Archiwa tagu: morskie

Ach, jak na jeziorkach ładnie ;-)

Galeria Tadeusza Piętki

Jak widać ze zdjęć, sporo czasu spędził na „jeziorkach” trawlerach serii B-20, które w „Odrze” nosiły nazwy polskich jezior. To były piękne statki, miały świetnie wyprofilowany kadłub. Na suchym doku, w oczy rzucała się ich smukła niczym u żaglowca część podwodna. Nic dziwnego, ze jeden z ostatnich, „Gopło” został odkupiony i przebudowany na żaglowiec właśnie. Ale to osobna historia. w.s.

winda tralowa Koliasrozmyslanie w kabinie

Biblia a sprawa morska

Tekst ten dedykuję pamięci Walentina Tanajewa, niezwykłego misjonarza z Kapsztadu, pracującego nad zbawieniem marynarskich dusz…

Biblia a sprawa morska

Ktoś, kto życie na statkach rybackich zna z krwistych morskich opowiadań, zdziwiłby się, wizytując którąkolwiek z kabin załogi na jakimkolwiek trawlerze.

Otóż praktycznie w każdej z nich na honorowym miejscu, na stoliku pod bulajem leżała książka. Ba… nie byle jaka, w każdej kabinie na poczesnym miejscu spoczywała… Biblia. Tak powszechna jej obecność wśród rybackich załóg była wynikiem pracy misji różnych wyznań w zagranicznych portach, do których zawijały nasze trawlery.

W każdym z nich, od Lerwick na Wyspach Owczych po Falklandy, czy porty Argentyny i Chile, dość szybko po rzuceniu kotwicy czy cum na polery, przy trapie pojawiał się misjonarz- ksiądz lub pastor. A nawet jeśli nie, to na stoliku wachtowego natychmiast pojawiała się informacja o imprezach w pobliskiej misji Stella Maris, z bardzo dokładnym planem wskazującym drogę.

W Kapsztadzie misja ulokowana była na terenie portu tuż przed bramą wyjściową. Można było tam wstąpić w każdej chwili. Zawsze witał nas szeroko uśmiechnięty pastor, który próbował wciągnąć nas w niewątpliwie zajmującą rozmowę. Oczywiście o urokach życia w bojaźni bożej. Zwykle jednak, zważywszy cel w jakim wychodziliśmy do miasta, a zwłaszcza stan w jakim wracaliśmy na statek, rozmowa kończyła się szybko.  Wręczano nam biblię i i zegnano błogosławieństwem wygłoszonym w rytmie zamaszyście nakreślanego krzyża, jakby wyganiającego szatana z naszych zbłąkanych duszyczek.

W tymże Kapsztadzie odwiedzał nasz statek ksiądz katolicki, Walentin Tanajew, jego postaci nie sposób zapomnieć, niewysoki, korpulentny, z szeroką sympatycznie uśmiechniętą twarzą. Często podjeżdżał pod naszą burtę hałaśliwym, strzelającym z rury wydechowej, zdezelowanym busikiem VW, tzw. “ogórkiem”. Wpadał na statek- mimo niewielkiego wzrostu i podeszłego wieku- niczym wulkan.

Zwykle skrzykiwał grupkę chętnych, którą zabierał na zapierającą dech wycieczkę w góry, lub na Przylądek Dobrej Nadziei. To zaparcie tchu u uczestników powodowały nie tylko wspaniałe krajobrazy Przylądka Dobrej Nadziei, roztaczające się z z jedni biegnącej krawędzią wysoko ponad wybrzeżem, ale także niezwykły sposób prowadzenia „ogórka” przez księdza Walentina. To co on wyprawiał z rękami, jak ignorował zasady normalnego prowadzenia pojazdów… No i jeszcze przyzwyczajenie do ruchu prawostronnego w Europie… a tu pędziło się lewą stroną na wprost wielkich ciężarówek… Po powrocie uczestnicy, choćby głęboko niewierzący, wznosili choćby w duchu podziękowania do Boga za cudem ocalone życie.

ks. Walenty Tanajew z młodzieżą z
Pogorii

Ksiądz ów, rosyjskiego pochodzenia, miał bardzo ciekawą przeszłość. Otóż urodził się na Syberii, w jakiejś wiosce nad Irtyszem, na początku ubiegłego wieku. Kiedy krasnoarmiejcy “wyzwalali” od “białej zarazy” syberyjskie chutory, robili to dość radykalnie otaczając znienacka wieś i wycinając całą ludność. Nasz ksiądz, wówczas siedmioletni chłopiec, przeżył taką operację przypadkiem, bo łowił w tym czasie w rzece ryby, bezsilnie obserwował jak ginie jego rodzina, ukryty w nadrzecznych krzakach. Szczęściem w pobliżu był klasztor polskich zakonnic Urszulanek, one to przyjęły go pod dach, wykształciły i wysłały do Rzymu na studia. Stamtąd został wysłany do pracy misyjnej w świat.

