Archiwa tagu: morskie

Pławnice – Historia zwiadu kalmarowego

Radioplawa przy burcie!

Pławnice – Historia zwiadu kalmarowego

Historia zwiadu kalmarowego m/t „Gopło”, który wypróbowywał pławnice na północno-środkowym Atlantyku.

Kalmary, jako alternatywne źródło białka pochodzenia morskiego, a zwłaszcza jako cenny towar eksportowy cieszyły się dużym zainteresowaniem pionu połowów PPDiUR Odra. Zakład Techniki Połowów, w celu zwiększenia obszaru pozyskiwania tych zwierząt podjął próby wdrożenia zupełnie nowej w naszym rybołówstwie dalekomorskim, technologii połów pławnicami oceanicznymi.

Tuż po wojnie nasi rybacy łowili pławnicami śledzia na Morzu Północnym, ale to były zupełnie inne sieci, zupełnie inne rybołówstwo. Pławnicowe połowy kalmara zostały, podobnie jak jiggersy, podpatrzone u Japończyków, którzy specjalizują się w produkcji sieci i całego osprzętu potrzebnego do ich używania.

Przezbrajanie

Przed decyzjami na szeroką skalę, postanowiono przeprowadzić zwiad rybacki na Pacyfiku przy pomocy przystosowanego do tego rodzaju połowów jednego z trawlerów B-20. Wybór padł na m/t”Gopło”. Statek otrzymał podczas prac adaptacyjnych dużą pompę hydrauliczną, która napędzała urządzenia do wybierania sieci i układania jej na pokładzie w przegrodach- lastach. Winda trałowa, jako niepotrzebna, została usunięta.

Na mostku zainstalowano wyrafinowaną na tamte czasy aparaturę, jak echosonda z kolorowym wyświetlaczem, angielski, całkiem porządny radar Kelvina, odbiornik GPS i plotter do nawigacji, odbiornik map pogodowych, radionamiernik, a do komunikacji radionadajnik satelitarny.

Jako zupełne novum w naszej flocie, „Gopło” zostało wyposażone w membranowe urządzenie do odsalania wody morskiej. B-20, jako statek budowany do połowów na Morzu Północnym, miał stosunkowo niewielką autonomiczność, zwłaszcza pod kątem wody pitnej. Zwiad natomiast przewidywał długie, kilkumiesięczne przebywanie statku bez możliwości zatankowania wody, czy to w porcie, czy chociażby z innego statku. Mieliśmy być całkowicie samotni i samodzielni.

Na pokład załadowano kilkaset nylonowych sieci. Nie były to, jak pisała jedna z dziennikarek Głosu Szczecińskiego „płoty z sieci rozciągnięte w oceanie na stalowych linach” (ten tekst przez cały zwiad był źródłem licznych dowcipów). Wręcz przeciwnie, pławnice to były bardzo delikatne żyłkowe, różnego koloru płótna o zróżnicowanych oczkach. Górna krawędź sieci uzbrojona była w pływającą, polipropylenową linkę z pływakami, a dolna w linkę stylonową, która oplatała sznur drobnych kawałków ołowiu. Sieć obszyta na górnej linie w sposób podobny do wieszania przez panie domu firanek, z lekkim naddatkiem. Dzięki temu, mimo iż lina na której była zawieszona w wodzie była naprężona, sama sieć pływa dość swobodnie, niczym właśnie firanka w oknie.

Jeśli chodzi o konstrukcję pławnicy, cała sztuka polega na owym „obszyciu” płótna sieciowego na linach. Tak zbytnie naprężenie jak i za duże „upięcie-zmarszczenie” jej na linach, powoduje wyraźny spadek łowności.

Do układania sieci w specjalnie postawionych przy prawej burcie lastach, zawieszono nad nimi na prowadnicach hydrauliczną układarkę, a do wybierania z wody pławnic zamontowano na lewej burcie wyciągarki. Wszystko napędzane było hydraulicznie dzięki wspomnianej potężnej pompie.

Manewrowość, niezbędną przy podchodzeniu do sieci zapewniał statkowi wmontowany w dziób ster strumieniowy. Jednym słowem statek przebudowano na zupełnie nowoczesna jednostkę łowczą. Jedynie przetwórnia i chłodnia pozostała bez zmian, choć i tam podczas rejsów wprowadzaliśmy (był to projekt racjonalizatorski działu przetwórstwa statku) unikalne w skali floty unowocześnienia, jak chociażby system mrożenia tuńczyka w powietrzu.

W części pacyficznej zwiadu zamustrował na statek Japończyk, jako doradca do spraw łowisk. Jako specjalista do spraw narzędzi połowowych płynął z nami Stasiu Cichosz, pracownik Zakładu Narzędzi Połowowych w Odrze, a jako naukowcy w ramach współpracy ze świnoujskim MIR w kolejnych etapach brali udział Jurek Porębski, Norbert Wolnomiejski i Andrzej Koronkiewicz. We wszystkich (poza środkowym) etapach, kapitanem był Andrzej Kłokodzki . Bardzo cieszyłem się z tej wyprawy, bo spodziewałem się wielu interesujących portów, przygód, jednym słowem wielkiej, romantycznej przygody i… nie zawiodłem się, bywało śmiesznie, bywało ciężko, bywało i tragicznie… ale przede wszystkim było interesująco.

Termoklina

Interesująco było głównie ze względu na nowe narzędzia, a co za tym i metody połowów, poszukiwanie kalmarów, co w ogromnej przestrzeni pełnego oceanu nie było proste. Tutaj dopiero potrzebny był ów słynny rybacki nos, ale przede wszystkim znajomość biologii kalmara, prądów i temperatury wody.

Jednym z częściej powtarzanych na pokładzie terminów było czarodziejskie słowo TERMOKLINA. Ciepłe wody oceanów w głąb mieszają się jedynie w pewnej warstwie, poniżej której ulegają gwałtownemu oziębieniu. Kalmar nie schodzi poniżej tej granicy, owej termokliny właśnie. Chodziło o znalezienie możliwie cienkiej warstwy wody ciepłej, gdzie zwierzęta trzymały się bliżej powierzchni.

Ale to później. Pierwsze kroki jakie postawiłem na GOPLE miały miejsce podczas postoju statku w stoczni w Szczecinie. Tutaj zachwycił mnie piękny, klasyczny zarys podwodnej części kadłuba statku, jeden rzut oka wyjaśniał dlaczego „jeziorka” tak dobrze trzymały się na fali, dlaczego były tak sterowne i dzielne… Nic dziwnego, że właśnie GOPŁO po zakończeniu żywota jako trawler został sprzedany niemieckiemu armatorowi, który przebudował go na oceaniczny żaglowiec szkolny… do dzisiaj pływa pod wspaniałą nazwą „PEACE”, o czym mało kto wie.

W stoczni, jako odpowiedzialny za przetwórstwo zająłem się sprawdzaniem urządzeń i pomieszczeń zamrażalni. Przy okazji ze zdziwieniem odnotowałem spore ilości kolorowego złomu poupychanego w różnych zakątkach przetwórni i ładowni. Jak się okazało, zapobiegliwi marynarze gromadzili towar do wymiany w potencjalnych portach. W pierwszym etapie mieliśmy testować sieci i sprzęt na północnym Atlantyku, w tym rejonie nasza flota tradycyjnie uzupełniała wodę i paliwo w Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich. Tam, jak się dowiedziałem od „bywalców”, bardzo dobrą cenę można było uzyskać za kolorowy złom właśnie.

Tak wyglada lIllex od dzioba

Wreszcie w morzu – „Sztorrrmowa Bossanova”

Czas przygotowań minął szybko, w końcu wyszliśmy w morze. Na Północnym już wiało dość mocno, (jak to zimą, a mieliśmy koniec stycznia roku 1987 ) a komunikaty z Biskajów wyglądały znacznie poważniej. Duże frachtowce zgłaszały wejście do angielskich portów by przeczekać nawałnicę, (wówczas to właśnie usłyszeliśmy przez radio dramatyczne wołania s/y „Dar Bielska”) toteż miałem nadzieję, że schowamy się gdzieś w brytyjskim porcie… ach te angielskie puby i portowe tawerny…

Niestety, stary stwierdził, że pójdziemy „górą” omijając Biskaje w bezpiecznej odległości. Tak też się stało, co nie uchroniło nas przed rozpędzonymi falami-potworami, które rozhuśtane w zatoce dopadały nas mimo wszystko. Statek idąc do nich bokiem kładł się niebezpiecznie jak mi się początkowo wydawało na burtę, jednak widząc jak szybko i z gracją wstaje, by natychmiast położyć się na drugą burtę, nabrałem do niego szacunku, rzeczywiście to bardzo dzielna jednostka. Choć dla kogoś takiego jak ja, który parę lat przebywał na wielkich, oceanicznych trawlerach zupełnie inaczej zachowujących się na fali, to była pewna nowość. Drugiego dnia na Atlantyku, o wczesnym poranku jedna z fal załamała się nad statkiem, wciskając nas na chwilę pod wodę, która przez wszystkie otwarte wywietrzniki chlusnęła do środka. Najgorzej dostało się chłopakom z „manhattanu”- pomieszczeń mieszkalnych załogi, znajdujących się na rufie, poniżej linii wodnej statku. Chłopcy obudzili się pływając w wypłukanej z zenzy mazi. Nie zacytuję tu kwiecistych monologów jakie popłynęły w przestrzeń pod adresem Neptuna i oficerów nawigacyjnych ze „starym” na czele. Całe wydarzenie skomentował prawie natychmiast Jurek Porębski ulubioną przeze mnie piosenką „Sztorrrrmowa bossanova”.* Tak, to było wydarzenie znakomicie zapowiadające liczne „atrakcje” jakie Gopło miało dla nas w zanadrzu przez następne wspólne dwa lata.

