Archiwa tagu: ryby

Polak potrafi… jak się pomyli ;-)

Polak potrafi… jak się pomyli 😉

 

Było to podczas falklandzkiego  rejsu Sejwalem. Łowiliśmy, a raczej próbowaliśmy łowić błękitka na południe od Wysp Falklandzkich, w okolicach wyspy Słoni. Operowało tam mnóstwo statków, różnych bander.

Polak potrafi jak się pomyli

Ryba zwykle w tym czasie przebywała nad oceanicznym grzbietem, rozciągającym się równolegle do wyspy w odległości jakiś 10 mil od niej. Łowisko było wąskie, toteż trawlery ustawiły się w kolejkę i jeden za drugim trałowały cały dzień, bo nie było jej za wiele.

Zwykle po kilku godzinach połowu z worka wysypywało się kilkaset kilogramów tej błękitka… Wszyscy mieli nosy na kwintę, no bo nie  ma ryby, nie ma zarobku, a żona pisała że chce na wczasy, a to auto trzeba by już nowe, no i normalnie na życie kasa musi być…

Polak potrafi jak się pomyli
Wyspa ?sloni? pojawiala sie w moim bulaju codzienne w poludnie przez 2 tygodnie-tral na Humbaku

Na mostku młody chłopak po zawodowej rybackiej ze Świnoujścia, robił za asystenta i jednocześnie za sternika. Przynosił na dół wieści z mostku, niestety nie te których oczekiwaliśmy. Na razie nie zmieniamy łowiska. Tak więc dzień w dzień, koło południa w moim bulaju przesuwała się Wyspa Słoni.

Polak potrafi jak się pomyli

Któregoś dnia jednak coś się zmieniło, już koło jedenastej zatrzeszczały kable od trału, dzwonki alarmowe wywołały pokładowców do pracy. Co się stało! Czyżby jakieś polecenie z kraju żeby zmienić łowisko? Po chwili As zszedł na dół.

-Chłopaki, idźcie na górę, zobaczycie ile ryby nałapałem!

-Eeee, jaja sobie robisz!

-Poważnie, zapisy aż czarne! Zresztą posłuchajcie kabli.

Rzeczywiście windy jakby zaczęły inaczej wyć a kable strzelały jak oszalałe. Ruszyliśmy na szalupowy, żeby z góry obejrzeć połów.
Deski już wisiały na bramie i skrzydła zaczęły układać się na pokładzie. Walizki i bobiny z turkotem i łomotem spoczęły na dechach. Za to za rufą pojawiła się ogromna lola!

-Czterdzieści ton jak w mordę strzelił! Ktoś entuzjastycznie określił wielkość połowu. I rzeczywiście, po przerobieniu mniej więcej tak wyszło.

Polak potrafi jak się pomyli

Statek po wybraniu sieci ostro zawrócił na pozycję zapisów a pod pokładem w przetwórni rozszalały się maszyny. Uśmiechnięci od ucha do ucha rybacy przegarniali rybę, układali na baaderach, ładowali do tac zamrażalniczych… Praca paliła się im w rękach.

Później wzięliśmy na spytki Asa, okazało się, że to on rzeczywiście był za sterem. Jak pisałem w poprzednim tekście o Sejwalu,  statek był w opłakanym stanie technicznym. Między innymi nie działało żyro, a więc i autopilot. Dlatego cały czas ktoś musiał ręcznie sterować. AS opowiadał, że po poprzedniej, „ciężkiej” nocy, bo kumpel z kabiny miał urodziny, nie czuł się najlepiej i przysnął przy sterze. Statek wówczas był pod trałem.

Najwyraźniej poczuł rybę dziobem i zjechał jakieś 30 st. z kursu, wtedy się zaczęło, sonda oszalała a ASa obudził krzyk II of, trzymaj kurs, tak trzymaj do cholery!

I wyszło na to, że umiemy łapać ryby ale kiedy się pomylimy….

W.S.

 

Męskie dowcipy w rybackim wykonaniu – Symfonia Pierwszego

Męskie dowcipy w rybackim wykonaniu – Symfonia Pierwszego

Na Gople mieliśmy I oficera, Roman chyba miał na imię, niewysoki ale za to mocno zbudowany, byczy kark, łysa pochylona głowa, broda prawie zrośnięta z niemałą klatą, małe wyłupiaste oczka i zmysłowe usta niczym u amanta filmowego. Charakter za to trudny miał, funkcjonował na zasadzie bata kapitana. Stary miły, kulturalny, a jak trzeba było kogoś opieprzyć, to miał Pierwszego.

To właśnie ten oficer był głównym bohaterem opowiadania ” Prysznic…”, no i pewnie nie raz tu jeszcze go wspomnę, bo „barwna to była postać”.

Jego przeciwieństwem był Radio, wysoki, szczupły, żeby nie powiedzieć chudy, niezbyt pewny siebie, jakby lekko zlękniony… Nie specjalnie zgrywał się z załogą ale był nieszkodliwy.

Pierwszy miał kabinę na pokładzie szalupowym, niedaleko mostka, toteż jego straszliwe chrapanie słychać było podczas nocnej wachty na mostu okropnie… A było to chrapanie nad chrapaniami, wznosiło się, opadało, przerywało nagle i niespodziewanie by wybuchnąć głośnymi, przerażającymi kaskadami.  Kiedy było chłodniej zamykaliśmy drzwi na mostek i okno z prawej burty, żeby mniej było słychać, ale w tropikach…

Faceci jak się nudzą, to wymyślają dowcipy, najlepiej takie żeby się pośmiać cudzym kosztem.

Na naszą ofiarę wybraliśmy radiego, który jednocześnie pełnił na statku rolę felczera, więc na wszelkich chorobach na pewno się znał. Ciekawi byliśmy czy potrafi coś poradzić na chrapanie.

W Vancouver, w komisie, tutaj zwanym secondhandem, nabyłem drogą kupna za kilka kanadyjskich dolarów całkiem przyzwoity magnetofon reporterski, z porządnym mikrofonem.

Którejś nocy na Pacyfiku, kiedy staliśmy w dryfie, w oczekiwaniu na poranne wybieranie pławnic, nagrałem chrapanie pierwszego.

Po południu, kiedy już siatki wylądowały na pokładzie i mieliśmy chwilę dla siebie, zaprosiliśmy na pokład pelengowy, na mrożoną kawę Radiego. Pogadaliśmy, pogadaliśmy, w końcu któryś zapytał,

-Radio, jest jakieś lekarstwo na chrapanie?- ten się zamyślił i po chwili odparł:

-Niee, chyba nie… a co?

-W zasadzie to nic, nam to na mostku jak zaczyna przeszkadzać to zamykamy drzwi i bulaje, daje się wytrzymać, ale czy to nie jest groźne?

-No nie wiem, ale kto tak strasznie chrapie?

-Jak to kto, ty!

-Co wy pieprzycie, ja nie chrapię!

-Rzeczywiście nie chrapałeś ale coś ostatnio się stało, że jedziesz jak popsuty czołg…

-Jaaa?

-Nie wierzysz to posłuchaj… i puściliśmy mu „symfonię” w wykonaniu pierwszego…

Radio zbladł i mówiąc do siebie,- to nie możliwe, to niemożliwe- poszedł do kabiny… A my postanowiliśmy temat co jakiś czas pociągnąć. Okazuje się, że w każdym siedzi jakiś mały sadysta…

Po paru dniach, widząc jak Radio się męczy, jednak daliśmy mu spokój, któryś ze spiskowców wyjaśnił mu „na boku”, że chłopaki jaja sobie robią.
Trochę się wściekał, trochę obraził ale wieczorek przy butelce czerwonego wina sprawę ułagodził… W sumie potem sam się śmiał na wspomnienie tego „dowcipu”.