Takim to sposobem mieliśmy szczęście uczestniczyć we mszy na naszym statku odprawianej w polskim języku, przez nadzwyczajnego kapłana. A msza to była niezwykła, choćby z tego względu, że na komunistycznym terytorium! Co prawda kapitan nie miał odwagi zejść do messy (w końcu każdy wiedział, że wśród załogi jest przynajmniej 2 informatorów GPK czy SB), ale oficerowie stawili się w komplecie, nie mówiąc o rybakach.

Księżulek przywdział swoją nieco zmiętą sutannę, rozdał przybrudzone kartki z tekstami pieśni i zaintonował pierwszą z nich. Po statku gruchnęło … “Boże coś Polskę…” oczywiście mało składnie, ale za to głośno. Niejednemu z nas zaszkliło się oko, a marynarski, zdarty w portowych knajpach głos zadrżał… Księżulo podskakiwał, wymachiwał rękami ganiąc jednych, chwaląc drugich, po pewnym czasie udało nam się jakoś zestroić i dalej poszło już całkiem nieźle.

Po mszy siedliśmy na wspominki i pogaduszki przy herbacie, ochmistrz wyciągnął ciasteczka i wówczas to dowiedzieliśmy się o niezwykłych losach naszego duszpasterza… Księżulek na zakończenie zapytał kiedy wychodzimy w morze, gdy usłyszał że pewnie w poniedziałek z portu Stary nie wyjdzie, bo to wróży pecha, aż podskoczył.

-Widzicie! Komuchy, ateiści, w Boga nie wierzą, a takie bzdury, zabobony traktują poważnie! Co to jest za ateizm, toż to ciemnota, ta cała ich komuna, oni wszyscy tacy! Nie wierzcie w te bzdury, kto wierzy w Boga, Jemu ufa, a nie jakimś dziecinnym zabobonom…!

Tak, to była pamiętna niedziela… Przed wyjściem morze,(we wtorek!) miejscowe dziewczyny, które licznie nas odwiedzały, w niektórych kabinach wręcz mieszkały przez cały postój, niechętnie ale jednak opuściły statek. Raptem na kei zrobiło się cicho i pusto.

Kiedy spadły ostatnie cumy, nagle pod statek zajechał z hukiem, dymiąc obficie z wydechu tak dobrze już nam znany “ogórek”, ksiądz pośpiesznie wyskoczył na nabrzeże i a to kreśląc zamaszysty krzyż, to po prostu machając wzniesionymi w górę ramionami żegnał nas, wykrzykując błogosławieństwa i życzenia bezpiecznego powrotu równie żywiołowo, jak prowadził wcześniej na pokładzie dysputy…

-Widzicie- wyrwało mi się do stojących obok kolegów- wasze dziewuchy zniknęły, ale ksiądz jest! I na kogo na prawdę można liczyć…?

Żegnaliśmy naszego kapłana równie serdecznie jak on nas, niejednemu z nas zaszkliło się oko a kolczasta kulka uwierała w gardle… nie wiedzieliśmy jeszcze, że byliśmy ostatnią polską jednostką rybacką jaka cumowała w tym porcie.

Po pięciu miesiącach połowów u brzegów Namibii, otrzymaliśmy polecenie przeprowadzenia statku na drugą stronę Atlantyku do Montevideo w Urugwaju. Tutaj co prawda do misji był kawałek drogi, ale chodziliśmy doń chętnie, bo był tam tani sklepik z codziennie potrzebnymi drobiazgami, od nici, przez kartki pocztowe po tytoń do fajki i różnego rodzaju pamiątki. Można było spokojnie wypić piwo, pogadać ze znajomymi z innych statków, napisać do domu, czy obejrzeć wieczorem jakiś film.