Połowy

W końcu jednak ocean się uspokoił, wyjrzało słońce, a nad pokładem szalupowym pojawiły się szare i poplamione, mimo wysiłków zmierzających do uzyskania jako takiej bieli, prześcieradła i poszwy chłopców z manhattanu. Przystąpiliśmy do pierwszych prób sprzętu. Wzdłuż prawej burty po pokładzie rozpięto brezenty tworzące koryto dla sieci, które podczas wydawania wysuwając się z last na śródokręciu, biegły wzdłuż burty wspinając się na pokład szalupowy, aż do rufy, gdzie spływały do wody. Przy czym linka dolna z ołowiem, dzięki specjalnie ukształtowanym w tym miejscu prowadnicom, spływała do wody tuż przed wejściem sieci na pokład szalupowy. Górna z pływakami biegła na górę, na szalupowy. W ten sposób sieć przed wydaniem była rozpięta. Chodziło o zapewnienie płynnego, bezawaryjnego przebiegu skłonnego do zaczepień jadra(płótno sieciowe).

Cała operacja, podczas której każdy członek załogi miał wyznaczone miejsce, bądź na drodze sieci, bądź w rejonie rufy przy podpinaniu boi, bądź na mostku, wymagała wzmożonej uwagi od wszystkich. Statek płynął małą naprzód, pierwszy segment pławnicy dociągnięty do rufy czekał na podczepienie radiopławy i wrzucenie jej do wody. Wyrzucona do wody, pozostająca za rufą statku pława dowiązana na około 40 metrowej lince do zestawu powodowała rozpoczęcie wydawania sieci, która z rumorem pływaków pozostawała za rufą. Załoga czuwała, żeby sieć szła niesplątana, żeby nie było po drodze zaczepów, no i żeby przypadkiem nie zostać porwanym przez nią do wody… Zdarzało się, że buty gumowe jechały do oceanu z siecią, pozostawiając nieuważnego rybaka w skarpetce… co zawsze budziło niepohamowaną wesołość u pozostałych w butach chłopaków.

Podchodzimy do kolejnej plawnicy

Początkowo wydawaliśmy zestaw złożony z 50 sieci o długości około 100 mb. każda, co dawało łącznie około 5000m długości płot. Z obu końców zestawu zaczepione były radiopławy, boje z radionadajnikiem i wysokim około 2 m masztem. Pława nadawała sygnał na określonej częstotliwości o określonej tylko dla niej charakterystyce, który odbierany przez radionamiernik pozwalał określić kierunek w jakim należało płynąc, by zestaw odszukać.

Kiedyś, tzw. lugry, poławiające na Morzu Północnym śledzia pławnicami ( z ciężkiego bawełnianego jadra, trudne do obsługi, ręcznie wybierane) po wydaniu sieci, stały przy nich zacumowane do zestawu na tzw. ropie, linie biegnącej dołem całego zestawu, dzięki temu stateczek dryfował razem ze swoimi sieciami. My jak wspomniałem na początku, uprawialiśmy zupełnie inne rybołówstwo. Sieci bardzo nowoczesne, lekkie, zmechanizowane wydawanie i wybieranie, nowoczesna nawigacja. Wszystko to pozwalało na pozostawienie zestawu i odpłyniecie wiele mil w celu poszukiwania kolejnego miejsca połowu i ewentualnego postawienia tam kolejnych pławnic. Japończycy potrafili postawić kilkadziesiąt takich zestawów na raz.

Nowoczesność nowoczesnością, jednak trudno opisać zdenerwowanie jakie panowało na mostku, kiedy po zrobieniu potężnego koła rozpoczęliśmy poszukiwanie po raz pierwszy wydanego zestawu.

-A jeśli tak ich nie znajdziemy, a jak siądą akumulatory w bojach? No tak, pozycja wydania jest zaznaczona w GPS, ale przecież wieje czwórka, więc wiatr cały zestaw przegonił już ładny kawałek, no i prąd… A zestaw wart masę forsy…

Jednak bojki piskały bardzo dzielnie, po godzinie wypatrywania w kierunku wskazywanym przez pierwszego pokazał się wywijający na fali łamańce maszt pierwszej radiopławy. Uff, radość była wielka, nie ma co, ale teraz kolej na Starego, trzeba podejść do bojki lewą burtą, tak by chłopaki mogli zaczepić ją bosakiem i podjąć na pokład, potem należało tak utrzymać statek, by wyciągane sieci nie ulegały zbyt wielkim naprężeniom.

Trzeci uzbrojony w lornetkę i radio stojąc na dziobie podawał na mostek kierunek i odległość do boi. Stary stojąc przy konsoli steru strumieniowego korygował wysiłki sternika, który trzymał zadany kurs. Pierwszy przy telegrafie maszynowym czuwał nad odpowiednią prędkością statku. Porywisty wiatr odpychający od sieci wysoko wzniesiony nad wodę dziób, trochę utrudniał zadanie, ale w końcu boja pojawiła się przy burcie, gdzie szybko została poderwana na pokład.

Podbora (linka z ołowiem) została założona na wciągarkę, podobnie jak nadbora z pływakami na inną, zwaną piłkami. Pompa hydrauliczna już od pewnego czasu wyła na wysokich obrotach. Rybacy w żółtych płaszczo-sztormiakach obsługujący wyciągarki uruchomili urządzenia. Sieć poczęła przepływać nad burtą z dużą szybkością. Na pokładzie trzech ludzi poprowadziło ją po rozciągniętych brezentach do last, gdzie przy pomocy układarek kierowano je do odpowiednich przegród. Ewentualne ryby, czy kalmary miały być wybierane z sieci w trakcie przesuwania się jej po pokładzie.

Tak zorganizowana praca dawała maksymalną płynność, która została osiągnięta dość szybko. Początkowo nie mieliśmy sukcesów, czasami w pławnicy utknęła ławica bram, raz mieliśmy w sieciach stado (kilkadziesiąt sztuk) rekinów młotów, innym razem zaplątała się potężna manta, wciągaliśmy ją bomem towarowym, bo ważyła grubo ponad 100 kg. Ciekawostką było odkrycie w jej jamach skrzelowych podnawek najwyraźniej nie opuszczających gospodarza, bo ich skóra była pozbawiona pigmentu.

Oczywiście mieliśmy niewielkie ilości kalmara Illex, były to egzemplarze duże, niespotykane w połowach jiggersowych czy trałem. Jednak prawdziwe połowy kalmarów prowadziliśmy dopiero w kolejnym rejsie na Pacyfiku. Przed każdym wydaniem pławnic odbywało się misterium mierzenia temperatury wody, „odprawiane” przez Jurka Porębskiego. Najpierw ładował batytermograf -mosiężna, obciążona rura, zawierająca termograf, zapisujący temperaturę w postaci wykresu krzywej na specjalnie przygotowanej płytce- pierwsza część misterium polegała na załadowaniu owej płytki do „rury”, następnie opuszczenie tego ustrojstwa za burtę z pokładu szalupowego- tam było najwięcej wolnego miejsca na takie zabawy.

Potem następowało wyciągnięcie kilkudziesięciu, kilkuset metrów linki z tym ciężkim draństwem na pokład, najlepiej tak, by szklana płytka nie uległa stłuczeniu, bo w przeciwnym razie całe czary trzeba było powtórzyć. Jurek urządzał zawody dla dwóch rybaków- polegające na tym, który szybciej dobiegnie do przeciwległej burty ciągnąc za odcinek linki urządzenia. W ten sposób chłopcy biegając w poprzek pokładu dość szybko wydobywali czarodziejski sprzęt na powierzchnię, najczęściej szczęśliwie, bo Jurek wpatrzony w wodę zwykle w porę wyhamowywał „wyciągaczy”.

Kolejnym etapem było odczytanie wykresu, czasem, wychodził zamazany, nie do odczytania, częściej jednak wszystko było OK. Wówczas Stary po obejrzeniu faksymili map pogodowych jakie dostawaliśmy co kilka godzin ze stacji brzegowych meteo, podejmował decyzję czy będziemy wydawać czy też tym razem nie…

Kiedy znaleźliśmy się w ciepłych wodach Golfstromu nagle w pławnicach pojawiły się tuńczykowate i to od razu całkiem spore ilości. Były one na pokładzie odgławiane i patroszone, jako duże 4-5 kg zwierzęta nie mogły być zamrożone w tacach, w szafie zamrażalniczej, wobec tego wieszaliśmy je za ogony na hakach w ładowni, gdzie zamarzały. Wobec braku jakiegokolwiek technicznego wyposażenia, radziliśmy sobie wiążąc pętlę ze sznurka do ogona i zaczepiając ją na haku. Nie było to wygodne ani bezpieczne, wziąwszy pod uwagę falowanie, śliską podłogę i ostre haki.

Oprawianie albakory

Wtedy właśnie powstał unikalny projekt zamrażania tuńczykowatych w powietrzu na niewielkich statkach. Wymyśliliśmy uchwyt, wykorzystujący specyficzną budowę trzonu ogonowego tej ryby, który jest silnie spłaszczony u nasady płetwy prostopadle do samej płetwy. Dzięki temu doskonale trzymał się wsunięty w szczelinę naszego zaczepu. Po powrocie do portu na podstawie rysunków stocznia wykonała całkiem sporo takich urządzeń, tak że później wieszanie tuńczyków w ładowni było prawie przyjemnością.

Polacos amigos biznesos

Po około 60 dniach w morzu weszliśmy po wodę i paliwo do Las Palmas, już na skraju avanportu podpłynęła motorówka z miejscowymi biznesmenami, witającymi nas i zachęcającymi do współpracy. Jakiś śniady gościu wymachując rękami wydzierał się wniebogłosy- Polacos amigos bueno bizneso mucho dinero! Very good bizneso, Mi esta Paco! Oczywiście odkrzykiwaniom i odmachiwaniom nie było końca. Wreszcie dobiliśmy do najdalej w morze wychodzącej kei Generalissimusa Franco. Tu już czekały ciężarówki na złom.

