozdanie” odczytał właściwie, czyli jako subtelną kpinę z całego tego wydarzenia…
Wtedy świetnie się bawiłem, dzisiaj jednak zostaje mi pewien niepokój, a co jeśli sympatyczny porucznik namazał na moich kartach kopiowym ołówkiem, „bardzo użyteczny tajny informator”?

Nawiasem mówiąc, bez problemu zidentyfikowałem kolegę, który na mnie doniósł, mały kombinator, który pewnie wpadł na paru kilogramach kawy… mieszkał ze mną w jednej kabinie… Nie miałem mu tego za złe, próbował przeżyć, gdyby go wywalili z pracy, na tej swojej wiosce miałby krucho. Później jeszcze raz robiłem z nim półroczny rejs, poza tym, że ostrzegłem dyskretnie kolegów by przy nim uważali, do ekscesów między nami nie dochodziło…

w.s.

Galeria Andrzeja Lacha II

Galeria Andrzeja Lacha II

Andrzej przesłał mi kiedyś swój zbiór zdjęć marynistycznych, teraz je tu publikuję. Poza wspominkowymi z różnych miejsc pracy, jest tu sporo ciekawostek. Niestety nie mam do nich opisów, więc gdyby ktoś coś wiedział proszę o komentarze.

Trawler rufowy B-18. Trochę danych technicznych

 

B-18
Rysunek W.Blady „Polska flota rybacka w latach 1921-2001”

Trawlery serii B-18

Trawler rufowy B-18. Trochę danych technicznych

Zbudowano dziewięć trawlerów B-18, były to: „Foka” ŚWI 195– zbudowany w lutym 1964 r., sprzedany w 1982 r., „Finwal”ŚWI 196– zbudowany w czerwcu 1964 r., sprzedany w 1982 r., „Płetwal” ŚWI 197 – zbudowany w sierpniu 1964 r., wycofany z eksploatacji w 1991 r., „Orka” ŚWI 198(h) – zbudowany w grudniu 1964 r., wycofany z eksploatacji w sierpniu 1989 r., „Homar” ŚWI 199– zbudowany w kwietniu 1965 r., sprzedany w 1982 r., ,,Langusta” ŚWI 200 – zbudowany w czerwcu 1966 r., sprzedany w 1982 r., „Narwal”ŚWI 20 (h) – zbudowany w grudniu 1967 r., wycofany z eksploatacji w 1993 r., „Kaszalot” ŚWI202 (h) – zbudowany w maju 1968 r., wycofany z eksploatacji w 1993 r., „Sejwal” ŚWI 203 (h) –zbudowany we wrześniu 1968 r., wycofany z eksploatacji w 1990 r.

Kadłub statku całkowicie spawany, o poprzecznym systemie wiązań. Dno statku podwójne, z wyjątkiem części rufowej. Trawler miał dwa ciągłe pokłady – górny i główny. Nadbudówkę umiejscowiono w środkowej części kadłuba. Statek podzielono na przedziały dziewięcioma grodziami wodoszczelnymi. Część dziobowa kadłuba miała wzmocnienia przeciwlodowe do pływania w łamanym lodzie. Pomieszczenia służbowe, mieszkalne, gospodarcze i ogólnego użytku rozmieszczono na pokładzie głównym oraz w nadbudówce. Pozostałe kabiny załogowe znajdowały się w pokładówce na górnym pokładzie. W części rufowej nad pokładem usytuowano sterownię, szpital, izolatkę, pomieszczenia – kapitana, radiooficera i armatorskie, a także kabiny – manewrową (doprowadzenia połowów), nawigacyjną i radiową (Roguski 1963, Karnicki 1966).

Do napędu statku zamontowano silnik ze śrubą nastawną, regulatorem obrotów dostosowanym do pracy prądnic wałowych oraz urządzeniem sygnalizującym przeciążenie silnika. Statek dysponował dwoma zespołami do wytwarzania energii elektrycznej w porcie i w trakcie przelotu, o mocy 250kW i 320 kW.

