Archiwa tagu: ocean

Szczecin nabiera wiatru w żagle

Szczecin wkroczył w nowe tysiąclecie odmieniony.

Do tej pory ze wszelkich sił miasto dążyło do odcięcia się od wody i morskości, usiłując dorównać  metropoliom śródlądowym.

Pierwszym „grzechem” na tym polu było poprowadzenie, w ramach powojennej odbudowy, drogi wzdłuż lewego brzegi Odry odcinając ją od miasta.
Zniknęła możliwość odrestaurowania starego Szczecina na wzór innych wielkich miast Europy jak Kopenhagi czy Hamburga.

Tak było kiedyś nad brzegami Odry w Szczecinie

Jest to miasto gospodarczo od zawsze silnie związane z morzem, gospodarką morską, jednak włodarze dokładali wiele starań by o tym zapomnieć. Nie ma tu akwarium(!) nie mówiąc o ZOO, czy Ogrodzie Botanicznym.
Muzeum morskie, mimo, że była grupa fachowców zapalonych do pracy przy jego budowie, zniknęło.

Mariny z prawdziwego zdarzenia nie było, żaglowców i zabytkowych statków, mimo świetnego położenia nadodrzańskich bulwarów, ze świecą można było szukać… Każdy kto był w którymś z nadbałtyckich miast portowych wzdychał z zazdrością…

Kopenhaga Frederiksholms
Kopenhaga Frederiksholms Kanal

To się zmieniło wraz ze zmianą władzy na początku tego wieku. Prezydent Krzystek pochylił się nad sugestiami ludzi od zawsze widzącymi przyszłość miasta w jego morskości i także dostrzegł w tym jego szansę.

Operation sail 2007
Operacja Żagiel Finał Szczecin 2007

Nastały lata coraz to ciekawszych wydarzeń, także na skalę międzynarodową. Szczecin pobił na głowę wszystkich organizatorów Operacji Żagiel, przyjmując i organizując wielki finał Operation Sail w 2007 roku.

aleja żeglarzy szczecin
Aleja Żeglarzy w Szczecinie

Kolejnym krokami było urządzenie Alei Żeglarzy na bulwarze nadodrzańskim, uczestnictwo w wielu żeglarskich imrezach i rejsach pod flagą miasta Szczecin, zagospodarowanie północno zachodniego wybrzeża Łasztowni  i wybudowanie tam nowoczesnej mariny z budynkami na Wyspie Grodzkiej.

Marina na Wyspie Grodzkiej w Szczecinie
Marina na Wyspie Grodzkiej w Szczecinie, w tle wybrzeże Łasztowni

Do stałych imprez żeglarskich Szczecina weszła wielka gala Międzynarodowych Nagród Żeglarskich Szczecina, której ostatnia edycja odbyła się 30 marca br. w odrestaurowanym zabytku dawnego portu „Rzeźni”, na Łasztowni. Więcej na ten temat tu:

Laureaci Międzynarodowych Nagród Żeglarskich Szczecina

Trzymamy kciuki za to piękne miasto, by także mieszkańcy poczuli magię i siłę morza, jako wielkiej szansy na dynamiczny rozwój Szczecina. To już widać, wieczorami na nadodrzańskich bulwarach życie tętni, rzecz do niedawna całkiem niebywała…

tekst W.S.
foto W.S. i Timm Stütz

 

Polak potrafi… jak się pomyli ;-)

Polak potrafi… jak się pomyli 😉

 

Było to podczas falklandzkiego  rejsu Sejwalem. Łowiliśmy, a raczej próbowaliśmy łowić błękitka na południe od Wysp Falklandzkich, w okolicach wyspy Słoni. Operowało tam mnóstwo statków, różnych bander.

Polak potrafi jak się pomyli

Ryba zwykle w tym czasie przebywała nad oceanicznym grzbietem, rozciągającym się równolegle do wyspy w odległości jakiś 10 mil od niej. Łowisko było wąskie, toteż trawlery ustawiły się w kolejkę i jeden za drugim trałowały cały dzień, bo nie było jej za wiele.

Zwykle po kilku godzinach połowu z worka wysypywało się kilkaset kilogramów tej błękitka… Wszyscy mieli nosy na kwintę, no bo nie  ma ryby, nie ma zarobku, a żona pisała że chce na wczasy, a to auto trzeba by już nowe, no i normalnie na życie kasa musi być…

Polak potrafi jak się pomyli
Wyspa ?sloni? pojawiala sie w moim bulaju codzienne w poludnie przez 2 tygodnie-tral na Humbaku

Na mostku młody chłopak po zawodowej rybackiej ze Świnoujścia, robił za asystenta i jednocześnie za sternika. Przynosił na dół wieści z mostku, niestety nie te których oczekiwaliśmy. Na razie nie zmieniamy łowiska. Tak więc dzień w dzień, koło południa w moim bulaju przesuwała się Wyspa Słoni.

Polak potrafi jak się pomyli

Któregoś dnia jednak coś się zmieniło, już koło jedenastej zatrzeszczały kable od trału, dzwonki alarmowe wywołały pokładowców do pracy. Co się stało! Czyżby jakieś polecenie z kraju żeby zmienić łowisko? Po chwili As zszedł na dół.

-Chłopaki, idźcie na górę, zobaczycie ile ryby nałapałem!

-Eeee, jaja sobie robisz!

-Poważnie, zapisy aż czarne! Zresztą posłuchajcie kabli.

Rzeczywiście windy jakby zaczęły inaczej wyć a kable strzelały jak oszalałe. Ruszyliśmy na szalupowy, żeby z góry obejrzeć połów.
Deski już wisiały na bramie i skrzydła zaczęły układać się na pokładzie. Walizki i bobiny z turkotem i łomotem spoczęły na dechach. Za to za rufą pojawiła się ogromna lola!

-Czterdzieści ton jak w mordę strzelił! Ktoś entuzjastycznie określił wielkość połowu. I rzeczywiście, po przerobieniu mniej więcej tak wyszło.

Polak potrafi jak się pomyli

Statek po wybraniu sieci ostro zawrócił na pozycję zapisów a pod pokładem w przetwórni rozszalały się maszyny. Uśmiechnięci od ucha do ucha rybacy przegarniali rybę, układali na baaderach, ładowali do tac zamrażalniczych… Praca paliła się im w rękach.

Później wzięliśmy na spytki Asa, okazało się, że to on rzeczywiście był za sterem. Jak pisałem w poprzednim tekście o Sejwalu,  statek był w opłakanym stanie technicznym. Między innymi nie działało żyro, a więc i autopilot. Dlatego cały czas ktoś musiał ręcznie sterować. AS opowiadał, że po poprzedniej, „ciężkiej” nocy, bo kumpel z kabiny miał urodziny, nie czuł się najlepiej i przysnął przy sterze. Statek wówczas był pod trałem.

Najwyraźniej poczuł rybę dziobem i zjechał jakieś 30 st. z kursu, wtedy się zaczęło, sonda oszalała a ASa obudził krzyk II of, trzymaj kurs, tak trzymaj do cholery!

I wyszło na to, że umiemy łapać ryby ale kiedy się pomylimy….

W.S.

 

Niecodzienny rejs Kapitana Macieja!

Niecodzienny rejs Kapitana Macieja!

