Archiwa tagu: rybacy

Męskie dowcipy w rybackim wykonaniu – Symfonia Pierwszego

Męskie dowcipy w rybackim wykonaniu – Symfonia Pierwszego

Na Gople mieliśmy I oficera, Roman chyba miał na imię, niewysoki ale za to mocno zbudowany, byczy kark, łysa pochylona głowa, broda prawie zrośnięta z niemałą klatą, małe wyłupiaste oczka i zmysłowe usta niczym u amanta filmowego. Charakter za to trudny miał, funkcjonował na zasadzie bata kapitana. Stary miły, kulturalny, a jak trzeba było kogoś opieprzyć, to miał Pierwszego.

To właśnie ten oficer był głównym bohaterem opowiadania ” Prysznic…”, no i pewnie nie raz tu jeszcze go wspomnę, bo „barwna to była postać”.

Jego przeciwieństwem był Radio, wysoki, szczupły, żeby nie powiedzieć chudy, niezbyt pewny siebie, jakby lekko zlękniony… Nie specjalnie zgrywał się z załogą ale był nieszkodliwy.

Pierwszy miał kabinę na pokładzie szalupowym, niedaleko mostka, toteż jego straszliwe chrapanie słychać było podczas nocnej wachty na mostu okropnie… A było to chrapanie nad chrapaniami, wznosiło się, opadało, przerywało nagle i niespodziewanie by wybuchnąć głośnymi, przerażającymi kaskadami.  Kiedy było chłodniej zamykaliśmy drzwi na mostek i okno z prawej burty, żeby mniej było słychać, ale w tropikach…

Faceci jak się nudzą, to wymyślają dowcipy, najlepiej takie żeby się pośmiać cudzym kosztem.

Na naszą ofiarę wybraliśmy radiego, który jednocześnie pełnił na statku rolę felczera, więc na wszelkich chorobach na pewno się znał. Ciekawi byliśmy czy potrafi coś poradzić na chrapanie.

W Vancouver, w komisie, tutaj zwanym secondhandem, nabyłem drogą kupna za kilka kanadyjskich dolarów całkiem przyzwoity magnetofon reporterski, z porządnym mikrofonem.

Którejś nocy na Pacyfiku, kiedy staliśmy w dryfie, w oczekiwaniu na poranne wybieranie pławnic, nagrałem chrapanie pierwszego.

Po południu, kiedy już siatki wylądowały na pokładzie i mieliśmy chwilę dla siebie, zaprosiliśmy na pokład pelengowy, na mrożoną kawę Radiego. Pogadaliśmy, pogadaliśmy, w końcu któryś zapytał,

-Radio, jest jakieś lekarstwo na chrapanie?- ten się zamyślił i po chwili odparł:

-Niee, chyba nie… a co?

-W zasadzie to nic, nam to na mostku jak zaczyna przeszkadzać to zamykamy drzwi i bulaje, daje się wytrzymać, ale czy to nie jest groźne?

-No nie wiem, ale kto tak strasznie chrapie?

-Jak to kto, ty!

-Co wy pieprzycie, ja nie chrapię!

-Rzeczywiście nie chrapałeś ale coś ostatnio się stało, że jedziesz jak popsuty czołg…

-Jaaa?

-Nie wierzysz to posłuchaj… i puściliśmy mu „symfonię” w wykonaniu pierwszego…

Radio zbladł i mówiąc do siebie,- to nie możliwe, to niemożliwe- poszedł do kabiny… A my postanowiliśmy temat co jakiś czas pociągnąć. Okazuje się, że w każdym siedzi jakiś mały sadysta…

Po paru dniach, widząc jak Radio się męczy, jednak daliśmy mu spokój, któryś ze spiskowców wyjaśnił mu „na boku”, że chłopaki jaja sobie robią.
Trochę się wściekał, trochę obraził ale wieczorek przy butelce czerwonego wina sprawę ułagodził… W sumie potem sam się śmiał na wspomnienie tego „dowcipu”.

Wielka wyprawa krylowa – priorytet rządu i partii

Wielka wyprawa krylowa – priorytet rządu i partii

Początek lat 70. był piękny, po zmianie w władzach jedynie słusznej partii po protestach w grudniu 1970, Gierek otrzymał zielone światło z Moskwy na kontakty z zachodem. Pokazał ludzką twarz socjalizmu, za cenę potężnych kredytów na unowocześnienie gospodarki.

Nie będę tu wdawał się w ocenę tego co się wówczas działo. Dla gospodarki rybackiej jednak nastały złote czasy. Firmy armatorskie zamawiały coraz to większe trawlery, a zawłaszczanie szelfów przez państwa nadmorskie, wymuszały poszukiwania białka spożywczego, coraz dalej od Europy.

Państwo angażowało coraz większe środki w rozwój tak rybołówstwa jak i nauki, w celu wydobycia jak najwięcej, jak najszybciej, niekoniecznie jak najtaniej białka z mórz i oceanów.

W połowie lat 70. narodził się pomysł połowów kryla, którego „nieprzebrane” zasoby żyły sobie spokojnie, do tej pory, w wodach arktycznych.

Wysłano w celach zwiadowczych zespół dwóch statków, jeden łowczy m/t Tazar i drugi naukowy „Profesor Siedlecki”.

Na Tazarze kierownikiem naukowym był dr. Maciej Krzeptowski ze świnoujskiego oddziału Morskiego Instytutu Rybackiego a korespondentem Głosu Szczecińskiego red. Bogdan Czubasiewicz. Na Siedleckim kierownikiem był prof. Rakusa-Suszczewski z Polskiej Akademii Nauk, który jednocześnie był kierownikiem naukowym całej wyprawy a korespondentem znany podróżnik i dziennikarz Ryszard Badowski (kawiarenka pod Globusem Tv Kraków).

O wyprawie powstało sporo książek, opracowań i tekstów, ale pozostało jeszcze kilka anegdotek, których nie udało mi się w nich znaleźć, za to słyszałem je podczas rybackich spotkań z uczestnikami tego rejsu, m.in. Andrzejem Bejmem radiooficerem na Tazarze i Maciejem Krzeptowskim, jak wspomniałem kierownikiem naukowym wyprawy, oraz Jurkiem Porębskim, który był w zespole naukowo badawczym na Siedleckim.

Jedna ze smaczniejszych anegdot dotyczyła organizacji rejsu, która była dość bałaganiarska, np. w czasie przelotu na południe okazało się, że na Tazarze są dwie lewe deski trałowe. Jak wiadomo takim zestawem nie da się łowić, ponieważ są one tak skonstruowane, że lewa rozciąga skrzydło włoka w lewo a prawa w prawo. Czubasiewicz natychmiast napisał o tym zjadliwy tekst do Głosu Szczecińskiego, gazety partyjnej, rzecz jasna.

Tekst mu odrzucono z uwagą, że nie może pisać takich rzeczy, że statek został wyposażony w dwie lewe deski trałowe. Czubasiewicz wysłał skorygowany tekst, w którym napisał, że statek został wyposażony w DWIE PRAWE DESKI TRAŁOWE. Śmiechu było na statku z tego powodu co nie miara…

Kilka mało znanych a śmiesznych historyjek przytacza Maciej Krzeptowski w książce „Pół wieku i trzy oceany”,  jedna z najśmieszniejszych wg mnie to ta o wpadce Czubasiewicza, który koniecznie chciał prześcignąć w relacjach Badowskiego…

Miałem okazję być na powitaniu Tazara w Świnoujściu i spotkaniu załogi z dyrekcją „Odry”. Tutaj wylały się żale na byle jakie przygotowanie niby priorytetowej dla rządu i partii wyprawy antarktycznej.

Wybuch zjadliwej wesołości, wśród której dominował baryton Andrzeja Bejma, spowodowała wiadomość z socjalnego, że uczestnicy wyprawy mają zagwarantowane wczasy z rodzinami w firmowym hotelu „RYBAK”, który znajduje się w Międzyzdrojach!!!

Statek przywiózł wówczas na pokładzie, z mojego punktu widzenia (wówczas pracownika Muzeum Rybołówstwa Morskiego), masę bezcennych skarbów. Kolekcje rzadkich skorupiaków, ryb zimnokrwistych, ptaków antarktycznych ale także grupkę żywych pingwinków. Rybacy zajmowali się nimi troskliwie, toteż, całkiem dobrze przetrwały podróż i zostały przetransportowane jako dar do ZOO w Oliwie, gdzie przeżyły kilka lat.