Charakterystyka techniczno-eksploatacyjna była następująca:

Długość całkowita 87.25 m

Długość między pionami 80,00 m

Szerokość na wręgach 14, 14 m

Wysokość do pokładu: głównego 7,10 m

trałowego 9,75m

Wysokość nadbudówek 2,30 m

Zanurzenie konstrukcyjne 5,36 m

Objętość ładowni ryb mrożonych:

nr 1 368 m3

nr 2 494 m3

nr 3 525 m3

Objętość ładowni mączki rybnej 301 m3

Pojemność rejestrowa brutto 2496 RT

Nośność 1243 t

Objętość zbiorników:

paliwa dieslowego mazutu 186 m

oleju smarowego 48 m

tranu 57m3

wody słodkiej 280 m3

Silnik 6-cyl. Sulzer typ TAD-48

przy 225 obr./min o mocy 1658 kW/2700 KM

Prędkość 140 węzłów

Załoga 74 osoby + 8 rezerwa

Autonomiczność pływania 75 dni.

Linię połowową na trawlerze typu B-18 stanowiły: – dwu bębnowa wciągarka trałowa o uciągu 12 T przy prędkości wybierania lin 72 m/min, pojemność bębnów około 2000 m liny o średnicy 26 mm; – specjalne rolki umocowane na krawędzi pochylni oraz role na kolumnach trałowych.

Wydajność przerobową przetwórni statkowej określono na 50 ton surowca na dobę.

Złowione ryby wsypywano do zbiorników z podchładzaną wodą morską. W wyniku obróbki ryb można było uzyskiwać:

– tusze z karmazyna,

– filety z ryb oprawianych ręcznie;

– bloki ryb mrożonych, wypatroszonych i odgłowionych;

– bloki ryb mrożonych dzwonkowych;

– mączkę rybną produkowaną z odpadów i przyłowu:

– tran wytwarzany z wątrób.

W zależności od potrzeb ryby były mrożone w szafach płytowo-kontaktowych o łącznej wydajności 15 ton na dobę lub podwójnym tunelu zamrażalniczym z intensywną cyrkulacją powietrza o tej samej wydajności. Przy intensywnych połowach, wykorzystywano obie metody mrożenia jednocześnie.

Wytwórnia mączki rybnej mogła przerabiać około 25 ton surowca na dobę. Do zamrażania ryb i ich przechowywania w ładowniach statek dysponował amoniakalnym urządzeniem typu sprężarkowego, które składało się z trzech zespołów zamrażalniczych do obsługi ładowni.

W ładowniach z mrożoną rybą utrzymywano temperaturę –25°C. Na trawlerach typu B-18 były zainstalowane sprężarki amoniakalne dwustopniowe, typu W200/2A o wydajności około 87 tys. kcal/h przy temperaturze od –42°C do +37°C.

Rysunki i opis pochodzą z książki „Polska flota rybacka w latach 1921-2001” – Wiesław Blady wydanej przez MIR Gdynia 2002
Zamieszczone za osobistym zezwoleniem autora.

Śmierdzący rejs

…wkrótce mieliśmy „zapaszek” w makaronach do zupy mlecznej i rosołu, w wypiekach a nawet… chlebie

Montevideo, początek marca 1985, lądujemy w Urugwaju po prawie dobie lotu z przesiadkami. Wszyscy jesteśmy, mimo gorących ręczników na twarz i niesamowitej kawie serwowanej przez brazylijskich stewardów, lekko “zakręceni”.

Dwie załogi, po 80 ludzi każda, ładują się do autobusów. Wszyscy z niepokojem oczekują na wjazd do portu.

-Jaki to będzie rejs?

-Z jakimi ludźmi przyjdzie pracować?

-Czy uda się “zdobyć” jakąś przyzwoitą kabinę z normalnym współlokatorem?