„Większość prezentowanych zdjęć zrobiłem z myślą, by za wszelką cenę zatrzymać dla siebie spotkanych ludzi, miejsca i sytuacje. Jest tam przede wszystkim zdziwienie, że tak wygląda Atlantyk, przylądek Horn, pingwin, pani Latimer, szczyt Dhaulagiri! Za to brak w nich zupełnie zamysłu i przekonania, że kiedyś mogłyby posłużyć do przygotowania wystawy.”

„W 80 lat dookoła świata”

Nie wszystkie 29.200 dni z tytułowych 80 lat spędził na morzach i oceanach, ale rzeczywiście zebrało się tych dni i lat – na pokładach jachtów, statków rybackich i żaglowców, w rejsach bliższych i dalszych, nawet wokółziemskich – naprawdę sporo, podobnie jak zrobionych przy tej okazji zdjęć i zebranych pamiątek.

Nie wszystkie mógł od razu pokazać na jednej rocznicowej wystawie – właśnie zatytułowanej „W 80 lat dookoła świata” – którą do 29 września 2018 roku można oglądać obok Sali Kolumnowej w szczecińskiej Książnicy Pomorskiej.

Otwarcie i wernisaż tej jubileuszowej wystawy fotograficznej znanego szczecińskiego kapitana jachtowego Macieja Krzeptowskiego, podróżnika, oceanografa, płetwonurka, itd. – odbyło się w środę bm., z udziałem licznej grupy jego znajomych i przyjaciół .

Podczas otwarcia wystawy Maciej wspominał skromnie Większość prezentowanych zdjęć zrobiłem z myślą, by za wszelką cenę zatrzymać dla siebie spotkanych ludzi, miejsca i sytuacje. Jest tam przede wszystkim zdziwienie, że tak wygląda Atlantyk, przylądek Horn, pingwin, pani Latimer, szczyt Dhaulagiri! Za to brak w nich zupełnie zamysłu i przekonania, że kiedyś mogłyby posłużyć do przygotowania wystawy. Wyraziste, czasami trudne wyprawy w góry, rejsy na jachtach i statkach rybackich dostarczyły mi niezapomnianych przeżyć, nic dziwnego, że właśnie tam fotografowałem najczęściej…

Takim właśnie autorskim i nostalgicznym przeglądem najciekawszych i niezwykłych miejsc, z całego świata i z wszystkich oceanów, a także ludzi, których tam spotkał i sfotografował, jest ta niecodzienna wystawa.

Znalazły się na niej zresztą nie tylko wspaniały fotogramy, ale też niektóre pamiątki i ciekawostki przyrodnicze, liczne nagrody i publikacje Maćka, trofea, itp., itd. (jak na zdjęciach).

Wystawę i wernisaż wsparła Książnica Pomorska oraz Rotary Club Szczecin, którego prezydent Tomasz Brejdak przekazał Jubilatowi pamiątkową …szablę (na zdjęciu). Długo trwały też przyjacielskie wspomnienia, gratulacje, podziękowania, rozmowy i wspólne zdjęcia.

Dostojny Jubilat nie poddaje się upływowi czasu. Nadal jest aktywny żeglarsko, jeszcze niedawno „biegał” po rejach żaglowców, w rejsach m.in. z laureatami Szczecińskiego Programu Edukacji Morskiej (jak na zdjęciu), a wszystkich gości wernisażu zaprosił już na kolejną wystawę, za …10 lat – „W 90 lat dookoła świata”. Odśpiewaliśmy więc dla niego – Sto lat, sto lat!!!

Tekst i zdjęcia: Wiesław Seidler

fot: Jan Surudo

Męskie dowcipy w rybackim wykonaniu – Symfonia Pierwszego

Męskie dowcipy w rybackim wykonaniu – Symfonia Pierwszego

Na Gople mieliśmy I oficera, Roman chyba miał na imię, niewysoki ale za to mocno zbudowany, byczy kark, łysa pochylona głowa, broda prawie zrośnięta z niemałą klatą, małe wyłupiaste oczka i zmysłowe usta niczym u amanta filmowego. Charakter za to trudny miał, funkcjonował na zasadzie bata kapitana. Stary miły, kulturalny, a jak trzeba było kogoś opieprzyć, to miał Pierwszego.

To właśnie ten oficer był głównym bohaterem opowiadania ” Prysznic…”, no i pewnie nie raz tu jeszcze go wspomnę, bo „barwna to była postać”.

Jego przeciwieństwem był Radio, wysoki, szczupły, żeby nie powiedzieć chudy, niezbyt pewny siebie, jakby lekko zlękniony… Nie specjalnie zgrywał się z załogą ale był nieszkodliwy.

Pierwszy miał kabinę na pokładzie szalupowym, niedaleko mostka, toteż jego straszliwe chrapanie słychać było podczas nocnej wachty na mostu okropnie… A było to chrapanie nad chrapaniami, wznosiło się, opadało, przerywało nagle i niespodziewanie by wybuchnąć głośnymi, przerażającymi kaskadami.  Kiedy było chłodniej zamykaliśmy drzwi na mostek i okno z prawej burty, żeby mniej było słychać, ale w tropikach…

Faceci jak się nudzą, to wymyślają dowcipy, najlepiej takie żeby się pośmiać cudzym kosztem.

Na naszą ofiarę wybraliśmy radiego, który jednocześnie pełnił na statku rolę felczera, więc na wszelkich chorobach na pewno się znał. Ciekawi byliśmy czy potrafi coś poradzić na chrapanie.

W Vancouver, w komisie, tutaj zwanym secondhandem, nabyłem drogą kupna za kilka kanadyjskich dolarów całkiem przyzwoity magnetofon reporterski, z porządnym mikrofonem.

Którejś nocy na Pacyfiku, kiedy staliśmy w dryfie, w oczekiwaniu na poranne wybieranie pławnic, nagrałem chrapanie pierwszego.

Po południu, kiedy już siatki wylądowały na pokładzie i mieliśmy chwilę dla siebie, zaprosiliśmy na pokład pelengowy, na mrożoną kawę Radiego. Pogadaliśmy, pogadaliśmy, w końcu któryś zapytał,

-Radio, jest jakieś lekarstwo na chrapanie?- ten się zamyślił i po chwili odparł:

-Niee, chyba nie… a co?

-W zasadzie to nic, nam to na mostku jak zaczyna przeszkadzać to zamykamy drzwi i bulaje, daje się wytrzymać, ale czy to nie jest groźne?

-No nie wiem, ale kto tak strasznie chrapie?

-Jak to kto, ty!

-Co wy pieprzycie, ja nie chrapię!

-Rzeczywiście nie chrapałeś ale coś ostatnio się stało, że jedziesz jak popsuty czołg…

-Jaaa?

-Nie wierzysz to posłuchaj… i puściliśmy mu „symfonię” w wykonaniu pierwszego…

Radio zbladł i mówiąc do siebie,- to nie możliwe, to niemożliwe- poszedł do kabiny… A my postanowiliśmy temat co jakiś czas pociągnąć. Okazuje się, że w każdym siedzi jakiś mały sadysta…

Po paru dniach, widząc jak Radio się męczy, jednak daliśmy mu spokój, któryś ze spiskowców wyjaśnił mu „na boku”, że chłopaki jaja sobie robią.
Trochę się wściekał, trochę obraził ale wieczorek przy butelce czerwonego wina sprawę ułagodził… W sumie potem sam się śmiał na wspomnienie tego „dowcipu”.