Urzędasy a ludzkie sprawy

Urzędasy a ludzkie sprawy

Był czas odwilży, tuż po stanie wojennym, władzę dzierżyli w dalszym ciągu karierowicze z partyjnego nadania, przynajmniej w wielu dość ważnych węzłach decyzyjnych.

U nas takim był dział załogowy. organizowanie wymian samolotowych załóg. Kierownik działu logistyki, nie pamiętam nazwiska i dobrze, bo nie był tego wart, był przykładem takiego mało kompetentnego człowieczka z nadania.

Samo przedsięwzięcie, przerzucenie na inny kontynent 30, 60 czy 80 chłopów z ich bagażem osobistych rzeczy na pół roku, z zasady było dość skomplikowane. Jednak w Odrze, przynajmniej moim zdaniem, to komplikowanie przekraczało zdrowy rozsądek. Jako delegat załogowy dałem temu wyraz podczas dyskusji z kierownikiem działu, na odprawie organizacyjnej.

Zapytałem go, czemu załoga transportowana jest najpierw do Warszawy autokarami, potem samolotem do Kopenhagi, a dopiero tam wsiadamy do transatlantyckiego samolotu rejsowego do Kanady.

Sam przejazd autokarami to blisko 12 godzin, oczekiwanie na lot, odprawy, lot czarterowym samolotem, wszystko to trwa bardzo długo i jest niezwykle męczące dla ludzi. Do tego jeszcze te wory marynarskie, które każdy musi targać przez lotniska od samolotu do samolotu.

Czy nie prościej byłoby ludzi i bagaż zawieźć autokarami do Kopenhagi, odległość, gdyby załatwić wjazd do Niemiec przez Świnoujście, to raptem 250 km. Do Warszawy ponad 600 i to po kiepskich drogach. Czas dojazdu ze względu na drogi w Niemczech i mniejszą ilość kilometrów byłby zdecydowanie krótszy. Firma też by zaoszczędziła na czarterze samolotu z Warszawy do Danii. Jednym słowem same korzyści, nie tylko z naszego punktu widzenia.

Załoga mruczała z aprobatą, bo każdy miał dość tej bezsensownej poniewierki.

Za to faceta zatkało, no bo jak jakichś fizol może specjaliście od logistyki, zarzucać brak kompetencji! Poczerwieniał na twarzy, zażądał mojego nazwiska, coś tam odburknął i zamknął zebranie.

Jako pracownik pionu technologicznego zjawiłem się za jakiś czas u głównego technologa Wróbla, po wytyczne na rejs. Bogdan, popatrzał na mnie znad okularów i mówi zacinając się jak to on.

– Wwwojtek!. A cccośś tytyty tam nagadał zzzzałooggowemu, na zezebraniuu, ppprzyszedłłł i mmmi ttu dddupe zzzawraaaacał!

Oho- pomyślałem- zaczyna się…

– No faktycznie, powiedziałem mu jak widzę tę jego organizację wymiany załogi, przecież to co oni wymyślili to droga przez mękę!

-Nnno aaalle qq..wa (Wróbel przeklinał nałogowo) nanna zzzebbraniuuu?!

– A gdzie? W końcu jestem delegatem załogowym, mówiłem w imieniu załogi, to co , mam się z nim po cichutku, na kawce spotykać? Szuszuszu?

-Jejejesttteśś dedeleegagateeem?

-No jestem, od pierwszego rejsu na Gople, jakoś tak wyszło…

Aaaaa ttto niechch spiepierrrrr…llla!

I przeszliśmy do spraw zawodowych.

A wymiana załogi przebiegła, ta i kolejne, według starych schematów, czyli niepotrzebnie strzępiłem sobie język…

Prysznic – A woda się leejeee!

Woda

Burtowce były budowane na Morze Północne, toteż posiadały dość skromną autonomiczność, obliczaną na 45 dni. Jednym z ważniejszych ograniczeń czasu przebywaniu w morzu była niewielka pojemność zbiorników na wodę słodką.

Gopło przed wyjściem na serię rejsów zwiadowczych, zostało dostosowane do samodzielnego pływania  (bez wsparcia floty łącznikowców i baz) na sporych obszarach Atlantyku i Pacyfiku. Inżynierowie wyposażyli go zatem w nowoczesne na owe czasy rozwiązanie do uzdatniania wody morskiej. Była to membranowa odsalarka, działająca na zasadzie odwróconej osmozy. Nie będę się tu rozpisywał o tym cudzie techniki, kto chce może poczytać o nim klikając na ten link.

Woda słodka uzyskiwana w ten sposób, pozbawiona była minerałów toteż nie nadawała się do spożycia, za to doskonale sprawdzała się pod prysznicem. Niestety wydajność naszej odsalarki nie była zbyt wielka, raptem kilkaset litrów na dobę, toteż woda słodka była na naszym Gopełku mimo wszystko racjonowana.

Bosman, niewysoki za to krępy i wiecznie roześmiany Zbynio, codziennie rano sondował zbiorniki z wodą słodką podając na mostek ich stany. Tam już Pierwszy do swoich tabelek wpisywał otrzymane wielkości. Widać było, jak bardzo przeżywał każdy centymetr mniej na bosmańskiej miarce. Woda to był jego ukochany konik.

Chwytał się różnych sposobów aby te wodę zaoszczędzić, po pierwsze zakazał codziennej kąpieli, kto chciał to mógł się pryskać w swojej umywalce, prysznic tylko raz w tygodniu.
Kazał przykręcać maszynie zawory słodkiej wody, by z kraników umywalkowych ciekła tylko, tylko…
Kiedy w tropikach, a statek łowił głównie w tropikach, chłopaki na przelocie robili na pokładzie basen z morską wodą, natychmiast ogłaszał ćwiczenia. A to alarm pożarowy a to szalupowy, a to plastrowanie kadłuba itd. Byliśmy chyba najlepiej wyćwiczoną załogą w całej naszej flocie! Nawet alarm skażenia radioaktywnego nam zrobił! 🙂
Oczywiście nie żałował nam kąpania się w słonej wodzie, ale przecież tę sól trzeba było spłukiwać słodką!

w morzu
fot:WS

Prysznic

Pierwszy, mężczyzna w sile wieku z pokaźnym brzuszkiem, byczym karczychem, pretensjami do postawy tzw. twardziela, chyba nie zdawał sobie sprawy, że jest obiektem bezlitosnych żartów wśród załogi, nie zdawał do pewnego czasu…

Prysznic na B-20 jest umieszczony na tym samym pokładzie co mostek, obok kabiny Pierwszego, toteż za każdym razem, kiedy pod prysznicem lała się woda, słyszał to doskonale i już po minucie bębnił w metalowe drzwi kabiny.

-Zakręć tę wodę! Co za panienka do cholery tak się tam szoruje! Zamiast zamoczyć, zakręcić, namydlić i dopiero spłukać! Podstawowych rzeczy o życiu na statku muszę uczyć!

Zwykle bębnienie i wrzaski pierwszego przynosiły natychmiastowy skutek i woda przestawała się lać.

Jednak pewnego razu stało się inaczej. Akurat miałem wachtę na mostku, statek szedł spokojnie na kolejny waypoint pomiaru termokliny *. Ocean przysnął w przedwieczornych złotych promieniach zachodzącego słońca, statek szedł cicho, prawie bez kołysania… Jednym słowem sielanka.
Nagle ktoś trzasnął drzwiami prysznica i… polała się woda, lała się i lała… Pierwszy spał po wachcie, jednak instynkt najwyraźniej go ostrzegł, że coś strasznego się dzieje z jego SŁODKĄ WODĄ!. Jakiś barbarzyńca moczy dupę stanowczo za długo…!

No i zaczęło się! Walenie w drzwi, rozjuszony ryk, a woda się leje, znowu walenie, znowu ryk, a woda się leje… Wyjrzałem na korytarz, Pierwszy czerwony, mało nie eksploduje, pod drzwiami kabiny jakieś kapcie, a w prysznicu woda się leejeee… kiedy już minął dobry kwadrans, a z Pierwszego zeszła trochę para, przechodzący „właśnie” radzik spytał go do niechcenia

-Panie Pierwszy, a próbował pan otworzyć? Może tam nikogo nie ma?