Stary po szybkiej odprawie wziął Pierwszego pod mankiet i powędrował w miasto, nie chcąc mieć nic wspólnego z targowiskiem jakie za chwile rozegrało się na pokładzie. Miejscowi chcieli „opanować” statek dogadując się po kabinach z każdym kto miał cokolwiek do sprzedania indywidualnie. Jednak Andrzej, stary wyga, ustawił sytuację natychmiast. -Amigos, aut! Kierownikos biznesos tutaj, here! łamanym narzeczem wprowadził do kabiny najpoważniejszego kontrahenta… no i zaczęło się.

Najpierw negocjowano cenę złomu kolorowego, zza drzwi dochodziły często podniesione głosy -Polakos amigos krejzi? -You are crazy, no, no no…. no bizneso spier… -OK! -klamka drgnęła jakby hiszpan chciał rzeczywiście wyjść, ale nic sie nie stało, przytłumione głosy nadal zaciekle dyskutowały, w pewnym momencie drzwi kabiny otwarły się gwałtownie i zdenerwowany miejscowy negocjator, cały błyszczący od potu, rozdygotany demonstracyjnie opuścił pokład statku. Ciężarówki zawróciły na kei z fasonem i pomknęły do miasta

-I co teraz, qrwa… zostaniemy z tym złomem na burcie?

Zdenerwowanie na pokładzie sięgnęło zenitu. Chłopaki niepewnie popatrywali na promieniejacą zadowoleniem, szeroko uśmiechniętą gębę Andrzeja.

-Spokooojnie, najdalej za pół godziny przyjadą z powrotem…

-A jak nie?

-Jak nie to odkupie od was całe to ścierwo…

Pewność siebie naszego negocjatora podniosła nieco „morale” załogi. Rzeczywiście nie minęło 20 minut znajome ciężarówki pokazały się znowu. Tym razem negocjacje były krótkie, Hiszpan zgodził się na stawiane warunki, od tej chwili wszystko potoczyło się błyskawicznie. Złom ważony ”w locie” błyskawicznie wędrował na ciężarówki, a ja ze zdumieniem konstatowałem ileż to tego było… Statek po zakończonej operacji wynurzył się o dobre pół metra.

Oczywiście Las Palmas to mnóstwo ciekawych wrażeń i znajomości nie tylko handlowych, to tutaj poznaliśmy chłopców z s/y „Dar Bielska”, tutaj też Porębski wracając na solidnym rauszu z nocnej eskapady, wprawił zamiatacza ulic w osłupienie, proponując mu kupę forsy za liść palmy, którym ten zamiatał ulice właśnie. Jurek przyniósł ów liść na statek niczym jakie trofeum. Czas w porcie minął szybko, podobnie jak połowy. Tak, że do domu wróciliśmy pod koniec lipca.

Statek poszedł do stoczni celem wprowadzenia poprawek i ulepszeń, a ja zamustrowałem na m/t Śniardwy pod kapitanem Włodzimierzem Jakubowskim na miesięczny rejs na Wyspy Owcze. Tam nasze statki kupowały śledzia i makrelę z miejscowych sejnerów. To też bardzo ciekawa historia…. W.S. *

tekst szanty autorstwa Jurka Porębskiego „Sztormowa bossanova”przytaczam tu w całości, co prawda nie mam jego zgody (tymczasem) ale mam nadzieję że się nie obrazi.

Sztorrrmowa Bossanova

Rejs szedł normalnie, trochę kiwało,
Dwa niże zostały za nami.
Gdzieś koło Dover z Nordu przywiało,
Chief mówi – „Koniec z kartami.”
No więc z Kocopołem w bulaj filuję –
„Uch! Ale się morze kudłaci.”
Amper zielony źle się czuje –
Przylądek Ciepłych Gaci.

Gdy po dwóch dobach wylazłem z koi zmęczony sztormowaniem,
To zanim jeszcze przetarłem oczka, to usłyszałem chlupanie.
Pływają buty, skórki z cytryny, karty, mydło i pety,
A w nogach krzesła z prądem falują wczoraj wyprane skarpety.
Gdy na bosaka wylazłem z koi szukając drugiego kalosza,
Wypłynął razem z paczką „Carmenów” gdzieś pod kabinę Cichosza.

A tak to było:

Przechył na prawo i burta wgryzła się w fale,
I zimna, sina łapa w kambuzie rozwarła drzwi i bulaje.
Wolno z przechyłu łajba wstawała do normalnego stanu,
Płynął wodospad z mąką, jajami, schodami do „Manhattanu”.

A…

Tekst piosenki jest zaczerpnięty ze strony http://szanty.pl/ i opatrzony (ciekawostka!) komentarzem- jakby skrótem mojego tekstu o którym zupełnie zapomniałem i który także przytaczam jako ciekawostkę:

Wydarzenia miały miejsce w 1986 r. na trawlerze „Gopło”, który w drodze na łowiska omijał po krawędzi duży sztorm na Biskajach (ten sam, w którym miał kłopoty „Dar Bielska”). Przy mocno sfalowanym morzu w statek trafiła z zupełnie nieoczekiwanego kierunku jedna potężna fala (a raczej zabłąkana góra wodna) trafiając w otwarty świetlik ukryty pod pokładem szalupowym – w miejsce, do którego fale zwykle nigdy nie docierały. Była to fala, która na moment przykryła cały statek. Masy wody zalały dolny pokład do wysokości koi wypłukując przy okazji dokładnie wszystkie brudy z zęzy. Napiętą atmosferę (zalany czarną śmierdzącą cieczą dobytek marynarzy i cała zapasowa pościel) załagodził jeszcze tego samego dnia wieczorem jeden z załogantów – autor tej piosenki (aczkolwiek jego koja była szczęśliwie o pokład wyżej). „Manhattan” – to właśnie ów zalany pokład, kabiny rybaków poniżej linii wodnej statku. „Gopło” – piękny statek zbudowany w latach ’60 jako tzw. super trawler. Klasyczny kadłub o fascynującej linią stępce przypominającej stępkę żaglowca, znalazł uznanie w latach późniejszych, przebudowany na żaglowiec „Peace”. „Peace” wygląda dzisiaj fantastycznie. Skrót artykułu z internetowego magazynu „Żagiel” (aut. Wojciech Seńków)

 

Wielkanoc na Gople i niezbyt udane świąteczne mazurki

fot:WS

Wielkanoc na Gople i niezbyt udane świąteczne mazurki

Wielkanoc w morzu to dziwne przeżycie, zwłaszcza dla tych, którzy mają tę okazję po raz pierwszy. Nie inaczej było podczas zwiadu kalmarowego Gopła na Atlantyku. Testowaliśmy wówczas nowe narzędzia połowowe (patrz tekst „Na pławnice”)

Zbliżała się Wielkanoc, byliśmy gdzieś między Wyspami Kanaryjskimi a Azorami. Na statku zagościł dziwny nastrój ni to nostalgii, ni to tęsknoty…

Podpytywaliśmy kucharza, co też przygotuje na świąteczne posiłki, aby poprawić nam nastrój. Wówczas jednak pojawił się problem- nasz kucharz ,Stasiu, doskonały autor niezapomnianych obiadków nie lubił, nie umiał (?)piec ciasta. Co gorsza na statku były same 100% chłopy, co to słodkości i owszem, ale coś zrobić w kuchni… Jak to będzie, święta bez mazurka?!

W panice przypominałem sobie jak to było, kiedy asystowałem mamie w kuchni przy świątecznych wypiekach, wyszło na to, że w końcu „nie święci…” i postanowiłem spróbować. Którejś cudownej podzwrotnikowej nocy,(Wielki Piątek na Wielką Sobotę?) kiedy statek z wyłączonym silnikiem dryfował, łagodnie kiwając się na długiej martwej fali, w oczekiwaiu na poranne wybieranie sieci, postanowiłem spróbować.

Trochę mnie przerażały ogromne blachy do pieczenia, ale w końcu co tam…, proporcje mąki do tłuszczu, jaj i cukru jakoś wyłuskałem z pamięci, ugniotłem toto, wsadziłem do pieca i … o dziwo, wyszło całkiem sympatycznie… Po kilku godzinach pracy miałem z dziesięć ogromnych blach kruchego ciasta. Ogromnych czyli jakieś 120 na 80 cm. Kucharz , jak podczas świątecznej Ewangelii Uczniowe, kiedy zobaczył to uwierzył, że jednak „da się”.

Postanowił zrobić masę sernikową i makową na część z nich, a ja dorobiłem jeszcze masę kajmakową (słynne domowe krówki) i na dwóch blachach rozsmarowałem pyszne powidła. Ba, nawet pokusiłem się o ułożenie na wierzchu mazurkowej kratki z ciasta.

Wszystkie blachy z ciastem zaniosłem do magazynku, ustawiłem jedna na drugiej, jakoś przyblokowałem workami z mąką, żeby nie „rozbiegły” się po podłodze i już bladym świtem, cały dumny władowałem się do koi.

Obudziły mnie szalone przechyły statku. Jak się okazało, zupełnie niespodziewany szkwał rozhuśtał i zapienił wokół ocean w kilka chwil. Pobiegłem do „mojego” ciasta i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Całonocny trud, moja duma legła dosłownie w gruzach, w gruzach połamanych, pokruszonych mazurków!

Wściekły na siebie że jak jakiś nowicjusz lepiej nie zabezpieczyłem ciasta, pozbierałem wszystko w michy, rad nie rad, musiałem to dać na świąteczny podwieczorek na stół, bo nie było już czasu na ponowne wypieki.

Do uroczystego śniadania przygotowaliśmy się bardzo starannie, statek lśnił czystością, i pachniał obficie tego ranka używaną „Przemysławką” czy ”Old Spicem”, w messie poza wachtowymi zjawili sie wszyscy, stary w galowym mundurze złożył oficjalne życzenia od armatora i mniej oficjalne od siebie.