Wielka wyprawa krylowa – priorytet rządu i partii

Wielka wyprawa krylowa – priorytet rządu i partii

Początek lat 70. był piękny, po zmianie w władzach jedynie słusznej partii po protestach w grudniu 1970, Gierek otrzymał zielone światło z Moskwy na kontakty z zachodem. Pokazał ludzką twarz socjalizmu, za cenę potężnych kredytów na unowocześnienie gospodarki.

Nie będę tu wdawał się w ocenę tego co się wówczas działo. Dla gospodarki rybackiej jednak nastały złote czasy. Firmy armatorskie zamawiały coraz to większe trawlery, a zawłaszczanie szelfów przez państwa nadmorskie, wymuszały poszukiwania białka spożywczego, coraz dalej od Europy.

Państwo angażowało coraz większe środki w rozwój tak rybołówstwa jak i nauki, w celu wydobycia jak najwięcej, jak najszybciej, niekoniecznie jak najtaniej białka z mórz i oceanów.

W połowie lat 70. narodził się pomysł połowów kryla, którego „nieprzebrane” zasoby żyły sobie spokojnie, do tej pory, w wodach arktycznych.

Wysłano w celach zwiadowczych zespół dwóch statków, jeden łowczy m/t Tazar i drugi naukowy „Profesor Siedlecki”.

Na Tazarze kierownikiem naukowym był dr. Maciej Krzeptowski ze świnoujskiego oddziału Morskiego Instytutu Rybackiego a korespondentem Głosu Szczecińskiego red. Bogdan Czubasiewicz. Na Siedleckim kierownikiem był prof. Rakusa-Suszczewski z Polskiej Akademii Nauk, który jednocześnie był kierownikiem naukowym całej wyprawy a korespondentem znany podróżnik i dziennikarz Ryszard Badowski (kawiarenka pod Globusem Tv Kraków).

O wyprawie powstało sporo książek, opracowań i tekstów, ale pozostało jeszcze kilka anegdotek, których nie udało mi się w nich znaleźć, za to słyszałem je podczas rybackich spotkań z uczestnikami tego rejsu, m.in. Andrzejem Bejmem radiooficerem na Tazarze i Maciejem Krzeptowskim, jak wspomniałem kierownikiem naukowym wyprawy, oraz Jurkiem Porębskim, który był w zespole naukowo badawczym na Siedleckim.

Jedna ze smaczniejszych anegdot dotyczyła organizacji rejsu, która była dość bałaganiarska, np. w czasie przelotu na południe okazało się, że na Tazarze są dwie lewe deski trałowe. Jak wiadomo takim zestawem nie da się łowić, ponieważ są one tak skonstruowane, że lewa rozciąga skrzydło włoka w lewo a prawa w prawo. Czubasiewicz natychmiast napisał o tym zjadliwy tekst do Głosu Szczecińskiego, gazety partyjnej, rzecz jasna.

Tekst mu odrzucono z uwagą, że nie może pisać takich rzeczy, że statek został wyposażony w dwie lewe deski trałowe. Czubasiewicz wysłał skorygowany tekst, w którym napisał, że statek został wyposażony w DWIE PRAWE DESKI TRAŁOWE. Śmiechu było na statku z tego powodu co nie miara…

Kilka mało znanych a śmiesznych historyjek przytacza Maciej Krzeptowski w książce „Pół wieku i trzy oceany”,  jedna z najśmieszniejszych wg mnie to ta o wpadce Czubasiewicza, który koniecznie chciał prześcignąć w relacjach Badowskiego…

Miałem okazję być na powitaniu Tazara w Świnoujściu i spotkaniu załogi z dyrekcją „Odry”. Tutaj wylały się żale na byle jakie przygotowanie niby priorytetowej dla rządu i partii wyprawy antarktycznej.

Wybuch zjadliwej wesołości, wśród której dominował baryton Andrzeja Bejma, spowodowała wiadomość z socjalnego, że uczestnicy wyprawy mają zagwarantowane wczasy z rodzinami w firmowym hotelu „RYBAK”, który znajduje się w Międzyzdrojach!!!

Statek przywiózł wówczas na pokładzie, z mojego punktu widzenia (wówczas pracownika Muzeum Rybołówstwa Morskiego), masę bezcennych skarbów. Kolekcje rzadkich skorupiaków, ryb zimnokrwistych, ptaków antarktycznych ale także grupkę żywych pingwinków. Rybacy zajmowali się nimi troskliwie, toteż, całkiem dobrze przetrwały podróż i zostały przetransportowane jako dar do ZOO w Oliwie, gdzie przeżyły kilka lat.

Prysznic – A woda się leejeee!

Woda

Burtowce były budowane na Morze Północne, toteż posiadały dość skromną autonomiczność, obliczaną na 45 dni. Jednym z ważniejszych ograniczeń czasu przebywaniu w morzu była niewielka pojemność zbiorników na wodę słodką.

Gopło przed wyjściem na serię rejsów zwiadowczych, zostało dostosowane do samodzielnego pływania  (bez wsparcia floty łącznikowców i baz) na sporych obszarach Atlantyku i Pacyfiku. Inżynierowie wyposażyli go zatem w nowoczesne na owe czasy rozwiązanie do uzdatniania wody morskiej. Była to membranowa odsalarka, działająca na zasadzie odwróconej osmozy. Nie będę się tu rozpisywał o tym cudzie techniki, kto chce może poczytać o nim klikając na ten link.

Woda słodka uzyskiwana w ten sposób, pozbawiona była minerałów toteż nie nadawała się do spożycia, za to doskonale sprawdzała się pod prysznicem. Niestety wydajność naszej odsalarki nie była zbyt wielka, raptem kilkaset litrów na dobę, toteż woda słodka była na naszym Gopełku mimo wszystko racjonowana.

Bosman, niewysoki za to krępy i wiecznie roześmiany Zbynio, codziennie rano sondował zbiorniki z wodą słodką podając na mostek ich stany. Tam już Pierwszy do swoich tabelek wpisywał otrzymane wielkości. Widać było, jak bardzo przeżywał każdy centymetr mniej na bosmańskiej miarce. Woda to był jego ukochany konik.

Chwytał się różnych sposobów aby te wodę zaoszczędzić, po pierwsze zakazał codziennej kąpieli, kto chciał to mógł się pryskać w swojej umywalce, prysznic tylko raz w tygodniu.
Kazał przykręcać maszynie zawory słodkiej wody, by z kraników umywalkowych ciekła tylko, tylko…
Kiedy w tropikach, a statek łowił głównie w tropikach, chłopaki na przelocie robili na pokładzie basen z morską wodą, natychmiast ogłaszał ćwiczenia. A to alarm pożarowy a to szalupowy, a to plastrowanie kadłuba itd. Byliśmy chyba najlepiej wyćwiczoną załogą w całej naszej flocie! Nawet alarm skażenia radioaktywnego nam zrobił! 🙂
Oczywiście nie żałował nam kąpania się w słonej wodzie, ale przecież tę sól trzeba było spłukiwać słodką!

w morzu
fot:WS

Prysznic

Pierwszy, mężczyzna w sile wieku z pokaźnym brzuszkiem, byczym karczychem, pretensjami do postawy tzw. twardziela, chyba nie zdawał sobie sprawy, że jest obiektem bezlitosnych żartów wśród załogi, nie zdawał do pewnego czasu…

Prysznic na B-20 jest umieszczony na tym samym pokładzie co mostek, obok kabiny Pierwszego, toteż za każdym razem, kiedy pod prysznicem lała się woda, słyszał to doskonale i już po minucie bębnił w metalowe drzwi kabiny.

