Archiwa tagu: trwalery

Wielka wyprawa krylowa – priorytet rządu i partii

Wielka wyprawa krylowa – priorytet rządu i partii

Początek lat 70. był piękny, po zmianie w władzach jedynie słusznej partii po protestach w grudniu 1970, Gierek otrzymał zielone światło z Moskwy na kontakty z zachodem. Pokazał ludzką twarz socjalizmu, za cenę potężnych kredytów na unowocześnienie gospodarki.

Nie będę tu wdawał się w ocenę tego co się wówczas działo. Dla gospodarki rybackiej jednak nastały złote czasy. Firmy armatorskie zamawiały coraz to większe trawlery, a zawłaszczanie szelfów przez państwa nadmorskie, wymuszały poszukiwania białka spożywczego, coraz dalej od Europy.

Państwo angażowało coraz większe środki w rozwój tak rybołówstwa jak i nauki, w celu wydobycia jak najwięcej, jak najszybciej, niekoniecznie jak najtaniej białka z mórz i oceanów.

W połowie lat 70. narodził się pomysł połowów kryla, którego „nieprzebrane” zasoby żyły sobie spokojnie, do tej pory, w wodach arktycznych.

Wysłano w celach zwiadowczych zespół dwóch statków, jeden łowczy m/t Tazar i drugi naukowy „Profesor Siedlecki”.

Na Tazarze kierownikiem naukowym był dr. Maciej Krzeptowski ze świnoujskiego oddziału Morskiego Instytutu Rybackiego a korespondentem Głosu Szczecińskiego red. Bogdan Czubasiewicz. Na Siedleckim kierownikiem był prof. Rakusa-Suszczewski z Polskiej Akademii Nauk, który jednocześnie był kierownikiem naukowym całej wyprawy a korespondentem znany podróżnik i dziennikarz Ryszard Badowski (kawiarenka pod Globusem Tv Kraków).

O wyprawie powstało sporo książek, opracowań i tekstów, ale pozostało jeszcze kilka anegdotek, których nie udało mi się w nich znaleźć, za to słyszałem je podczas rybackich spotkań z uczestnikami tego rejsu, m.in. Andrzejem Bejmem radiooficerem na Tazarze i Maciejem Krzeptowskim, jak wspomniałem kierownikiem naukowym wyprawy, oraz Jurkiem Porębskim, który był w zespole naukowo badawczym na Siedleckim.

Jedna ze smaczniejszych anegdot dotyczyła organizacji rejsu, która była dość bałaganiarska, np. w czasie przelotu na południe okazało się, że na Tazarze są dwie lewe deski trałowe. Jak wiadomo takim zestawem nie da się łowić, ponieważ są one tak skonstruowane, że lewa rozciąga skrzydło włoka w lewo a prawa w prawo. Czubasiewicz natychmiast napisał o tym zjadliwy tekst do Głosu Szczecińskiego, gazety partyjnej, rzecz jasna.

Tekst mu odrzucono z uwagą, że nie może pisać takich rzeczy, że statek został wyposażony w dwie lewe deski trałowe. Czubasiewicz wysłał skorygowany tekst, w którym napisał, że statek został wyposażony w DWIE PRAWE DESKI TRAŁOWE. Śmiechu było na statku z tego powodu co nie miara…

Kilka mało znanych a śmiesznych historyjek przytacza Maciej Krzeptowski w książce „Pół wieku i trzy oceany”,  jedna z najśmieszniejszych wg mnie to ta o wpadce Czubasiewicza, który koniecznie chciał prześcignąć w relacjach Badowskiego…

Miałem okazję być na powitaniu Tazara w Świnoujściu i spotkaniu załogi z dyrekcją „Odry”. Tutaj wylały się żale na byle jakie przygotowanie niby priorytetowej dla rządu i partii wyprawy antarktycznej.

Wybuch zjadliwej wesołości, wśród której dominował baryton Andrzeja Bejma, spowodowała wiadomość z socjalnego, że uczestnicy wyprawy mają zagwarantowane wczasy z rodzinami w firmowym hotelu „RYBAK”, który znajduje się w Międzyzdrojach!!!

