Archiwa tagu: Sejwal

Śmierdzący rejs

…wkrótce mieliśmy „zapaszek” w makaronach do zupy mlecznej i rosołu, w wypiekach a nawet… chlebie

Montevideo, początek marca 1985, lądujemy w Urugwaju po prawie dobie lotu z przesiadkami. Wszyscy jesteśmy, mimo gorących ręczników na twarz i niesamowitej kawie serwowanej przez brazylijskich stewardów, lekko “zakręceni”.

Dwie załogi, po 80 ludzi każda, ładują się do autobusów. Wszyscy z niepokojem oczekują na wjazd do portu.

-Jaki to będzie rejs?

-Z jakimi ludźmi przyjdzie pracować?

-Czy uda się “zdobyć” jakąś przyzwoitą kabinę z normalnym współlokatorem?

-Czy stary umie łowić?

W porcie czekają na nas dwa trawlery B- 18;”Kaszalot” i „Sejwal”. Autokary wtaczają się nie zatrzymywane na bramie (efekt upadku reżimu wojskowego), podjeżdżają pod szereg zacumowanych rufami do kei statków. Od razu widać, że na wszystkich wre praca. Stoczniowcy szlifują, spawają, wszędzie kręcą się miejscowi, sypią się iskry, błyskają łuki elektryczne, walą młoty. Wbiegamy po trapie na pokład, ja na „Sejwala”.

Z kolegą poznanym podczas lotu opracowaliśmy strategię „zdobycia wygodnej kabiny”, Jurek trochę bardziej sprytny niż ja, przebił się przez gromadkę marynarzy i rzeczywiście, „opanował” całkiem sympatyczne gniazdko. Pobyt w porcie minął jak jedna chwila, ani się obejrzeliśmy gdy dzwonki alarmowe wezwały nas na stanowiska manewrowe.

Faochron Montevideo

Byłem wówczas zamustrowany jako starszy rybak, więc przypadła mi na wyjściu wachta na sterze. Na mostku ze zdumieniem dowiedziałem się, w jakim to stanie technicznym statek wychodzi w morze. Żyrokompas mimo starań fachowców miejscowych i naszych za nic nie chciał pokazywać właściwego kierunku, a co za tym idzie, można było zapomnieć o autopilocie. Łączność radiową mieliśmy wyłącznie na UKF, czyli z jednostkami w zasięgu wzroku. Tak więc już w awanporcie mieliśmy przedsmak tego co nas czekało w morzu.

Stary (Jerzy Mamprejew) zarządził manewry w celu ustalenia dewiacji kompasu magnetycznego, bo było to jedyne niezawodne urządzenie nawigacyjne na tym statku, no może nie jedyne, pozostały ołówki, ekierki, mapy no i sekstant. Czyli mieliśmy płynąć jak za dawnych dobrych czasów. Statek okazał się słabo sterowny, zwłaszcza przy niewielkiej prędkości. Tylko taką można było w awanporcie rozwinąć, dla tego o mały włos nie spowodowaliśmy kolizji z wchodzącym do portu pasażerem.

Stary omal nie pogryzł sterującego wówczas mojego zmiennika. Inna rzecz, że wyznaczając go do steru nawet nie zapytał, czy ten kiedykolwiek dotykał tego urządzenia, a jak się okazało, to był właśnie jego pierwszy raz.

Na łowisko w rejon Falklandów płynęliśmy kilka dni, wachty na sterze zmieniały się w normalnym cyklu. Powoli nabieraliśmy wprawy, statek już nie uciekał z kursu po kilkanaście stopni, trzeba było uważać i wyprzedzać sterem ruch tarczy kompasu. Niestety urządzenie to ma sporą bezwładność, tarcza reaguje na zmianę kierunku ze sporym opóźnieniem. Dla przyzwyczajonych do pracy kompasu żyroskopowego, który natychmiast wskazuje każde odchylenie od kursu (pod warunkiem że jest sprawny), była to pewna trudność.

Pamiętam taką noc, tuż przed dotarciem na łowisko, kiedy to ocean postanowił dać nam nauczkę, wiało blisko granicy skali, a czasami powyżej, więc o płynięciu nie było mowy, statek sztormował bardzo „małą naprzód”, zachowując się przy tym jak dobrze wyczerpany nocnymi hulankami w portowych knajpach marynarz. Miałem pełne ręce roboty usiłując utrzymać dziób na wiatr, nie udało mi się jednak doprowadzić choćby do chwilowego zatrzymania chyboczącej się tarczy.