-Zakręć tę wodę! Co za panienka do cholery tak się tam szoruje! Zamiast zamoczyć, zakręcić, namydlić i dopiero spłukać! Podstawowych rzeczy o życiu na statku muszę uczyć!

Zwykle bębnienie i wrzaski pierwszego przynosiły natychmiastowy skutek i woda przestawała się lać.

Jednak pewnego razu stało się inaczej. Akurat miałem wachtę na mostku, statek szedł spokojnie na kolejny waypoint pomiaru termokliny *. Ocean przysnął w przedwieczornych złotych promieniach zachodzącego słońca, statek szedł cicho, prawie bez kołysania… Jednym słowem sielanka.
Nagle ktoś trzasnął drzwiami prysznica i… polała się woda, lała się i lała… Pierwszy spał po wachcie, jednak instynkt najwyraźniej go ostrzegł, że coś strasznego się dzieje z jego SŁODKĄ WODĄ!. Jakiś barbarzyńca moczy dupę stanowczo za długo…!

No i zaczęło się! Walenie w drzwi, rozjuszony ryk, a woda się leje, znowu walenie, znowu ryk, a woda się leje… Wyjrzałem na korytarz, Pierwszy czerwony, mało nie eksploduje, pod drzwiami kabiny jakieś kapcie, a w prysznicu woda się leejeee… kiedy już minął dobry kwadrans, a z Pierwszego zeszła trochę para, przechodzący „właśnie” radzik spytał go do niechcenia

-Panie Pierwszy, a próbował pan otworzyć? Może tam nikogo nie ma?

-Jak to nie ma, jak to nie ma!? Kapcie stoją! Woooda się lejeee!- ale tknięty strasznym podejrzeniem podsuniętym przez radzika złapał za klamkę, szarpnął i… drzwi stanęły otworem.

W środku kabina była pusta, za to z kranu do czerpania wody sanitarnej waliła na gretingi słona woda!

Pierwszego mało apopleksja nie powaliła, zapowietrzył się, małe oczka i tak zwykle wytrzeszczone omal nie wypadły z oczodołów!

-Ja im qrwa pokaaażęęę! Zabawiać się moim kosztem! Co za sq..syn to zrobił! Ma przesrane do końca rejsu! Itd. idt… Aż Stary wystawił głowę z kabiny i zawołał go do siebie, nie wiadomo o czym tam rozprawiali, ale powietrze z Pierwszego najwyraźniej zeszło i udał się na spoczynek… Za to cała załoga miała ubaw po pachy jeszcze przez dwa rejsy. Co kto wspomniał o prysznicu to wszyscy wokół pękali ze śmiechu…

*waypoint – punkt orientacyjny na mapie nawigacyjnej wyznaczony  do osiągnięcia przez statek, często oznacza miejsce zmiany kursu, w tym przypadku miejsce postoju
Termoklina- warstwa graniczna styku wody ciepłej powierzchniowej i wody zimnej głębinowej, zwykle znajduje się na głębokości 500 a 1000 m. Jest to granica przebywania stad zwierząt pelagicznych. Im wyżej w danym miejscu występowała termoklina tym większe szanse były na złowienie kalmarów.

Szczecin Radio…Szczecin Radio…! czyli o rozmowach z domem.

Chyba każdy, kto spędził trochę czasu na statkach zgodzi się ze mną, że na morzu dla marynarza są trzy miejsca najważniejsze, koja, kuchnia i radiokabina. Choć przy dostępie do satelitarnego internetu, to trzecie miejsce trochę traci na znaczeniu.

Kiedyś jednak, w czasach przedinternetowych było to z pewnością miejsce jedno z najważniejszych, a dobry radiooficer cieszył się niezwykłym poważaniem. Musiał być dobry, żeby po pierwsze umiejętnie dostroić sprzęt do fali stacji brzegowych a później jeszcze wepchnąć się w kolejkę statków oczekujących na połączenie 🙂

Każdy doświadczony rybak czy marynarz pierwsze przyjaźnie zawierał właśnie z radiooficerem i kucharzem, jeśli z nimi wszystko dobrze się układało, można było spokojnie na statku pracować 🙂 O kuchennych historiach opowiem później, teraz czas na „drucikowe” sprawy.

Radio wiedział o wszystkim na statku jako jeden z pierwszych, zwłaszcza o imieninach, urodzinach, radosnych i mniej radosnych wydarzeniach w domach. Zwykle byli to ludzie na poziomie, umieli dochować tajemnicy, tak że plotki z radiokabiny zwykle nie rozchodziły się, ale bywało inaczej.

Mieliśmy kiedyś takiego radzika, który zwykle „wpadał” do kabiny któregoś z załogantów akurat w chwili kiedy wznoszono jakiś toast urodzinowy czy imieninowy. Trafiał bezbłędnie nawet, gdy nie miał telegramu z życzeniami do doręczenia, najwyraźniej posiadał szósty zmysł 😉 Dzięki temu przez większość rejsu bywał lekko wstawiony.

Z połączeniami z domem nie było łatwo, fale radiowe w tajemniczy sposób to się ujawniały niosąc ze sobą wołanie Szczecin Radio… Szczecin Radio… to odpływały w niebyt. Podczas lepszej tzw. propagacji, kiedy można było z szumów i trzasków w eterze wyłowić te jakże dla nas piękne słowa, każdy kto mógł gromadził się wokół kabiny zamawiając połączenie z domem. Czekając na kolej swojego statku, bo wszyscy na łowisku czatowali na połączenie, można było przysłuchiwać się rozmowom kolegów z innych trawlerów.

Zwykle dziwne to były gadki, pewnie spowodowane świadomością, że cała flota przysłuchuje się tej jakże intymnej wymianie zdań ze stęsknioną żoną czy dziećmi. Dziwne z POZORU, bo w każdym zdaniu o domu słychać było tęsknotę, choć oczywiście twarde chłopy, w życiu by się nie przyznali do takich uczuć! 😉 Stąd rozmowy o płocie, wyklepanym błotniku czy innych, niby mało ważnych sprawach.

Rozmowy odbywały się w tak zwanym monopleksie, czyli mówiła tylko jedna strona, rzecz dla ludzi z lądu, przyzwyczajonych do normalnych, telefonicznych rozmów trudna do zrozumienia. Dlatego dochodziło do nieporozumień i zabawnych sytuacji.

Pamiętam jak kolega rozmawiał z żoną przez kilkanaście minut o różnych domowych sprawach, kiedy jednak doszedł do pytania o stłuczkę samochodową, spotkał się z niebotycznym zdziwieniem rozmówczyni. Okazało się, że rozmawiał z kimś zupełnie obcym.

Bywało, że dobra propagacja pojawiała się o dziwnych porach, czasami w nocy, czasami nad ranem, czasami pora dla nas normalna, a w domu był środek nocy, wynikało to z różnicy stref czasowych.

 

ocean szalał
ocean szalał

Pamiętam historię, w jakiej sam brałem udział. Pracowałem wówczas na Otolu, na południowym Pacyfiku. Różnica wynikająca ze stref czasowych wynosiła ok. 7 godzin, czyli kiedy u nas (na statku) była 10. w dzień to w kraju była 2. w nocy.