Nie ma tego złego…

Czyli opowiastka o tym,  w jak dziwny sposób opatrzność wysłuchuje naszych próśb.

To było coś takiego jakby nagle pod podłogą wystartował silnik czołgu i to od razu na wysokich obrotach…

Już podczas pierwszego, krótkiego zwiadu na „Gople”wiedziałem, że największym problemem w najbliższych rejsach na tym statku, z jakim przyjdzie mi się borykać będzie agregat.

Jeszcze podczas postoju na stoczni, poczułem co to będzie, kiedy ktoś włączył tę „sympatyczną” maszynę, która znajdowała się tuż pod podłogą mojej kabiny.

W jednej chwili przytulna, cicha kabina zmieniła się w rozedrganą puszkę wypełniona rykiem . To było coś takiego jakby nagle pod cienką stalowa blachą podłogi wystartował silnik czołgu i to od razu na wysokich obrotach. W kabinie można było porozumiewać się wyłącznie podniesionym głosem. Szklanki i kubki z herbatą czy kawą zjeżdżały w podskokach ze stolika, tak że szybko wyrobiłem sobie nawyk trzymania kubka w kieszeni koszuli na piersi.

Dzięki Bogu, stary Paxman nie był jedynym agregatem na Gople. Drugi stał na przeciwnej burcie, tamten był nowoczesny, wysokoobrotowy i bardzo cichy jak na statkowe warunki. Ciekawostką jest fakt, że agregat wymieniono podczas przygotowania do rejsu zwiadowczego. Oczywiście ustawienie go pod niezamieszkałą częścią statku było przykładem „troski” armatora o jak najlepsze warunki pracy i wypoczynku załogi.

Agregaty, zgodnie z założeniami eksploatacyjnymi, musiały „wychodzić” określoną ilość godzin na dobę i na to nie było rady, jednak… Dzięki temu, że szybko zaprzyjaźniłem się z„maszyną”, chłopcy starali się włączać hałaśliwego drania jak byłem na wachcie…

Po pewnym czasie stałem się „ekspertem” od Paxmana, wychwytywałem najmniejsze różnice obrotów, obce odgłosy itd… Brało się to stąd, że maszyna była wiekowa i już dawno powinna odejść na wieczną wachtę w procesie recyklingu w jakiejś hucie. Więc nasłuchiwałem jej rychłego końca. Głośno i otwarcie złorzeczyłem tej„krowie”-jak ją pieszczotliwie nazywaliśmy- życząc jej jak najszybciej skonania w mękach… Co zwykle budziło złośliwą wesołość wśród załogi. Gdzieś w połowie pierwszego zwiadu na Pacyfiku nagle „wysłyszałem” jakieś dziwne tony w pracy agregatu, nierówne obroty, dziwne dźwięki, serce podskoczyło mi w piersi radośnie.

-Może jednak nadejdą lepsze, cichsze czasy?

Następnej nocy, tuż nad ranem (czemu większość niezwykłych wydarzeń ma miejsce „tuż nad ranem”?) obudziła mnie ogłuszająca eksplozja pod podłogą, jakieś metalowe części z ogromną siłą waliły o podłogę pod moją koją, skuliłem się przy szocie(ściance działowej), żeby zmniejszyć ewentualne pole rażenia na wypadek przebicia cienkiej blachy podłogi. Przez głowę galopowały myśli:

-A więc jednak!, wysłuchałeś mnie Panie Boże!, –

-Ale czemu podczas mojego snu! Jak zawsze spełniasz moje marzenia w osobliwy sposób, ach, te Twoje poczucie humoru!

Słyszałem jak do maszynowni wpadł chief, młody, świetny chłopak, jak się okazało także odważny, nie bacząc na niebezpieczeństwo dostał się do zaworu zasilania i wyłączył rozpadające się draństwo.

Nastąpił blackout, nieprawdopodobna cisza zalała statek. Słychać było plusk wody o burtę, niczym na jakiej łódce. Z maszynowni dochodziły wiązki przekleństw odreagowujących maszynistów i wreszcie narastający gwar rozmów i okrzyków całej załogi. Jak się okazało w agregacie pękł wał i tłoki wyrwały bok silnika, rozsypując szczątki po całym przedziale. Obraz był straszny, ale dla mnie radujący serce.

Z drugiej strony co poniektórzy patrzyli na mnie dość dziwnie, znając moją miłość do„krowy” podejrzewali być może, że czegoś mu dosypałem do oleju?

Statek został skierowany do Vancouver na remont, który potrwał ponad miesiąc, dając nam możliwość dość dokładnego zapoznania się z urokami tego pięknego miasta i jego mieszkanek, to znaczy mieszkańców. Nie ma tego złego… , choć dla mnie to nie było takie znów zło…

W.S. (fot Internet)

Wypadek

…Poniższe opowiadanie jest zbeletryzowanym opisem wydarzenia, które rzeczywiście miało miejsce, jedynie fabuła „damsko męska” jest wymyślona, imiona i opis postaci zostały zmienione…

Wypadek

…Jakaś kobieta wpadła między statek a burtę, nie zauważyła trapu… podeszła po prostu do wachtowego stojącego na pokładzie obok trapu, jakby z zamiarem zapytania o coś i… zniknęła mu z oczu, wyobrażasz sobie?…

Po schludnych, suto iluminowanych nabrzeżach Kilonii, które opuścili tak niedawno, ciemne, z mdławo świecącymi tu i ówdzie latarniami nabrzeża rodzimej „Odry” były przykrym obudzeniem. Marynarze tkwili na stanowiskach manewrowych niby jak zwykle, ale widać było, spod emocji oczekiwania na bliskich, to bolesne rozczarowanie (-czemu u nas musi być taki syf…?). Ktoś na rufie w ciemności zaklął głośno -witaj, qrwa, ojczyzno!- i splunął do wody.

Już u wejścia do basenu oddali pilota, który z ulgą przeskoczył na burtę swojej motorówki, było późno i pewnie chłopina spieszył się do domu. Teraz statek wysoko wzniesionym dziobem wisiał nad mroczną keją, na której walały się jakieś dechy, widać było szramy nawierzchni z powyrywanych kostek brukowych, jakieś wykopy, biało czerowne dechy zapór… czyli jak zwykle… nie ma co się dziwić.

Cisza wiszącej nad portem nocy miała zapach szuwarów, mułu i ropy. Od bramy dochodził ledwie słyszalny gwar, to rodziny domagały się wpuszczenia na teren portu. Przepisy jednak (przepisy, przepisy…!!!) zabraniały kontaktu z załogą przed zakończeniem odprawy. Od strony biurowca nadjeżdżał samochód, pewnie celnicy i GPK (o wilku mowa!) Tymczasem na kei żywego ducha nie było, nikt nie kwapił się, by odebrać od statku cumy. Po dłuższej chwili oczekiwania Pierwszy użył syreny, która brutalnie wdarła się w ciszę portowej nocy, rozdzierając ją w drgające niskimi tonami strzępy.

Drzwi pobliskiego baraku uchyliły się, wypuszczając na betonową nawierzchnię bladym klinem światło jarzeniówki, wysunął się z nich mężczyzna w kufajce, zgarbiony, mamrocząc przekleństwa pod okazałym nochalem pokuśtykał w stronę statku.

-Czego?! Pali się? Pospać, cholera, w robocie nie można!!!