Wzruszenie chyba wszystkim lekko ścisnęło gardła. Na stół wjechały tradycyjne potrawy… biała kiełbasa z ćwikła i chrzanem, gotowane jaja, żur, kucharz jak zwykle stanął na wysokości zadania. A na deser ciasta, a raczej ciastowe gruzy… Jednak, jak się okazało, moje dzieło wszystkim bardzo smakowało, podobnie zresztą serniki i makowce kucharza. Serce rosło kiedy widziałem kopiaste talerze połamańców noszone do kabin „na potem”.

Oczywiście radio miał mnóstwo pracy, choć w zasadzie ograniczała się ona do wybierania kolejnych numerów telefonów. Chłopcy tłoczyli się przy radiokabinie, mimo horrendalnych cen za satelitarne rozmowy telefoniczne. Cóż to był za komfort, zamiast wyczekiwania w kolejce na połączenie przez stację brzegowa Szczecin Radio, by przekrzykując szumy i trzaski zakłóceń wymieniać się nowinami z rodziną, tutaj po wykręceniu numeru domowego telefonu po kilku sygnałach było czyste, dwukierunkowe połączenie, często lepszej jakości niż na lądzie.

Jeden z chłopaków opowiadał jako dobry dowcip, że kiedy zdumiona małżonka odebrała telefon, słysząc męża w słuchawce okropnie sie zdziwiła. -Janek co się stało, gdzie jesteś?! Przecież miałeś wrócić za trzy miesiące! Coś ty nawywijał znowu chłopie! -Nic się nie stało kochanie- uspokajał Jasiu- jestem w Szczecin Dąbiu na dworcu, za parę godzin będę w domu. – Po chwili jednak sprostował- żartowałem, jestem w morzu, ale mamy satelitarną łączność, dlatego tak dobrze słychać. Ponoć małżonka długo nie mogła uwierzyć że to tylko żart….

Oczywiście nie było mowy o zaprzestaniu połowów w święta, tradycyjnie właśnie w świąteczne dni ryba szła najlepiej, więc i pracy było sporo. Tak, że jak zwykle nici z planów świątecznego odpoczynku wyszły. Ale starzy wyjadacze wiedzieli, za tak to będzie, więc za bardzo na świąteczną ulgę nie liczyli…

W.S.

Kłopot z Jasiem

Na lotnisku w Kopenhadze

Awantura o Jasia czyli załogowe peregrynacje

… uwiódł ją zamaszystym pocałunkiem w rękę, tak, że został „wciągnięty, na siłę, jak Boga kocham!”-tu Jasiu walił się w szeroką pierś piąchą, aż się echo po kei rozchodziło…

Mając w pamięci udręki towarzyszące wyprawie autobusami na warszawskie lotnisko, szarpanie się z worami rybackimi i innym bagażem, tłok i zwykle kiepską organizację na Okęciu, postanowiliśmy dokonać wyłomu, w tradycyjnym sposobem ekspediowania załóg w Odrze.

Na zebraniu zapytałem kierownika działu załogowego, czy nie można by nas przetransportować autokarami od razu na lotnisko w Kopenhadze, jak to robi PŻM, czy Dalmor, dokąd i tak zostaniemy przewiezieni Lotem. Przecież ze Świnoujścia to tylko kilka godzin, na pewno taniej i szybciej. A wory można wysłać bagażem bezpośrednio na statek. Wywiązała się ostra dyskusja, która niestety nic nie zmieniła.

Za to podczas wizyty u głównego technologa Wróbel spoglądając zaniepokojony znad okularów spytał:

-Wojtek, a co ttttty tam podskakiwałeś zzzałogowemu nnnna zebraniu?

-Jako delegat załogowy mam obowiązek bronić naszych praw, no nie? – Odparłem

-Aaaa, skoro jejesteś delegatem, tttto niech się ze swoimi pretensjami w ddddupę pocałują! -Wróbel jak zwykle lekko zacinając się, nie przebierał w słowach.

Chcąc nie chcąc , po 10 godzinach jazdy, przetarabaniliśmy się autobusami na Okęcie, gdzie po dość długim oczekiwaniu udało nam się w końcu „zakwaterować” na pokładzie czterosilnikowego, turbośmigłowego Iła-18. Nie byliśmy jedynymi pasażerami. Do samolotu wsiadło kilkoro turystów o europejskim wyglądzie, głównie Skandynawów i grupa kobiet hinduskich w tradycyjnych strojach.

Kiedy już wszyscy jakoś się umościli, pilot włączył silniki. Mało kto był przygotowany na takie doznania. Turbiny zawyły ogłuszając nas na wstępie i wprowadzając samolot w dziwaczne wibracje, co mimo zapewnień kapitana, że jest to najbezpieczniejszy samolot na świecie, spowodowało spore zaniepokojenie wśród podróżnych.

Gdy już znaleźliśmy się w powietrzu, stewardesy natychmiast przystąpiły do roznoszenia „uspokajaczy” po które wszyscy chłopcy skwapliwie sięgali. Samolot wznosił się w górę powolnym kręgiem, pokazując spod skrzydła rozległy pejzaż stolicy. Jednak niewielu miało ochotę spoglądać przez bulaj w dół.

Kiedy zapaliły się światełka pozwalające na odpięcie pasów, w wąskim przejściu między siedzeniami nagle pojawiła się starsza hinduska. Uklękła na środku, tarasując przejście, i bijąc pokłony modliła się dramatycznie do Allaha, jak się domyślałem, o ocalenie życia. Sytuacja ta trochę zdeprymowała stewardessy, ponieważ nie miały możliwości przejścia, nie mówiąc o nieprzepchnięciu wózka z napojami. Prośby i perswazje, tak ze strony personelu jak współtowarzyszek nie przyniosły rezultatu.

Rozpaczliwe błagania płynęły z ust klęczącej na środku samolotu kobiety do samej Kopenhagi. Jednak dwugodzinny przelot, mimo sensacji zakończył się w szczęśliwie. Tu oczywiście powitaliśmy swoje skarby pozamykane w marynarskich worach i niczym zawodowi tragarze podążyliśmy labiryntem korytarzy i ruchomych chodników w pobliże stanowiska odlotu naszego jambo jeta do Montrealu.

Wszystko byłoby miło i sympatycznie, gdyby nie nagła akcja oddziału antyterrorystycznego, (czarno ubrani faceci w kominiarkach z uzi w dłoniach) który wpadł do sali wrzeszcząc -out!, out!, out!- i popychając pasażerów wyrzucili wszystkich na korytarz. Sprawni byli, nie ma co, opróżnili salę z trzech setek ludzi w kilka minut. Błyskawicznie, sam nie wiem jak mój 40 kilowy worek wyfrunął razem z resztą bagażu na zewnątrz, nie czyniąc przy tym nikomu krzywdy.

Po sprawdzeniu koszy na śmieci i innych potencjalnych bombowych kryjówek, wpuszczono nas kolejno do samolotu, troskliwie prześwietlając każdą sztukę bagażu i każdego człowieka. Przelot do Montrealu wielkim niebiesko-białym jabmo KLM, to była sama przyjemność. Obszerne, klimatyzowane, wyciszone wnętrze boeninga, to w porównaniu z naszym Iłem zupełnie inna, dużo, duuużo wyższa półka.

W Montrealu przyjemności się skończyły, dostaliśmy się w obroty machiny kanadyjskiej immigration, przesłuchiwania, odciski palców, sprawdzanie dokumentów trwało wieczność. W końcu jednak pozwolono nam na wjazd do kraju syropu klonowego. W środku nocy zameldowano nas w lotniskowym hotelu, warunki oczywiście wspaniałe.

Jak Odrze opłaciło się tak kosztowne transportowanie ludzi, do dzisiaj nie rozumiem… W południe mieliśmy kolejny odcinek lotu, w poprzek kontynentu do Vancouver. Tuż przed wyjazdem z hotelu nie można było doliczyć się jednego z marynarzy, Jasia, duży chłop więc nie sposób było przeoczyć, jednak mimo starań służby hotelowej i ochrony, nie można było go zlokalizować.

Chciał nie chciał, trzeba było jechać, z nosami na kwintę udaliśmy się znowu na lotnisko. Lot Boeningiem 737 był równie komfortowy, a widoki przy bezchmurnym niebie oszałamiające, lecieliśmy praktycznie wzdłuż granicy amerykańsko kanadyjskiej, a więc z możliwością obejrzenia Wielkich Jezior, ogromnych połaci rolniczo leśnych i w końcu Gór Skalistych.

Na statek dotarliśmy późnym wieczorem, nasze stare, kochane „Gopełko” czekało przy kei „cukrowej”, odrapane, pordzewiałe, ale nasze! Szybko przyjąłem swój sprzęt od zmiennika i rozpakowałem się w kabinie.

Wymieniani chłopaki byli dość zmęczeni rejsem, choć nie mogli narzekać na brak rozrywki. Wchodzili do Meksyku po wodę i zaliczyli pożar na szalupowym, ponoć podczas spawania ogień cofnął się wężem do butli stojących przy kominie. Nie zazdroszczę!

Chwilę pogadaliśmy, przekazaliśmy listy do domu pisane w samolocie, wypiliśmy po piwie i trzeba było się żegnać.

Cały czas jednak wisiało nad nami pytanie: Co z Jasiem? Hipotezy były różne, a to że zakochał się, a to że wybrał w Kanadzie wolność, a to że się schlał zwyczajnie jak świnia i leży gdzieś pod czyimś łóżkiem. Ta ostatnia zresztą wydawała się najbardziej prawdopodobna.

Agent obiecywał, że go odnajdą i przetransportują na statek, prędzej czy później. Stary zaś obiecywał mu różne przyjemności jakie mu zgotuje na powitanie:

-niech tylko się pokaże na statku, już ja mu dam!, do kraju odeślę! Naganę taką mu wlepię, że z firmy wyleci na kopach!
No i drugiego czy trzeciego dnia Jasi pojawił się na pokładzie! Skruszony ale uśmiechnięty… widać kac przeszedł w międzyczasie…

Jak się okazało w hotelu było wesele, a Jasiu, który „przypadkiem”przechodził, złożywszy pannie młodej szarmanckie życzenia (oczywiście po polsku) uwiódł ją zamaszystym pocałunkiem w rękę tak, że został „wciągnięty, na siłę, jak Boga kocham!”-tu Jasiu walił się w szeroką pierś piąchą, aż się echo po kei rozchodziło… No i oczywiście musiał tym „wypierdkom glancowanym, lalusiom we frakach” pokazać jak się w polskiej flocie pije.