Raz w tygodniu, opiekujący się misją ksiądz, organizował potańcówki dla marynarzy z panienkami z miejscowej pensji. Wszystko jednak odbywało się pod czujnym okiem ich rodziców. Więc było grzecznie i sympatycznie, a duszach marynarskich, mimo udawanego, zuchowatego rozczarowania, pozostawiły ogrzane miejsca… A panienki były śliczne, aż zal…

Jeszcze innego rodzaju działalność misyjną prowadzili pastorzy w Vancouver, którzy przyjeżdżali pod statek olbrzymim, żółtym, szkolnym autobusem zabierając wszystkich chętnych na wycieczki w okoliczne góry, a wieczorami do swojej misji w North Vancouver, gdzie czekały na nas domowego wypieku ciasteczka, herbata, i stoły bilardowe. Rzeczywiście dzięki nim spędziłem tam kilka całkiem przyzwoitych wieczorów. Można było stamtąd zabrać stare roczniki National Geographic, co sprawiało nam nie lada frajdę później, w morzu, kiedy już wszystko co było zabrane z kraju zostało przeczytane.

Oczywiście w każdej misji na pożegnanie obowiązkowym podarunkiem była Biblia. No i stąd właśnie jej poczesne miejsce praktycznie we wszystkich rybackich kabinach…

Postscriptum

Od Macieja Krzeptowskiego dowiedziałem się, że ksiądz z Kapsztadu, Walentin Tanajew niestety zginął w wypadku samochodowym.

A oto niezwykłe zdjęcie ukazujące tego niewielkiego a Wielkiego kapelana portu Kapsztad, na którymś z trawlerów rybackich. (Msza odprawiana na pokładzie trałowym), pochodzi z książki Macieja Krzeptowskiego „Pół wieku i trzy oceany”

Msza na pokładzie trawlera

2004-11-28_Grób_Tanajewa fot.Juliusz Gojlo

 

A oto dodatkowe informacje od czytelników Grupy FB Marynarze Świata…

Waldemar Drożdziewicz Zdjęcie zostało wykonane prawdopodobnie na Korwinie w 1979 r

Marek Lewenstein Do opowieści dodam jeszcze że po starym „ogórku” miał nowego busa którym chętnie woził na wycieczki za zwrotem kosztów paliwa.

Wspomnienie księdza kapelana marynarzy i rybaków z Kapsztadu

Tablica na nagrobku ks. Tanajewa

Marian Rodak – ZAPISKI

Zapatrzony w kolory życia

Czym że są te żywe kolory?

KOLORY otwierające wrota piekła? KOLORY Przepaści krańca świata? A Może wyobrażające kolory nie wiadomego? A może kolory chorej wyobraźni starego człowieka a może kolory zapomnianej młodości? A Może kolory tęsknoty miłości do żywiołu? Kolory życia które zobaczył stary człowiek. Kolory życia które mu zsyła sen łaskawy Bóg łaskawy, Bóg zsyła sen staremu człowiekowi. Zsyła staremu człowiekowi wspomnienia młodości mój panie, dziękuję tobie za sen- spełnione marzenia mój panie, dziękuję tobie za sen który przypomina, przypomina moją młodość i miłość do życia.

Krótkie Wspomnienie

Chyba 1958 rok.
Byłem na s/t „Płonia”. Przyjechała delegacja górników. Wyszliśmy w morze. Trochę kiwało, toteż większość górników zgłaszała się niczym na zebraniu partyjnym do dyskusji z bogiem morza, Neptunem

Po przyjściu do portu delegat górników krótko powiedział:

-Wieta rybaki, jo to dupce te wasza robota, jo to już wole swoja szychta pod ziemią.

Marian Rodak

Koniec Drogi Początek DROGI

Stanął na podeście przystawionych właśnie do wyjścia z samolotu schodków i nabrał gorącego powietrza w płuca, rozglądając się przymrużonymi w jaskrawym słońcu oczami.  

-No i jestem!-pomyślał, a zaraz potem – Boże! Co za widok!
Jego wzrok niczym nie zatrzymywany popędził ku majaczącej na horyzoncie Górze Stołowej. Pas lotniska w drgającym z gorąca powietrzu, przechodził w spaloną słońcem równinę a potem w płaskie góry przylądka Dobrej Nadziei, Kapsztad!