-Jak to nie ma, jak to nie ma!? Kapcie stoją! Woooda się lejeee!- ale tknięty strasznym podejrzeniem podsuniętym przez radzika złapał za klamkę, szarpnął i… drzwi stanęły otworem.

W środku kabina była pusta, za to z kranu do czerpania wody sanitarnej waliła na gretingi słona woda!

Pierwszego mało apopleksja nie powaliła, zapowietrzył się, małe oczka i tak zwykle wytrzeszczone omal nie wypadły z oczodołów!

-Ja im qrwa pokaaażęęę! Zabawiać się moim kosztem! Co za sq..syn to zrobił! Ma przesrane do końca rejsu! Itd. idt… Aż Stary wystawił głowę z kabiny i zawołał go do siebie, nie wiadomo o czym tam rozprawiali, ale powietrze z Pierwszego najwyraźniej zeszło i udał się na spoczynek… Za to cała załoga miała ubaw po pachy jeszcze przez dwa rejsy. Co kto wspomniał o prysznicu to wszyscy wokół pękali ze śmiechu…

*waypoint – punkt orientacyjny na mapie nawigacyjnej wyznaczony  do osiągnięcia przez statek, często oznacza miejsce zmiany kursu, w tym przypadku miejsce postoju
Termoklina- warstwa graniczna styku wody ciepłej powierzchniowej i wody zimnej głębinowej, zwykle znajduje się na głębokości 500 a 1000 m. Jest to granica przebywania stad zwierząt pelagicznych. Im wyżej w danym miejscu występowała termoklina tym większe szanse były na złowienie kalmarów.

Pagajowy przemyt czyli jak to bywało z rybackimi biznesami…  

…stary nie czekając na zdjęcie ostatniej cumy po prostu ją zerwał gwałtownym „cała wstecz”…

Tajemnicą poliszynela jest fakt, że załogi statków chodzących na Morze Północne główne dochody czerpały z przemytu  alkoholi i papierosów. Najczęściej rzecz działa się poza oczami oficerów, jednak bywało, że nawet kapitan brał w tym  udział prawie oficjalnie.

Takim statkiem był przez pewien czas „Moko”(nazwa zmieniona), gdy dowodził nim kapitan o  ksywie „Pagaj”. Dla mnie był to pierwszy rejs na jeziorku jak nazywano w Odrze burtowce, słynnej serii B-20. W  ostatniej chwili zabrakło im mistrza przetwórstwa, a że ja czekałem na stojące w stoczni „Gopło”, główny technolog  Wróblewski złożył mi propozycję nie do odrzucenia.

Co to za statek, dotarło do mnie w momencie, kiedy już po przejściu  Sundów, „na statek poszło polecenie”, chować towar, bo awaryjnie wchodzimy do Norwegii, do Haugesund. Jeden z marynarzy  ma silne bóle wątroby, musimy odstawić go na ląd.

W fiordy wchodziliśmy po południu, dzięki temu mieliśmy możliwość  nacieszenia oczu niezwykłymi widokami norweskiego wybrzeża.  Manewr dobicia przebiegł szybko i sprawnie, odprawa celna także, agent już jechał po naszego załoganta, więc mieliśmy  dwie trzy godziny na spacer po schludnym, spokojnym miasteczku.

Nie odeszliśmy zbyt daleko, kiedy dopadł nas jeden z  marynarzy  -Wracać na burtę, natychmiast, sp…my stąd!

-Co się stało?

-Stary dostał cynk, że czarna się szykuje do kipiszu na burcie!

Gdy tylko przekroczyliśmy burtę, trap pofrunął na pokład, a stary nie czekając na zdjęcie ostatniej cumy po prostu ją zerwał gwałtownym „cała wstecz”, statek odskoczył od kei i pełnym gazem wypadliśmy na morze.

A więc to tak, pomyślałem sobie… a ja „biedny robaczek” nie mam nawet złamanej butelki na sprzedaż!

Sejner właśnie dostarczył świeżą rybę
Sejner właśnie dostarczył świeżą rybę

W Ullapool w zachodniej Szkocji skupowaliśmy od miejscowych sejnerów makrelę, którą odgławialiśmy maszynowo i mroziliśmy. Moja rola polegała na klasyfikacji przydatności materiału pod względem świeżości i jakości, a następnie na pokierowaniu procesem zamrażania, w którym brałem oczywiście czynny udział (czyt. zasuwałem w zamrażalni jak każdy 🙂 )

Kiedy sejner dobijał do burty przerzucali nam kilkadziesiąt kilogramów ryby do klasyfikacji, a załoga przechodziła na naszą burtę, w celu dokonania „niezbędnych” zakupów. Kilku wyznaczonych ludzi obserwowało zatokę, czy aby nie pokaże  się jakiś niepożądana jednostka z facetami w mundurach. Napięcie było wysokie, ale zwykle transakcje przebiegały  szybko i bezproblemowo.

Dopiero pod koniec tygodniowego robienia ładunku mieliśmy silny nalot czarnej brygady, przeczesali statek do stępki, rozebrali nawet piec kucharzowi. Jak się okazało któryś mądrala sprzedał w nocy dzieciakom, którzy podpłynęli łódką pod burtę, kilka butelek whisky. Ci się spoili, policja ich zgarnęła i wyśpiewali skąd mają alkohol. Celnicy byli na prawdę wściekli.

-Sprzedawaliście rybakom, nie czepialiśmy się za bardzo. Ale dzieci nie będziecie nam rozpijać! Straty ponoć nie były duże, ale niesmak pozostał…

Później, kiedy byłem tam jeszcze kilka razy celnicy z żywym zainteresowaniem rozpytywali sie o „Pagaja” i jego statek. Okazało się. że jeden z okolicznych gospodarzy, który oprócz wypasu owiec trudnił się także hurtowym obrotem przemycanym alkoholem wpadł i wskazał Pagaja jako głównego dostawcę.

Ten nie w ciemię bity, jakimś cudem dowiedział się, że na niego czekają… Później spotkaliśmy go w Kanale Panamskim, ponoć dostał z „matki Odry” propozycje nie do odrzucenia, ale szybko znalazł sobie prace pod obcą banderą…

W.S.

Wypadek

…Poniższe opowiadanie jest zbeletryzowanym opisem wydarzenia, które rzeczywiście miało miejsce, jedynie fabuła „damsko męska” jest wymyślona, imiona i opis postaci zostały zmienione…

Wypadek

…Jakaś kobieta wpadła między statek a burtę, nie zauważyła trapu… podeszła po prostu do wachtowego stojącego na pokładzie obok trapu, jakby z zamiarem zapytania o coś i… zniknęła mu z oczu, wyobrażasz sobie?…

Po schludnych, suto iluminowanych nabrzeżach Kilonii, które opuścili tak niedawno, ciemne, z mdławo świecącymi tu i ówdzie latarniami nabrzeża rodzimej „Odry” były przykrym obudzeniem. Marynarze tkwili na stanowiskach manewrowych niby jak zwykle, ale widać było, spod emocji oczekiwania na bliskich, to bolesne rozczarowanie (-czemu u nas musi być taki syf…?). Ktoś na rufie w ciemności zaklął głośno -witaj, qrwa, ojczyzno!- i splunął do wody.

Już u wejścia do basenu oddali pilota, który z ulgą przeskoczył na burtę swojej motorówki, było późno i pewnie chłopina spieszył się do domu. Teraz statek wysoko wzniesionym dziobem wisiał nad mroczną keją, na której walały się jakieś dechy, widać było szramy nawierzchni z powyrywanych kostek brukowych, jakieś wykopy, biało czerowne dechy zapór… czyli jak zwykle… nie ma co się dziwić.