-Czy stary umie łowić?

W porcie czekają na nas dwa trawlery B- 18;”Kaszalot” i „Sejwal”. Autokary wtaczają się nie zatrzymywane na bramie (efekt upadku reżimu wojskowego), podjeżdżają pod szereg zacumowanych rufami do kei statków. Od razu widać, że na wszystkich wre praca. Stoczniowcy szlifują, spawają, wszędzie kręcą się miejscowi, sypią się iskry, błyskają łuki elektryczne, walą młoty. Wbiegamy po trapie na pokład, ja na „Sejwala”.

Z kolegą poznanym podczas lotu opracowaliśmy strategię „zdobycia wygodnej kabiny”, Jurek trochę bardziej sprytny niż ja, przebił się przez gromadkę marynarzy i rzeczywiście, „opanował” całkiem sympatyczne gniazdko. Pobyt w porcie minął jak jedna chwila, ani się obejrzeliśmy gdy dzwonki alarmowe wezwały nas na stanowiska manewrowe.

Faochron Montevideo

Byłem wówczas zamustrowany jako starszy rybak, więc przypadła mi na wyjściu wachta na sterze. Na mostku ze zdumieniem dowiedziałem się, w jakim to stanie technicznym statek wychodzi w morze. Żyrokompas mimo starań fachowców miejscowych i naszych za nic nie chciał pokazywać właściwego kierunku, a co za tym idzie, można było zapomnieć o autopilocie. Łączność radiową mieliśmy wyłącznie na UKF, czyli z jednostkami w zasięgu wzroku. Tak więc już w awanporcie mieliśmy przedsmak tego co nas czekało w morzu.

Stary (Jerzy Mamprejew) zarządził manewry w celu ustalenia dewiacji kompasu magnetycznego, bo było to jedyne niezawodne urządzenie nawigacyjne na tym statku, no może nie jedyne, pozostały ołówki, ekierki, mapy no i sekstant. Czyli mieliśmy płynąć jak za dawnych dobrych czasów. Statek okazał się słabo sterowny, zwłaszcza przy niewielkiej prędkości. Tylko taką można było w awanporcie rozwinąć, dla tego o mały włos nie spowodowaliśmy kolizji z wchodzącym do portu pasażerem.

Stary omal nie pogryzł sterującego wówczas mojego zmiennika. Inna rzecz, że wyznaczając go do steru nawet nie zapytał, czy ten kiedykolwiek dotykał tego urządzenia, a jak się okazało, to był właśnie jego pierwszy raz.

Na łowisko w rejon Falklandów płynęliśmy kilka dni, wachty na sterze zmieniały się w normalnym cyklu. Powoli nabieraliśmy wprawy, statek już nie uciekał z kursu po kilkanaście stopni, trzeba było uważać i wyprzedzać sterem ruch tarczy kompasu. Niestety urządzenie to ma sporą bezwładność, tarcza reaguje na zmianę kierunku ze sporym opóźnieniem. Dla przyzwyczajonych do pracy kompasu żyroskopowego, który natychmiast wskazuje każde odchylenie od kursu (pod warunkiem że jest sprawny), była to pewna trudność.

Pamiętam taką noc, tuż przed dotarciem na łowisko, kiedy to ocean postanowił dać nam nauczkę, wiało blisko granicy skali, a czasami powyżej, więc o płynięciu nie było mowy, statek sztormował bardzo „małą naprzód”, zachowując się przy tym jak dobrze wyczerpany nocnymi hulankami w portowych knajpach marynarz. Miałem pełne ręce roboty usiłując utrzymać dziób na wiatr, nie udało mi się jednak doprowadzić choćby do chwilowego zatrzymania chyboczącej się tarczy.