Dzwonki telegrafu w maszynowni, świst powietrza wdzierającego się w cylindry, powolne a potem gwałtownie przyspieszone fu, fu, fufufufu maszyny, statek drgnął, naprężył założoną na poler przez „nochala” dziobową cumę i kadłub ruszył powoli w tył składając się burtą do nabrzeża… Ponowne dzwonki w maszynowni, manewry silnikiem, komendy z głośników umieszczonych na dziobie i rufie, krótkie odpowiedzi marynarzy, po chwili wszystkie cumy i szpringi znalazły się na polerach.

Elektryk, który już wcześniej przeskoczył na nabrzeże podłączył z kei życiodajną energię i telefon. Maszyna po raz pierwszy od wielu tygodni zamarła bez głosu.

Na morzu wdzierająca się w uszy cisza nie wróży nic dobrego, tutaj jednak budziła radosny skurcz serca, jesteśmy w DOMU!

Chłopcy podali na brzeg trap, wokół którego niecierpliwie kręcili się bliscy wpuszczeni w międzyczasie na teren portu, odganiani przez mundurowych, którzy najpierw musieli dopełnić, budzących w każdym marynarzu niepokój formalności. Tym razem jednak obyło się bez „incydentów”, odprawa przebiegła gładko i po chwili zniecierpliwione rodziny poczęły przepływać przez skryty w cieniu mostka trap.

Ciche wnętrze statku wypełnił tupot dziecięcych nóżek i szczebioczące pokrzykiwania. Na pokładzie i na nabrzeżu prawie każdy z marynarzy witał się z najbliższymi. To chwile, dla których warto było spędzić pół roku na tej zafajdanej trumnie…

Mat, jak go tutaj nazywano (od Mateusza) duży postawny, trzydziestoletni mężczyzna siedział w kabinie, którą dzielił z motorzystą Jurkiem Tkaczem. Nie miał co się spieszyć na pokład, do rana i tak nie ma co robić, a do niego nikt nie przyszedł, na pewno. Cóż, takie życie, jak to mówią… Rozkoszował się ciszą zakłócaną jedynie hałaśliwymi rozmowami marynarzy i ich gości. To było nic w porównaniu z codziennym łoskotem maszyny i przeklętego agregatu „dwójki”, który posadowiony został akurat pod podłogą jego kabiny.

Rozemocjonowane przybiciem do rodzinnego portu myśli powoli uspokajały się. Otwierała się przed nim kolejna karta życia. Na lądzie nie czuł się najlepiej, więc też po radosnych chwilach witania ojczyzny (jaka by nie była…) dopadły go smutki i smuteczki, które nieobce są większości ludzi morza.

W pewnym momencie dobiegły go krzyki z zewnątrz, z pokładu. Tknięty złym przeczuciem wybiegł z kabiny, jednym susem przesadził zrąb wyjściówki. Wytrenowane przez ostatnie lata przeczucie nie zawiodło, kilku marynarzy przewieszonych przez nadburcie wskazywało coś w przepastnej, czarnej czeluści między burtą, a pionową ścianą nabrzeża. Wcisnął się między nich wbijając wzrok w ciemność.

-Łysy, co się dzieje? Rzucił do marynarza stojącego obok.

-Jakaś kobieta wpadła między statek a burtę, nie zauważyła trapu… podeszła po prostu do wachtowego stojącego na pokładzie obok trapu, jakby z zamiarem zapytania o coś i… zniknęła mu z oczu, wyobrażasz sobie? –

-I co, co robicie?!

-Diabeł z Dzikim próbowali zejść do niej po sztormtrapie, ale jest ciasno, sam widzisz…

Diabeł, dwudziestokilkuletni, o ciemnej karnacji i krzaczastej, czarnej brodzie marynarz, który miał akurat wachtę, wisiał wzdłuż burty głową w dół, trzymany za nogi przez Dzikiego i trzymał kogoś za rękę, ale było zbyt mało miejsca między burtą statku, a keją by wykonać jakieś inne ruchy. Mat ogarnął sytuację jednym rzutem oka.

Chłopcy próbowali nawiązać kontakt ze zszokowaną kobietą, która odpowiadała na zadawane pytania drżącym głosem. Wszyscy wisieli na burcie, (gapie, zawsze cholerni gapie!!!) łącznie z głupkowato uśmiechniętym kapitanem, jakby nie zdawali sobie sprawy z grozy sytuacji, bo ile można wytrzymać w grudniowej wodzie? Minuty!

Dla Mata czas zatrzymał się w miejscu, a myśli rozpoczęły szaloną galopadę, co zrobić, co zrobić!!! Jeśli ciasno, to trzeba to cholerne pudło odsunąć, tak! Poczuł, że krzyczy, nie, ryczy na cały pokład:

-Puścić szpring i cumę dziobową, luzować cumy!!!

Nogi same poniosły go na dziób, tuż za nim pędził bosman i któryś z chłopaków, cumy sfrunęły z pachołków, a reszta ludzi przeskoczywszy na keję z całych sił odpychała od niej kadłub. Dzięki Bogu wiał lekki, odpychający wiatr. Po chwili szalonego wysiłku poczuli jak opór bezwładnej masy ustępuje i statek powoli odsuwa się od nabrzeża. Czarna przepaść między nim, a nabrzeżem powoli się poszerzała.

Po chwili miejsca było już na tyle, że Diabeł także się w niej zmieścił i już spokojnie, we dwóch z Dzikim wyciągnęli zmoczoną, zziębniętą i wystraszoną kobietę na pokład.

Młoda, drobna, niewysoka brunetka z sarnimi oczami ledwo trzymała się na nogach. Z płaszczyka ściekała woda, a wykwintne szpilki trzymała w dłoni. Jak się okazało przyjechała do Jurka, maszynisty, kumpla Mata z kabiny. Jurek był na dole na wachcie, więc nie miał o niczym pojęcia. Mat, narzuciwszy na ramiona drżącej kobiety kożuch wachtowego objął ją ramieniem podtrzymując by nie upadła i zaprowadził do kabiny.

-Radio!- krzyknął po drodze do drucika-aptekarza – daj jakieś kropelki na spirytusie, mogą być walerianowe- zaraz tu panią rozgrzejemy.

Podał kobiecie koc by się okryła.

-Proszę się już wyluzować, najgorsze za Panią. Teraz wyjdę poszukać Jurka, a pani niech się rozbierze i ładuje do jego koi, to ta na dole, tu są dodatkowe koce- wskazał na kanapę. Wstawił jeszcze czajnik na herbatę i podał jej Jurkową ciepłą koszulę i sweter. Dziewczyna z wdzięcznością uśmiechnęła się, choć jakoś tak smutnie, aż go w sercu ścisnęło…

-Ddddziękuję ppppanu za wszystko.

-Mateusz jestem, nie żaden pan- uśmiechnął się do niej najcieplej jak potrafił, nie żeby coś, to przecież dziewczyna kumpla z kabiny…

-Za chwilę przyniosę pani coś na rozgrzanie, a potem poszukam Jurka… W drzwiach spotkał radiego, trochę szczurkowatego harcerzyka, który jako lekarz statkowy, podczas rejsu zupełnie się nie sprawdził. Harcerzyk trzymał w rękach buteleczkę spirytusu (jak on to uchował?) i nervosol. Mat chwilę odczekał, by kobieta zdążyła się przebrać, zapukał i otrzymawszy ciche zaproszenie, cofnął się do środka.