Cisza wiszącej nad portem nocy miała zapach szuwarów, mułu i ropy. Od bramy dochodził ledwie słyszalny gwar, to rodziny domagały się wpuszczenia na teren portu. Przepisy jednak (przepisy, przepisy…!!!) zabraniały kontaktu z załogą przed zakończeniem odprawy. Od strony biurowca nadjeżdżał samochód, pewnie celnicy i GPK (o wilku mowa!) Tymczasem na kei żywego ducha nie było, nikt nie kwapił się, by odebrać od statku cumy. Po dłuższej chwili oczekiwania Pierwszy użył syreny, która brutalnie wdarła się w ciszę portowej nocy, rozdzierając ją w drgające niskimi tonami strzępy.

Drzwi pobliskiego baraku uchyliły się, wypuszczając na betonową nawierzchnię bladym klinem światło jarzeniówki, wysunął się z nich mężczyzna w kufajce, zgarbiony, mamrocząc przekleństwa pod okazałym nochalem pokuśtykał w stronę statku.

-Czego?! Pali się? Pospać, cholera, w robocie nie można!!!

Dzwonki telegrafu w maszynowni, świst powietrza wdzierającego się w cylindry, powolne a potem gwałtownie przyspieszone fu, fu, fufufufu maszyny, statek drgnął, naprężył założoną na poler przez „nochala” dziobową cumę i kadłub ruszył powoli w tył składając się burtą do nabrzeża… Ponowne dzwonki w maszynowni, manewry silnikiem, komendy z głośników umieszczonych na dziobie i rufie, krótkie odpowiedzi marynarzy, po chwili wszystkie cumy i szpringi znalazły się na polerach.

Elektryk, który już wcześniej przeskoczył na nabrzeże podłączył z kei życiodajną energię i telefon. Maszyna po raz pierwszy od wielu tygodni zamarła bez głosu.

Na morzu wdzierająca się w uszy cisza nie wróży nic dobrego, tutaj jednak budziła radosny skurcz serca, jesteśmy w DOMU!

Chłopcy podali na brzeg trap, wokół którego niecierpliwie kręcili się bliscy wpuszczeni w międzyczasie na teren portu, odganiani przez mundurowych, którzy najpierw musieli dopełnić, budzących w każdym marynarzu niepokój formalności. Tym razem jednak obyło się bez „incydentów”, odprawa przebiegła gładko i po chwili zniecierpliwione rodziny poczęły przepływać przez skryty w cieniu mostka trap.

Ciche wnętrze statku wypełnił tupot dziecięcych nóżek i szczebioczące pokrzykiwania. Na pokładzie i na nabrzeżu prawie każdy z marynarzy witał się z najbliższymi. To chwile, dla których warto było spędzić pół roku na tej zafajdanej trumnie…

Mat, jak go tutaj nazywano (od Mateusza) duży postawny, trzydziestoletni mężczyzna siedział w kabinie, którą dzielił z motorzystą Jurkiem Tkaczem. Nie miał co się spieszyć na pokład, do rana i tak nie ma co robić, a do niego nikt nie przyszedł, na pewno. Cóż, takie życie, jak to mówią… Rozkoszował się ciszą zakłócaną jedynie hałaśliwymi rozmowami marynarzy i ich gości. To było nic w porównaniu z codziennym łoskotem maszyny i przeklętego agregatu „dwójki”, który posadowiony został akurat pod podłogą jego kabiny.

Rozemocjonowane przybiciem do rodzinnego portu myśli powoli uspokajały się. Otwierała się przed nim kolejna karta życia. Na lądzie nie czuł się najlepiej, więc też po radosnych chwilach witania ojczyzny (jaka by nie była…) dopadły go smutki i smuteczki, które nieobce są większości ludzi morza.

W pewnym momencie dobiegły go krzyki z zewnątrz, z pokładu. Tknięty złym przeczuciem wybiegł z kabiny, jednym susem przesadził zrąb wyjściówki. Wytrenowane przez ostatnie lata przeczucie nie zawiodło, kilku marynarzy przewieszonych przez nadburcie wskazywało coś w przepastnej, czarnej czeluści między burtą, a pionową ścianą nabrzeża. Wcisnął się między nich wbijając wzrok w ciemność.

-Łysy, co się dzieje? Rzucił do marynarza stojącego obok.

-Jakaś kobieta wpadła między statek a burtę, nie zauważyła trapu… podeszła po prostu do wachtowego stojącego na pokładzie obok trapu, jakby z zamiarem zapytania o coś i… zniknęła mu z oczu, wyobrażasz sobie? –

-I co, co robicie?!

-Diabeł z Dzikim próbowali zejść do niej po sztormtrapie, ale jest ciasno, sam widzisz…

Diabeł, dwudziestokilkuletni, o ciemnej karnacji i krzaczastej, czarnej brodzie marynarz, który miał akurat wachtę, wisiał wzdłuż burty głową w dół, trzymany za nogi przez Dzikiego i trzymał kogoś za rękę, ale było zbyt mało miejsca między burtą statku, a keją by wykonać jakieś inne ruchy. Mat ogarnął sytuację jednym rzutem oka.

Chłopcy próbowali nawiązać kontakt ze zszokowaną kobietą, która odpowiadała na zadawane pytania drżącym głosem. Wszyscy wisieli na burcie, (gapie, zawsze cholerni gapie!!!) łącznie z głupkowato uśmiechniętym kapitanem, jakby nie zdawali sobie sprawy z grozy sytuacji, bo ile można wytrzymać w grudniowej wodzie? Minuty!

Dla Mata czas zatrzymał się w miejscu, a myśli rozpoczęły szaloną galopadę, co zrobić, co zrobić!!! Jeśli ciasno, to trzeba to cholerne pudło odsunąć, tak! Poczuł, że krzyczy, nie, ryczy na cały pokład:

-Puścić szpring i cumę dziobową, luzować cumy!!!

Nogi same poniosły go na dziób, tuż za nim pędził bosman i któryś z chłopaków, cumy sfrunęły z pachołków, a reszta ludzi przeskoczywszy na keję z całych sił odpychała od niej kadłub. Dzięki Bogu wiał lekki, odpychający wiatr. Po chwili szalonego wysiłku poczuli jak opór bezwładnej masy ustępuje i statek powoli odsuwa się od nabrzeża. Czarna przepaść między nim, a nabrzeżem powoli się poszerzała.

Po chwili miejsca było już na tyle, że Diabeł także się w niej zmieścił i już spokojnie, we dwóch z Dzikim wyciągnęli zmoczoną, zziębniętą i wystraszoną kobietę na pokład.

Młoda, drobna, niewysoka brunetka z sarnimi oczami ledwo trzymała się na nogach. Z płaszczyka ściekała woda, a wykwintne szpilki trzymała w dłoni. Jak się okazało przyjechała do Jurka, maszynisty, kumpla Mata z kabiny. Jurek był na dole na wachcie, więc nie miał o niczym pojęcia. Mat, narzuciwszy na ramiona drżącej kobiety kożuch wachtowego objął ją ramieniem podtrzymując by nie upadła i zaprowadził do kabiny.

-Radio!- krzyknął po drodze do drucika-aptekarza – daj jakieś kropelki na spirytusie, mogą być walerianowe- zaraz tu panią rozgrzejemy.

Podał kobiecie koc by się okryła.

-Proszę się już wyluzować, najgorsze za Panią. Teraz wyjdę poszukać Jurka, a pani niech się rozbierze i ładuje do jego koi, to ta na dole, tu są dodatkowe koce- wskazał na kanapę. Wstawił jeszcze czajnik na herbatę i podał jej Jurkową ciepłą koszulę i sweter. Dziewczyna z wdzięcznością uśmiechnęła się, choć jakoś tak smutnie, aż go w sercu ścisnęło…

-Ddddziękuję ppppanu za wszystko.

-Mateusz jestem, nie żaden pan- uśmiechnął się do niej najcieplej jak potrafił, nie żeby coś, to przecież dziewczyna kumpla z kabiny…

-Za chwilę przyniosę pani coś na rozgrzanie, a potem poszukam Jurka… W drzwiach spotkał radiego, trochę szczurkowatego harcerzyka, który jako lekarz statkowy, podczas rejsu zupełnie się nie sprawdził. Harcerzyk trzymał w rękach buteleczkę spirytusu (jak on to uchował?) i nervosol. Mat chwilę odczekał, by kobieta zdążyła się przebrać, zapukał i otrzymawszy ciche zaproszenie, cofnął się do środka.