Kiedy się obudził po weselu śladu nie było, nad nim stał gościu z giwerą, a drugi za ramiona spod stołu wyciągał… Chryja się zrobiła na cztery fajery, bo Jasiu po angielsku tylko „pardon!” mówił 😉 Potem agent wsadził go do samolotu,no i tyle całej Jasiowej przygody było. Ale to nie koniec, nad Jasiową głową zawisły chmury…

A nie był to zły chłop, w morzu to był złoty człowiek, wspaniały kolega, niezrównany pracownik, jedynie na lądzie jakoś się gubił, nie dawał sobie rady z lądowym życiem, nie on jeden przecież… mając takie argumenty przystąpiłem do szturmu na Starego.

Delegatem zostałem jeszcze podczas pierwszego zwiadu, a że nie bałem się stawać w obronie załogi (zresztą nie było znowu tak wiele okazji – na Gople była dobra załoga i nie najgorszy Stary), zostałem nim do końca.

Tak więc chciał nie chciał, ruszyłem do boju. Stary przyjął nas, Pierwszego i mnie w saloniku, poczęstował odrobiną szlachetnego zabarwionego słońcem trunku, westchnął głęboko i rozpoczął swoje przemówienie.

Ku naszemu zdziwieniu rozpoczął od zasług „tego skurczybyka”… -Noooo- pomyślałem sobie- może nie będzie tak źle… Kiedy doszło do konkretów, stary wyłuszczył kilka opcji, natychmiastową wysyłkę do kraju na jego koszt, naganę z wpisaniem do akt, z pozostawieniem go na statku, obciążenie kosztami przelotu, agenta, poszukiwań itd…

Pociągnęliśmy kolejny łyczek przetrawiając wystąpienie, rozważywszy szanse i to, że staremu złość już jednak przeszła zaproponowałem wyjście następujące:

Jasiu zapłaci za szkody, kapitan przywali mu „żagla” najgorszego kalibru, ale w „zawiasach”, jak chłopina do końca rejsu nie nawali to nagana ulegnie zamazaniu. Stary długo przeżuwał propozycję, polał jeszcze po łyczku słońca do szkieł, podumał, posapał, wreszcie powiedział -no dobra, dawajcie tu tego obwiesia!

Kiedy Jasiu przesłonił swoim wielkim cielskiem wejście do saloniku z tą swoją skruszoną miną, kiedy zaczął: -Kapitańciu kochany, ja … ja…- Stary stopniał całkowicie. W końcu przepływali razem kupę lat i to on go znał najlepiej i najbardziej cenił na pokładzie właśnie Jasia. Cała afera skończyła się zgodnie z propozycją, a Jasiu jak zwykle szalał na pokładzie cały rejs wykonując często prace za dwóch i trzech rybaków na raz… No i więcej nie podpadł, przynajmniej w tym rejsie.

W.S.

Galeria Andrzeja Lacha II

Galeria Andrzeja Lacha II

Andrzej przesłał mi kiedyś swój zbiór zdjęć marynistycznych, teraz je tu publikuję. Poza wspominkowymi z różnych miejsc pracy, jest tu sporo ciekawostek. Niestety nie mam do nich opisów, więc gdyby ktoś coś wiedział proszę o komentarze.

Peace vel GopłoPeace vel Gopłowodolot?latarniowiecKanał Kiloński, podwieszony prom

Trawler rufowy B-18. Trochę danych technicznych

 

Rysunek W.Blady „Polska flota rybacka w latach 1921-2001”

Trawlery serii B-18

Trawler rufowy B-18. Trochę danych technicznych

Zbudowano dziewięć trawlerów B-18, były to: „Foka” ŚWI 195– zbudowany w lutym 1964 r., sprzedany w 1982 r., „Finwal”ŚWI 196– zbudowany w czerwcu 1964 r., sprzedany w 1982 r., „Płetwal” ŚWI 197 – zbudowany w sierpniu 1964 r., wycofany z eksploatacji w 1991 r., „Orka” ŚWI 198(h) – zbudowany w grudniu 1964 r., wycofany z eksploatacji w sierpniu 1989 r., „Homar” ŚWI 199– zbudowany w kwietniu 1965 r., sprzedany w 1982 r., ,,Langusta” ŚWI 200 – zbudowany w czerwcu 1966 r., sprzedany w 1982 r., „Narwal”ŚWI 20 (h) – zbudowany w grudniu 1967 r., wycofany z eksploatacji w 1993 r., „Kaszalot” ŚWI202 (h) – zbudowany w maju 1968 r., wycofany z eksploatacji w 1993 r., „Sejwal” ŚWI 203 (h) –zbudowany we wrześniu 1968 r., wycofany z eksploatacji w 1990 r.

Kadłub statku całkowicie spawany, o poprzecznym systemie wiązań. Dno statku podwójne, z wyjątkiem części rufowej. Trawler miał dwa ciągłe pokłady – górny i główny. Nadbudówkę umiejscowiono w środkowej części kadłuba. Statek podzielono na przedziały dziewięcioma grodziami wodoszczelnymi. Część dziobowa kadłuba miała wzmocnienia przeciwlodowe do pływania w łamanym lodzie. Pomieszczenia służbowe, mieszkalne, gospodarcze i ogólnego użytku rozmieszczono na pokładzie głównym oraz w nadbudówce. Pozostałe kabiny załogowe znajdowały się w pokładówce na górnym pokładzie. W części rufowej nad pokładem usytuowano sterownię, szpital, izolatkę, pomieszczenia – kapitana, radiooficera i armatorskie, a także kabiny – manewrową (doprowadzenia połowów), nawigacyjną i radiową (Roguski 1963, Karnicki 1966).

Do napędu statku zamontowano silnik ze śrubą nastawną, regulatorem obrotów dostosowanym do pracy prądnic wałowych oraz urządzeniem sygnalizującym przeciążenie silnika. Statek dysponował dwoma zespołami do wytwarzania energii elektrycznej w porcie i w trakcie przelotu, o mocy 250kW i 320 kW.

Charakterystyka techniczno-eksploatacyjna była następująca:

Długość całkowita 87.25 m

Długość między pionami 80,00 m

Szerokość na wręgach 14, 14 m

Wysokość do pokładu: głównego 7,10 m

trałowego 9,75m

Wysokość nadbudówek 2,30 m

Zanurzenie konstrukcyjne 5,36 m

Objętość ładowni ryb mrożonych:

nr 1 368 m3

nr 2 494 m3

nr 3 525 m3

Objętość ładowni mączki rybnej 301 m3

Pojemność rejestrowa brutto 2496 RT

Nośność 1243 t

Objętość zbiorników:

paliwa dieslowego mazutu 186 m

oleju smarowego 48 m

tranu 57m3

wody słodkiej 280 m3

Silnik 6-cyl. Sulzer typ TAD-48

przy 225 obr./min o mocy 1658 kW/2700 KM

Prędkość 140 węzłów

Załoga 74 osoby + 8 rezerwa

Autonomiczność pływania 75 dni.

Linię połowową na trawlerze typu B-18 stanowiły: – dwu bębnowa wciągarka trałowa o uciągu 12 T przy prędkości wybierania lin 72 m/min, pojemność bębnów około 2000 m liny o średnicy 26 mm; – specjalne rolki umocowane na krawędzi pochylni oraz role na kolumnach trałowych.

Wydajność przerobową przetwórni statkowej określono na 50 ton surowca na dobę.

Złowione ryby wsypywano do zbiorników z podchładzaną wodą morską. W wyniku obróbki ryb można było uzyskiwać:

– tusze z karmazyna,

– filety z ryb oprawianych ręcznie;

– bloki ryb mrożonych, wypatroszonych i odgłowionych;

– bloki ryb mrożonych dzwonkowych;

– mączkę rybną produkowaną z odpadów i przyłowu:

– tran wytwarzany z wątrób.

W zależności od potrzeb ryby były mrożone w szafach płytowo-kontaktowych o łącznej wydajności 15 ton na dobę lub podwójnym tunelu zamrażalniczym z intensywną cyrkulacją powietrza o tej samej wydajności. Przy intensywnych połowach, wykorzystywano obie metody mrożenia jednocześnie.

Wytwórnia mączki rybnej mogła przerabiać około 25 ton surowca na dobę. Do zamrażania ryb i ich przechowywania w ładowniach statek dysponował amoniakalnym urządzeniem typu sprężarkowego, które składało się z trzech zespołów zamrażalniczych do obsługi ładowni.

W ładowniach z mrożoną rybą utrzymywano temperaturę –25°C. Na trawlerach typu B-18 były zainstalowane sprężarki amoniakalne dwustopniowe, typu W200/2A o wydajności około 87 tys. kcal/h przy temperaturze od –42°C do +37°C.

Rysunki i opis pochodzą z książki „Polska flota rybacka w latach 1921-2001” – Wiesław Blady wydanej przez MIR Gdynia 2002
Zamieszczone za osobistym zezwoleniem autora.

Śmierdzący rejs

…wkrótce mieliśmy „zapaszek” w makaronach do zupy mlecznej i rosołu, w wypiekach a nawet… chlebie

Montevideo, początek marca 1985, lądujemy w Urugwaju po prawie dobie lotu z przesiadkami. Wszyscy jesteśmy, mimo gorących ręczników na twarz i niesamowitej kawie serwowanej przez brazylijskich stewardów, lekko “zakręceni”.

Dwie załogi, po 80 ludzi każda, ładują się do autobusów. Wszyscy z niepokojem oczekują na wjazd do portu.