W taką noc na mostku panuje cisza, mrok rozświetlany jedynie wyciemnionymi tarczami urządzeń wskazujących, oficer wachtowy wbity w fotel przy prawym radarze, drugi marynarz zaparty o szot przy lewym, obaj usiłujący przebić wzrokiem ciemność za oknami. Statek co chwila walił tępym, wysokim dziobem w nadbiegające fale, które przelatując z łoskotem nad mostkiem spadały na pokład szalupowy, a czasem i na trałowy.

Trochę dziwne uczucie, w porcie wydawało się, że ta ponad 20 metrowej wysokości, potężna maszyna jest nie do zniszczenia. Teraz jednak, kiedy ten wielki kadłub wspinał się mozolnie na górskie grzbiety fal, by po chwili spaść po drugiej stronie w podstawę kolejnej, przyjmując na siebie tysiące ton rozpędzonej wody, ta pewność była jakby mniejsza… Po każdym większym ciosie, jeden z nas biegnie na pokład trałowy sprawdzić, czy fala nie porwała ze statku szalup, bądź włoka.

W pewnym momencie wpadliśmy z Drugim na „genialny” pomysł, że jeśli dołożymy chociaż z węzeł na szybkości, to statek będzie bardziej sterowny. Oczywiście nasza kabaryna natychmiast przywaliła w fale z taką siłą, że Stary wypadł z koi na podłogę, wprowadzony tym w znakomity nastrój, wpadł „radośnie” na mostek i kwiecistym wystąpieniem oratorskim wybił Drugiemu wszelkie „racjonalizatorskie” pomysły z głowy.

Noc przetrwaliśmy w całości, okazało się że płynąc z prędkością 5 węzłów po wodzie, w rzeczywistości statek cofnął się nad dnem 35 mil morskich…

Sztorm minął, ale już przy śniadaniu poczuliśmy skutek kolejnej technicznej usterki, chłodnia spożywcza nie trzymała temperatury, która zamiast stać na poziomie około 2-5 stopni C, trzymała ją w granicach 0 do 18, taka sytuacja zaskutkowała śmierdzącą siarkowodorem jajecznicą, cały dalszy rejs przebiegł pod znakiem zapachu zepsutych jaj, który ulatywał jedynie na kilka dni po pobraniu świeżego prowiantu.

Odtąd ograniczałem spożycie tego skądinąd wspaniałego produktu (podobnie jak inni) jak tylko się dało, śniadania bez jajek, kotlety schabowe sote itd. Jednak już wkrótce mieliśmy „zapaszek” w makaronach do zupy mlecznej i rosołu, w wypiekach a nawet… chlebie. Tak, to był zdecydowanie śmierdzący rejs.

Bliźniaczy „Kaszalot” miał większy problem, okazało się, że statek brał wodę, nie dużo ale jednak w zęzach przybywało, co gorsza, niektóre zbiorniki wody pitnej też były dziurawe, więc chłopcy mieli wodę słonawą…

Jak cała flota, tak i my używaliśmy (wbrew przepisom, rzecz jasna) szalup do komunikacji z innymi statkami, także do wożenia prowiantu i innego zaopatrzenia, chociażby paczek pustych kartonów. Tu też dał się we znaki stan techniczny jednostki.

Podczas postoju w zatoce przy Falklandach, oczekując na miejsce przy bazie pożyczaliśmy kartony do ryby innemu statkowi. Oczywiście przy pomocy szalup. Podczas spuszczania jednej z nich pękła spróchniała konopna lina w talii, rufa szalupy poleciała dziobem w dół, a gwałtownie zwolniony drewniany blok talii uderzył jednego z marynarzy w twarz, wybijając chłopakowi większość zębów.

Cały rejs obfitował w różnego rodzaju niespodzianki wynikające właśnie z kiepskiego stanu technicznego. Był to skutek pomysłu obniżania kosztów eksploatacyjnych przez wymiany samolotowe. Załogi nie związane ze statkiem nie dbały o niego, starając się jedynie jakoś doczekać końca, dwie-trzy godziny na przekazanie tak skomplikowanej maszyny kolejnej załodze to na prawdę niewiele. W moim odczuciu (choć to pewnie spore uproszczenie) to dzięki temu flota uległa przyspieszonej dekapitalizacji…

fot, tekst W.S.