Wiało mocno, jak to na „ryczących pięćdziesiątkach” ocean szalał, więc statek sztormował. Dobry czas na porozmawianie z domem, propagacja „przyszła” około 9-10. Stałem w kolejce z kolegami pod radio kabiną, różne statki przebijały się w eterze chcąc złapać kontakt z Szczecin Radio. Koledzy po kolei wchodzili do kabiny i wychodzili szczęśliwi i uśmiechnięci. W końcu przyszła moja kolej. Podałem numer domowego telefonu , radzik przekazał to stacji brzegowej i po chwili słyszę:

-Otol, Otol, Szczecin Radio woła, Międzyzdroje na linii, proszę prowadzić rozmowę! No to zaczynam:

-Międzyzdroje, Międzyzdroje tu Wojtek z Otola! Jak mnie słychać odbiór!

Ale tu nic nie słychać, co jest! Poprzednicy mówili że świetnie się rozmawia. Po chwili słyszymy:

-Otol! Otol! Szczecin Radio! Proszę spróbować jeszcze raz, bo nie możemy się pani dobudzić, tutaj mamy środek nocy!

No to ja jeszcze raz:

-Międzyzdroje, Międzyzdroje tu Wojtek z Otola! Jak mnie słychać odbiór!

I…cisza, jedynie trzaski i szumy fali nośnej, co jest grane!

-Otol! Otol! Szczecin Radio! Pani jest zaspana mocno, nie kojarzy o co chodzi, chwilę cierpliwości proszę!

-Ok!, OK! Szczecin Radio!

Po chwili

-Otol! Otol! Szczecin Radio! Proszę mówić!

-Międzyzdroje, Międzyzdroje tu Wojtek z Otola! Jak mnie słychać odbiór!

No i historia się powtarza, tylko trzaski…oczywiście zacząłem się denerwować z lekka, bo co też się w tym domu wyrabia, zamiast radosnego powitania milczenie, że też ja muszę mieć takiego pecha! Cholera jasna!

Nagle słyszę i to całkiem dobrze

-Otol! Otol! Szczecin Radio! Może pan podać jeszcze raz numer telefonu, bo pani mówi że nikogo na waszym statku nie zna!

No i okazało się, że podałem numer telefon ze zmienioną jedną cyfrą. Jednym słowem wyrwałem z łóżka nieznajomą panią, obok której być może spał mąż i postawiłem ją w dwuznacznej sytuacji. Cała historia stała się dowcipną anegdotą, rozwijaną w najróżniejszy sposób podczas tego rejsu, jednak do dzisiaj mam wyrzuty sumienia, kiedy pomyślę jak ta pani mogła się niezręcznie poczuć.

W tym miejscu chciałbym serdecznie tę panią przeprosić. Może jakimś cudem do Niej to dotrze. 🙂

W.S.

Cło – czyli celnik też człowiek, potrzebuje się wyspać.

 

W pewnej chwili do naszej stłoczonej gromadki podchodzi potężnej budowy celniczka o zaspanej, naburmuszonej twarzy. -Oooo-myślę sobie- zaczyna się!

Zwiad na Pacyfiku miał trwać 18 miesięcy, rzecz jasna z dwukrotną wymianą załogi drogą lotniczą. Nasza ekipa była jakby na stałe związana ze statkiem, jeszcze od remontu przystosowawczego w stoczni Szczecińskiej, poprzez zwiad na północnym Atlantyku. Toteż to my poprowadziliśmy statek na Pacyfik przez Kanał Panamski i po pięciu miesiącach połowów zostaliśmy podmienieni drogą lotniczą w Vancouver.

Z tym powrotem wiąże się śmieszna historyjka z rodzaju „pogaduszek celnych”. Otóż lądujemy po blisko dobie lotu w Warszawie, w nocy, obładowani do granic wytrzymałości różnym dobrem (bosman np. przywiózł ze sobą komplet opon do auta!), każdy zestresowany, bo wiadomo Warszawa to nie Goleniów, zaraz nam zaczną trzepać d… Głęboki środek nocy, na lotnisku ludzi jakby niewiele, celnicy jacyś tacy nieobecni duchem, ale mimo wszystko zachowujemy czujność.

W pewnej chwili do naszej stłoczonej gromadki podchodzi potężnej budowy celniczka o zaspanej , naburmuszonej twarzy.

-Oooo-myślę sobie- zaczyna się!

-Panowie to co są? Skąd i dokąd?- pyta obcesowo wysokim, ostrym jak brzytwa altem.

-My jesteśmy rybakami, wracamy z wymiany załogi w Vancouver…

-Aha, to wy, no dobrze- obrzuciła taksującym wzrokiem piętrzące się wokół wory, kartony, paczki- Taaa, panowie nie macie nic do oclenia?

-No właściwie- odpowiadam trochę zdezorientowany, bo co to za gadka, przecież widzi, ta jednak nie daje mi dokończyć…

-No przecież widzę! Panowie NIE MACIE NIC do oclenia! -I na całe gardło, do wszystkich, dobitnie

-Proszę przechodzić, panowie nie macie NIC do oclenia, szybko, szybko, tędy, tędy bo tamujecie tu ruch!

Chłopaki zbaranieli, nie mniej niż ja, po chwili jednak dotarło do nas, że kobita po prostu chce się wyspać, a taka banda golców, to dla niej żadna gratka, bo co, będzie clić stare opony? Szybko wykorzystując okazję wypadliśmy, taszcząc swoje „skarby” przed lotnisko, gdzie oczekiwały już autokary. Przed nami była jeszcze niekończąca się podróż do Świnoujścia, w sumie trwała dłużej niż przelot nad Atlantykiem, ale co tam, byliśmy już w DOMU.

W.S.

„Pod przykrywką” czyli udawanie głupiego…

..Stanęło na tym, że mieliśmy oszukiwać władze portowe…

„Gopło” zostało wysłane na Pacyfik w celu sprawdzenia możliwości połowowych pławnic. Narzędzia te od pewnego czasu stosowane były przez Japończyków na otwartym oceanie do połowu tuńczyków i kalmarów.

Za ich stosowaniem przemawiało kilka istotnych argumentów: stosunkowo niskie koszty połowów, tak jeśli chodzi o eksploatację statku, jak ceny narzędzi połowowych ( w stosunku do trału pelagicznego), duży obszar penetracji otwartego oceanu ( a więc poza strefami ekonomicznymi państw nadbrzeżnych) i niskie nakłady paliwowe na same połowy. Połowy pławnicowe pochłaniają znikomy ułamek energii, koniecznej do przetrałowania włokiem pelagicznym tego samego obszaru oceanu.

Praca przy naprawianiu sieci

Przeciwko jednak przemawiał fakt wpadania w sieci ptaków i ssaków morskich. Oczywiście dla naszego armatora nie stanowiło to problemu, kto by tam przejmował się jakimiś fokami czy mewami. Jednak Kanada i USA, pod naciskiem organizacji ekologicznych nie wpuszczały do swoich portów statków łowiących pławnicami, u nich obowiązywał zakaz stosowania tego rodzaju sieci. Spore floty japońskich pławnicowców nie miały wstępu do portów na północno-wschodnim wybrzeżu Pacyfiku.

Dla nas stanowiło to pewien kłopot, ponieważ Vancouver był dla naszej północnopacyficznej floty portem bazowym, więc i my mieliśmy z niego korzystać. Stanęło na tym, że mieliśmy oszukiwać władze portowe, przed wejściem do portu sieci i wciągarki wędrowały do ładowni, natomiast na burty montowaliśmy windy kalmarowe, udając w porcie statek jiggersowy.

