Archiwa tagu: włok

Człowiek za burtą

 

Człowiek za burtą

…cztery godziny od nas „Bonito” zgubił podczas wydawania trału człowieka…

Koniec marca 1986r, na południowym Atlantyku to początek jesieni, m/t Sejwal (B-18), duży, dość stary trawler przetwórnia pod dowództwem kpt. Artura Filutowskiego. Statek właśnie dotarł na łowisko w rejonie Wysp Falklandzkich, pogoda pod psem.

Flota sztormuje od kilku dni, wiatr dochodzi do 12st B. Sejwal także, praktycznie nie posuwając się do przodu dziobem pod falę i wiatr wspina się z mozołem na wodne góry, by po chwili spaść w dół waląc tępym dziobem w kolejną, nadbiegająca falę. Cały statek jęczy i drga za każdym takim uderzeniem.

Wszyscy już mają dość ogłupiającego wycia wiatru, wiecznej huśtawki i podrygów kadłuba ciężko pracującego na fali. Tydzień na łowisku bez wydawania włoka, to duży stres nie tylko dla dowództwa, marynarze snują się z kąta w kąt, ile można udawać że się pracuje?

Któregoś dnia jednak, wraz z zapadnięciem ciemności wiatr wyraźnie „odpuszcza”. Nagle wycie w olinowaniu cichnie, a agresja fal słabnie momentalnie. Mimo to rozhuśtany ocean wozi statek na kilkumetrowych falach, jakby to była łódeczka z kory w wannie rozbrykanego dzieciaka. Dzwonki alarmowe wołają wachtę pokładową na górę. Będziemy wydawać.

Staję w drzwiach za windą trałową by popatrzeć jak chłopcy dają sobie radę w tych warunkach. Oświetlony pokład, na tle przelatujących wokół czarnych gór wody wygląda niesamowicie, rufa celuje w niebo, by po chwili znaleźć się w potężnej czarnej przepaści i tak na zmianę.

Ten taniec nie ułatwia pracy na pokładzie, chłopcy starają się trzymać z daleka od zsuwającego się ze slipu włoka, stalowe „walizki” z głośnym turkotem znikają w oceanie. Po chwili już pracują kable, winda z pomrukiem powoli wysnuwa grube stalówki… Udało się, wszystko poszło jak należy. Chłopaki jednak schodząc z pokładu klną w żywy kamień,

-Żesz qrwa nie mógł z tym wydawaniem zaczekać z dwie godziny, ręka Boska, że nikt nie poleciał! Tak mu się to tej p…nej ryby spieszy! A ludzie to h..j?!

Zeszliśmy na dół, po chwili jednak poczuliśmy hałas strzelających kabli, co jest! Coś mu się popieprzyło? Jakieś problem z siecią? A może tylko skraca kable? Ale nie, winda pracuje w dalszym ciągu i to szybko, pełnym gazem!

Dzwonki wzywają pokładowców do wybierania. Jasny gwint! Co się stało? Po chwili już wiadomo, as przyniósł z mostku wiadomość, cztery godziny od nas „Bonito” zgubił podczas wydawania trału człowieka.

-No tak, u nich też się stary h… spieszył do ryby! Nic dziwnego, że któryś poleciał!

Tymczasem winda pracowała na full. Po chwili mieliśmy dechy przy bramie, tak szybko jeszcze nigdy nie szło przepinanie kabli, za chwilę mieliśmy worek na pokładzie, a statek kładł się w ciasnym zakręcie na południe, tym razem nikt nie miał za złe, że wszystko wewnątrz statku szalało jak podczas rybackiej delirki.

Stary nie zważając na stan morza jechał całą naprzód. Na mostku radio pełne było zgłoszeń jednostek płynących na miejsce zdarzenia. Zgłaszali się Rosjanie, Japończycy, Koreańczycy. Dowodzący akcją ustalał obszar poszukiwań przydzielając poszczególnym jednostkom kwadraty po przeczesywania.

Jiggersowce oświetlały obszar poszukiwań

Jiggersowce, niczym latarnie ze swoimi potężnymi świetlnymi girlandami zostały ustawione tak, by oświetlały jak największy obszar oceanu. Kiedy dopłynęliśmy w wyznaczony nam kwadrat, wokół mimo środka nocy panował niezbyt ciemny półmrok. Wszyscy ubraliśmy się ciepło, załoga została podzielona na dwu-trzy osobowe zespoły, każdy z nich dostał swój sektor wokół statku do obserwacji. Wszystkie reflektory, szperacze zostały skierowane na wodę. Rozpoczęliśmy poszukiwanie.

Wokół kręciły się inne jednostki, tak jak my używające do świecenia wszystkiego czym dysponowały. Nad tą potężną flotą co chwila przelatywały wojskowe samoloty z brytyjskiej bazy na Falklandach. Zdawaliśmy sobie sprawę, że szukamy już tylko zwłok. Po czterech godzinach, jakie nam zabrało dopłynięcie na miejsce, nie było szansy odnalezienia żywego człowieka. Mieliśmy wytyczne niezbyt dokładne, marynarz miał żółty kask, kamizelkę samo napełniająca się i żółty sztormiak, poszło za nim koło ratunkowe, a więc wiadomo było czego wypatrywać.