Woda akurat zawrzała, zalał kubek herbaty, dodając do niego sporą porcję spirytusu. Dziewczyna była już w suchych ciuchach, trzęsąc się pod podciągniętą pod brodę kołdrą. Odmierzył kilka kropel nervosolu na łyżkę cukru i podszedł w jej kierunku, nawet nie próbowała wyjąc rąk spod kołdry, tylko rozchyliła blade usta delikatnie zgarniając cukier ze specyfikiem, Mat podał jej jeszcze trochę wody do popicia. Podziękowała uśmiechem i zmrużeniem oczu. Powoli blada twarzyczka nabierała życia. Połknęła specyfik w milczeniu.

Boże, jakie piękne stworzenie! – jęknęła marynarska dusza Mata. Podał jej jeszcze gorący kubek herbaty, postawiwszy go na taborecie opodal koi z zaleceniem by próbowała jednak popijać, otulił dodatkowym kocem i niechętnie, jednak w końcu wyszedł z kabiny.

-Jaka szkoda, eeech, trudno, takie życie… – Otworzył drzwi maszynowni, w której Jurek coś grzebał przy wyłączonym agregacie, Wrogu Numer Jeden lokatorów lewej burty, zwanym pieszczotliwie „Krową”(no, ale o tym potem).

-Jureeek! Masz gościa! Jurek podniósł usmarowaną twarz, błysnął białkami oczu i niedowierzająco uśmiechnął się,

-Zalewasz, nikt nie miał przyjeżdżać! (no tak, on był ze Śląska).

-Nie, powaga, chyba Twoja dziewczyna, tylko się nie przestrasz,

bo miała przygodę.

-Co ty pieprzysz, nie mam dziewczyny, z Baśką zerwałem przed wyjściem w morze- wycierał usmarowane dłonie w pakuły patrząc w górę podejrzliwie- jak wygląda?

-Mała, drobna brunetka, krótkie włosy i oczy jak spodki.

-Cholera! Baśka! Co ona tu robi?- rzucił ze złością klucz do skrzynki i pobiegł na górę, mamrocząc pod nosem- Cholerne baby…

-O kurcze! – przemknęło Matowi po głowie – więc może? Ni stąd ni zowąd zrobiło mu się ciepło na duszy… A swoją drogą co za facet z tego Jurka, takiej dziewczynie pozwolić odejść? Nie, właściwie to chyba on zerwał, czyli ta szałowa blondyna w Vancouver to nie przygoda tylko?

-myśli jak szalone przebiegały po mu po głowie- Cholera, ona pewnie miała nadzieję, że po rejsie chłopak zmięknie, przyjechała tu tyle kilometrów… Nic dziwnego, że była cała rozkojarzona i nie zauważyła gdzie stoi trap, zresztą tam, qrwa, w ogóle nic nie widać!

Szybkim krokiem wrócił na pokład i podszedł do oficera wachtowego (młodziutki, Trzeci, z dopiero co zarysowanym cienkim wąsikiem na chłopięcej twarzy, robił pierwszy rejs za oficera…) -Andrzej, co jest z tym oświetleniem przy trapie, przecież tu jest ciemno jak w d*pie!

Mat wyładowywał zgromadzone emocje na w sumie największym winowajcy całego zdarzenia, które o mały włos mogłoby się skończyć tragiczne.

-No, kurde, właśnie kazałem włączyć szperacz z mostka, a elektryk montuje halogena, a ty co się wściekasz… nikt nie przyjechał, czy co? Nie martw się, w końcu jest grubo po północy… Rano… -Ehhh, k*rwa, zamknij się wreszcie!

Trzeci próbował załagodzić sytuację. Nie wiedział, że dopiero takie gadanie, może rozsierdzić majstra. Wszystko działo się tak szybko, tak rozchwiało emocje Mata, że ten ograniczył się tylko do krótkiego soczystego wykrzyknika, wzruszył ramionami i odwrócił się do trzeciego plecami.

W wyjściówce pojawił się Jurek, skinął na Mata i obaj przeszli w kierunku dziobu statku. Jurek miał niespecjalnie szczęśliwy wyraz twarzy.

-Słuchaj Mat, ty masz teraz wolne, co? -Mateusz potwierdził skinieniem głowy

-Bo widzisz jest taka sprawa, jakoś w rejsie nie zgadało się, zresztą my obaj tacy skłonni do zwierzeń jak dwa konie

Mak znowu skinął uśmiechając się kącikiem ust, w końcu to dla tego tak dobrze im się mieszkało razem, nic gorszego jak „mędząca” gaduła w kabinie.

-Z Baśką skończyłem jeszcze przed rejsem, pisaliśmy do siebie, ale jako przyjaciele, a ona myślała że coś się zmieni, zresztą widziałeś, zaangażowałem się w Vancouver, Annie jest…

-OK- Mat wpadł mu w pół słowa, żeby nie pogłębiać nieprzyjemnej dla obu sytuacji- co mam zrobić? Podwieźć ją do hotelu?

-Stary, właśnie o to chodzi, nie chcę wyjść na skończonego chama, ale ona nie może tu zostać, a ja mam wachtę i nie mam jak jej odwieźć do miasta. Ona tu jest nowa i trochę się boję puścić ją samą, to przecież port.

-Nie ma sprawy, zresztą to ładna dziewczyna, więc mogę powiedzieć, cała przyjemność… -próbował się zgrywać, żeby ukryć narastające, rozpierające go emocje. -Stary, dzięki, nawet nie wiesz ile dla mnie robisz.

-OK, mam nadzieje, że nie będziesz miał okazji się odwdzięczyć, przynajmniej w ten sposób- Mat udawał obojętność.

-Fakt- Jurek się skrzywił- głupia sprawa… No to chodź, co prawda się znacie, ale i tak przedstawię Was sobie. Przeszli obok oświetlonego trapu i w drzwiach odruchowo schylając głowy wkroczyli do kabiny. W tym niewielkim pomieszczeniu dwóch rosłych mężczyzn wypełniało praktycznie całą przestrzeń. Barbara siedziała na kanapie, przebrała się w suche ubranie, widocznie miała je w podręcznej torbie, którą opuściła na keję, wpadając do wody. Nie miała najweselszej miny. Wydarzenia dzisiejszego wieczora najwyraźniej były ciężkim dla niej doświadczeniem.

-Basiu, Mata poznałaś, ja muszę do maszynowni, jutro rano mam… hm… W każdym razie Mat zaoferował zawieźć Cię do hotelu, jak to uzgodniliśmy…

Mat czuł się wyjątkowo niezręcznie, z drugiej strony miał już PLAN i radosne podniecenie wypełniało mu pierś delikatnym drżeniem… Jurek podał w pożegnalnym geście dłoń Barbarze, która nie wyglądała na uszczęśliwioną takim obrotem sprawy i wyszedł. Mat poczuł się wreszcie gospodarzem.

-Może napijesz się jeszcze herbaty, jak się czujesz?

-Nie. Dziękuję, już wszystko w porządku, co za cholerna sytuacja!

Barbara jakby otrząsnęła się… Ten wypadek i całe to… Wyszłam na kompletną idiotkę! Przepraszam, że tak bezceremonialnie wciągnęłam Cię w to wszystko, przecież masz swoje sprawy… Czuję się taka upokorzona… ! Ze złością zacisnęła pięści uderzając jedną o drugą. Jej twarz nabrała zupełnie innego, bardziej drapieżnego wyrazu.

-Ale cóż znowu, wypadki się zdarzają, zwłaszcza na tym cholernym pudle, a życie przecież różnie się układa. Fakt, masz powód się wściekać… ale bez przesady… a jeśli chodzi o mnie… Cała przyjemność po mojej stronie- uśmiechnął się do niej serdecznie. Także i Barbara próbowała przezwyciężyć żal i złość wykrzywiając się w coś w rodzaju uśmiechu…

-Dziękuję, jesteś taki miły, od samego początku… ale ta sytuacja strasznie mnie wkurza, zrobiłam z siebie straszna idiotkę! Niech to szlak! A tutaj jestem taka bezradna, nikogo nie znam, ten port jest taki przerażający, pusty i ciemny…

-Właściwie to przecież mogłabyś tu przenocować, ja bym jakąś koje dla siebie znalazł, nie wiem co Jurka tak sparło?