-Jaki to będzie rejs?

-Z jakimi ludźmi przyjdzie pracować?

-Czy uda się “zdobyć” jakąś przyzwoitą kabinę z normalnym współlokatorem?

-Czy stary umie łowić?

W porcie czekają na nas dwa trawlery B- 18;”Kaszalot” i „Sejwal”. Autokary wtaczają się nie zatrzymywane na bramie (efekt upadku reżimu wojskowego), podjeżdżają pod szereg zacumowanych rufami do kei statków. Od razu widać, że na wszystkich wre praca. Stoczniowcy szlifują, spawają, wszędzie kręcą się miejscowi, sypią się iskry, błyskają łuki elektryczne, walą młoty. Wbiegamy po trapie na pokład, ja na „Sejwala”.

Z kolegą poznanym podczas lotu opracowaliśmy strategię „zdobycia wygodnej kabiny”, Jurek trochę bardziej sprytny niż ja, przebił się przez gromadkę marynarzy i rzeczywiście, „opanował” całkiem sympatyczne gniazdko. Pobyt w porcie minął jak jedna chwila, ani się obejrzeliśmy gdy dzwonki alarmowe wezwały nas na stanowiska manewrowe.

Faochron Montevideo

Byłem wówczas zamustrowany jako starszy rybak, więc przypadła mi na wyjściu wachta na sterze. Na mostku ze zdumieniem dowiedziałem się, w jakim to stanie technicznym statek wychodzi w morze. Żyrokompas mimo starań fachowców miejscowych i naszych za nic nie chciał pokazywać właściwego kierunku, a co za tym idzie, można było zapomnieć o autopilocie. Łączność radiową mieliśmy wyłącznie na UKF, czyli z jednostkami w zasięgu wzroku. Tak więc już w awanporcie mieliśmy przedsmak tego co nas czekało w morzu.

Stary (Jerzy Mamprejew) zarządził manewry w celu ustalenia dewiacji kompasu magnetycznego, bo było to jedyne niezawodne urządzenie nawigacyjne na tym statku, no może nie jedyne, pozostały ołówki, ekierki, mapy no i sekstant. Czyli mieliśmy płynąć jak za dawnych dobrych czasów.
Statek okazał się słabo sterowny, zwłaszcza przy niewielkiej prędkości. Tylko taką można było w awanporcie rozwinąć, dla tego o mały włos nie spowodowaliśmy kolizji z wchodzącym do portu pasażerem.

Stary omal nie pogryzł sterującego wówczas mojego zmiennika. Inna rzecz, że wyznaczając go do steru nawet nie zapytał, czy ten kiedykolwiek dotykał tego urządzenia, a jak się okazało, to był właśnie jego pierwszy raz.

Na łowisko w rejon Falklandów płynęliśmy blisko dwa tygodnie, wachty na sterze zmieniały się w normalnym cyklu. Powoli nabieraliśmy wprawy, statek już nie uciekał z kursu po kilkanaście stopni, trzeba było uważać i wyprzedzać sterem ruch tarczy kompasu. Niestety urządzenie to ma sporą bezwładność, tarcza reaguje na zmianę kierunku ze sporym opóźnieniem. Dla przyzwyczajonych do pracy kompasu żyroskopowego, który natychmiast wskazuje każde odchylenie od kursu (pod warunkiem że jest sprawny), była to pewna trudność.

Pamiętam taką noc, tuż przed dotarciem na łowisko, kiedy to ocean postanowił dać nam nauczkę, wiało blisko granicy skali, a czasami powyżej, więc o płynięciu nie było mowy, statek sztormował bardzo „małą naprzód”, zachowując się przy tym jak dobrze wyczerpany nocnymi hulankami w portowych knajpach marynarz. Miałem pełne ręce roboty usiłując utrzymać dziób na wiatr, nie udało mi się jednak doprowadzić choćby do chwilowego zatrzymania chyboczącej się tarczy.

W taką noc na mostku panuje cisza, mrok rozświetlany jedynie wyciemnionymi tarczami urządzeń wskazujących, oficer wachtowy wbity w fotel przy prawym radarze, drugi marynarz zaparty o szot przy lewym, obaj usiłujący przebić wzrokiem ciemność za oknami. Statek co chwila walił tępym, wysokim dziobem w nadbiegające fale, które przelatując z łoskotem nad mostkiem spadały na pokład szalupowy, a czasem i na trałowy.

Trochę dziwne uczucie, w porcie wydawało się, że ta ponad 20 metrowej wysokości, potężna maszyna jest nie do zniszczenia. Teraz jednak, kiedy ten wielki kadłub wspinał się mozolnie na górskie grzbiety fal, by po chwili spaść po drugiej stronie w podstawę kolejnej, przyjmując na siebie setki ton rozpędzonej wody, ta pewność była jakby mniejsza… Po każdym większym ciosie, jeden z nas biegnie na pokład trałowy sprawdzić, czy fala nie porwała ze statku szalup, bądź włoka.

W pewnym momencie wpadliśmy z Drugim na „genialny” pomysł, że jeśli dołożymy chociaż z węzeł na szybkości, to statek będzie bardziej sterowny. Oczywiście nasza kabaryna natychmiast przywaliła w fale z taką siłą, że Stary wypadł z koi na podłogę. Wprowadzony tym w znakomity nastrój, wpadł „radośnie” na mostek i kwiecistym wystąpieniem oratorskim wybił Drugiemu wszelkie „racjonalizatorskie” pomysły z głowy.

Noc przetrwaliśmy w całości, okazało się że płynąc z prędkością 5 węzłów po wodzie, w rzeczywistości statek cofnął się nad dnem 35 mil morskich…

Sztorm minął, ale już przy śniadaniu poczuliśmy skutek kolejnej technicznej usterki, chłodnia spożywcza nie trzymała temperatury, która zamiast stać na poziomie około 2-5 stopni C, trzymała ją w granicach 0 do 18, taka sytuacja zaskutkowała śmierdzącą siarkowodorem jajecznicą, cały dalszy rejs przebiegł pod znakiem zapachu zepsutych jaj, który ulatywał jedynie na kilka dni po pobraniu świeżego prowiantu.

Odtąd ograniczałem spożycie tego skądinąd wspaniałego produktu (podobnie jak inni) jak tylko się dało, śniadania bez jajek, kotlety schabowe sote itd. Jednak już wkrótce mieliśmy „zapaszek” w makaronach do zupy mlecznej i rosołu, w wypiekach a nawet… chlebie. Tak, to był zdecydowanie śmierdzący rejs.

Bliźniaczy „Kaszalot” miał większy problem, okazało się, że statek brał wodę, nie dużo ale jednak w zęzach przybywało, co gorsza, niektóre zbiorniki wody pitnej też były dziurawe, więc chłopcy mieli wodę słonawą…

Jak cała flota, tak i my używaliśmy (wbrew przepisom, rzecz jasna) szalup do komunikacji z innymi statkami, także do wożenia prowiantu i innego zaopatrzenia, chociażby paczek pustych kartonów. Tu też dał się we znaki stan techniczny jednostki.

Podczas postoju w zatoce przy Falklandach, oczekując na miejsce przy bazie pożyczaliśmy kartony do ryby innemu statkowi. Oczywiście przy pomocy szalup. Podczas spuszczania jednej z nich pękła spróchniała konopna lina w talii, rufa szalupy poleciała dziobem w dół, a gwałtownie zwolniony drewniany blok talii uderzył jednego z marynarzy w twarz, wybijając chłopakowi większość zębów.

Cały rejs obfitował w różnego rodzaju niespodzianki wynikające właśnie z kiepskiego stanu technicznego. Był to skutek pomysłu obniżania kosztów eksploatacyjnych przez wymiany samolotowe. Załogi nie związane ze statkiem nie dbały o niego, starając się jedynie jakoś doczekać końca, dwie-trzy godziny na przekazanie tak skomplikowanej maszyny kolejnej załodze to na prawdę niewiele. W moim odczuciu (choć to pewnie spore uproszczenie) to dzięki temu flota uległa przyspieszonej dekapitalizacji…

fot, tekst W.S.

Poczta z domu, zawsze powodowała emocje.

Poczta z domu, zawsze powodowała emocje.

To były czasy, kiedy prawie jedynym sposobem otrzymywania wieści z domu była poczta, zwykła, tradycyjna. O komputerach jedynie się słyszało legendy jakieś, a emaile były czystą science fiction.

Z lądu listy wysyłane były na adres agenta w mieście portowym, z którym armator miał umowę agencyjną. Od niego zabierał listy statek wychodzący z portu na łowisko. Tam, w morzu następowało rozwożenie poczty lub dostarczano ją na statek bazę, z którą prędzej czy później statki się komunikowały.   

Wiadomo, że w morzu poczta z domu należy do najważniejszych modulatorów dobrego samopoczucia. Operacja przekazywania poczty była jedną z  ważniejszych dla nas wszystkich, połowa załogi wpatrzona w rzuconą z ”pocztowego trawlera” do wody beczkę z listami  siłą woli trzymała ją w zasięgu wzroku, by broń Boże gdzieś między falami nie zniknęła, bo i tak się zdarzało.

Statek dochodził do przesyłki, ktoś rzucał kotwiczkę na linie, czasem pudłował, czasem trafiał od razu. Wszystko to śledzone było przez załogę z zapartym tchem. Napięcie  sięgało zenitu, kiedy bekę w końcu wciągano na pokład, otwarto a listy rozdzielano…

Czasami, kiedy pogoda pozwalała, a kapitanowie byli bliskimi kumplami i chcieli pogadać “w cztery oczy”, lub było do przekazania coś cenniejszego,  spuszczano szalupę. Wówczas napięcie oczekiwania na listy trwało nieco dłużej, w końcu jednak poczta trafiała na pokład.  Łatwo było rozpoznać tych co listy z domu dostali…

Nie  zawsze jednak wszystko przebiegało zgodnie z życzeniami rybaków. Czasami statek z pocztą szedł na łowisko oddalone o kilka dni  drogi, nie każdy kapitan rzucał robotę by popłynąć po listy. Kuriozum okazała się sytuacja, kiedy kapitan „Sejwala”  odmówił popłynięcia po listy do bazy odległej o kilka dni drogi, jednak kiedy skończyły się papierosy w kantynie, nie  opierał się i pognaliśmy na Falklandy co koń wyskoczy (stary palił oczywiście).