Wypatrując w ciemności oczy, wszyscy czuliśmy to samo, bezsilność i żal ściskający gardło. Trudno o bardziej paskudne uczucie. Koło czwartej nad ranem flotę obiegła wiadomość, Bonito zameldował o zauważeniu topielca, po chwili jednak ukaefka wypluła sprostowanie, to tylko kask. Później ktoś znalazł koło, niestety, to był koniec sensacji.

Brytyjczycy z bazy na Falklandach włączyli się do poszukiwań
Brytyjczycy z bazy na Falklandach włączyli się do poszukiwań
Poszukiwania człowieka zgubionego przez "Bonito"
Poszukiwania człowieka zgubionego przez „Bonito”

Rano statki zaczęły się rozpływać, każdy na swoją pozycję łowczą. Także i my po dwunastu godzinach przerwaliśmy poszukiwania, „Bonito” pozostał sam kontynuując, zgodnie z prawem morskim poszukiwania.

Lekarz okrętowy, skądinąd znakomity fachowiec, na lądzie pracownik oddziału zakaźnego jednego z bydgoskich szpitali, na statku zupełnie zielony i słynny ze swoich morskich fopaux stwierdził:

-Właściwie, statystycznie rzecz biorąc, to nie stało się nic strasznego, jeden wypadek śmiertelny na tylu tu pracujących…. to niewiele.

To nas qrwa pocieszył!

W.S.

Poczta z domu, zawsze powodowała emocje.

Poczta z domu, zawsze powodowała emocje.

To były czasy, kiedy prawie jedynym sposobem otrzymywania wieści z domu była poczta, zwykła, tradycyjna. O komputerach jedynie się słyszało legendy jakieś, a emaile były czystą science fiction.

Z lądu listy wysyłane były na adres agenta w mieście portowym, z którym armator miał umowę agencyjną. Od niego zabierał listy statek wychodzący z portu na łowisko. Tam, w morzu następowało rozwożenie poczty lub dostarczano ją na statek bazę, z którą prędzej czy później statki się komunikowały.   

Wiadomo, że w morzu poczta z domu należy do najważniejszych modulatorów dobrego samopoczucia. Operacja przekazywania poczty była jedną z  ważniejszych dla nas wszystkich, połowa załogi wpatrzona w rzuconą z ”pocztowego trawlera” do wody beczkę z listami  siłą woli trzymała ją w zasięgu wzroku, by broń Boże gdzieś między falami nie zniknęła, bo i tak się zdarzało.

Statek dochodził do przesyłki, ktoś rzucał kotwiczkę na linie, czasem pudłował, czasem trafiał od razu. Wszystko to śledzone było przez załogę z zapartym tchem. Napięcie  sięgało zenitu, kiedy bekę w końcu wciągano na pokład, otwarto a listy rozdzielano…

Czasami, kiedy pogoda pozwalała, a kapitanowie byli bliskimi kumplami i chcieli pogadać “w cztery oczy”, lub było do przekazania coś cenniejszego,  spuszczano szalupę. Wówczas napięcie oczekiwania na listy trwało nieco dłużej, w końcu jednak poczta trafiała na pokład.  Łatwo było rozpoznać tych co listy z domu dostali…

Nie  zawsze jednak wszystko przebiegało zgodnie z życzeniami rybaków. Czasami statek z pocztą szedł na łowisko oddalone o kilka dni  drogi, nie każdy kapitan rzucał robotę by popłynąć po listy. Kuriozum okazała się sytuacja, kiedy kapitan „Sejwala”  odmówił popłynięcia po listy do bazy odległej o kilka dni drogi, jednak kiedy skończyły się papierosy w kantynie, nie  opierał się i pognaliśmy na Falklandy co koń wyskoczy (stary palił oczywiście).

Jednak najbardziej przykrą sytuację przeżyłem na “Otolu”, kiedy poławialiśmy ostroboka na południowym Pacyfiku.

Pogoda, jak to w ryczących czterdziestkach i pięćdziesiątkach. Buro, ponuro, wiatr wyjący w olinowaniu, pędzące jedna za drugą góry wody, między którymi nasza 417-stka  chowała się jak królik w bruździe. Praca na pokładzie i w przetwórni ciężka, w związku z tym i humory takie sobie.

Po jakimś miesiącu  połowów dostaliśmy wiadomość, że któryś trawler z Gryfu płynie z Talcahuano w naszym kierunku z pocztą. Mieliśmy spotkać się po  południu, dobrze się składało, bo wiatr zelżał i była nadzieja na bezproblemowe przekazanie paczki. Rzeczywiście, kiedy  „gryfik” (nie pamiętam już nazwy) pojawił się w odległości kilku kabli, ocean był już w miarę spokojny, jednak  widoczność szybko spadała, bo nadchodził zmierzch.

Stojąc przy burcie obserwowaliśmy ze zdumieniem poczynania marynarzy  na statku obok. Wyraźnie przejawiali nadnaturalną wesołość, widać było, że zapasy alkoholu zabrane z portu jeszcze się nie wyczerpały.  Najbardziej jednak zaniepokoił nas sposób przygotowania transakcji. Zamiast załadować listy do plastikowej beczki, panowie owi włożyli je do słoja, słój do worka  plastikowego i wyrzucili całość do wody tak niefortunnie że słój uderzył o ich burtę, stłukł się i zatonął… Nie  pamiętam w ciągu tych kilku lat pływania takiej wściekłości jaka opanowała wówczas całą załogę…

W.S.