-Nie, nie, to ja, jak już się rozmówiliśmy, sama chciałam uciekać stąd jak najszybciej, nie chcę już go spotykać!

-Skoro tak, to zbierajmy się…

-Tak, tak, chodźmy … Barbara miała już spakowane rzeczy w torbę, którą Mat wziął do ręki przepuszczając ją przodem. Przeszli wąskim korytarzem wzdłuż maszynowni. Na statku uspokoiło się. Rodziny i marynarze rozjechali się, po statku wałęsali się tylko ci, którzy mieli daleko do domu. Słychać było jedynie pokasływanie z Manhattanu (sarkastycznie nazywany przez rybaków najniższy pokład, gdzie znajdowały się kabiny marynarzy. Panował tam zwykle zaduch i ciemność, bo pokład znajdował się poniżej lustra wody, więc dzienne światło docierało jedynie przez świetliki w pokładzie, a świeże powietrze nawiewami). Pozostali tam rybacy, którzy mieszkają poza Świnoujściem, albo mający następnego dnia wachtę portową.

Z maszynowni dobiegało stukanie, szczęk metalowych części. Jurek przygotowywał agregat do jutrzejszej inspekcji. Poza tym błoga cisza, tak niezwykła od miesięcy na tym statku… Na pokładzie nie było już nikogo, wachtowi pilnowali statku z mostku. Komu by się chciało sterczeć przy trapie…

Wyszli na nabrzeże. Blade światło latarń wydobywało z mroku martwe o tej porze zabudowania. Potężne wieże oświetleniowe rzucały na port mdłe światło, większość lamp zawieszonych podwójnym rzędem na ich wieńcach było nieczynne. Smutna rzeczywistość polskiego rybołówstwa. Gasło smętnie jak te latarnie…

Powoli szli brzegiem basenu wschodniego, pusty i ciemny sprawiał przygnębiające wrażenie… skręcili w kierunku bramy portowej, przechodząc między wysokim szpalerem krzewów. W dzień wyglądało to nawet ładnie, ale teraz ciemny tunel najwyraźniej budził u Barbary niepokój, bo zbliżyła się do Mata odruchowo chwytając go za rękę…Smutny krajobraz w jego oczach zajaśniał niezwykle ciepło i przyjaźnie… Czuł że jego samotność dobiegła kresu… W.S.

 

Człowiek za burtą

 

Człowiek za burtą

…cztery godziny od nas „Bonito” zgubił podczas wydawania trału człowieka…

Koniec marca 1986r, na południowym Atlantyku to początek jesieni, m/t Sejwal (B-18), duży, dość stary trawler przetwórnia pod dowództwem kpt. Artura Filutowskiego. Statek właśnie dotarł na łowisko w rejonie Wysp Falklandzkich, pogoda pod psem.

Flota sztormuje od kilku dni, wiatr dochodzi do 12st B. Sejwal także, praktycznie nie posuwając się do przodu dziobem pod falę i wiatr wspina się z mozołem na wodne góry, by po chwili spaść w dół waląc tępym dziobem w kolejną, nadbiegająca falę. Cały statek jęczy i drga za każdym takim uderzeniem.

Wszyscy już mają dość ogłupiającego wycia wiatru, wiecznej huśtawki i podrygów kadłuba ciężko pracującego na fali. Tydzień na łowisku bez wydawania włoka, to duży stres nie tylko dla dowództwa, marynarze snują się z kąta w kąt, ile można udawać że się pracuje?

Któregoś dnia jednak, wraz z zapadnięciem ciemności wiatr wyraźnie „odpuszcza”. Nagle wycie w olinowaniu cichnie, a agresja fal słabnie momentalnie. Mimo to rozhuśtany ocean wozi statek na kilkumetrowych falach, jakby to była łódeczka z kory w wannie rozbrykanego dzieciaka. Dzwonki alarmowe wołają wachtę pokładową na górę. Będziemy wydawać.

Staję w drzwiach za windą trałową by popatrzeć jak chłopcy dają sobie radę w tych warunkach. Oświetlony pokład, na tle przelatujących wokół czarnych gór wody wygląda niesamowicie, rufa celuje w niebo, by po chwili znaleźć się w potężnej czarnej przepaści i tak na zmianę.

Ten taniec nie ułatwia pracy na pokładzie, chłopcy starają się trzymać z daleka od zsuwającego się ze slipu włoka, stalowe „walizki” z głośnym turkotem znikają w oceanie. Po chwili już pracują kable, winda z pomrukiem powoli wysnuwa grube stalówki… Udało się, wszystko poszło jak należy. Chłopaki jednak schodząc z pokładu klną w żywy kamień,

-Żesz qrwa nie mógł z tym wydawaniem zaczekać z dwie godziny, ręka Boska, że nikt nie poleciał! Tak mu się to tej p…nej ryby spieszy! A ludzie to h..j?!

Zeszliśmy na dół, po chwili jednak poczuliśmy hałas strzelających kabli, co jest! Coś mu się popieprzyło? Jakieś problem z siecią? A może tylko skraca kable? Ale nie, winda pracuje w dalszym ciągu i to szybko, pełnym gazem!

Dzwonki wzywają pokładowców do wybierania. Jasny gwint! Co się stało? Po chwili już wiadomo, as przyniósł z mostku wiadomość, cztery godziny od nas „Bonito” zgubił podczas wydawania trału człowieka.

-No tak, u nich też się stary h… spieszył do ryby! Nic dziwnego, że któryś poleciał!

Tymczasem winda pracowała na full. Po chwili mieliśmy dechy przy bramie, tak szybko jeszcze nigdy nie szło przepinanie kabli, za chwilę mieliśmy worek na pokładzie, a statek kładł się w ciasnym zakręcie na południe, tym razem nikt nie miał za złe, że wszystko wewnątrz statku szalało jak podczas rybackiej delirki.

Stary nie zważając na stan morza jechał całą naprzód. Na mostku radio pełne było zgłoszeń jednostek płynących na miejsce zdarzenia. Zgłaszali się Rosjanie, Japończycy, Koreańczycy. Dowodzący akcją ustalał obszar poszukiwań przydzielając poszczególnym jednostkom kwadraty po przeczesywania.

Jiggersowce oświetlały obszar poszukiwań

Jiggersowce, niczym latarnie ze swoimi potężnymi świetlnymi girlandami zostały ustawione tak, by oświetlały jak największy obszar oceanu. Kiedy dopłynęliśmy w wyznaczony nam kwadrat, wokół mimo środka nocy panował niezbyt ciemny półmrok. Wszyscy ubraliśmy się ciepło, załoga została podzielona na dwu-trzy osobowe zespoły, każdy z nich dostał swój sektor wokół statku do obserwacji. Wszystkie reflektory, szperacze zostały skierowane na wodę. Rozpoczęliśmy poszukiwanie.

Wokół kręciły się inne jednostki, tak jak my używające do świecenia wszystkiego czym dysponowały. Nad tą potężną flotą co chwila przelatywały wojskowe samoloty z brytyjskiej bazy na Falklandach. Zdawaliśmy sobie sprawę, że szukamy już tylko zwłok. Po czterech godzinach, jakie nam zabrało dopłynięcie na miejsce, nie było szansy odnalezienia żywego człowieka. Mieliśmy wytyczne niezbyt dokładne, marynarz miał żółty kask, kamizelkę samo napełniająca się i żółty sztormiak, poszło za nim koło ratunkowe, a więc wiadomo było czego wypatrywać.

Wypatrując w ciemności oczy, wszyscy czuliśmy to samo, bezsilność i żal ściskający gardło. Trudno o bardziej paskudne uczucie. Koło czwartej nad ranem flotę obiegła wiadomość, Bonito zameldował o zauważeniu topielca, po chwili jednak ukaefka wypluła sprostowanie, to tylko kask. Później ktoś znalazł koło, niestety, to był koniec sensacji.

Brytyjczycy z bazy na Falklandach włączyli się do poszukiwań
Brytyjczycy z bazy na Falklandach włączyli się do poszukiwań
Poszukiwania człowieka zgubionego przez "Bonito"
Poszukiwania człowieka zgubionego przez „Bonito”

Rano statki zaczęły się rozpływać, każdy na swoją pozycję łowczą. Także i my po dwunastu godzinach przerwaliśmy poszukiwania, „Bonito” pozostał sam kontynuując, zgodnie z prawem morskim poszukiwania.