Woda akurat zawrzała, zalał kubek herbaty, dodając do niego sporą porcję spirytusu. Dziewczyna była już w suchych ciuchach, trzęsąc się pod podciągniętą pod brodę kołdrą. Odmierzył kilka kropel nervosolu na łyżkę cukru i podszedł w jej kierunku, nawet nie próbowała wyjąc rąk spod kołdry, tylko rozchyliła blade usta delikatnie zgarniając cukier ze specyfikiem, Mat podał jej jeszcze trochę wody do popicia. Podziękowała uśmiechem i zmrużeniem oczu. Powoli blada twarzyczka nabierała życia. Połknęła specyfik w milczeniu.

Boże, jakie piękne stworzenie! – jęknęła marynarska dusza Mata. Podał jej jeszcze gorący kubek herbaty, postawiwszy go na taborecie opodal koi z zaleceniem by próbowała jednak popijać, otulił dodatkowym kocem i niechętnie, jednak w końcu wyszedł z kabiny.

-Jaka szkoda, eeech, trudno, takie życie… – Otworzył drzwi maszynowni, w której Jurek coś grzebał przy wyłączonym agregacie, Wrogu Numer Jeden lokatorów lewej burty, zwanym pieszczotliwie „Krową”(no, ale o tym potem).

-Jureeek! Masz gościa! Jurek podniósł usmarowaną twarz, błysnął białkami oczu i niedowierzająco uśmiechnął się,

-Zalewasz, nikt nie miał przyjeżdżać! (no tak, on był ze Śląska).

-Nie, powaga, chyba Twoja dziewczyna, tylko się nie przestrasz,

bo miała przygodę.

-Co ty pieprzysz, nie mam dziewczyny, z Baśką zerwałem przed wyjściem w morze- wycierał usmarowane dłonie w pakuły patrząc w górę podejrzliwie- jak wygląda?

-Mała, drobna brunetka, krótkie włosy i oczy jak spodki.

-Cholera! Baśka! Co ona tu robi?- rzucił ze złością klucz do skrzynki i pobiegł na górę, mamrocząc pod nosem- Cholerne baby…

-O kurcze! – przemknęło Matowi po głowie – więc może? Ni stąd ni zowąd zrobiło mu się ciepło na duszy… A swoją drogą co za facet z tego Jurka, takiej dziewczynie pozwolić odejść? Nie, właściwie to chyba on zerwał, czyli ta szałowa blondyna w Vancouver to nie przygoda tylko?

-myśli jak szalone przebiegały po mu po głowie- Cholera, ona pewnie miała nadzieję, że po rejsie chłopak zmięknie, przyjechała tu tyle kilometrów… Nic dziwnego, że była cała rozkojarzona i nie zauważyła gdzie stoi trap, zresztą tam, qrwa, w ogóle nic nie widać!

Szybkim krokiem wrócił na pokład i podszedł do oficera wachtowego (młodziutki, Trzeci, z dopiero co zarysowanym cienkim wąsikiem na chłopięcej twarzy, robił pierwszy rejs za oficera…) -Andrzej, co jest z tym oświetleniem przy trapie, przecież tu jest ciemno jak w d*pie!

Mat wyładowywał zgromadzone emocje na w sumie największym winowajcy całego zdarzenia, które o mały włos mogłoby się skończyć tragiczne.

-No, kurde, właśnie kazałem włączyć szperacz z mostka, a elektryk montuje halogena, a ty co się wściekasz… nikt nie przyjechał, czy co? Nie martw się, w końcu jest grubo po północy… Rano… -Ehhh, k*rwa, zamknij się wreszcie!

Trzeci próbował załagodzić sytuację. Nie wiedział, że dopiero takie gadanie, może rozsierdzić majstra. Wszystko działo się tak szybko, tak rozchwiało emocje Mata, że ten ograniczył się tylko do krótkiego soczystego wykrzyknika, wzruszył ramionami i odwrócił się do trzeciego plecami.

W wyjściówce pojawił się Jurek, skinął na Mata i obaj przeszli w kierunku dziobu statku. Jurek miał niespecjalnie szczęśliwy wyraz twarzy.

-Słuchaj Mat, ty masz teraz wolne, co? -Mateusz potwierdził skinieniem głowy

-Bo widzisz jest taka sprawa, jakoś w rejsie nie zgadało się, zresztą my obaj tacy skłonni do zwierzeń jak dwa konie

Mak znowu skinął uśmiechając się kącikiem ust, w końcu to dla tego tak dobrze im się mieszkało razem, nic gorszego jak „mędząca” gaduła w kabinie.

-Z Baśką skończyłem jeszcze przed rejsem, pisaliśmy do siebie, ale jako przyjaciele, a ona myślała że coś się zmieni, zresztą widziałeś, zaangażowałem się w Vancouver, Annie jest…

-OK- Mat wpadł mu w pół słowa, żeby nie pogłębiać nieprzyjemnej dla obu sytuacji- co mam zrobić? Podwieźć ją do hotelu?

-Stary, właśnie o to chodzi, nie chcę wyjść na skończonego chama, ale ona nie może tu zostać, a ja mam wachtę i nie mam jak jej odwieźć do miasta. Ona tu jest nowa i trochę się boję puścić ją samą, to przecież port.

-Nie ma sprawy, zresztą to ładna dziewczyna, więc mogę powiedzieć, cała przyjemność… -próbował się zgrywać, żeby ukryć narastające, rozpierające go emocje. -Stary, dzięki, nawet nie wiesz ile dla mnie robisz.

-OK, mam nadzieje, że nie będziesz miał okazji się odwdzięczyć, przynajmniej w ten sposób- Mat udawał obojętność.

-Fakt- Jurek się skrzywił- głupia sprawa… No to chodź, co prawda się znacie, ale i tak przedstawię Was sobie. Przeszli obok oświetlonego trapu i w drzwiach odruchowo schylając głowy wkroczyli do kabiny. W tym niewielkim pomieszczeniu dwóch rosłych mężczyzn wypełniało praktycznie całą przestrzeń. Barbara siedziała na kanapie, przebrała się w suche ubranie, widocznie miała je w podręcznej torbie, którą opuściła na keję, wpadając do wody. Nie miała najweselszej miny. Wydarzenia dzisiejszego wieczora najwyraźniej były ciężkim dla niej doświadczeniem.

-Basiu, Mata poznałaś, ja muszę do maszynowni, jutro rano mam… hm… W każdym razie Mat zaoferował zawieźć Cię do hotelu, jak to uzgodniliśmy…

Mat czuł się wyjątkowo niezręcznie, z drugiej strony miał już PLAN i radosne podniecenie wypełniało mu pierś delikatnym drżeniem… Jurek podał w pożegnalnym geście dłoń Barbarze, która nie wyglądała na uszczęśliwioną takim obrotem sprawy i wyszedł. Mat poczuł się wreszcie gospodarzem.

-Może napijesz się jeszcze herbaty, jak się czujesz?

-Nie. Dziękuję, już wszystko w porządku, co za cholerna sytuacja!

Barbara jakby otrząsnęła się… Ten wypadek i całe to… Wyszłam na kompletną idiotkę! Przepraszam, że tak bezceremonialnie wciągnęłam Cię w to wszystko, przecież masz swoje sprawy… Czuję się taka upokorzona… ! Ze złością zacisnęła pięści uderzając jedną o drugą. Jej twarz nabrała zupełnie innego, bardziej drapieżnego wyrazu.