Zdawało to egzamin przez półtora roku pobytu statku na zwiadzie pacyficznym. My udawaliśmy, że jesteśmy statkiem jiggersowym, a Kanadyjczycy, że w to wierzą. W końcu nasza flota była niezłym kontrahentem dla zaplecza portowego Vancouver, toteż starali się nie czepiać nas za bardzo.

Jeśli chodzi o faktyczne przypadki wpadania w sieci ptaków i uchatek, to nie ma co udawać, były, ale same ptaki: petrele, albatrosy, burzyki, nawałniki i inne. Dbaliśmy jednak o to by jeśli były żywe (a najczęściej były, bo zaplątywały się przy górnej krawędzi sieci, na powierzchni) uwolnić je ostrożnie i wypuścić na wolność.

Te które były osłabione lub przemoczone, miały „kwaterę” na dziobie gdzie nabierały sił przed uwolnieniem. Dokarmialiśmy je tam, doglądaliśmy, by kiedy nabrały sił, a pióra odzyskały połysk, wypuścić je na ocean. Bywało, że na pokładzie pod bakiem kilkanaście petreli czy albatrosów darło się i dreptało rozglądając się za jedzeniem.

Maluchy w rodzaju burzyków czy nawałników trzymaliśmy w kabinach, w jakimś kartonie, one również w pewnym momencie wzlatywały w niebo…

Któregoś pięknego, słonecznego dnia, kiedy wybieraliśmy pławnice w odległości jakiś 500 mil od Filipin na niebie pojawił się potężny czterosilnikowy samolot amerykańskiego Coast Guard’u. Nadleciał od rufy na niskim pułapie, w otwartym włazie jeden z pilotów celował w nas aparatem z długim teleobiektywem. Widziałem go wyraźnie, ponieważ gdy zawrócił by wykonać kolejny przelot, miałem już w rękach swojego ricocha z podpiętą dwusetką i „w ramach rewanżu”, także zrobiłem im kilka fotek. Samolot wykonał w sumie trzy przeloty wszystko dokładnie fotografując.

Kapitan miał wyjątkowo kwaśną minę. „Nalot” był przyłapaniem nas na diablo gorącym uczynku. Sieci były w wodzie, statek w trakcie wybierania, a część z nich elegancko prezentowała się na pokładzie.

Jak się wkrótce okazało, do Kanady mieliśmy już wstęp zamknięty. Pod naciskiem Amerykanów, Vancouver zatrząsnął przed nami gościnne wrota. Szczęściem był to koniec rejsu. Tak się złożyło, że właśnie baza m/s Pomorze szła na północ z zaopatrzeniem dla naszej floty. W biegu pobraliśmy od nich wodę, paliwo i prowiant na powrót do domu i ruszyliśmy na południe, do Kanału Panamskiego.

fot, tekst W.S.

Kiepski, bardzo kiepski dzień

Pamięci Mariana Zarzyckiego II of. mechanika na m/t Gopło 

Wszyscy stanęli ze zwieszonymi głowami, każdy radził sobie na swój sposób ze łzami i okropnym poczuciem bezsilności, najgorszym z czym ludzie morza czasami muszą się zmagać.

16 sierpnia 1989 roku, północny Pacyfik, pokład trawlera B-20 m/t „Gopło” należącego do PPDiUR ODRA, który został przystosowany do połowów pławnicowych i wykonywał w tym czasie zwiad rybacki.

To był mało przyjemny dzień. Nieruchome powietrze miało tak wysoką wilgotność, że z trudem dawało się wciągać do płuc. Jęzory mokrej mgły sięgały od powierzchni wody do niskich ołowianych chmur. Idąca z północy, spod Aleutów martwa fala o oleiście gładkiej powierzchni, wprowadziła statek w długi, powolny rozkołys.

Zgrabna sylwetka trawlera leniwie kładła się to na lewą to na prawą burtę. Wolne obroty silnika głównego były ledwie wyczuwalne, znak, ze statek podchodzi do radioboi pierwszego zestawu pławnic.

Rybacy wyrwani nad ranem ze snu, leniwie wkładali ociekające kropelkami mgły jaskrawo pomarańczowe sztormiaki. Zawsze to jakaś ochrona przed niezmywalnym, piekącym po dostaniu się do oczu tuszem wyrzucanym przez schwytane kalmary, no i wodą morską strząsaną przez naprężone podczas wybierania sieci.

Pracę rozpoczęli o piątej. Stary bezbłędnie podszedł do radiopławy znaczącej początek zestawu. Z mgły, tuż przed statkiem wynurzyła się pomarańczowa boja. Jasiu stojący na dziobie, celnym rzutem kotwiczki zaczepił linę zestawu. Kilka pociągnięć ramion i pomarańczowa boja z trzymetrową anteną została podjęta na pokład, a wciągarki* zassały sieci i natychmiast ze swoistym wizgiem rozpoczęły pracę.

Pierwsze siatki szeleszcząc podczas przesuwania się po rozciągniętych plandekach, praktycznie puste przeleciały przez pokład do last. Niestety wyglądało na to, że tym razem kalmara nie będzie. W kolejnych pławnicach pokazały się całe stada bram, ryb nie nadających się do wykorzystania, za to zaczepiających o sieć każdą chropowatą łuską. Nic dziwnego, że wszyscy mieli nietęgie miny klnąc pod nosem. Wybieranie kolejnych zestawów prawie stanęło w miejscu, na pokładzie piętrzyły się kosze z czarną rybą o księżycowym ogonie, a chłopcy dwoili się i troili, by jak najszybciej wyplątać to cholerstwo.

Czas uciekał niemiłosiernie, a kalmara ani jakiegokolwiek innego połowu choćby do zjedzenia ani widu ani słychu. Stary niby nadrabiał miną sypiąc dowcipami z mostku do ludzi na pokładzie, ale w duchu klął w żywy kamień. Wyjaśniło się dobitnie, co też wczoraj echosonda malowała za stada, brama, jasna cholera, i to w takiej sakramenckiej ilości! W końcu nadszedł czas śniadania, statek zwolnił, by część załogi mogła zejść z pokładu, a pozostali nadążyli z pracą.

Paweł nie był specjalnie głodny, więc został jeszcze na deku. Dopiero koło ósmej, kiedy już większość chłopaków wróciła wycierając wąsy, ruszył do zejściówki. Z ulgą ściągnął mokry sztormiak prostując obolałe od ciągłego schylania się plecy. W kabinie opłukał słodką wodą twarz i piekące oczy. Wycierając ręce zerknął na fotografię uśmiechniętej dwójki dzieciaków. Ile to już czasu się nie widzieli? Dobre dwa miesiące… Trzeba będzie zadzwonić.

W mesie przy pierwszym stole siedział już chief Jędrek, motorzysta Toni i Jurek, chłopak z pokładu. Paweł przysiadł się do nich zajmując miejsce twarzą do wejścia. Po chwili przy następnym stole, za jego plecami usiadł II mechanik Marian i „harcerzyk”-radiooficer Piotrek.

Wszyscy mieli miny takie sobie, w końcu każdy przyjechał tu zarabiać pieniądze a nie kiwać się po próżnicy… Można było to jasno wyczytać z ich skwaszonych min, tymczasem kuk roznosił nieśmiertelną jajecznicę. Po dwóch miesiącach nie miała prawa smakować i… nie smakowała. Mimo to dzióbali wszyscy w talerzach, z namaszczeniem smarując kromki chleba. Takie małe, normalne czynności, wykonywane z pietyzmem pozwalają zachować wewnętrzny spokój, nawet w trudnych okolicznościach.