Na lowisku
Jednak najbardziej przykrą sytuację przeżyłem na “Otolu”, kiedy poławialiśmy ostroboka na południowym Pacyfiku.

Pogoda, jak to w ryczących czterdziestkach i pięćdziesiątkach. Buro, ponuro, wiatr wyjący w olinowaniu, pędzące jedna za drugą góry wody, między którymi nasza 417-stka (około 20m wysokości)  chowała się jak królik w bruździe. Praca na pokładzie i w przetwórni ciężka, w związku z tym i humory takie sobie.

Po jakimś miesiącu  połowów dostaliśmy wiadomość, że któryś trawler z Gryfu płynie z chiliskiego Talcahuano w naszym kierunku z pocztą. Mieliśmy spotkać się po  południu, dobrze się składało, bo wiatr zelżał i była nadzieja na bezproblemowe przekazanie paczki. Rzeczywiście, kiedy  „gryfik” (nie pamiętam już nazwy) pojawił się w odległości kilku kabli, ocean był już w miarę spokojny, jednak  widoczność szybko spadała, bo nadchodził zmierzch.

Stojąc przy burcie obserwowaliśmy ze zdumieniem poczynania marynarzy  na statku obok. Wyraźnie przejawiali nadnaturalną wesołość, widać było, że zapasy alkoholu zabrane z portu jeszcze się nie wyczerpały.  Najbardziej jednak zaniepokoił nas sposób przygotowania transakcji. Zamiast załadować listy do plastikowej beczki, panowie owi włożyli je do słoja, słój do worka  plastikowego i wyrzucili całość do wody tak niefortunnie że słój uderzył o ich burtę, stłukł się i zatonął… Nie  pamiętam w ciągu tych kilku lat pływania takiej wściekłości jaka opanowała wówczas całą załogę…

W.S.

Indiańskie perypetie Piotra

Indiańskie perypetie Piotra  

Kanadę było widać na każdym kroku. A to przejechał olbrzymi pickup z napisem „Grizzly Security”, prowadzony przez ogromnego  chłopa w jeszcze większym kapeluszu, ze sterczącymi z platformy drabinami, dragami i innym sprzętem.

.  Do Vancouver wchodziliśmy „Otolem” wieczorem, światła Down Town odbijające się w wodzie robiły niesamowite wrażenie.  Jednak nas postawiono po przeciwnej stronie, w stoczni na North Vancouver. Jeszcze tego wieczora wybraliśmy się w  krótki obchód okolicy. Nie bardzo było co oglądać, bo ta część miasta jest peryferyjną sypialnią dla metropolii. Małe  domki w ogródkach i tyle.

Kanadę było widać, oczywiście, a to przejechał olbrzymi jeep z napisem „Grizzly Security”, prowadzony przez olbrzymiego  chłopa w jeszcze większym kapeluszu, ze sterczącymi z platformy drabinami, dragami i innym sprzętem. A to na skwerku  chłopiec spacerował z oswojona łasicą w szelkach.

A to znowu kawałek dalej gościu w indiańskiej kurtce wyprowadzał na  trawkę „psa”. W tym ostatnim przypadku może nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie to że pies był „niewidzialny”, widać  było jedynie kaganiec od którego łukiem do ręki właściciela biegła sztywna „smycz”. Tym niemniej pies energicznie  szarpał pana za rękę, ciągnąc go pod coraz to inny krzaczek czy słupek, który obiegał, obwąchiwał, zatrzymywał się  wyczekująco, pewnie w tym momencie podnosił niewidzialną łapkę.  

Oczywiście pierwsze oceny nowego dla nas kraju były negatywne, mieli kiepskie, słabe piwo. Po piątej w piątek można  było sobie o beerku jedynie pomarzyć, a picie z butelki na ulicy skutkowało natychmiastowym pojawieniem się policjanta,  no a z tymi nie było żartów. Zresztą zostaliśmy o tym ostrzeżeni, tak że obeszło się bez incydentów, poza jednym  napomnieniem.  

Następnego dnia okazało się że jeden z rybaków, Piotrek nie wrócił na noc na statek, po południu jednak pojawił się na  swojej wachcie. Opowiedział że w pubie poznał miejscową Indiankę, zapałali do siebie na tyle silną sympatia, że  zaprosiła go do swojego domu, no a tam sprawy potoczyły się tak iż pozostał na noc.  

Piotrek był niezbyt wysokim, ale za to „rozłożystym” mężczyzną, z szerokimi ramionami,  potężną klatą, obfitą blond czupryną nad niebieskimi oczami. Tutejszym kobietom musiał się podobać.

Znajomość Piotrka z czarnowłosą pięknością podczas postoju statku nabierała rumieńców, Piotrek mimo, że w kraju miał  żonę i dwoje dzieci zastanawiał się nad przyjęciem propozycji swojej squaw, żeby się z nią ożenić i tu się osiedlić.  Chłopak był w sporej rozterce, dostarczając reszcie załogi tematów do plotek, żartów i docinków.  

Któregoś dnia „Otol” został dość niespodziewanie przeholowany na drugą stronę kanału, w pobliże centrum, przycumowaliśmy przy nabrzeżu cukrowym. Piotrek  oczywiście był u swojej kobiety, jak sam ją określał, czując się pewnie po części Indianinem. Jakież było jego  zdumienie, kiedy przyszedł do portu na wachtę, a statku przy nabrzeżu ani widu ani słychu.

Jak później wspominał, popadł był w lekką panikę…  Jednak Nataly okazała się być dość przedsiębiorcza i po wykonaniu kilku telefonów do władz portowych ustaliła nasze  miejsce postoju, przywracając Piotrkowi równowagę ducha, zdobywając jednocześnie kolejne punkty u swojego „wodza” .  

Oboje przyjechali na statek taryfą, wtedy to po raz pierwszy mogłem zobaczyć wybrankę piotrkowego serca. Jak się  okazało była to całkiem sympatyczna, bardzo okrąglutka, jak na tutejsze autochtoniczne piękności przystało, skośnooka,  szeroko uśmiechnięta kobietka.  Postój minął dość szybko, Nataly wylewnie żegnała swego marynarza, obiecując pisać i czekać- słowem ideał żony marynarza.  

Już przy pierwszym podejściu do bazy Piotr otrzymał kilka listów od Nataly. Nie należał do zdolnych lingwistycznie, więc  prosił każdego, kto choć trochę znał język angielski o tłumaczenie.  Do mnie przyniósł list w którym urocze dziewczę po wielu słowach łatwych do przetłumaczenia nawet dla Piotrka, donosiła  że ma dla niego niespodziankę!

Ten zamiast się ucieszyć, zbladł  – O cholera, co też ona tam zmalowała! – zastanawiał się głośno.  A ja niewiele myśląc palnąłem- Jak to co, zaszła w ciążę! Chłopie jesteś udupiony, wystarczy że dziewczyna powie  władzom kto jest ojcem i obywatelstwo kanadyjskie masz załatwione! Cieszysz się!?  Piotrek pobladł jeszcze bardziej i gwałtownie wypadł z kabiny. No i zaczęło się. W pewnej chwili już pożałowałem, że  zachciało mi się tak głupio zażartować, a Piotrek marniał w oczach. Nie pomagało pocieszanie, odwoływanie, wymyślanie  innych prezentów. Wyglądało na to, że uczucie do Nataly wyparowało, a z gwałtownością wodospadu naszło go uczucie do  rodziny pozostawionej w kraju.

Zaczął się głośno zastanawiać jak by tu wrócić do Polski omijając szerokim łukiem  Kanadę. Niestety, czy też może stety, żaden ze statków na łowisku nie planował powrotu, pozostawały łącznikowce, ale to  znowu spory koszt.  W ostatnim liście przed zejściem z łowiska Nataly pisała, że wie już kiedy będziemy w Vancouver, będzie tęskniła,  przyjedzie Piotrusia przywitać oczywiście, razem z niespodzianką.  Piotr był zdesperowany, ale w końcu pogodził się z czekającym go losem.

Cała załoga z napięciem śledziła rozwój  sytuacji, co poniektórzy zakładali się co też Indianka przygotowała Piotrowi, jedni stawiali na ciążę, inni na jakiś  prezent, statek huczał od spekulacji…  Toteż nic dziwnego, że podczas podejścia do kei wszyscy wolni od manewrów wisieli na burcie wypatrując piotrkowego  potomka w brzuchu czekającej na kei Nataly.  

Jednak kobieta naszego pogromcy niewieścich serc nie wyglądała na okrąglejszą niż przed wyjściem w morze…  Wątpliwości rozwiała rozpromieniona twarz Piotra, kiedy wrócił z pierwszej randki, Nataly w ramach tak szeroko  komentowanej niespodzianki… kupiła swojemu mężczyźnie złoty łańcuszek.

No cóż, w ramach męskiej przyjaźni, połowa załogi nie kryła rozczarowania… ale to pewnie li tylko przez zazdrość.

North Vancouver i Góry Skaliste

Fot. i tekst W.S.

Copka. Czyli Jasiowa przygoda, w której omalże nie stracił swego ukochanego nakrycia głowy, ze nie wspomnę o życiu…

Copka

Czyli Jasiowa przygoda, w której omalże nie stracił swego ukochanego nakrycia głowy, ze nie wspomnę o życiu…

Ludzie na statkach przywiązują się do najdziwniejszych rzeczy…

Często podczas postoju w oczekiwaniu na swoją kolej rozładunku przy bazie, statki dokonywały między sobą różnych „transakcji”.