Lekarz okrętowy, skądinąd znakomity fachowiec, na lądzie pracownik oddziału zakaźnego jednego z bydgoskich szpitali, na statku zupełnie zielony i słynny ze swoich morskich fopaux stwierdził:

-Właściwie, statystycznie rzecz biorąc, to nie stało się nic strasznego, jeden wypadek śmiertelny na tylu tu pracujących…. to niewiele.

To nas qrwa pocieszył!

W.S.

Informator…

Informator…

Wtedy świetnie się bawiłem, dzisiaj kiedy o tym pomyślę odczuwam pewien niepokój…- a co jeśli sympatyczny porucznik namazał na moich kartach- „bardzo użyteczny tajny informator”?

Co jakiś czas, nasz niezastąpiony w łamaniu ludziom życia Instytut Pamięci Narodowej, ujawnia kompromitującą przeszłość, prawdziwą lub mniej prawdziwą o ludziach, dzisiaj mniej czy bardziej zasłużonych dla społeczeństwa.

Kiedy taka sensacyjna wieść obiega media, zastanawiam się czy i na mnie coś się da im wygrzebać…W końcu kontakt z kontrwywiadem miałem, to że teczkę mi założyli, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości ale co w niej zapisali?

Były to czasy mroczne dość, lat 70., mój zakład / jaki zakład/ był zmilitaryzowany.

W kadrach morskich stała szafa oznaczona wielkimi literami DEZERTERZY. Były tam akta rybaków, którzy wybrali wolność w zagranicznym porcie.

Na każdym statku służyło co najmniej dwóch „kapusiów”. Byli to zwykle ludzie przyłapani przez celników na jakimś małym przemycie, trochę kawy, parę butelek trunków… Zapraszano ich wówczas do GPK na rozmowę, gdzie z troską wyjaśniano konsekwencje tego „strasznego” czynu.

Graniczny Punkt Kontroli był placówką wojsk pogranicza, oficjalnie, nieoficjalnie zaś był przykrywką placówki kontrwywiadu.

Podczas takiego spotkania z troską w głosie tłumaczono, że gdyby tak każdy przemycał 10 kg kawy, to ile straty poniosłaby ojczyzna? Przedstawiano cały wachlarz kar: utrata wymarzonej pracy, wilczy bilet, kara co najmniej finansowa, itd…

„Ale…”, i tu następowała chwila zawieszenia (sam takiej rozmowy nie miałem – tak sobie ją wyobrażam 😉 na podstawie innej, o której zaraz opowiem)… „ale gdybyśmy tak się dogadali… Bo, wiecie, załogi są infiltrowane przez wrogi wywiad, marynarze są tacy lekkomyślni, gadają bzdury jak się opiją, przy dziewczynach itd… Wróg czuwa, wrogi wywiad opłaca portowe qrwy, nie czarujmy się, jesteśmy dorośli… Łatwo wpaść w tarapaty… Jednym słowem musimy być czujni i chronić tak nasz kraj jak i rybaków, przed ich lekkomyślnością. Dlatego musimy zbierać informacje…Więc gdybyś nam pomógł, to my pomożemy tobie zachować pracę… „

No i niektórzy się zgadzali… Pisali raporty dla kontrwywiadu o różnych zachowaniach, rozmowach itd. Jeśli klient taki był wobec załogi uczciwy, wyznawał „po pijanemu” żebyśmy przy nim uważali, bo on musi „nadawać” i sprawa była czysta. Najczęściej bywało jednak, że chłopcy działali bez ostrzeżenia.

A czemu co najmniej dwóch w każdej załodze? Przecież musieli się kontrolować nawzajem, dlatego jak już się im (kontrwywiadowi czy sb) w łapki wpadło, to na amen. Nie było kombinowania czy udawania…

Któregoś razu, pod koniec urlopu dostałem telefon z kadr, żeby się zgłosić, bo płynę na burtowcu „Morskie Oko” , jako mistrz do Ullapul, na skup makreli. Stawiłem się w kadrach, pani Zosia sięgnęła po moją kartę mustrowania i zastygła w bezruchu. Po czym z westchnieniem popatrzała na mnie i stwierdziła:

– Już był w ogródku, już witał się z gąską a tu zaproszenie z GPK…co też pan nawywijał panie Wojtku?

– Jaaa…? -zdziwiłem się bardzo..

– No – pani Zosia po chwili wahania podjęła decyzję – zadzwonię do nich, może się uda przełożyć tę „wizytę”.

Po zakończeniu rozmowy stwierdziła:

-Uff, coś tam chcą wyjaśnić z panem, ale to nic pilnego, może poczekać, ma się pan u nich stawić na Brzozowej po tym rejsie…

Trzy tygodnie na „Morskim Oku” minęło błyskawicznie, zmustrowałem z poczuciem wielkiej ulgi, bo to był jak dla mnie rejs ze zbyt ekstremalnym kapitanem, ale o tym innym razem.

Po powrocie wybrałem się na Brzozową, do słynnego, choć niepozornego budyneczku świnoujskiej jednostki kontrwywiadu w GPK. Przyjął mnie bardzo uprzejmie, dość młody, sympatyczny porucznik.

– Domyśla się pan w jakim celu pana tu zaprosiliśmy?

– Celu się domyślam, ale przyczyny za cholerę -odparłem z wymuszonym półuśmiechem.

– Bo widzi pan my musimy być czujni…- i tak dalej w tym duchu… trwało to jakąś chwilę, kiedy rzucił od niechcenia:

-Dotarło do nas, że w Montevideo, kiedy staliście tam Narwalem, odwiedzał pana na statku młody mężczyzna, Urugwajczyk, podobno dobrze i czysto ubrany, biała koszula, porządne spodnie, wyglansowane buty, może mi pan powiedzieć coś o tym człowieku? „

Odetchnąłem w duchu, że nie pytają mnie o załogę tylko o Jose. Z relacją nie miałem problemu:

– To było tak, staliśmy w porcie akurat w czasie, kiedy upadała junta wojskowa i przekazywano władzę demokratycznemu rządowi. Akurat byłem w mieście, w czasie gdy na 18 de Julia zebrał się ogromny tłum ludzi witających międzynarodowe delegacje, zjeżdżające na uroczystość. Dopchałem się do krawężnika, żeby lepiej widzieć, wie pan, po pół roku w morzu wreszcie jakaś rozrywka. Limuzyny zajeżdżały pod hotel Victoria, tam dygnitarze wysiadali, machali tłumom, ludzie się darli, klaskali, cieszyli… Między innymi zajechała limuzyna z polskimi flagami z naszym premierem Henrykiem Jabłońskim. Oczywiście poniesiony patriotycznymi uczuciami witałem go głośniej niż wszyscy. Obok stał sympatyczny, młody człowiek, który coś do mnie zagadał. Od słowa do gestów, bo mój hiszpański słaby był a jego polski jeszcze gorszy, więcej używaliśmy gestów i słów angielskich.

Chłopak okazał się otwarty, żeby nie powiedzieć wylewny, parę razy spotkaliśmy się „na mieście”, zaprosił mnie do domu na kolację, a ja jego w rewanżu, na statek… No i właściwie tyle. Widzi pan, akurat jestem po lekturze książki o zachowaniach człowieka w zależności od kultury i pochodzenia, znajomość ta dała mi możliwość potwierdzenia zawartych w niej tez….

Behawioryzm człowieka to był wówczas mój konik, więc rozwinąłem się z zapałem, z satysfakcją obserwując lekkie osłupienie, jakie malowało się na twarzy porucznika coraz intensywniej…

W końcu jednak mój rozmówca się wtrącił…

– Ale to staranne ubranie wydało nam się jakoś bardzo podejrzane…

– A bo widzi pan, ten chłopak pracował w wytwórni makaronów, rozwoził rowerem zamówiony makaron do klientów. Tam klienta się szanuje, dlatego taki człowiek musi być odpowiednio ubrany.