Paweł w pewnym momencie zauważył zaskoczenie na twarzy chiefa jednocześnie słysząc rumor za plecami. Kiedy gwałtownie się odwrócił zobaczył, że drugi mechanik spada bezwładnie pod stół. Wszyscy zerwali się na równe nogi. -Marian! Marian! Co jest? -Chłopaki , otworzyć bulaje i drzwi! -Marian obudź się!

Marian blady, wręcz szary został sprawnie ułożony na podłodze. Chief szybkim ruchem rozdał koszule na jego piersi i przystąpił do reanimacji poprzez rytmiczne uciski na klatkę

-Radio, nie stój qrrrwa, przynieś zestaw do reanimacji!

-Mmmy nie mamy …

-Jak to nie mamy, maski do usta usta nie masz?

-Nie…

-Ja pierrrr..olę, to co ty qrrrrwa robiłeś w porcie!

Paweł gorączkowo przeszukiwał mózg, co się robi podczas zawału, co ? Adrenalina, nitrogliceryna? -Radio masz nitroglicerynę?

-Poszukam!

-Dobra, dawaj migiem!

Chief oderwał kawał koszuli i przez tak zaimprowizowana maskę wdmuchiwał w płuca Mariana powietrze w przerwach między uciskami na serce. W międzyczasie Piotrek przyniósł tabletki nitrogliceryny, pokruszyli je i włożyli Marianowi do ust.

-Piotrek leć do radia i wołaj jakiegoś lekarza! Już po chwili trzęsący się ze zdenerwowania radzik wołał:

-May day!, May day! May day! Gopło potrzebuje pomocy lekarskiej, Polish vessel need medical equipment may day, may day!

W głośniku zachrobotało

-Gopło, Gopło Kalmar woła, Kalmar woła, co się stało? Jaką macie pozycję? Z przygotowanej przez asa kartki radio odczytał pozycję

-OK, jesteśmy od was jakieś 7 dni drogi, nie możemy pomóc fizycznie, ale daję do radia doktora. Inny już głos

– Tu lekarz medycyny Jerzy Kowalik, co się stało?

-Panie doktorze, podejrzewamy zawał, II mechanik podczas śniadania stracił przytomność, skarżył się w nocy na bezsenność i pieczenie w okolicy mostka…

-Tak, to może być zawał, proszę podać mu hydrokortyzon dożylnie, jak najszybciej, czekam przy radiu…

Radzik pobiegł do apteczki po strzykawkę i leki… Paweł obserwował czujnie co ten robi. Hydrokortyzon, strzykawka, dobrze, utrącić ampułkę, odskoczyła z cichym sykiem, strzykawka, igła, tak by jej nie dotknąć palcami, dobrze, naciągnąć lek, odpowietrzyć

-Radio, co ty robisz! Odpowietrzasz igłą w dół? Opanuj się, igła do góry, tak. Bąbelki powietrza zniknęły, na igle pokazała się kropelka płynu… A spirytus do odkażanie skóry, jest i spirytus, wacik też, gumka do zaciśnięcia ramienia…OK. Chief przytrzymał bezwładną rękę tak by dłoń nadgarstek leżał żyłami do góry.

-Są jakieś oznaki życia?

-Przed chwilą westchnął- odparł chief nieswoim, łamiącym się głosem. Teraz motorzysta Jurek ze zmiany drugiego prowadził reanimację. Paweł wycofał się do radiokabiny

-Klamar Kalmar, Gopło woła… natychmiast odezwał się lekarz z trawlera

-Jestem, lek podany?

-Tak, chory bez zmian, mimo reanimacji nic się nie dzieje…

-Proszę osłuchać przez stetoskop chorego, czy jest tętno, czy serce pracuje?

-Panie doktorze tu nie ma żadnego cholernego stetoskopu, radio niewiele wziął na statek. W eterze zapadła dramatyczna cisza… Po chwili

-Gopło, jest tam pan? Paweł usiłował przełknąć wielką kolczastą kulę tkwiąca w gardle, nerwowo wytarł łzy

-Tak- wychrypiał- jestem…

-Proszę sprawdzić co się dzieje z chorym i przekazać mi. Zbiegł na dół. Od razu spostrzegł krwawą pianę wyciekającą z ust Mariana… Reanimacja trwała, radio blady, chyba zaraz też będzie wymagał pomocy… Cholera, ale pierrrdo**ny burrrrdel…!

-Macie lusterko- podał je Jurkowi -przyłóżcie do ust, Chief sprawdź tętno… Nie musiał pytać o efekt, lusterko zostało nieskazitelne, Paweł wrócił szybko do radiokabiny.

-Kalmar, Kalmar Gopło…

-Tak, jestem, co z chorym?- przerwał lekarz z Kalmara -Mamy krwawą pienistą wydzielinę z płuc, wycieka z ust…

-Tętno?

-Nie ma

-Ślady oddechu?

-Nie ma

-Ile czasu trwa renimacja?

-Jakieś 40 minut

-Panie Pawle, jest 9:30, z wielką przykrością na podstawie podanych przez pana objawów stwierdzam zgon pacjenta i zarządzam przerwanie reanimacji. Proszę sporządzić protokół ze zdarzenia i dokonać odpowiedniego wpisu do księgi okrętowej. Gdyby coś jeszcze się działo z innymi członkami załogi proszę niezwłocznie wołać, jesteśmy na stałym nasłuchu… Powodzenia!

-Dziękuję doktorze, że był pan z nami, za pomoc, powodzenia, bez odbioru.

Powoli zszedł do mesy, czuł okropny ciężar na sercu, ciężar czegoś nieodwracalnego, potwornego, czegoś czego nie można zmienić… już nigdy…

-Chłopaki, lekarz kazał przerwać reanimację, stwierdził zgon.

-Co on pier**li! Konował je**ny, Marian qrwa, rusz się! -Krzyknął łamiącym się głosem Chief, uderzył silnie pięścią w okolice serca Mariana i przyłożył ucho do jego piersi.

– Jezu!, nic… – usiadł na podłodze przy ciele trzymając je za przegub dłoni, jak by czekał na puls. Grube łzy płynęły po jego twarzy, Wszyscy stanęli ze zwieszonymi głowami, każdy radził sobie na swój sposób ze łzami i okropnym poczuciem bezsilności, najgorszym z czym ludzie morza czasami muszą się zmagać. Zdawało się, że cały statek zamarł w ciszy. Ale tak nie było, na pokładzie praca szła normalnie, choć wszyscy już wiedzieli co się stało.