W taką noc na mostku panuje cisza, mrok rozświetlany jedynie wyciemnionymi tarczami urządzeń wskazujących, oficer wachtowy wbity w fotel przy prawym radarze, drugi marynarz zaparty o szot przy lewym, obaj usiłujący przebić wzrokiem ciemność za oknami. Statek co chwila walił tępym, wysokim dziobem w nadbiegające fale, które przelatując z łoskotem nad mostkiem spadały na pokład szalupowy, a czasem i na trałowy.

Trochę dziwne uczucie, w porcie wydawało się, że ta ponad 20 metrowej wysokości, potężna maszyna jest nie do zniszczenia. Teraz jednak, kiedy ten wielki kadłub wspinał się mozolnie na górskie grzbiety fal, by po chwili spaść po drugiej stronie w podstawę kolejnej, przyjmując na siebie tysiące ton rozpędzonej wody, ta pewność była jakby mniejsza… Po każdym większym ciosie, jeden z nas biegnie na pokład trałowy sprawdzić, czy fala nie porwała ze statku szalup, bądź włoka.

W pewnym momencie wpadliśmy z Drugim na „genialny” pomysł, że jeśli dołożymy chociaż z węzeł na szybkości, to statek będzie bardziej sterowny. Oczywiście nasza kabaryna natychmiast przywaliła w fale z taką siłą, że Stary wypadł z koi na podłogę, wprowadzony tym w znakomity nastrój, wpadł „radośnie” na mostek i kwiecistym wystąpieniem oratorskim wybił Drugiemu wszelkie „racjonalizatorskie” pomysły z głowy.

Noc przetrwaliśmy w całości, okazało się że płynąc z prędkością 5 węzłów po wodzie, w rzeczywistości statek cofnął się nad dnem 35 mil morskich…

Sztorm minął, ale już przy śniadaniu poczuliśmy skutek kolejnej technicznej usterki, chłodnia spożywcza nie trzymała temperatury, która zamiast stać na poziomie około 2-5 stopni C, trzymała ją w granicach 0 do 18, taka sytuacja zaskutkowała śmierdzącą siarkowodorem jajecznicą, cały dalszy rejs przebiegł pod znakiem zapachu zepsutych jaj, który ulatywał jedynie na kilka dni po pobraniu świeżego prowiantu.

Odtąd ograniczałem spożycie tego skądinąd wspaniałego produktu (podobnie jak inni) jak tylko się dało, śniadania bez jajek, kotlety schabowe sote itd. Jednak już wkrótce mieliśmy „zapaszek” w makaronach do zupy mlecznej i rosołu, w wypiekach a nawet… chlebie. Tak, to był zdecydowanie śmierdzący rejs.

Bliźniaczy „Kaszalot” miał większy problem, okazało się, że statek brał wodę, nie dużo ale jednak w zęzach przybywało, co gorsza, niektóre zbiorniki wody pitnej też były dziurawe, więc chłopcy mieli wodę słonawą…

Jak cała flota, tak i my używaliśmy (wbrew przepisom, rzecz jasna) szalup do komunikacji z innymi statkami, także do wożenia prowiantu i innego zaopatrzenia, chociażby paczek pustych kartonów. Tu też dał się we znaki stan techniczny jednostki.

Podczas postoju w zatoce przy Falklandach, oczekując na miejsce przy bazie pożyczaliśmy kartony do ryby innemu statkowi. Oczywiście przy pomocy szalup. Podczas spuszczania jednej z nich pękła spróchniała konopna lina w talii, rufa szalupy poleciała w dół, a bloczek talii uderzył jednego z marynarzy w twarz, wybijając chłopakowi większość zębów.

Cały rejs obfitował w różnego rodzaju niespodzianki wynikające właśnie z kiepskiego stanu technicznego. Był to skutek pomysłu obniżania kosztów eksploatacyjnych przez wymiany samolotowe. Załogi nie związane ze statkiem nie dbały o niego, starając się jedynie jakoś doczekać końca, dwie-trzy godziny na przekazanie tak skomplikowanej maszyny kolejnej załodze to na prawdę niewiele. W moim odczuciu (choć to pewnie spore uproszczenie) to dzięki temu flota uległa przyspieszonej dekapitalizacji…

fot, tekst W.S.