Indiańskie perypetie Piotra

Indiańskie perypetie Piotra  

Kanadę było widać na każdym kroku. A to przejechał olbrzymi pickup z napisem „Grizzly Security”, prowadzony przez ogromnego  chłopa w jeszcze większym kapeluszu, ze sterczącymi z platformy drabinami, dragami i innym sprzętem.

.  Do Vancouver wchodziliśmy „Otolem” wieczorem, światła Down Town odbijające się w wodzie robiły niesamowite wrażenie.  Jednak nas postawiono po przeciwnej stronie, w stoczni na North Vancouver. Jeszcze tego wieczora wybraliśmy się w  krótki obchód okolicy. Nie bardzo było co oglądać, bo ta część miasta jest peryferyjną sypialnią dla metropolii. Małe  domki w ogródkach i tyle.

Kanadę było widać, oczywiście, a to przejechał olbrzymi jeep z napisem „Grizzly Security”, prowadzony przez olbrzymiego  chłopa w jeszcze większym kapeluszu, ze sterczącymi z platformy drabinami, dragami i innym sprzętem. A to na skwerku  chłopiec spacerował z oswojona łasicą w szelkach.

A to znowu kawałek dalej gościu w indiańskiej kurtce wyprowadzał na  trawkę „psa”. W tym ostatnim przypadku może nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie to że pies był „niewidzialny”, widać  było jedynie kaganiec od którego łukiem do ręki właściciela biegła sztywna „smycz”. Tym niemniej pies energicznie  szarpał pana za rękę, ciągnąc go pod coraz to inny krzaczek czy słupek, który obiegał, obwąchiwał, zatrzymywał się  wyczekująco, pewnie w tym momencie podnosił niewidzialną łapkę.  

Oczywiście pierwsze oceny nowego dla nas kraju były negatywne, mieli kiepskie, słabe piwo. Po piątej w piątek można  było sobie o beerku jedynie pomarzyć, a picie z butelki na ulicy skutkowało natychmiastowym pojawieniem się policjanta,  no a z tymi nie było żartów. Zresztą zostaliśmy o tym ostrzeżeni, tak że obeszło się bez incydentów, poza jednym  napomnieniem.  

Następnego dnia okazało się że jeden z rybaków, Piotrek nie wrócił na noc na statek, po południu jednak pojawił się na  swojej wachcie. Opowiedział że w pubie poznał miejscową Indiankę, zapałali do siebie na tyle silną sympatia, że  zaprosiła go do swojego domu, no a tam sprawy potoczyły się tak iż pozostał na noc.  

Piotrek był niezbyt wysokim, ale za to „rozłożystym” mężczyzną, z szerokimi ramionami,  potężną klatą, obfitą blond czupryną nad niebieskimi oczami. Tutejszym kobietom musiał się podobać.

Znajomość Piotrka z czarnowłosą pięknością podczas postoju statku nabierała rumieńców, Piotrek mimo, że w kraju miał  żonę i dwoje dzieci zastanawiał się nad przyjęciem propozycji swojej squaw, żeby się z nią ożenić i tu się osiedlić.  Chłopak był w sporej rozterce, dostarczając reszcie załogi tematów do plotek, żartów i docinków.  

Któregoś dnia „Otol” został dość niespodziewanie przeholowany na drugą stronę kanału, w pobliże centrum, przycumowaliśmy przy nabrzeżu cukrowym. Piotrek  oczywiście był u swojej kobiety, jak sam ją określał, czując się pewnie po części Indianinem. Jakież było jego  zdumienie, kiedy przyszedł do portu na wachtę, a statku przy nabrzeżu ani widu ani słychu.

Jak później wspominał, popadł był w lekką panikę…  Jednak Nataly okazała się być dość przedsiębiorcza i po wykonaniu kilku telefonów do władz portowych ustaliła nasze  miejsce postoju, przywracając Piotrkowi równowagę ducha, zdobywając jednocześnie kolejne punkty u swojego „wodza” .  

Oboje przyjechali na statek taryfą, wtedy to po raz pierwszy mogłem zobaczyć wybrankę piotrkowego serca. Jak się  okazało była to całkiem sympatyczna, bardzo okrąglutka, jak na tutejsze autochtoniczne piękności przystało, skośnooka,  szeroko uśmiechnięta kobietka.  Postój minął dość szybko, Nataly wylewnie żegnała swego marynarza, obiecując pisać i czekać- słowem ideał żony marynarza.  

Już przy pierwszym podejściu do bazy Piotr otrzymał kilka listów od Nataly. Nie należał do zdolnych lingwistycznie, więc  prosił każdego, kto choć trochę znał język angielski o tłumaczenie.  Do mnie przyniósł list w którym urocze dziewczę po wielu słowach łatwych do przetłumaczenia nawet dla Piotrka, donosiła  że ma dla niego niespodziankę!