Koniec Drogi Początek DROGI

Stanął na podeście przystawionych właśnie do wyjścia z samolotu schodków i nabrał gorącego powietrza w płuca, rozglądając się przymrużonymi w jaskrawym słońcu oczami.  

-No i jestem!-pomyślał, a zaraz potem – Boże! Co za widok!
Jego wzrok niczym nie zatrzymywany popędził ku majaczącym na horyzoncie Górze Stołowej. Pas lotniska w drgającym z gorąca powietrzu, przechodził w spaloną słońcem równinę a potem w płaskie góry przylądka Dobrej Nadziei, Kapsztad!

Naciskający z tyłu marynarze oraz ospowaci stewardzi South African Airways nie pozwolili na zbyt długą kontemplację, wymuszali zejście w dół.
Trzeba było opuścić opasłe, chłodne wnętrze Boeinga 737 i zanurzyć w afrykańskie, gorące powietrze…

Autokary już czekały, krótka odprawa i rozpoczął się ostatni odcinek podróży, do portu. A podróż ta nie była ani krótka ani łatwa…

Udało mu się zająć miejsce przy oknie… Krajobraz ruszył z miejsca przesuwając się ku tyłowi, niestety góry znalazły się po przeciwnej stronie, więc zmęczony podróżą pozwolił myślom biec swobodnie…

Dopiął swego, wreszcie po latach starań, marzeń, „podchodów” jego droga dobiegła do celu… Za chwilę stanie na pokładzie trawlera… Przypomniał sobie kiedy udawało mu się wejść na pokład któregoś ze statków, kiedy to było pierwszy raz? Chyba w Szczecinie, kiedy jako pracownik WSM odbierał z Emilii Gierczak eksponaty dla Pracowni Biologii Morza. Pudła z zakonserwowanymi rybami, krabami, mięczakami stały na pokładzie głównym pod windą trałową, nic dziwnego, że nie w środku, smród formaliny walił w nozdrza już kilka metrów wokół.

Z nostalgią wspominał piękny statek, ładna sylwetka białego burtowca, jednego z ostatnich parowców. Długi, wąski komin sterczał zadzierzyście z nadbudówek, wysyłając w przestrzeń delikatną smugę pary… Już wówczas wiedział, że to jest jego życie, jego powołanie, wyobraźnia powodowała, że prawie czuł dygotanie i kołysanie pokładu… Może kiedyś…

No i jest… Właśnie teraz…

Zdezelowany autobus trząsł i hałasował, podnieceni rybacy hałasowali nie mniej, zmawiając się kto z kim będzie mieszkał. Na polskich trawlerach kabiny załóg były dwuosobowe… Spore ilości napojów o wysokiej zawartości paliwa, spożyte podczas prawie dwudziesto godzinnego lotu, także robiło swoje. No i to podniecenie niewiadomą przyszłością, jaki okaże się statek, jaki stary, jak załoga? Pół roku przed nimi. Jest o czym myśleć, o czym gadać. Nie mówiąc o pozostawionych w zasnutym zimową mgłą kraju…

Tymczasem niska zabudowa przedmieść niepostrzeżenie zmieniła charakter, małe domki stawały się coraz ładniejsze, coraz większe by po zjeździe estakada ustąpić miejsca drapaczom chmur. Miasto uderzało brakiem ludzi, gdzieniegdzie ktoś przechodził ale przecież to jedno z największych miast w kraju, Życie powinno tętnić, tłumy przewalac chodnikami w tę i z powrotem. A tymczasem tutaj, jak w stanie wojennym, pustka. Rzeczywiście, przypomniał sobie ostrzeżenia, przecież tu prawie stan wojenny. Apartheid, policja, zamordyzm, strach… Jak dużo podobieństw do tego co zostawił w kraju…

Kapsztad keja

Tymczasem autobus znalazł się w porcie, kontrola przy bramie i ruszył. widać dźwigi, suwnice, sterty kontenerów, jakieś zabudowania i statki. Po prawej kilka stalowo szarych okrętów, pewnie port wojenny, ale po lewej samochodowiec, jakiś roro i białe koreańskie rybaki, a za nimi piętrzy się potężna sylwetka.

-Jest, jest sqsyn!

Wrzasnął wielki chłop, który i tak całą drogę hałasował najbardziej, poruszenie- autobus stanął pod wysoka burtą B-18, potężnego trawlera o sylwetce transatlantyka z lat trzydziestych… SEJWAL, od tej chwili jego dom na kolejne 6 miesięcy…