Poczta z domu, zawsze powodowała emocje.

Poczta z domu, zawsze powodowała emocje.

To były czasy, kiedy prawie jedynym sposobem otrzymywania wieści z domu była poczta, zwykła, tradycyjna. O komputerach jedynie się słyszało legendy jakieś, a emaile były czystą science fiction.

Z lądu listy wysyłane były na adres agenta w mieście portowym, z którym armator miał umowę agencyjną. Od niego zabierał listy statek wychodzący z portu na łowisko. Tam, w morzu następowało rozwożenie poczty lub dostarczano ją na statek bazę, z którą prędzej czy później statki się komunikowały.   

Wiadomo, że w morzu poczta z domu należy do najważniejszych modulatorów dobrego samopoczucia. Operacja przekazywania poczty była jedną z  ważniejszych dla nas wszystkich, połowa załogi wpatrzona w rzuconą z ”pocztowego trawlera” do wody beczkę z listami  siłą woli trzymała ją w zasięgu wzroku, by broń Boże gdzieś między falami nie zniknęła, bo i tak się zdarzało.

Statek dochodził do przesyłki, ktoś rzucał kotwiczkę na linie, czasem pudłował, czasem trafiał od razu. Wszystko to śledzone było przez załogę z zapartym tchem. Napięcie  sięgało zenitu, kiedy bekę w końcu wciągano na pokład, otwarto a listy rozdzielano…

Czasami, kiedy pogoda pozwalała, a kapitanowie byli bliskimi kumplami i chcieli pogadać “w cztery oczy”, lub było do przekazania coś cenniejszego,  spuszczano szalupę. Wówczas napięcie oczekiwania na listy trwało nieco dłużej, w końcu jednak poczta trafiała na pokład.  Łatwo było rozpoznać tych co listy z domu dostali…

Nie  zawsze jednak wszystko przebiegało zgodnie z życzeniami rybaków. Czasami statek z pocztą szedł na łowisko oddalone o kilka dni  drogi, nie każdy kapitan rzucał robotę by popłynąć po listy. Kuriozum okazała się sytuacja, kiedy kapitan „Sejwala”  odmówił popłynięcia po listy do bazy odległej o kilka dni drogi, jednak kiedy skończyły się papierosy w kantynie, nie  opierał się i pognaliśmy na Falklandy co koń wyskoczy (stary palił oczywiście).

Jednak najbardziej przykrą sytuację przeżyłem na “Otolu”, kiedy poławialiśmy ostroboka na południowym Pacyfiku.

Pogoda, jak to w ryczących czterdziestkach i pięćdziesiątkach. Buro, ponuro, wiatr wyjący w olinowaniu, pędzące jedna za drugą góry wody, między którymi nasza 417-stka  chowała się jak królik w bruździe. Praca na pokładzie i w przetwórni ciężka, w związku z tym i humory takie sobie.

Po jakimś miesiącu  połowów dostaliśmy wiadomość, że któryś trawler z Gryfu płynie z Talcahuano w naszym kierunku z pocztą. Mieliśmy spotkać się po  południu, dobrze się składało, bo wiatr zelżał i była nadzieja na bezproblemowe przekazanie paczki. Rzeczywiście, kiedy  „gryfik” (nie pamiętam już nazwy) pojawił się w odległości kilku kabli, ocean był już w miarę spokojny, jednak  widoczność szybko spadała, bo nadchodził zmierzch.