Ten zamiast się ucieszyć, zbladł  – O cholera, co też ona tam zmalowała! – zastanawiał się głośno.  A ja niewiele myśląc palnąłem- Jak to co, zaszła w ciążę! Chłopie jesteś udupiony, wystarczy że dziewczyna powie  władzom kto jest ojcem i obywatelstwo kanadyjskie masz załatwione! Cieszysz się!?  Piotrek pobladł jeszcze bardziej i gwałtownie wypadł z kabiny. No i zaczęło się. W pewnej chwili już pożałowałem, że  zachciało mi się tak głupio zażartować, a Piotrek marniał w oczach. Nie pomagało pocieszanie, odwoływanie, wymyślanie  innych prezentów. Wyglądało na to, że uczucie do Nataly wyparowało, a z gwałtownością wodospadu naszło go uczucie do  rodziny pozostawionej w kraju.

Zaczął się głośno zastanawiać jak by tu wrócić do Polski omijając szerokim łukiem  Kanadę. Niestety, czy też może stety, żaden ze statków na łowisku nie planował powrotu, pozostawały łącznikowce, ale to  znowu spory koszt.  W ostatnim liście przed zejściem z łowiska Nataly pisała, że wie już kiedy będziemy w Vancouver, będzie tęskniła,  przyjedzie Piotrusia przywitać oczywiście, razem z niespodzianką.  Piotr był zdesperowany, ale w końcu pogodził się z czekającym go losem.

Cała załoga z napięciem śledziła rozwój  sytuacji, co poniektórzy zakładali się co też Indianka przygotowała Piotrowi, jedni stawiali na ciążę, inni na jakiś  prezent, statek huczał od spekulacji…  Toteż nic dziwnego, że podczas podejścia do kei wszyscy wolni od manewrów wisieli na burcie wypatrując piotrkowego  potomka w brzuchu czekającej na kei Nataly.  

Jednak kobieta naszego pogromcy niewieścich serc nie wyglądała na okrąglejszą niż przed wyjściem w morze…  Wątpliwości rozwiała rozpromieniona twarz Piotra, kiedy wrócił z pierwszej randki, Nataly w ramach tak szeroko  komentowanej niespodzianki… kupiła swojemu mężczyźnie złoty łańcuszek.

No cóż, w ramach męskiej przyjaźni, połowa załogi nie kryła rozczarowania… ale to pewnie li tylko przez zazdrość.

North Vancouver i Góry Skaliste
North Vancouver i Góry Skaliste

Fot. i tekst W.S.

Copka. Czyli Jasiowa przygoda, w której omalże nie stracił swego ukochanego nakrycia głowy, ze nie wspomnę o życiu…

Copka

Czyli Jasiowa przygoda, w której omalże nie stracił swego ukochanego nakrycia głowy, ze nie wspomnę o życiu…

Ludzie na statkach przywiązują się do najdziwniejszych rzeczy…

Często podczas postoju w oczekiwaniu na swoją kolej rozładunku przy bazie, statki dokonywały między sobą różnych „transakcji”.

Najczęściej było to wzajemne uzupełnianie stanów opakowań tekturowych do ryby. Bywało, że statek, który właśnie przyszedł z kraju miał pełne ładownie tego dobra, a inny po kilku miesiącach pracy nie miał ich prawie wcale. Toteż przewoziliśmy je statkowymi szalupami korzystając z osłoniętych wód w zatoce. Nie było to zgodne z przepisami, ale wobec braku innych możliwości (trawlery nie miały na pokładzie odbijaczy, żeby móc stanąć burta w burtę), metoda ta była stosowana powszechnie.

Szalupy nie przystosowane do przewozu ładunków czasami stwarzały zabawne, a czasami groźne sytuacje. Jedna z nich miała miejsce na zatoce Berkeley na Falklandach (chyba tak się zwała ta zatoka). Pobieraliśmy ładunek kartonów z któregoś odrowskiego trawlera. Jako że to nam były one potrzebne, transakcja odbywała się naszymi dwiema szalupami. Na każdej z nich był dowodzący oficer, motorzysta i dwóch marynarzy. Każda brała na siebie dwa hiwy kartonów spiętych liną i podjeżdżała do naszej burty. Tutaj rener bomu wpinany był kolejno w każdą z lin i paczki wędrowały jedna po drugiej na pokład.

Podczas jednego z unosów, jakieś półtora metra nad szalupą paczka wysunęła się z opaski i kartony runęły na szalupę. Jeden z marynarzy, oczywiście był to nieco gapowaty Jasiu, zepchnięty impetem spadającego ładunku znalazł się w lodowatej wodzie, przysypany kartonami. Po chwili wychynął na powierzchnię wypchnięty samo napełniającą się powietrzem kamizelką. Chłopcy z szalupy natychmiast wciągnęli go na burtę, a zaraz potem wyciągnęliśmy go całego dygocącego, w szoku termicznym na pokład, woda miała niewiele ponad 4st.C. Jasiem natychmiast zajął się lekarz, gorący prysznic i herbata z „prądem” okazały się nadzwyczaj skuteczne.

Jasiu przez cały czas, od wychynięcia na powierzchnię, po gorący prysznic przez szczękające zęby, trzęsąc się wykrzykiwał: mmmmoja cocococopka, sususuukajcie mojej copki, moja copka!

No tak, Jasiu był znany ze swego wyjątkowego przywiązania do swojej, latami noszonej „szczęśliwej” czapki. A gustowną czapeczkę Jasia chłopcy także wyłowili, potem długo jeszcze zbierali z wody porozrzucane kartony, coby angole nie daj Boże nie zauważyli śmieci…
Zaś Jasiowe zawołanie stało się wołaniem wytrychem w różnych sytuacjach, niezmiennie budząc wśród rybaków wesołość.