-Ale cóż znowu, wypadki się zdarzają, zwłaszcza na tym cholernym pudle, a życie przecież różnie się układa. Fakt, masz powód się wściekać… ale bez przesady… a jeśli chodzi o mnie… Cała przyjemność po mojej stronie- uśmiechnął się do niej serdecznie. Także i Barbara próbowała przezwyciężyć żal i złość wykrzywiając się w coś w rodzaju uśmiechu…

-Dziękuję, jesteś taki miły, od samego początku… ale ta sytuacja strasznie mnie wkurza, zrobiłam z siebie straszna idiotkę! Niech to szlak! A tutaj jestem taka bezradna, nikogo nie znam, ten port jest taki przerażający, pusty i ciemny…

-Właściwie to przecież mogłabyś tu przenocować, ja bym jakąś koje dla siebie znalazł, nie wiem co Jurka tak sparło?

-Nie, nie, to ja, jak już się rozmówiliśmy, sama chciałam uciekać stąd jak najszybciej, nie chcę już go spotykać!

-Skoro tak, to zbierajmy się…

-Tak, tak, chodźmy … Barbara miała już spakowane rzeczy w torbę, którą Mat wziął do ręki przepuszczając ją przodem. Przeszli wąskim korytarzem wzdłuż maszynowni. Na statku uspokoiło się. Rodziny i marynarze rozjechali się, po statku wałęsali się tylko ci, którzy mieli daleko do domu. Słychać było jedynie pokasływanie z Manhattanu (sarkastycznie nazywany przez rybaków najniższy pokład, gdzie znajdowały się kabiny marynarzy. Panował tam zwykle zaduch i ciemność, bo pokład znajdował się poniżej lustra wody, więc dzienne światło docierało jedynie przez świetliki w pokładzie, a świeże powietrze nawiewami). Pozostali tam rybacy, którzy mieszkają poza Świnoujściem, albo mający następnego dnia wachtę portową.

Z maszynowni dobiegało stukanie, szczęk metalowych części. Jurek przygotowywał agregat do jutrzejszej inspekcji. Poza tym błoga cisza, tak niezwykła od miesięcy na tym statku… Na pokładzie nie było już nikogo, wachtowi pilnowali statku z mostku. Komu by się chciało sterczeć przy trapie…

Wyszli na nabrzeże. Blade światło latarń wydobywało z mroku martwe o tej porze zabudowania. Potężne wieże oświetleniowe rzucały na port mdłe światło, większość lamp zawieszonych podwójnym rzędem na ich wieńcach było nieczynne. Smutna rzeczywistość polskiego rybołówstwa. Gasło smętnie jak te latarnie…

Powoli szli brzegiem basenu wschodniego, pusty i ciemny sprawiał przygnębiające wrażenie… skręcili w kierunku bramy portowej, przechodząc między wysokim szpalerem krzewów. W dzień wyglądało to nawet ładnie, ale teraz ciemny tunel najwyraźniej budził u Barbary niepokój, bo zbliżyła się do Mata odruchowo chwytając go za rękę…Smutny krajobraz w jego oczach zajaśniał niezwykle ciepło i przyjaźnie… Czuł że jego samotność dobiegła kresu… W.S.

 

Człowiek za burtą

 

Człowiek za burtą

…cztery godziny od nas „Bonito” zgubił podczas wydawania trału człowieka…

Koniec marca 1986r, na południowym Atlantyku to początek jesieni, m/t Sejwal (B-18), duży, dość stary trawler przetwórnia pod dowództwem kpt. Artura Filutowskiego. Statek właśnie dotarł na łowisko w rejonie Wysp Falklandzkich, pogoda pod psem.

Flota sztormuje od kilku dni, wiatr dochodzi do 12st B. Sejwal także, praktycznie nie posuwając się do przodu dziobem pod falę i wiatr wspina się z mozołem na wodne góry, by po chwili spaść w dół waląc tępym dziobem w kolejną, nadbiegająca falę. Cały statek jęczy i drga za każdym takim uderzeniem.

Wszyscy już mają dość ogłupiającego wycia wiatru, wiecznej huśtawki i podrygów kadłuba ciężko pracującego na fali. Tydzień na łowisku bez wydawania włoka, to duży stres nie tylko dla dowództwa, marynarze snują się z kąta w kąt, ile można udawać że się pracuje?

Któregoś dnia jednak, wraz z zapadnięciem ciemności wiatr wyraźnie „odpuszcza”. Nagle wycie w olinowaniu cichnie, a agresja fal słabnie momentalnie. Mimo to rozhuśtany ocean wozi statek na kilkumetrowych falach, jakby to była łódeczka z kory w wannie rozbrykanego dzieciaka. Dzwonki alarmowe wołają wachtę pokładową na górę. Będziemy wydawać.

Staję w drzwiach za windą trałową by popatrzeć jak chłopcy dają sobie radę w tych warunkach. Oświetlony pokład, na tle przelatujących wokół czarnych gór wody wygląda niesamowicie, rufa celuje w niebo, by po chwili znaleźć się w potężnej czarnej przepaści i tak na zmianę.

Ten taniec nie ułatwia pracy na pokładzie, chłopcy starają się trzymać z daleka od zsuwającego się ze slipu włoka, stalowe „walizki” z głośnym turkotem znikają w oceanie. Po chwili już pracują kable, winda z pomrukiem powoli wysnuwa grube stalówki… Udało się, wszystko poszło jak należy. Chłopaki jednak schodząc z pokładu klną w żywy kamień,

-Żesz qrwa nie mógł z tym wydawaniem zaczekać z dwie godziny, ręka Boska, że nikt nie poleciał! Tak mu się to tej p…nej ryby spieszy! A ludzie to h..j?!

Zeszliśmy na dół, po chwili jednak poczuliśmy hałas strzelających kabli, co jest! Coś mu się popieprzyło? Jakieś problem z siecią? A może tylko skraca kable? Ale nie, winda pracuje w dalszym ciągu i to szybko, pełnym gazem!

Dzwonki wzywają pokładowców do wybierania. Jasny gwint! Co się stało? Po chwili już wiadomo, as przyniósł z mostku wiadomość, cztery godziny od nas „Bonito” zgubił podczas wydawania trału człowieka.

-No tak, u nich też się stary h… spieszył do ryby! Nic dziwnego, że któryś poleciał!

Tymczasem winda pracowała na full. Po chwili mieliśmy dechy przy bramie, tak szybko jeszcze nigdy nie szło przepinanie kabli, za chwilę mieliśmy worek na pokładzie, a statek kładł się w ciasnym zakręcie na południe, tym razem nikt nie miał za złe, że wszystko wewnątrz statku szalało jak podczas rybackiej delirki.

Stary nie zważając na stan morza jechał całą naprzód. Na mostku radio pełne było zgłoszeń jednostek płynących na miejsce zdarzenia. Zgłaszali się Rosjanie, Japończycy, Koreańczycy. Dowodzący akcją ustalał obszar poszukiwań przydzielając poszczególnym jednostkom kwadraty po przeczesywania.

Jiggersowce oświetlały obszar poszukiwań

Jiggersowce, niczym latarnie ze swoimi potężnymi świetlnymi girlandami zostały ustawione tak, by oświetlały jak największy obszar oceanu. Kiedy dopłynęliśmy w wyznaczony nam kwadrat, wokół mimo środka nocy panował niezbyt ciemny półmrok. Wszyscy ubraliśmy się ciepło, załoga została podzielona na dwu-trzy osobowe zespoły, każdy z nich dostał swój sektor wokół statku do obserwacji. Wszystkie reflektory, szperacze zostały skierowane na wodę. Rozpoczęliśmy poszukiwanie.