Stojąc przy burcie obserwowaliśmy ze zdumieniem poczynania marynarzy  na statku obok. Wyraźnie przejawiali nadnaturalną wesołość, widać było, że zapasy alkoholu zabrane z portu jeszcze się nie wyczerpały.  Najbardziej jednak zaniepokoił nas sposób przygotowania transakcji. Zamiast załadować listy do plastikowej beczki, panowie owi włożyli je do słoja, słój do worka  plastikowego i wyrzucili całość do wody tak niefortunnie że słój uderzył o ich burtę, stłukł się i zatonął… Nie  pamiętam w ciągu tych kilku lat pływania takiej wściekłości jaka opanowała wówczas całą załogę…

W.S.

Indiańskie perypetie Piotra

Indiańskie perypetie Piotra  

Kanadę było widać na każdym kroku. A to przejechał olbrzymi pickup z napisem „Grizzly Security”, prowadzony przez ogromnego  chłopa w jeszcze większym kapeluszu, ze sterczącymi z platformy drabinami, dragami i innym sprzętem.

.  Do Vancouver wchodziliśmy „Otolem” wieczorem, światła Down Town odbijające się w wodzie robiły niesamowite wrażenie.  Jednak nas postawiono po przeciwnej stronie, w stoczni na North Vancouver. Jeszcze tego wieczora wybraliśmy się w  krótki obchód okolicy. Nie bardzo było co oglądać, bo ta część miasta jest peryferyjną sypialnią dla metropolii. Małe  domki w ogródkach i tyle.

Kanadę było widać, oczywiście, a to przejechał olbrzymi jeep z napisem „Grizzly Security”, prowadzony przez olbrzymiego  chłopa w jeszcze większym kapeluszu, ze sterczącymi z platformy drabinami, dragami i innym sprzętem. A to na skwerku  chłopiec spacerował z oswojona łasicą w szelkach.

A to znowu kawałek dalej gościu w indiańskiej kurtce wyprowadzał na  trawkę „psa”. W tym ostatnim przypadku może nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie to że pies był „niewidzialny”, widać  było jedynie kaganiec od którego łukiem do ręki właściciela biegła sztywna „smycz”. Tym niemniej pies energicznie  szarpał pana za rękę, ciągnąc go pod coraz to inny krzaczek czy słupek, który obiegał, obwąchiwał, zatrzymywał się  wyczekująco, pewnie w tym momencie podnosił niewidzialną łapkę.  

Oczywiście pierwsze oceny nowego dla nas kraju były negatywne, mieli kiepskie, słabe piwo. Po piątej w piątek można  było sobie o beerku jedynie pomarzyć, a picie z butelki na ulicy skutkowało natychmiastowym pojawieniem się policjanta,  no a z tymi nie było żartów. Zresztą zostaliśmy o tym ostrzeżeni, tak że obeszło się bez incydentów, poza jednym  napomnieniem.  

Następnego dnia okazało się że jeden z rybaków, Piotrek nie wrócił na noc na statek, po południu jednak pojawił się na  swojej wachcie. Opowiedział że w pubie poznał miejscową Indiankę, zapałali do siebie na tyle silną sympatia, że  zaprosiła go do swojego domu, no a tam sprawy potoczyły się tak iż pozostał na noc.  

Piotrek był niezbyt wysokim, ale za to „rozłożystym” mężczyzną, z szerokimi ramionami,  potężną klatą, obfitą blond czupryną nad niebieskimi oczami. Tutejszym kobietom musiał się podobać.

Znajomość Piotrka z czarnowłosą pięknością podczas postoju statku nabierała rumieńców, Piotrek mimo, że w kraju miał  żonę i dwoje dzieci zastanawiał się nad przyjęciem propozycji swojej squaw, żeby się z nią ożenić i tu się osiedlić.  Chłopak był w sporej rozterce, dostarczając reszcie załogi tematów do plotek, żartów i docinków.  

Któregoś dnia „Otol” został dość niespodziewanie przeholowany na drugą stronę kanału, w pobliże centrum, przycumowaliśmy przy nabrzeżu cukrowym. Piotrek  oczywiście był u swojej kobiety, jak sam ją określał, czując się pewnie po części Indianinem. Jakież było jego  zdumienie, kiedy przyszedł do portu na wachtę, a statku przy nabrzeżu ani widu ani słychu.