Najczęściej było to wzajemne uzupełnianie stanów opakowań tekturowych do ryby. Bywało, że statek, który właśnie przyszedł z kraju miał pełne ładownie tego dobra, a inny po kilku miesiącach pracy nie miał ich prawie wcale. Toteż przewoziliśmy je statkowymi szalupami korzystając z osłoniętych wód w zatoce. Nie było to zgodne z przepisami, ale wobec braku innych możliwości (trawlery nie miały na pokładzie odbijaczy, żeby móc stanąć burta w burtę), metoda ta była stosowana powszechnie.

Szalupy nie przystosowane do przewozu ładunków czasami stwarzały zabawne, a czasami groźne sytuacje. Jedna z nich miała miejsce na zatoce Berkeley na Falklandach (chyba tak się zwała ta zatoka). Pobieraliśmy ładunek kartonów z któregoś odrowskiego trawlera. Jako że to nam były one potrzebne, transakcja odbywała się naszymi dwiema szalupami. Na każdej z nich był dowodzący oficer, motorzysta i dwóch marynarzy. Każda brała na siebie dwa hiwy kartonów spiętych liną i podjeżdżała do naszej burty. Tutaj rener bomu wpinany był kolejno w każdą z lin i paczki wędrowały jedna po drugiej na pokład.

Podczas jednego z unosów, jakieś półtora metra nad szalupą paczka wysunęła się z opaski i kartony runęły na szalupę. Jeden z marynarzy, oczywiście był to nieco gapowaty Jasiu, zepchnięty impetem spadającego ładunku znalazł się w lodowatej wodzie, przysypany kartonami. Po chwili wychynął na powierzchnię wypchnięty samo napełniającą się powietrzem kamizelką. Chłopcy z szalupy natychmiast wciągnęli go na burtę, a zaraz potem wyciągnęliśmy go całego dygocącego, w szoku termicznym na pokład, woda miała niewiele ponad 4st.C. Jasiem natychmiast zajął się lekarz, gorący prysznic i herbata z „prądem” okazały się nadzwyczaj skuteczne.

Jasiu przez cały czas, od wychynięcia na powierzchnię, po gorący prysznic przez szczękające zęby, trzęsąc się wykrzykiwał: mmmmoja cocococopka, sususuukajcie mojej copki, moja copka!

No tak, Jasiu był znany ze swego wyjątkowego przywiązania do swojej, latami noszonej „szczęśliwej” czapki. A gustowną czapeczkę Jasia chłopcy także wyłowili, potem długo jeszcze zbierali z wody porozrzucane kartony, coby angole nie daj Boże nie zauważyli śmieci…
Zaś Jasiowe zawołanie stało się wołaniem wytrychem w różnych sytuacjach, niezmiennie budząc wśród rybaków wesołość.

CopkaTrawler u burty łącznikowca

Fot. tekst W.S.

Opowieści Dziadka kontra życie

Opowieści Dziadka kontra życie.

Krótka, nazwa ulicy rozkoszy wszelakich…

Krótka, nazwa ulicy rozkoszy wszelakich, przewijała się w opowieściach Dziadka (i nie tylko zresztą) nieustannie, te kluby nocne i dzienne, te piękności miejscowe, te trunki za pół darmo, chłopaki to jest niebo każdego marynarza, a najlepszym klubem jest klub Marii… Jakie ona ma laski, jak tam można się zabawić!

Załoga Narwala (\’83 Kape Town) to byli bardzo ciekawi ludzie. Jedna trzecia chłopaków (w tym ja) robiła pierwszy w życiu rejs. Dwie trzecie załogi to byli absolwenci świnoujskiej zasramki (Zespół Szkół Rybołówstwa Morskiego w Świnoujściu), jeszcze stara gwardia, z fantazją i obyczajami z pogranicza grypsery. Rejs zapowiadał się więc ciekawie.

Jednym ze starej gwardii był Dziadek. Szczupły, o mikrej postaci, lekko zgarbiony, o potężnej kędzierzawej brodzie i czuprynie. Gdy na niego patrzałem nieodparcie nasuwało mi się skojarzenie z greckimi wojownikami ze starożytnych waz.

To była niewątpliwie barwna postać, uwielbiał opowieści z różnych rejsów, które snuł gdy tylko znalazł wdzięcznego słuchacza. A że załoga w dużej części dziewicza była, chłopaki słuchali Dziadka z rozdziawionymi gębami.

Kiedyś po jakiś imieninach, Dziadkowi, któremu mocno już kurzyło się z kędzierzawego czuba, zachciało się bardzo tańczyć. Jakoś nikt nie chciał „robić” za parę, więc wziął wiszącą na ścianie dużą gaśnicę i z nią w objęciach pląsał po mesie i korytarzach, niczym z czułą kochanką. „Kochanka”ciężka była, a Dziadek niezbyt silny, toteż woziła go od szota do szota na ugiętych z wysiłku nogach, budząc powszechną wesołość załogi.

Innym razem w podobnych okolicznościach (po imieninach kogoś z załogi) miało następujące zdarzenie. Statek szedł z Namibii do Montevideo w Urugwaju na wymianę załogi. W nocy wszyscy mogli spać, na mostku miało służbę dwóch wachtowych i oficer. Jeden z nich opowiadał później, że w środku nocy zauważył, iż w zejściówce prowadzącej z deku na pokład główny pojawiło się światło, a po chwili, zdumiony, ujrzał Dziadka jak szarpie się ze stalowymi drzwiami usiłując je wywlec na pokład.

Jak wspomniałem wcześniej, nie należał on do tzw. „byków”, wręcz przeciwnie, więc też walka z drzwiami w wąskiej i stromej zejściówce była dość trudna. Kiedy już je wywlókł na pokład ku zdumieniu obserwujących go z mostku, wyrzucił je po prostu za burtę. Okazało się, że niedomknięte drzwi od magazynku, który znajdował się tuż obok kabiny Dziadka, uporczywie waliły na fali do tego stopnia, że nie dały mu spać. Tak się tym zdenerwował, że zamiast je zamknąć, wyrzucił drzwi do morza.

Podczas przelotu przez Atlantyk Dziadek opowiadał różne cudowne rzeczy o Montevideo. Dziadek znał tam wszystkich, w związku z tym zupełnie nie ma problemu z „wymianą barterową” z miejscowymi „handlowcami”. W ogóle to oczywiście zabierze nas nowicjuszy przede wszystkim na Krótką. Krótka, nazwa ulicy rozkoszy wszelakich, przewijała się w opowieściach Dziadka (i nie tylko zresztą) nieustannie, te kluby nocne i dzienne(!), te piękności miejscowe(!), te trunki za półdarmo… -Chłopaki, to jest niebo każdego marynarza, a najlepszym klubem jest klub Marii, jakie ona ma laski, jak tam można się zabawić! Już widzieliśmy tę ulicę zalaną blaskiem neonów, tętniącą życiem nocnych klubów, pełnych ponętnych piękności oddających się polskim marynarzom prawie darmo. Aaaaach! Nie mogliśmy się doczekać!

W końcu weszliśmy w ujście La Platy, woda zmieniła kolor z atlantyckiej, niesamowicie przeźroczystej ultramaryny na mętną żółtawą zieleń. Na horyzoncie pojawiła się góra i cienka linia wybrzeża, po chwili mijaliśmy maszty wraków znaczących miejsca, gdzie komuś nie udało się trafić na tor wodny. Gdzieś tu w pobliżu leży na dnie słynny pancernik Graf von Spee, jednak nie udało nam się dostrzec jego masztów. W powietrzu pojawił się zapach grillowanego mięsa. I to jak się okazało była pierwsza, rzucająca się ( w nozdrza) cecha tego miasta, spowite było ono smogiem z niezliczonych palenisk, na których smażono wołowinę, tzw. tutaj asado.

No ale o tym przy innej okazji. Dość powiedzieć, że kiedy już rzuciliśmy cumy, kiedy czas pozwolił zabraliśmy Dziadka, żeby pokazał nam ową słynną Krótką. Dziadek jakoś zmalał, niezbyt chętnie dał się wyciągnąć na ląd, nie mogliśmy zrozumieć o co chodzi. Zrozumieliśmy jednak, kiedy przez wschodnią bramę wyszliśmy wprost na słynną ulicę Krótką zwaną. Kiedyś pewnie była piękna. Kolonialna zabudowa o bogatych zdobieniach, cienista wychodząca na morze… Kiedyś.

Teraz oczom naszym przedstawił się slams z powyrywanymi drzwiami i oknami z futryn, poobijanymi zdobieniami, liszaje, brud, grzyb, w tym wszystkim wynędzniałe lub opasłe bezzębne kobiety nachalnie oferujące swoje usługi… Brrr…..

-Dziadek! Ty notoryczny kłamco!

-Ale chłopaki, to tylko tak w dzień wygląda, w nocy to zupełnie co innego! Teraz te laski co wam opowiadałem śpią!

-Co Ty znowu p…lisz, co tu może być fajnego, przeciecz to jest slums…

-Chłopaki, chodźcie do Marii, zobaczycie jaki super klub!

Dziadek się zwijał, skręcał, usiłował jakoś wyjść z honorem, chociaż malutkim, chociaż z honorkiem. U Marii było pusto, ciemno, dość obskurnie. Dziadek wepchnął nas przez welurowe kotary w wejściu wprost na szefową. Maria, leciwa dama o 300% nadwadze siedziała w fotelu, na przeciw wejścia, a jej dwie pracownice troszkę tylko młodsze ale chyba bardziej tłuste, wdzięcznie rozwierały usta w znaczącej części pozbawione uzębienia, w kuszącym uśmiechu. Wycofaliśmy się w popłochu, szukając Dziadka, który roztropnie unikając naszej zemsty rozpłynął się w gęstniejącym zmroku zapadającym już na słynnej ulicy Krótkiej…

Oczywiście o blasku neonów, którymi tak Dziadek się zachwycał nie było mowy, ba, o blasku choćby jednej latarni ! 😉

W.S.