Fot. tekst W.S.

Opowieści Dziadka kontra życie

Opowieści Dziadka kontra życie.

Krótka, nazwa ulicy rozkoszy wszelakich…

Krótka, nazwa ulicy rozkoszy wszelakich, przewijała się w opowieściach Dziadka (i nie tylko zresztą) nieustannie, te kluby nocne i dzienne, te piękności miejscowe, te trunki za pół darmo, chłopaki to jest niebo każdego marynarza, a najlepszym klubem jest klub Marii… Jakie ona ma laski, jak tam można się zabawić!

Załoga Narwala (\’83 Kape Town) to byli bardzo ciekawi ludzie. Jedna trzecia chłopaków (w tym ja) robiła pierwszy w życiu rejs. Dwie trzecie załogi to byli absolwenci świnoujskiej zasramki (Zespół Szkół Rybołówstwa Morskiego w Świnoujściu), jeszcze stara gwardia, z fantazją i obyczajami z pogranicza grypsery. Rejs zapowiadał się więc ciekawie.

Jednym ze starej gwardii był Dziadek. Szczupły, o mikrej postaci, lekko zgarbiony, o potężnej kędzierzawej brodzie i czuprynie. Gdy na niego patrzałem nieodparcie nasuwało mi się skojarzenie z greckimi wojownikami ze starożytnych waz.

To była niewątpliwie barwna postać, uwielbiał opowieści z różnych rejsów, które snuł gdy tylko znalazł wdzięcznego słuchacza. A że załoga w dużej części dziewicza była, chłopaki słuchali Dziadka z rozdziawionymi gębami.

Kiedyś po jakiś imieninach, Dziadkowi, któremu mocno już kurzyło się z kędzierzawego czuba, zachciało się bardzo tańczyć. Jakoś nikt nie chciał „robić” za parę, więc wziął wiszącą na ścianie dużą gaśnicę i z nią w objęciach pląsał po mesie i korytarzach, niczym z czułą kochanką. „Kochanka”ciężka była, a Dziadek niezbyt silny, toteż woziła go od szota do szota na ugiętych z wysiłku nogach, budząc powszechną wesołość załogi.

Innym razem w podobnych okolicznościach (po imieninach kogoś z załogi) miało następujące zdarzenie. Statek szedł z Namibii do Montevideo w Urugwaju na wymianę załogi. W nocy wszyscy mogli spać, na mostku miało służbę dwóch wachtowych i oficer. Jeden z nich opowiadał później, że w środku nocy zauważył, iż w zejściówce prowadzącej z deku na pokład główny pojawiło się światło, a po chwili, zdumiony, ujrzał Dziadka jak szarpie się ze stalowymi drzwiami usiłując je wywlec na pokład.

Jak wspomniałem wcześniej, nie należał on do tzw. „byków”, wręcz przeciwnie, więc też walka z drzwiami w wąskiej i stromej zejściówce była dość trudna. Kiedy już je wywlókł na pokład ku zdumieniu obserwujących go z mostku, wyrzucił je po prostu za burtę. Okazało się, że niedomknięte drzwi od magazynku, który znajdował się tuż obok kabiny Dziadka, uporczywie waliły na fali do tego stopnia, że nie dały mu spać. Tak się tym zdenerwował, że zamiast je zamknąć, wyrzucił drzwi do morza.

Podczas przelotu przez Atlantyk Dziadek opowiadał różne cudowne rzeczy o Montevideo. Dziadek znał tam wszystkich, w związku z tym zupełnie nie ma problemu z „wymianą barterową” z miejscowymi „handlowcami”. W ogóle to oczywiście zabierze nas nowicjuszy przede wszystkim na Krótką. Krótka, nazwa ulicy rozkoszy wszelakich, przewijała się w opowieściach Dziadka (i nie tylko zresztą) nieustannie, te kluby nocne i dzienne(!), te piękności miejscowe(!), te trunki za półdarmo… -Chłopaki, to jest niebo każdego marynarza, a najlepszym klubem jest klub Marii, jakie ona ma laski, jak tam można się zabawić! Już widzieliśmy tę ulicę zalaną blaskiem neonów, tętniącą życiem nocnych klubów, pełnych ponętnych piękności oddających się polskim marynarzom prawie darmo. Aaaaach! Nie mogliśmy się doczekać!

W końcu weszliśmy w ujście La Platy, woda zmieniła kolor z atlantyckiej, niesamowicie przeźroczystej ultramaryny na mętną żółtawą zieleń. Na horyzoncie pojawiła się góra i cienka linia wybrzeża, po chwili mijaliśmy maszty wraków znaczących miejsca, gdzie komuś nie udało się trafić na tor wodny. Gdzieś tu w pobliżu leży na dnie słynny pancernik Graf von Spee, jednak nie udało nam się dostrzec jego masztów. W powietrzu pojawił się zapach grillowanego mięsa. I to jak się okazało była pierwsza, rzucająca się ( w nozdrza) cecha tego miasta, spowite było ono smogiem z niezliczonych palenisk, na których smażono wołowinę, tzw. tutaj asado.