To stropiło nieco mojego interlokutora, pomyślał, pomyślał i w końcu poprosił mnie o sporządzenie jakiejś notatki na ten temat. Umówiliśmy się, że przyniosę mu ją po kolejnym rejsie do Szkocji. Miałem więc trochę czasu, przyłożyłem się rzetelnie do tego „wypracowania”, zapisałem drobnym maczkiem cztery kartki obustronnie bloku listowego. Streściłem książkę, porobiłem odnośniki do zachowań południowców, przedstawiłem sytuacje polityczną w ówczesnym Urugwaju i tak sporządzona epistołę dostarczyłem do GPK.

Za jakiś czas wychodziliśmy „Sejnem” ze Świnoujścia w kolejny szkocki rejs. Procedura wyjścia wyglądała mniej więcej tak, że najpierw statek opuszczały rodziny, potem urzędnicy armatora, celnicy a na koniec zarządzane było przeszukanie statku pod okiem żołnierzy z GPK, na okoliczność pasażera na gapę. Każdy z członków załogi odpowiadał za jakąś przestrzeń statku, którą powinien przeszukać, ja miałem ładownię chłodzoną i zamrażalnię.

Grupką żołnierzy dowodził porucznik, jak się okazało mój znajomy z Brzozowej, kiedy tylko mnie rozpoznał odwrócił się i udawał, że nie poznaje. Nie chciałem być złośliwy i też się nie przywitałem. Widać moje „sprawozdanie” odczytał właściwie, czyli jako subtelną kpinę z całego tego wydarzenia…
Wtedy świetnie się bawiłem, dzisiaj jednak zostaje mi pewien niepokój, a co jeśli sympatyczny porucznik namazał na moich kartach kopiowym ołówkiem, „bardzo użyteczny tajny informator”?

Nawiasem mówiąc, bez problemu zidentyfikowałem kolegę, który na mnie doniósł, mały kombinator, który pewnie wpadł na paru kilogramach kawy… mieszkał ze mną w jednej kabinie… Nie miałem mu tego za złe, próbował przeżyć, gdyby go wywalili z pracy, na tej swojej wiosce miałby krucho. Później jeszcze raz robiłem z nim półroczny rejs, poza tym, że ostrzegłem dyskretnie kolegów by przy nim uważali, do ekscesów między nami nie dochodziło…

w.s.

Galeria Andrzeja Lacha II

Galeria Andrzeja Lacha II

Andrzej przesłał mi kiedyś swój zbiór zdjęć marynistycznych, teraz je tu publikuję. Poza wspominkowymi z różnych miejsc pracy, jest tu sporo ciekawostek. Niestety nie mam do nich opisów, więc gdyby ktoś coś wiedział proszę o komentarze.

Trawler rufowy B-18. Trochę danych technicznych

 

B-18
Rysunek W.Blady „Polska flota rybacka w latach 1921-2001”

Trawlery serii B-18

Trawler rufowy B-18. Trochę danych technicznych

Zbudowano dziewięć trawlerów B-18, były to: „Foka” ŚWI 195– zbudowany w lutym 1964 r., sprzedany w 1982 r., „Finwal”ŚWI 196– zbudowany w czerwcu 1964 r., sprzedany w 1982 r., „Płetwal” ŚWI 197 – zbudowany w sierpniu 1964 r., wycofany z eksploatacji w 1991 r., „Orka” ŚWI 198(h) – zbudowany w grudniu 1964 r., wycofany z eksploatacji w sierpniu 1989 r., „Homar” ŚWI 199– zbudowany w kwietniu 1965 r., sprzedany w 1982 r., ,,Langusta” ŚWI 200 – zbudowany w czerwcu 1966 r., sprzedany w 1982 r., „Narwal”ŚWI 20 (h) – zbudowany w grudniu 1967 r., wycofany z eksploatacji w 1993 r., „Kaszalot” ŚWI202 (h) – zbudowany w maju 1968 r., wycofany z eksploatacji w 1993 r., „Sejwal” ŚWI 203 (h) –zbudowany we wrześniu 1968 r., wycofany z eksploatacji w 1990 r.

Kadłub statku całkowicie spawany, o poprzecznym systemie wiązań. Dno statku podwójne, z wyjątkiem części rufowej. Trawler miał dwa ciągłe pokłady – górny i główny. Nadbudówkę umiejscowiono w środkowej części kadłuba. Statek podzielono na przedziały dziewięcioma grodziami wodoszczelnymi. Część dziobowa kadłuba miała wzmocnienia przeciwlodowe do pływania w łamanym lodzie. Pomieszczenia służbowe, mieszkalne, gospodarcze i ogólnego użytku rozmieszczono na pokładzie głównym oraz w nadbudówce. Pozostałe kabiny załogowe znajdowały się w pokładówce na górnym pokładzie. W części rufowej nad pokładem usytuowano sterownię, szpital, izolatkę, pomieszczenia – kapitana, radiooficera i armatorskie, a także kabiny – manewrową (doprowadzenia połowów), nawigacyjną i radiową (Roguski 1963, Karnicki 1966).

Do napędu statku zamontowano silnik ze śrubą nastawną, regulatorem obrotów dostosowanym do pracy prądnic wałowych oraz urządzeniem sygnalizującym przeciążenie silnika. Statek dysponował dwoma zespołami do wytwarzania energii elektrycznej w porcie i w trakcie przelotu, o mocy 250kW i 320 kW.

Charakterystyka techniczno-eksploatacyjna była następująca:

Długość całkowita 87.25 m

Długość między pionami 80,00 m

Szerokość na wręgach 14, 14 m

Wysokość do pokładu: głównego 7,10 m

trałowego 9,75m

Wysokość nadbudówek 2,30 m

Zanurzenie konstrukcyjne 5,36 m

Objętość ładowni ryb mrożonych:

nr 1 368 m3

nr 2 494 m3

nr 3 525 m3

Objętość ładowni mączki rybnej 301 m3

Pojemność rejestrowa brutto 2496 RT

Nośność 1243 t

Objętość zbiorników:

paliwa dieslowego mazutu 186 m

oleju smarowego 48 m

tranu 57m3

wody słodkiej 280 m3

Silnik 6-cyl. Sulzer typ TAD-48

przy 225 obr./min o mocy 1658 kW/2700 KM

Prędkość 140 węzłów

Załoga 74 osoby + 8 rezerwa

Autonomiczność pływania 75 dni.

Linię połowową na trawlerze typu B-18 stanowiły: – dwu bębnowa wciągarka trałowa o uciągu 12 T przy prędkości wybierania lin 72 m/min, pojemność bębnów około 2000 m liny o średnicy 26 mm; – specjalne rolki umocowane na krawędzi pochylni oraz role na kolumnach trałowych.

Wydajność przerobową przetwórni statkowej określono na 50 ton surowca na dobę.

Złowione ryby wsypywano do zbiorników z podchładzaną wodą morską. W wyniku obróbki ryb można było uzyskiwać:

– tusze z karmazyna,

– filety z ryb oprawianych ręcznie;

– bloki ryb mrożonych, wypatroszonych i odgłowionych;

– bloki ryb mrożonych dzwonkowych;

– mączkę rybną produkowaną z odpadów i przyłowu:

– tran wytwarzany z wątrób.

W zależności od potrzeb ryby były mrożone w szafach płytowo-kontaktowych o łącznej wydajności 15 ton na dobę lub podwójnym tunelu zamrażalniczym z intensywną cyrkulacją powietrza o tej samej wydajności. Przy intensywnych połowach, wykorzystywano obie metody mrożenia jednocześnie.

Wytwórnia mączki rybnej mogła przerabiać około 25 ton surowca na dobę. Do zamrażania ryb i ich przechowywania w ładowniach statek dysponował amoniakalnym urządzeniem typu sprężarkowego, które składało się z trzech zespołów zamrażalniczych do obsługi ładowni.

W ładowniach z mrożoną rybą utrzymywano temperaturę –25°C. Na trawlerach typu B-18 były zainstalowane sprężarki amoniakalne dwustopniowe, typu W200/2A o wydajności około 87 tys. kcal/h przy temperaturze od –42°C do +37°C.

Rysunki i opis pochodzą z książki „Polska flota rybacka w latach 1921-2001” – Wiesław Blady wydanej przez MIR Gdynia 2002
Zamieszczone za osobistym zezwoleniem autora.