Wokół kręciły się inne jednostki, tak jak my używające do świecenia wszystkiego czym dysponowały. Nad tą potężną flotą co chwila przelatywały wojskowe samoloty z brytyjskiej bazy na Falklandach. Zdawaliśmy sobie sprawę, że szukamy już tylko zwłok. Po czterech godzinach, jakie nam zabrało dopłynięcie na miejsce, nie było szansy odnalezienia żywego człowieka. Mieliśmy wytyczne niezbyt dokładne, marynarz miał żółty kask, kamizelkę samo napełniająca się i żółty sztormiak, poszło za nim koło ratunkowe, a więc wiadomo było czego wypatrywać.

Wypatrując w ciemności oczy, wszyscy czuliśmy to samo, bezsilność i żal ściskający gardło. Trudno o bardziej paskudne uczucie. Koło czwartej nad ranem flotę obiegła wiadomość, Bonito zameldował o zauważeniu topielca, po chwili jednak ukaefka wypluła sprostowanie, to tylko kask. Później ktoś znalazł koło, niestety, to był koniec sensacji.

Brytyjczycy z bazy na Falklandach włączyli się do poszukiwań
Brytyjczycy z bazy na Falklandach włączyli się do poszukiwań
Poszukiwania człowieka zgubionego przez "Bonito"
Poszukiwania człowieka zgubionego przez „Bonito”

Rano statki zaczęły się rozpływać, każdy na swoją pozycję łowczą. Także i my po dwunastu godzinach przerwaliśmy poszukiwania, „Bonito” pozostał sam kontynuując, zgodnie z prawem morskim poszukiwania.

Lekarz okrętowy, skądinąd znakomity fachowiec, na lądzie pracownik oddziału zakaźnego jednego z bydgoskich szpitali, na statku zupełnie zielony i słynny ze swoich morskich fopaux stwierdził:

-Właściwie, statystycznie rzecz biorąc, to nie stało się nic strasznego, jeden wypadek śmiertelny na tylu tu pracujących…. to niewiele.

To nas qrwa pocieszył!

W.S.

Galeria Andrzeja Lacha II

Galeria Andrzeja Lacha II

Andrzej przesłał mi kiedyś swój zbiór zdjęć marynistycznych, teraz je tu publikuję. Poza wspominkowymi z różnych miejsc pracy, jest tu sporo ciekawostek. Niestety nie mam do nich opisów, więc gdyby ktoś coś wiedział proszę o komentarze.

Trawler rufowy B-18. Trochę danych technicznych

 

B-18
Rysunek W.Blady „Polska flota rybacka w latach 1921-2001”

Trawlery serii B-18

Trawler rufowy B-18. Trochę danych technicznych

Zbudowano dziewięć trawlerów B-18, były to: „Foka” ŚWI 195– zbudowany w lutym 1964 r., sprzedany w 1982 r., „Finwal”ŚWI 196– zbudowany w czerwcu 1964 r., sprzedany w 1982 r., „Płetwal” ŚWI 197 – zbudowany w sierpniu 1964 r., wycofany z eksploatacji w 1991 r., „Orka” ŚWI 198(h) – zbudowany w grudniu 1964 r., wycofany z eksploatacji w sierpniu 1989 r., „Homar” ŚWI 199– zbudowany w kwietniu 1965 r., sprzedany w 1982 r., ,,Langusta” ŚWI 200 – zbudowany w czerwcu 1966 r., sprzedany w 1982 r., „Narwal”ŚWI 20 (h) – zbudowany w grudniu 1967 r., wycofany z eksploatacji w 1993 r., „Kaszalot” ŚWI202 (h) – zbudowany w maju 1968 r., wycofany z eksploatacji w 1993 r., „Sejwal” ŚWI 203 (h) –zbudowany we wrześniu 1968 r., wycofany z eksploatacji w 1990 r.

Kadłub statku całkowicie spawany, o poprzecznym systemie wiązań. Dno statku podwójne, z wyjątkiem części rufowej. Trawler miał dwa ciągłe pokłady – górny i główny. Nadbudówkę umiejscowiono w środkowej części kadłuba. Statek podzielono na przedziały dziewięcioma grodziami wodoszczelnymi. Część dziobowa kadłuba miała wzmocnienia przeciwlodowe do pływania w łamanym lodzie. Pomieszczenia służbowe, mieszkalne, gospodarcze i ogólnego użytku rozmieszczono na pokładzie głównym oraz w nadbudówce. Pozostałe kabiny załogowe znajdowały się w pokładówce na górnym pokładzie. W części rufowej nad pokładem usytuowano sterownię, szpital, izolatkę, pomieszczenia – kapitana, radiooficera i armatorskie, a także kabiny – manewrową (doprowadzenia połowów), nawigacyjną i radiową (Roguski 1963, Karnicki 1966).

Do napędu statku zamontowano silnik ze śrubą nastawną, regulatorem obrotów dostosowanym do pracy prądnic wałowych oraz urządzeniem sygnalizującym przeciążenie silnika. Statek dysponował dwoma zespołami do wytwarzania energii elektrycznej w porcie i w trakcie przelotu, o mocy 250kW i 320 kW.

Charakterystyka techniczno-eksploatacyjna była następująca:

Długość całkowita 87.25 m

Długość między pionami 80,00 m

Szerokość na wręgach 14, 14 m

Wysokość do pokładu: głównego 7,10 m

trałowego 9,75m

Wysokość nadbudówek 2,30 m

Zanurzenie konstrukcyjne 5,36 m

Objętość ładowni ryb mrożonych:

nr 1 368 m3

nr 2 494 m3

nr 3 525 m3

Objętość ładowni mączki rybnej 301 m3

Pojemność rejestrowa brutto 2496 RT

Nośność 1243 t

Objętość zbiorników:

paliwa dieslowego mazutu 186 m

oleju smarowego 48 m

tranu 57m3

wody słodkiej 280 m3

Silnik 6-cyl. Sulzer typ TAD-48

przy 225 obr./min o mocy 1658 kW/2700 KM

Prędkość 140 węzłów

Załoga 74 osoby + 8 rezerwa

Autonomiczność pływania 75 dni.

Linię połowową na trawlerze typu B-18 stanowiły: – dwu bębnowa wciągarka trałowa o uciągu 12 T przy prędkości wybierania lin 72 m/min, pojemność bębnów około 2000 m liny o średnicy 26 mm; – specjalne rolki umocowane na krawędzi pochylni oraz role na kolumnach trałowych.

Wydajność przerobową przetwórni statkowej określono na 50 ton surowca na dobę.

Złowione ryby wsypywano do zbiorników z podchładzaną wodą morską. W wyniku obróbki ryb można było uzyskiwać:

– tusze z karmazyna,

– filety z ryb oprawianych ręcznie;

– bloki ryb mrożonych, wypatroszonych i odgłowionych;

– bloki ryb mrożonych dzwonkowych;

– mączkę rybną produkowaną z odpadów i przyłowu:

– tran wytwarzany z wątrób.

W zależności od potrzeb ryby były mrożone w szafach płytowo-kontaktowych o łącznej wydajności 15 ton na dobę lub podwójnym tunelu zamrażalniczym z intensywną cyrkulacją powietrza o tej samej wydajności. Przy intensywnych połowach, wykorzystywano obie metody mrożenia jednocześnie.

Wytwórnia mączki rybnej mogła przerabiać około 25 ton surowca na dobę. Do zamrażania ryb i ich przechowywania w ładowniach statek dysponował amoniakalnym urządzeniem typu sprężarkowego, które składało się z trzech zespołów zamrażalniczych do obsługi ładowni.