No ale o tym przy innej okazji. Dość powiedzieć, że kiedy już rzuciliśmy cumy, kiedy czas pozwolił zabraliśmy Dziadka, żeby pokazał nam ową słynną Krótką. Dziadek jakoś zmalał, niezbyt chętnie dał się wyciągnąć na ląd, nie mogliśmy zrozumieć o co chodzi. Zrozumieliśmy jednak, kiedy przez wschodnią bramę wyszliśmy wprost na słynną ulicę Krótką zwaną. Kiedyś pewnie była piękna. Kolonialna zabudowa o bogatych zdobieniach, cienista wychodząca na morze… Kiedyś.

Teraz oczom naszym przedstawił się slams z powyrywanymi drzwiami i oknami z futryn, poobijanymi zdobieniami, liszaje, brud, grzyb, w tym wszystkim wynędzniałe lub opasłe bezzębne kobiety nachalnie oferujące swoje usługi… Brrr…..

-Dziadek! Ty notoryczny kłamco!

-Ale chłopaki, to tylko tak w dzień wygląda, w nocy to zupełnie co innego! Teraz te laski co wam opowiadałem śpią!

-Co Ty znowu p…lisz, co tu może być fajnego, przeciecz to jest slums…

-Chłopaki, chodźcie do Marii, zobaczycie jaki super klub!

Dziadek się zwijał, skręcał, usiłował jakoś wyjść z honorem, chociaż malutkim, chociaż z honorkiem. U Marii było pusto, ciemno, dość obskurnie. Dziadek wepchnął nas przez welurowe kotary w wejściu wprost na szefową. Maria, leciwa dama o 300% nadwadze siedziała w fotelu, na przeciw wejścia, a jej dwie pracownice troszkę tylko młodsze ale chyba bardziej tłuste, wdzięcznie rozwierały usta w znaczącej części pozbawione uzębienia, w kuszącym uśmiechu. Wycofaliśmy się w popłochu, szukając Dziadka, który roztropnie unikając naszej zemsty rozpłynął się w gęstniejącym zmroku zapadającym już na słynnej ulicy Krótkiej…

Oczywiście o blasku neonów, którymi tak Dziadek się zachwycał nie było mowy, ba, o blasku choćby jednej latarni ! 😉

W.S.

 

Ach, jak na jeziorkach ładnie ;-)

Galeria Tadeusza Piętki

Jak widać ze zdjęć, sporo czasu spędził na „jeziorkach” trawlerach serii B-20, które w „Odrze” nosiły nazwy polskich jezior. To były piękne statki, miały świetnie wyprofilowany kadłub. Na suchym doku, w oczy rzucała się ich smukła niczym u żaglowca część podwodna. Nic dziwnego, ze jeden z ostatnich, „Gopło” został odkupiony i przebudowany na żaglowiec właśnie. Ale to osobna historia. w.s.

Łapanka

 

Wysiedli z nich mężczyźni w roboczych kombinezonach, wyposażeni w broń długą i krótką, latarki, jakieś długie tyczki i  haki

Już w samolocie lecącym do Afryki Południowej wyczuwało się wśród załogi jakieś napięcie. Rozmowy zbaczały głównie na  czarne dziewczyny, ponoć bardzo chętne i niedrogie, tak opowiadali bywalcy Kapsztadu.

Rzeczywiście na statku od  pierwszej chwili nie dało się nie zauważyć różnej urody czarnoskórych dziewcząt, które oferowały swoje towarzystwo  każdemu chętnemu. Za cokolwiek, mydło, mleko, jedzenie, 1-5 randów… Wielu z chłopaków korzystało z tej możliwości,  nie bacząc na grożące konsekwencje chorób „tropikalnych”.

Zresztą jak mogliśmy się niebawem przekonać służby medyczne  RPA dosyć ostro kontrolowały stan zdrowia miejscowych dziewcząt.  Ja jako młody marynarz, to był mój pierwszy rejs, ograniczyłem się jedynie do obserwowania rozwoju sytuacji. Kiedy jednak dziewczęta zaglądały do mojej kabiny, zwykle nie wychodziły z pustymi rękami. Postępowanie moich kolegów wydawało mi  się niegodne marynarza (byłem młody i głupi, napakowani wzniosłymi ideami itd…) ;-).

W każdym razie w wielu kabinach  dziewczęta zamieszkały piorąc i sprzątając w zamian za codzienne posiłki i czułości, jakich nasi chłopcy im nie  szczędzili.  Podobna sytuacja była na innych statkach stojących przy naszej kei.

A stały tam wówczas dwie jednostki koreańskie i duży  portugalski trawler. Na Koreańczykach mieszkało spore stadko czarnoskórych piękności, wyglądało na to, że każdy z tamtejszych  rybaków miał swoją towarzyszkę niezależnie od zajmowanego stanowiska. Widać było, że tworzyli zgodną „rodzinkę”. Razem  spożywali, posiłki na rufie. Kucali wówczas w kółko nad miskami z ryżem i pewnie rybą, palcami sięgając do ich wnętrza… Wszystko atmosferze w pełnej harmonii ,,rodzinnego” szczęścia. Razem wychodzili do miasta, razem też wracali..