Naciskający z tyłu marynarze oraz ospowaci stewardzi South African Airways nie pozwolili na zbyt długą kontemplację, wymuszali zejście w dół.
Trzeba było opuścić opasłe, chłodne wnętrze Boeinga 737 i zanurzyć w afrykańskie, gorące powietrze…

Autokary już czekały, krótka odprawa i rozpoczął się ostatni odcinek podróży, do portu. A podróż ta nie była ani krótka ani łatwa…

Udało mu się zająć miejsce przy oknie… Krajobraz ruszył z miejsca przesuwając się ku tyłowi, niestety góry znalazły się po przeciwnej stronie, więc zmęczony podróżą pozwolił myślom biec swobodnie…

Dopiął swego, wreszcie po latach starań, marzeń, „podchodów” jego droga dobiegła do celu… Za chwilę stanie na pokładzie trawlera… Przypomniał sobie kiedy udawało mu się wejść na pokład któregoś ze statków, kiedy to było pierwszy raz? Chyba w Szczecinie, kiedy jako pracownik WSM odbierał z Emilii Gierczak eksponaty dla Pracowni Biologii Morza. Pudła z zakonserwowanymi rybami, krabami, mięczakami stały na pokładzie głównym pod windą trałową, nic dziwnego, że nie w środku, smród formaliny walił w nozdrza już kilka metrów wokół.

Z nostalgią wspominał piękny statek, ładna sylwetka białego burtowca, jednego z ostatnich parowców. Długi, wąski komin sterczał zadzierzyście z nadbudówek, wysyłając w przestrzeń delikatną smugę pary… Już wówczas wiedział, że to jest jego życie, jego powołanie, wyobraźnia powodowała, że prawie czuł dygotanie i kołysanie pokładu… Może kiedyś…

No i jest… Właśnie teraz…

Zdezelowany autobus trząsł i hałasował, podnieceni rybacy hałasowali nie mniej, zmawiając się kto z kim będzie mieszkał. Na polskich trawlerach kabiny załóg były dwuosobowe… Spore ilości napojów o wysokiej zawartości paliwa, spożyte podczas prawie dwudziestogodzinnego lotu, także robiło swoje. No i to podniecenie niewiadomą przyszłością, jaki okaże się statek, jaki stary, jak załoga? Pół roku przed nimi. Jest o czym myśleć, o czym gadać. Nie mówiąc o pozostawionych w zasnutym zimową mgłą kraju…

Tymczasem niska zabudowa przedmieść niepostrzeżenie zmieniła charakter, małe domki stawały się coraz ładniejsze, coraz większe by po zjeździe estakadą ustąpić miejsca drapaczom chmur. Miasto uderzało brakiem ludzi, gdzieniegdzie ktoś przechodził ale przecież to jedno z największych miast w kraju! Życie powinno tu tętnić, tłumy przewalać się chodnikami w tę i z powrotem. A tymczasem tutaj, jak w stanie wojennym, pustka. Rzeczywiście, przypomniał sobie ostrzeżenia, przecież tu prawie stan wojenny. Apartheid, policja, zamordyzm, strach… Jak dużo podobieństw do tego co zostawił w kraju…

Kapsztad keja

Tymczasem autobus znalazł się w porcie, krótka kontrola przy bramie i ruszył ponownie. Widać dźwigi, suwnice, sterty kontenerów, jakieś zabudowania i statki. Po prawej kilka stalowo szarych okrętów, pewnie port wojenny, ale po lewej samochodowiec, jakiś roro i białe koreańskie rybaki, a za nimi piętrzy się potężna sylwetka.

-Jest, jest sqrwysyn!

Wrzasnął wielki chłop, który i tak całą drogę hałasował najbardziej, poruszenie- autobus stanął pod wysoka burtą B-18, potężnego trawlera o sylwetce transatlantyka z lat trzydziestych… SEJWAL, od tej chwili jego dom na kolejne 6 miesięcy…

 

ZSRM

Chłopaki z ZSRM

z Zasadniczej Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Świnoujściu

Niestety, nie wiem kto mi przesłał kiedyś te zdjęcia, może ktoś się rozpozna? Proszę o kontakt mailowy

Autorem części zdjęć jest Jacek Frąckiewicz, pochodzą one z rejsu Emilią do Edynburga.