Zapowiadający się zwykły kiepski dzień stał się dniem tragicznym. Po południu, kiedy już wszystkie pławnice znalazły się na pokładzie, a statek szedł małą naprzód w poszukiwaniu ryby i kalmarów, stary poprosił do siebie chiefa, pierwszego, Pawła jako delegata załogowego i Jerzego, kierownika rejsu. Miał poważną minę, nalał do szklaneczek złocistego Jasia Wędrowniczka, siadł ciężko w fotelu i westchnął…

-Panowie, mamy problem- zaczął- problem ogólny i problem szczególny. Po pierwsze trzeba coś zrobić ze zwłokami… Nikt nigdy mi jeszcze nie umarł, więc nie mam doświadczenia w tych sprawach, proszę panów o pomoc…

Po chwili ciszy i łyku bosko rozpływającego się ciepłem w żyłach alkoholu odezwał się Pierwszy. -Jeśli chodzi o zwłoki, to Jasiu już się zaoferował, że je oporządzi, jak należy, wie jak to się robi…

-Zaraz opróżnię chłodnię z prowiantu – zabrał głos Paweł -niewiele go już zostało, będzie można złożyć tam Andrzeja, potrzebne będą czyste prześcieradła żeby go zaszyć…

No to problem szczególny mamy z głowy- odparł Stary- teraz ogólny, przerywamy zwiad i idziemy do Vancouver. Będzie to okazja do uzupełnienia zapasów i odpoczynku załogi. Ten odcinek rejsu dał nam mocno w kość. Proszę zająć się przygotowaniem statku do przelotu i wejścia do portu. Jak zwykle wykładamy windy kalmarowe na burty. Pozostały sprzęt do ładowni. (wyjaśnienie tej decyzji w opowiadaniu „Pod przykrywką” )

-Pierwszy, poproś Jasia… Panom dziękuję, Paweł zostań chwilkę. Wszyscy się podnieśli i wyszli…

-Paweł- Stary zaczął z zakłopotaniem- czy mógłbyś delikatnie obserwować radiego? Paweł pokiwał głową, sam już o tym pomyślał, radio to harcerzyk, jeszcze mógłby sobie coś zrobić… Tak to wyglądało, ehhh…..

-Oczywiście, przyglądam mu się od rana…może mu przejdzie… – Stary pokiwał głową, uścisnęli sobie dłonie i Paweł wyszedł. Po chwili do kapitańskiej kabiny wkroczył Jasiu, zwykły rozbrajający na patelniastej twarzy Jasia uśmiech znikł…

-Jasiu, chciałem podziękować za to że zaofiarowałeś się oporządzić ciało…

-Nie ma sprawy panie kapitanie, to był nasz kolega, a poza tym, dla mnie to nie pierwszyzna, takie jest życie…

-Taaaak, takie jest to pierd**one życie, Jasiu…Ehhhh, masz łyknij sobie kropelkę,

-Ale panie kapitanie, mam zakaz!

-Przecież wiem, to mój zakaz, teraz go na minutę zawieszam, ale na minutę! Jasiu skwapliwie wychylił szklaneczkę, po chwili dawny uśmiech znowu go rozpromienił…

-Dziękuję, to było mi bardzo potrzebne…

-Wiem, wszyscy jesteście twardzielami, ale… ehhhh. No i ta nagana z portu jest anulowana. (kłopot z Jasiem) Co nie znaczy, że nie wpier**lę ci kolejnej jak coś nawywijasz!

-Panie kapitanie, jaaaaa? – Święte oburzenie emanowało z głosu urażonego wielkoluda.

-Jasiuuuu, ile to rejsów razem zrobiliśmy?

-Noooo, ten będzie dziesiąty?

-No widzisz, znamy się jak dwa łyse konie, więc się nie oburzaj tylko uważaj na siebie…Mówię tak bo idziemy do portu. Jak będziesz chciał się napić wpadnij do mnie, ale na mieście ani kropelki, pamiętaj!

-Oczywiście kapitańciu!

-Dobra, dobra, idź już, aha, ciało złożycie do chłodni u Pawła… No zmykaj!

Statek zmienił kurs na wschodni, przed nimi było jakieś 12 dni drogi. 12 dni monotonnych wacht, pracy na pokładzie i rozmyślań, gadania, wspominania, rozpamiętywania. Jeszcze niedawno podczas kabinowego popijania kawy nie zawsze dobrze mówiło się o II. mechaniku, teraz okazało się, że był to człowiek bez wad, jak zwykle w takich przypadkach…

Jego ciało obmyte, ogolone, ostrzyżone, owinięte w prześcieradło spoczęło w chłodzonej komorze ładowni. A tymczasem pozostały formalności, głupie, małe, przyziemne, które jednak czekały rodzinę zmarłego. Paweł postanowił choć trochę im ulżyć. Wysłał telegram do dyrektora ds. osobowych Adriany Hebel, żony nieżyjącego już wówczas legendarnego dyrektora Odry. „Proszę o zaoczne rozliczenie z pobranych ubrań i innych środków nieżyjącego członka naszej załogi Mariana Ż. II mechanika m/t Gopło” Odpowiedź przyszła natychmiast. „ Mechanik Marian Ż. jest rozliczony, pozdrawiam załogę A.Hebel” Mała, głupia rzecz a jak znacząca… Człowiek po drugiej stronie okazał się Człowiekiem, a nie urzędasem.

Paweł dyskretnie obserwował „harcerzyka”, ten chodził struty, nie pokazywał się na mostku, głównie przesiadywał sam w kabinie. Przy którejś próbie wyciągnięcia go stamtąd na karty czy kawę wybuchnął:

– Odpierd**cie się wreszcie ode mnie, myślicie że nie wiem że obserwujecie mnie, żebym sobie czegoś nie zrobił? NIE ZROBIĘ! Zakonotujcie to sobie i dajcie mi święty spokój.

Ale wybuch ten miał chyba oczyszczający wpływ, bo radzik zaczął funkcjonować normalnie…

Tymczasem statek pokonując malownicze skaliste, pełne nieoczekiwanych wirów i prądów cieśniny zatoki Victoria na Strait of Juan de Fuca, wpłynął na redę portu Vancouver. Flaga opuszczona do połowy masztu obwieszczała wszem i wobec o nieszczęściu jakie dotknęło załogę.

Tym razem cumowanie statku odbyło się bez zwykłych podczas dochodzenia do kei okrzyków, targowania się o cenę papierosów i zwykłego harmideru portowego. Statek dobijał do kei majestatycznie niczym wielki karawan…

Na nabrzeżu już stali ludzie kanadyjskiego koronera. Urzędnik, wielki chłop ze szpakowata brodą okalającą nalaną twarz, zażądał od prowadzącego go do chłodni Pawła flagi, do którego dopiero po chwili dotarło o co chodzi, przyniósł z mostku polską Banderę i przykrył nią zwłoki. Ludzie koronera razem z rybakami wynieśli ciało Andrzeja po stromej zejściówce, co nie było łatwe…

Gdy znaleźli się na pokładzie trałowym zawyła statkowa syrena, to było dramatyczne pożegnanie kolegi, nie było twardziela, któremu by nie zaszkliło się oko… Bezosobowy ładunek owinięty biało czerwonym płótnem zniknął w czarnym mikrobusie, syrena wyła do chwili kiedy ten zniknął za zakrętem portowego nabrzeża…

Życie powoli wróciło do normy, choć obraz owiniętych w banderę zwłok na pokładzie „Gopła” z rykiem syreny w tle pozostał wszystkim głęboko w pamięci…

Po kilku dniach przyszło orzeczenie koronera: bardzo rozległy zawał, Marian nie miał szans, nawet gdyby na miejscu był zespół reanimacyjny…

W.S.

To opowiadanie oparte jest na autentycznym  wydarzeniu, którego autor był naocznym świadkiem i uczestnikiem. Oczywiście trudno spamiętać i cytować wszystkie dialogi, czas jest nieubłagany. Także imiona uczestników poza zmarłym II mechanikiem zostały zmienione.