Kiedyś kiedy miałem akurat wachtę przy trapie, moją uwagę zwróciły ostrzegawcze krzyki i gwizdy z trawlera, który  stał bliżej wyjścia na ląd. Na Koreańczykach nastąpił popłoch, dziewczęta zniknęły z pokładu niczym zdmuchnięte  wiatrem.

Po chwili pod burtę statku zajechały dwa policyjne samochody, osiatkowana „buda” i osobowy taunus. Wysiedli z  nich wysocy, dobrze zbudowani mężczyźni w roboczych kombinezonach, wyposażeni w broń długą i krótką, latarki, jakieś długie tyczki i haki.  

Panowie owi wkroczyli na pierwszy z brzegu statek. Po krótkiej, acz gwałtownej wymianie zdań z oficerami, którzy głośno  protestowali przeciw najściu, nie zważając na nic policjanci przystąpili do przeszukiwania jednostki. Co jakiś czas  wyprowadzali przez trap do „suki” kolejną, opierająca się, krzyczącą wniebogłosy dziewczynę. Rybacy biegali w  desperacji wielkiej po pokładzie, ale niewiele mogli zrobić.

Buda powoli zapełniała się. W końcu wyprowadzono  najatrakcyjniejszą panią, niesamowicie zgrabną czarna „laskę”. Nazywaliśmy ją między sobą Josephina. Była wysoka, szczupła, nogi długie i silne, krągłości strome i niezwykle obfite. Miała atrakcyjną twarz z wielkimi oczami i jeszcze większymi firanami rzęs, zmysłowe usta i bujne, wyprostowane, misternie upięte w kok włosy Każde jej pojawienie się w zasięgu wzroku powodowało żywsze wydzielanie testosteronu każdego z rybaków w pobliżu. Za to kiedy się odezwała skrzeczącym, wulgarnym głosem, poziom testosteronu wracał natychmiast do normy. Przypuszczaliśmy, że „należy” do kapitana jednostki. Rzeczywiście, stary wybiegł za nimi tłumacząc i jej i policjantom coś zawzięcie. Naturalnie nic to nie dało, dama  trafiła do budy, kapitan jedynie wsunął przez pręty kobiecie zwitek banknotów, pewnie „na czarną godzinę”.

Auta szybko  odjechały, a Koreańczycy pogrążyli się w smutku…  Jednak nie trwał on długo. Już po kilku godzinach, na ich stateczkach pojawiły się znajome czarne buźki, co zdecydowanie  poprawiło nastrój u sąsiadów…  Bywalcy z naszej załogi wyjaśnili, że była to rutynowa łapanka, jaką tutejsza policja co jakiś czas przeprowadza w celu stwierdzenia  stanu zdrowotnego „pracujących” w porcie dziewcząt.  W.S

Koniec Drogi Początek DROGI

Stanął na podeście przystawionych właśnie do wyjścia z samolotu schodków i nabrał gorącego powietrza w płuca, rozglądając się przymrużonymi w jaskrawym słońcu oczami.  

-No i jestem!-pomyślał, a zaraz potem – Boże! Co za widok!
Jego wzrok niczym nie zatrzymywany popędził ku majaczącym na horyzoncie Górze Stołowej. Pas lotniska w drgającym z gorąca powietrzu, przechodził w spaloną słońcem równinę a potem w płaskie góry przylądka Dobrej Nadziei, Kapsztad!

Naciskający z tyłu marynarze oraz ospowaci stewardzi South African Airways nie pozwolili na zbyt długą kontemplację, wymuszali zejście w dół.
Trzeba było opuścić opasłe, chłodne wnętrze Boeinga 737 i zanurzyć w afrykańskie, gorące powietrze…

Autokary już czekały, krótka odprawa i rozpoczął się ostatni odcinek podróży, do portu. A podróż ta nie była ani krótka ani łatwa…

Udało mu się zająć miejsce przy oknie… Krajobraz ruszył z miejsca przesuwając się ku tyłowi, niestety góry znalazły się po przeciwnej stronie, więc zmęczony podróżą pozwolił myślom biec swobodnie…

Dopiął swego, wreszcie po latach starań, marzeń, „podchodów” jego droga dobiegła do celu… Za chwilę stanie na pokładzie trawlera… Przypomniał sobie kiedy udawało mu się wejść na pokład któregoś ze statków, kiedy to było pierwszy raz? Chyba w Szczecinie, kiedy jako pracownik WSM odbierał z Emilii Gierczak eksponaty dla Pracowni Biologii Morza. Pudła z zakonserwowanymi rybami, krabami, mięczakami stały na pokładzie głównym pod windą trałową, nic dziwnego, że nie w środku, smród formaliny walił w nozdrza już kilka metrów wokół.