W ładowniach z mrożoną rybą utrzymywano temperaturę –25°C. Na trawlerach typu B-18 były zainstalowane sprężarki amoniakalne dwustopniowe, typu W200/2A o wydajności około 87 tys. kcal/h przy temperaturze od –42°C do +37°C.

Rysunki i opis pochodzą z książki „Polska flota rybacka w latach 1921-2001” – Wiesław Blady wydanej przez MIR Gdynia 2002
Zamieszczone za osobistym zezwoleniem autora.

Poczta z domu, zawsze powodowała emocje.

Poczta z domu, zawsze powodowała emocje.

To były czasy, kiedy prawie jedynym sposobem otrzymywania wieści z domu była poczta, zwykła, tradycyjna. O komputerach jedynie się słyszało legendy jakieś, a emaile były czystą science fiction.

Z lądu listy wysyłane były na adres agenta w mieście portowym, z którym armator miał umowę agencyjną. Od niego zabierał listy statek wychodzący z portu na łowisko. Tam, w morzu następowało rozwożenie poczty lub dostarczano ją na statek bazę, z którą prędzej czy później statki się komunikowały.   

Wiadomo, że w morzu poczta z domu należy do najważniejszych modulatorów dobrego samopoczucia. Operacja przekazywania poczty była jedną z  ważniejszych dla nas wszystkich, połowa załogi wpatrzona w rzuconą z ”pocztowego trawlera” do wody beczkę z listami  siłą woli trzymała ją w zasięgu wzroku, by broń Boże gdzieś między falami nie zniknęła, bo i tak się zdarzało.

Statek dochodził do przesyłki, ktoś rzucał kotwiczkę na linie, czasem pudłował, czasem trafiał od razu. Wszystko to śledzone było przez załogę z zapartym tchem. Napięcie  sięgało zenitu, kiedy bekę w końcu wciągano na pokład, otwarto a listy rozdzielano…

Czasami, kiedy pogoda pozwalała, a kapitanowie byli bliskimi kumplami i chcieli pogadać “w cztery oczy”, lub było do przekazania coś cenniejszego,  spuszczano szalupę. Wówczas napięcie oczekiwania na listy trwało nieco dłużej, w końcu jednak poczta trafiała na pokład.  Łatwo było rozpoznać tych co listy z domu dostali…

Nie  zawsze jednak wszystko przebiegało zgodnie z życzeniami rybaków. Czasami statek z pocztą szedł na łowisko oddalone o kilka dni  drogi, nie każdy kapitan rzucał robotę by popłynąć po listy. Kuriozum okazała się sytuacja, kiedy kapitan „Sejwala”  odmówił popłynięcia po listy do bazy odległej o kilka dni drogi, jednak kiedy skończyły się papierosy w kantynie, nie  opierał się i pognaliśmy na Falklandy co koń wyskoczy (stary palił oczywiście).

Jednak najbardziej przykrą sytuację przeżyłem na “Otolu”, kiedy poławialiśmy ostroboka na południowym Pacyfiku.

Pogoda, jak to w ryczących czterdziestkach i pięćdziesiątkach. Buro, ponuro, wiatr wyjący w olinowaniu, pędzące jedna za drugą góry wody, między którymi nasza 417-stka  chowała się jak królik w bruździe. Praca na pokładzie i w przetwórni ciężka, w związku z tym i humory takie sobie.

Po jakimś miesiącu  połowów dostaliśmy wiadomość, że któryś trawler z Gryfu płynie z Talcahuano w naszym kierunku z pocztą. Mieliśmy spotkać się po  południu, dobrze się składało, bo wiatr zelżał i była nadzieja na bezproblemowe przekazanie paczki. Rzeczywiście, kiedy  „gryfik” (nie pamiętam już nazwy) pojawił się w odległości kilku kabli, ocean był już w miarę spokojny, jednak  widoczność szybko spadała, bo nadchodził zmierzch.

Stojąc przy burcie obserwowaliśmy ze zdumieniem poczynania marynarzy  na statku obok. Wyraźnie przejawiali nadnaturalną wesołość, widać było, że zapasy alkoholu zabrane z portu jeszcze się nie wyczerpały.  Najbardziej jednak zaniepokoił nas sposób przygotowania transakcji. Zamiast załadować listy do plastikowej beczki, panowie owi włożyli je do słoja, słój do worka  plastikowego i wyrzucili całość do wody tak niefortunnie że słój uderzył o ich burtę, stłukł się i zatonął… Nie  pamiętam w ciągu tych kilku lat pływania takiej wściekłości jaka opanowała wówczas całą załogę…

W.S.

Indiańskie perypetie Piotra

Indiańskie perypetie Piotra  

Kanadę było widać na każdym kroku. A to przejechał olbrzymi pickup z napisem „Grizzly Security”, prowadzony przez ogromnego  chłopa w jeszcze większym kapeluszu, ze sterczącymi z platformy drabinami, dragami i innym sprzętem.

.  Do Vancouver wchodziliśmy „Otolem” wieczorem, światła Down Town odbijające się w wodzie robiły niesamowite wrażenie.  Jednak nas postawiono po przeciwnej stronie, w stoczni na North Vancouver. Jeszcze tego wieczora wybraliśmy się w  krótki obchód okolicy. Nie bardzo było co oglądać, bo ta część miasta jest peryferyjną sypialnią dla metropolii. Małe  domki w ogródkach i tyle.

Kanadę było widać, oczywiście, a to przejechał olbrzymi jeep z napisem „Grizzly Security”, prowadzony przez olbrzymiego  chłopa w jeszcze większym kapeluszu, ze sterczącymi z platformy drabinami, dragami i innym sprzętem. A to na skwerku  chłopiec spacerował z oswojona łasicą w szelkach.

A to znowu kawałek dalej gościu w indiańskiej kurtce wyprowadzał na  trawkę „psa”. W tym ostatnim przypadku może nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie to że pies był „niewidzialny”, widać  było jedynie kaganiec od którego łukiem do ręki właściciela biegła sztywna „smycz”. Tym niemniej pies energicznie  szarpał pana za rękę, ciągnąc go pod coraz to inny krzaczek czy słupek, który obiegał, obwąchiwał, zatrzymywał się  wyczekująco, pewnie w tym momencie podnosił niewidzialną łapkę.  

Oczywiście pierwsze oceny nowego dla nas kraju były negatywne, mieli kiepskie, słabe piwo. Po piątej w piątek można  było sobie o beerku jedynie pomarzyć, a picie z butelki na ulicy skutkowało natychmiastowym pojawieniem się policjanta,  no a z tymi nie było żartów. Zresztą zostaliśmy o tym ostrzeżeni, tak że obeszło się bez incydentów, poza jednym  napomnieniem.  

Następnego dnia okazało się że jeden z rybaków, Piotrek nie wrócił na noc na statek, po południu jednak pojawił się na  swojej wachcie. Opowiedział że w pubie poznał miejscową Indiankę, zapałali do siebie na tyle silną sympatia, że  zaprosiła go do swojego domu, no a tam sprawy potoczyły się tak iż pozostał na noc.  

Piotrek był niezbyt wysokim, ale za to „rozłożystym” mężczyzną, z szerokimi ramionami,  potężną klatą, obfitą blond czupryną nad niebieskimi oczami. Tutejszym kobietom musiał się podobać.

Znajomość Piotrka z czarnowłosą pięknością podczas postoju statku nabierała rumieńców, Piotrek mimo, że w kraju miał  żonę i dwoje dzieci zastanawiał się nad przyjęciem propozycji swojej squaw, żeby się z nią ożenić i tu się osiedlić.  Chłopak był w sporej rozterce, dostarczając reszcie załogi tematów do plotek, żartów i docinków.  