Jak później wspominał, popadł był w lekką panikę…  Jednak Nataly okazała się być dość przedsiębiorcza i po wykonaniu kilku telefonów do władz portowych ustaliła nasze  miejsce postoju, przywracając Piotrkowi równowagę ducha, zdobywając jednocześnie kolejne punkty u swojego „wodza” .  

Oboje przyjechali na statek taryfą, wtedy to po raz pierwszy mogłem zobaczyć wybrankę piotrkowego serca. Jak się  okazało była to całkiem sympatyczna, bardzo okrąglutka, jak na tutejsze autochtoniczne piękności przystało, skośnooka,  szeroko uśmiechnięta kobietka.  Postój minął dość szybko, Nataly wylewnie żegnała swego marynarza, obiecując pisać i czekać- słowem ideał żony marynarza.  

Już przy pierwszym podejściu do bazy Piotr otrzymał kilka listów od Nataly. Nie należał do zdolnych lingwistycznie, więc  prosił każdego, kto choć trochę znał język angielski o tłumaczenie.  Do mnie przyniósł list w którym urocze dziewczę po wielu słowach łatwych do przetłumaczenia nawet dla Piotrka, donosiła  że ma dla niego niespodziankę!

Ten zamiast się ucieszyć, zbladł  – O cholera, co też ona tam zmalowała! – zastanawiał się głośno.  A ja niewiele myśląc palnąłem- Jak to co, zaszła w ciążę! Chłopie jesteś udupiony, wystarczy że dziewczyna powie  władzom kto jest ojcem i obywatelstwo kanadyjskie masz załatwione! Cieszysz się!?  Piotrek pobladł jeszcze bardziej i gwałtownie wypadł z kabiny. No i zaczęło się. W pewnej chwili już pożałowałem, że  zachciało mi się tak głupio zażartować, a Piotrek marniał w oczach. Nie pomagało pocieszanie, odwoływanie, wymyślanie  innych prezentów. Wyglądało na to, że uczucie do Nataly wyparowało, a z gwałtownością wodospadu naszło go uczucie do  rodziny pozostawionej w kraju.

Zaczął się głośno zastanawiać jak by tu wrócić do Polski omijając szerokim łukiem  Kanadę. Niestety, czy też może stety, żaden ze statków na łowisku nie planował powrotu, pozostawały łącznikowce, ale to  znowu spory koszt.  W ostatnim liście przed zejściem z łowiska Nataly pisała, że wie już kiedy będziemy w Vancouver, będzie tęskniła,  przyjedzie Piotrusia przywitać oczywiście, razem z niespodzianką.  Piotr był zdesperowany, ale w końcu pogodził się z czekającym go losem.

Cała załoga z napięciem śledziła rozwój  sytuacji, co poniektórzy zakładali się co też Indianka przygotowała Piotrowi, jedni stawiali na ciążę, inni na jakiś  prezent, statek huczał od spekulacji…  Toteż nic dziwnego, że podczas podejścia do kei wszyscy wolni od manewrów wisieli na burcie wypatrując piotrkowego  potomka w brzuchu czekającej na kei Nataly.  

Jednak kobieta naszego pogromcy niewieścich serc nie wyglądała na okrąglejszą niż przed wyjściem w morze…  Wątpliwości rozwiała rozpromieniona twarz Piotra, kiedy wrócił z pierwszej randki, Nataly w ramach tak szeroko  komentowanej niespodzianki… kupiła swojemu mężczyźnie złoty łańcuszek.

No cóż, w ramach męskiej przyjaźni, połowa załogi nie kryła rozczarowania… ale to pewnie li tylko przez zazdrość.

North Vancouver i Góry Skaliste
North Vancouver i Góry Skaliste

Fot. i tekst W.S.