Z nostalgią wspominał piękny statek, ładna sylwetka białego burtowca, jednego z ostatnich parowców. Długi, wąski komin sterczał zadzierzyście z nadbudówek, wysyłając w przestrzeń delikatną smugę pary… Już wówczas wiedział, że to jest jego życie, jego powołanie, wyobraźnia powodowała, że prawie czuł dygotanie i kołysanie pokładu… Może kiedyś…

No i jest… Właśnie teraz…

Zdezelowany autobus trząsł i hałasował, podnieceni rybacy hałasowali nie mniej, zmawiając się kto z kim będzie mieszkał. Na polskich trawlerach kabiny załóg były dwuosobowe… Spore ilości napojów o wysokiej zawartości paliwa, spożyte podczas prawie dwudziesto godzinnego lotu, także robiło swoje. No i to podniecenie niewiadomą przyszłością, jaki okaże się statek, jaki stary, jak załoga? Pół roku przed nimi. Jest o czym myśleć, o czym gadać. Nie mówiąc o pozostawionych w zasnutym zimową mgłą kraju…

Tymczasem niska zabudowa przedmieść niepostrzeżenie zmieniła charakter, małe domki stawały się coraz ładniejsze, coraz większe by po zjeździe estakada ustąpić miejsca drapaczom chmur. Miasto uderzało brakiem ludzi, gdzieniegdzie ktoś przechodził ale przecież to jedno z największych miast w kraju, Życie powinno tętnić, tłumy przewalac chodnikami w tę i z powrotem. A tymczasem tutaj, jak w stanie wojennym, pustka. Rzeczywiście, przypomniał sobie ostrzeżenia, przecież tu prawie stan wojenny. Apartheid, policja, zamordyzm, strach… Jak dużo podobieństw do tego co zostawił w kraju…

Kapsztad keja

Tymczasem autobus znalazł się w porcie, kontrola przy bramie i ruszył. widać dźwigi, suwnice, sterty kontenerów, jakieś zabudowania i statki. Po prawej kilka stalowo szarych okrętów, pewnie port wojenny, ale po lewej samochodowiec, jakiś roro i białe koreańskie rybaki, a za nimi piętrzy się potężna sylwetka.

-Jest, jest sqsyn!

Wrzasnął wielki chłop, który i tak całą drogę hałasował najbardziej, poruszenie- autobus stanął pod wysoka burtą B-18, potężnego trawlera o sylwetce transatlantyka z lat trzydziestych… SEJWAL, od tej chwili jego dom na kolejne 6 miesięcy…

 

Otolek

Otolek

Historia o tym jak ludzie szybko zapominają…  

Praca na dużych trawlerach z załogami liczącymi ponad 70 osób, wymiany załóg, kiedy to na każdy kolejny rejs obsada  była kompletowana od nowa, powodowała silne rozluźnienie więzi międzyludzkich. Bywało, że spotykałem człowieka na  ulicy, wiedząc że go znam, nie mogłem jednak przypomnieć sobie z jakiego statku…  

Zabawną sytuację miałem na „Gople”, kiedy to skierowano mnie do nadzorowania remontu zamrażalni, podczas postoju statku  w stoczni, przed pierwszym zwiadowczym rejsem.  Zaokrętowałem w kabinie motorzystów, na głównym pokładzie. Kiedy już się rozgościłem z maszynowni do kabiny wpadł mój  współlokator, młody chłopak z czarną bujną czupryną i takąż brodą. Skądś go znałem…  

-Cześć – przywitałem się – mam tu z tobą mieszkać.  -Cześć, Czesiek jestem, czy my się skądś nie znamy?  -No właśnie, też mi się tak wydaje, skądś cię znam, może spotykaliśmy się w załogowym?  -No właśnie, pewnie gdzieś w „Odrze”…  

Od słowa do słowa, popłynęły opowieści, jakoś zeszło na psy statkowe, więc pochwaliłem się psiakiem jakiego mieliśmy na  „Otolu”, na Chile. To była bardzo śmieszna historyjka.  Na pokładzie mieliśmy małego psiaka, o imieniu Otol oczywiście, bardzo lubianego przez załogę, a szczególnie przez  kapitana. Pod koniec rejsu z południowego Pacyfiku wysłano nas na północny, na VOC, a na wymianę załogi weszliśmy do Vancouver.

Oczywiście po dobiciu do kei popędziliśmy do  miasta. Wieczorem, gdy wracałem na statek, zauważyłem nerwowo spacerującego po kei ochmistrza. Był to młody, energiczny chłopak, bardzo przyzwoity i dbający o załogę, z tego względu cieszył się naszą sympatią. Zwykle pogodny i uśmiechnięty, tym razem na zadowolonego z życia nie wyglądał. Kiedy spytałem co się  stało, zaczął wyrzucać z siebie urywanymi z targających nim emocji zdaniami.

-A bo te dziadki, qrwa, dawno powinni już być na emeryturze! Ty wiesz że stary kiedy miał celników i całą tę portowa  zgraję wziął do siebie Otolka? Ja zgłosiłem na odprawie, że mamy psa przygarniętego już w tutaj, w porcie, no bo  rozumiesz, to kanadole, te ich przepisy weterynaryjne, kwarantanna, koszty…

-A stary oczywiście, razem z całą resztą  już po dobrej szklance Jonnego, zaczął się z Otolkiem bawić. Celnik mówi, że ładny ten nasz kanadyjski piesek, a stary na  to że nie, że to z Chile… A mnie jak by pokład pod nogami się zapadł! Przecież kłamstwo w deklaracji to kryminał!

-O kurde!-aż podskoczyłem- I co się stało?

-A qrwa! Celnik też stary dziad! Nie skapował się!  

Czesiek przysłuchiwał się mojej opowieści z coraz bardziej rosnącym zainteresowaniem by w końcu stwierdzić:  -Już wiem skąd cię znam, byłem z tobą w tym rejsie!

W.S.