Któregoś dnia „Otol” został dość niespodziewanie przeholowany na drugą stronę kanału, w pobliże centrum, przycumowaliśmy przy nabrzeżu cukrowym. Piotrek  oczywiście był u swojej kobiety, jak sam ją określał, czując się pewnie po części Indianinem. Jakież było jego  zdumienie, kiedy przyszedł do portu na wachtę, a statku przy nabrzeżu ani widu ani słychu.

Jak później wspominał, popadł był w lekką panikę…  Jednak Nataly okazała się być dość przedsiębiorcza i po wykonaniu kilku telefonów do władz portowych ustaliła nasze  miejsce postoju, przywracając Piotrkowi równowagę ducha, zdobywając jednocześnie kolejne punkty u swojego „wodza” .  

Oboje przyjechali na statek taryfą, wtedy to po raz pierwszy mogłem zobaczyć wybrankę piotrkowego serca. Jak się  okazało była to całkiem sympatyczna, bardzo okrąglutka, jak na tutejsze autochtoniczne piękności przystało, skośnooka,  szeroko uśmiechnięta kobietka.  Postój minął dość szybko, Nataly wylewnie żegnała swego marynarza, obiecując pisać i czekać- słowem ideał żony marynarza.  

Już przy pierwszym podejściu do bazy Piotr otrzymał kilka listów od Nataly. Nie należał do zdolnych lingwistycznie, więc  prosił każdego, kto choć trochę znał język angielski o tłumaczenie.  Do mnie przyniósł list w którym urocze dziewczę po wielu słowach łatwych do przetłumaczenia nawet dla Piotrka, donosiła  że ma dla niego niespodziankę!

Ten zamiast się ucieszyć, zbladł  – O cholera, co też ona tam zmalowała! – zastanawiał się głośno.  A ja niewiele myśląc palnąłem- Jak to co, zaszła w ciążę! Chłopie jesteś udupiony, wystarczy że dziewczyna powie  władzom kto jest ojcem i obywatelstwo kanadyjskie masz załatwione! Cieszysz się!?  Piotrek pobladł jeszcze bardziej i gwałtownie wypadł z kabiny. No i zaczęło się. W pewnej chwili już pożałowałem, że  zachciało mi się tak głupio zażartować, a Piotrek marniał w oczach. Nie pomagało pocieszanie, odwoływanie, wymyślanie  innych prezentów. Wyglądało na to, że uczucie do Nataly wyparowało, a z gwałtownością wodospadu naszło go uczucie do  rodziny pozostawionej w kraju.

Zaczął się głośno zastanawiać jak by tu wrócić do Polski omijając szerokim łukiem  Kanadę. Niestety, czy też może stety, żaden ze statków na łowisku nie planował powrotu, pozostawały łącznikowce, ale to  znowu spory koszt.  W ostatnim liście przed zejściem z łowiska Nataly pisała, że wie już kiedy będziemy w Vancouver, będzie tęskniła,  przyjedzie Piotrusia przywitać oczywiście, razem z niespodzianką.  Piotr był zdesperowany, ale w końcu pogodził się z czekającym go losem.

Cała załoga z napięciem śledziła rozwój  sytuacji, co poniektórzy zakładali się co też Indianka przygotowała Piotrowi, jedni stawiali na ciążę, inni na jakiś  prezent, statek huczał od spekulacji…  Toteż nic dziwnego, że podczas podejścia do kei wszyscy wolni od manewrów wisieli na burcie wypatrując piotrkowego  potomka w brzuchu czekającej na kei Nataly.  

Jednak kobieta naszego pogromcy niewieścich serc nie wyglądała na okrąglejszą niż przed wyjściem w morze…  Wątpliwości rozwiała rozpromieniona twarz Piotra, kiedy wrócił z pierwszej randki, Nataly w ramach tak szeroko  komentowanej niespodzianki… kupiła swojemu mężczyźnie złoty łańcuszek.

No cóż, w ramach męskiej przyjaźni, połowa załogi nie kryła rozczarowania… ale to pewnie li tylko przez zazdrość.

North Vancouver i Góry Skaliste
North Vancouver i Góry Skaliste

Fot. i tekst W.S.

Copka. Czyli Jasiowa przygoda, w której omalże nie stracił swego ukochanego nakrycia głowy, ze nie wspomnę o życiu…

Copka

Czyli Jasiowa przygoda, w której omalże nie stracił swego ukochanego nakrycia głowy, ze nie wspomnę o życiu…

Ludzie na statkach przywiązują się do najdziwniejszych rzeczy…

Często podczas postoju w oczekiwaniu na swoją kolej rozładunku przy bazie, statki dokonywały między sobą różnych „transakcji”.

Najczęściej było to wzajemne uzupełnianie stanów opakowań tekturowych do ryby. Bywało, że statek, który właśnie przyszedł z kraju miał pełne ładownie tego dobra, a inny po kilku miesiącach pracy nie miał ich prawie wcale. Toteż przewoziliśmy je statkowymi szalupami korzystając z osłoniętych wód w zatoce. Nie było to zgodne z przepisami, ale wobec braku innych możliwości (trawlery nie miały na pokładzie odbijaczy, żeby móc stanąć burta w burtę), metoda ta była stosowana powszechnie.

Szalupy nie przystosowane do przewozu ładunków czasami stwarzały zabawne, a czasami groźne sytuacje. Jedna z nich miała miejsce na zatoce Berkeley na Falklandach (chyba tak się zwała ta zatoka). Pobieraliśmy ładunek kartonów z któregoś odrowskiego trawlera. Jako że to nam były one potrzebne, transakcja odbywała się naszymi dwiema szalupami. Na każdej z nich był dowodzący oficer, motorzysta i dwóch marynarzy. Każda brała na siebie dwa hiwy kartonów spiętych liną i podjeżdżała do naszej burty. Tutaj rener bomu wpinany był kolejno w każdą z lin i paczki wędrowały jedna po drugiej na pokład.

Podczas jednego z unosów, jakieś półtora metra nad szalupą paczka wysunęła się z opaski i kartony runęły na szalupę. Jeden z marynarzy, oczywiście był to nieco gapowaty Jasiu, zepchnięty impetem spadającego ładunku znalazł się w lodowatej wodzie, przysypany kartonami. Po chwili wychynął na powierzchnię wypchnięty samo napełniającą się powietrzem kamizelką. Chłopcy z szalupy natychmiast wciągnęli go na burtę, a zaraz potem wyciągnęliśmy go całego dygocącego, w szoku termicznym na pokład, woda miała niewiele ponad 4st.C. Jasiem natychmiast zajął się lekarz, gorący prysznic i herbata z „prądem” okazały się nadzwyczaj skuteczne.

Jasiu przez cały czas, od wychynięcia na powierzchnię, po gorący prysznic przez szczękające zęby, trzęsąc się wykrzykiwał: mmmmoja cocococopka, sususuukajcie mojej copki, moja copka!

No tak, Jasiu był znany ze swego wyjątkowego przywiązania do swojej, latami noszonej „szczęśliwej” czapki. A gustowną czapeczkę Jasia chłopcy także wyłowili, potem długo jeszcze zbierali z wody porozrzucane kartony, coby angole nie daj Boże nie zauważyli śmieci…
Zaś Jasiowe zawołanie stało się wołaniem wytrychem w różnych sytuacjach, niezmiennie budząc wśród rybaków wesołość.

Fot. tekst W.S.