Statek przywiózł wówczas na pokładzie, z mojego punktu widzenia (wówczas pracownika Muzeum Rybołówstwa Morskiego), masę bezcennych skarbów. Kolekcje rzadkich skorupiaków, ryb zimnokrwistych, ptaków antarktycznych ale także grupkę żywych pingwinków. Rybacy zajmowali się nimi troskliwie, toteż, całkiem dobrze przetrwały podróż i zostały przetransportowane jako dar do ZOO w Oliwie, gdzie przeżyły kilka lat.

Wizytacja U-boota

Wizytacja U-boota
Chilijski submarinos

Wizytacja U-boota

…ze zdumieniem zauważył Andrzeja walącego tym swoim defiladowym krokiem wprost na trap stojącego obok naszego trawlera chilijskiego okrętu podwodnego…

Wymianę załogi w Chile traktowałem jako wielka przygodę. Przelot samolotem z Buenos Aires przez Andy, pozostał w pamięci na zawsze. Wielki boeing lawirował miedzy szczytami odsłaniając zapierające dech w piersi widoki. Poszarpane, ośnieżone granie Kordylierów, szczyty górujące nad samolotem, to niezbyt częsty widok… Pamięć przywoływała heroiczne historie pionierów poczty lotniczej, które porywająco opisuje Sain Exupery.

Przed wyjazdem kierownik działu załogowego ostrzegał by „nie wychylać się” w porcie, bo państwem rządzi krwiożercza, nienawidząca nas (czyt. demoludów) junta wojskowa Pinocheta.

Rzeczywiście Talcahuano jak na miasto portowe wyglądało nieco dziwnie. W oczy rzucała się dysproporcja między ilością kobiet i mężczyzn, z przewaga płci pięknej oczywiście, przy czym panie rzeczywiście wyjątkowo urodziwe. Natomiast czuło się smutek, czuło się, że tych ludzi ktoś trzyma bardzo krótko.

Ludzie wyciszeni, z głowami nisko, rozglądający się po bokach. Zwłaszcza kiedy próbowaliśmy sprzedać nasze „towary exportowe”. Zwykle transakcje odbywały się w jakimś dziwnym miejscu z dala od ludzkich oczu, przy wyraźnych oznakach zdenerwowania miejscowego „biznesmena”.

Nie wszyscy z nas wzięli sobie do serca ostrzeżenia. Na stojącym w stoczni „Otolu”, jednym z mistrzów przetwórni był Andrzej, człowiek o aparycji Gary Coopera, wysoki, szczupły o przystojnej twarzy, nad którą królowała srebrzysta zaczesana na bok grzywa włosów. Andrzej miał niejasną przeszłość, o której niewiele mówił, w ogóle rzadko się odzywał.

Nawet jak się opił, zachowywał się w sposób powściągliwy i z godnością. Władał doskonale niemieckim i hiszpańskim, jego pasją była historia, szczególnie wojna na morzach, o zmaganiach wielkich flot wojennych w każdej chwili można było z nim porozmawiać. Chodził zawsze wyprostowany (niezależnie od procentowej zawartości alkoholu w krwi) wojskowym, mocnym krokiem. Można było spokojnie założyć, że przeszedł solidne wyszkolenie wojskowe.

Któregoś popołudnia wachtowy z Otola ze zdumieniem zauważył Andrzeja walącego tym swoim defiladowym krokiem wprost na trap stojącego obok naszego trawlera (po drugiej stronie kei) chilijskiego okrętu podwodnego. Zdecydowanym ruchem wyrzucił ramię w salucie wartownikowi, który najwyraźniej zgłupiał, wyprężył się jednak jak struna i… wpuścił go na okręt.

Tam kolejny wachtowy postawiony przez Andrzeja na baczność zameldował i puścił się biegiem do kiosku podwodniaka, po chwili wyszli zeń dwaj oficerowie, panowie wymienili saluty, trzaskanie obcasów słychać było na naszym trawlerze. Andrzej krótkimi zdaniami coś pogadał i razem weszli do środka.

Napięcie na naszym statku rosło wraz z wydłużającym się czasem nieobecności majstra. Po dobrej godzinie jednak pokazał się z powrotem w asyście chilijskich oficerów. Znowu saluty, prężenie postaw, trzaskanie obcasów, w tył zwrot i nasz Andrzej dziarskim, wyciągniętym krokiem zszedł z pokładu. Oczywiście pomaszerował z powrotem do miasta…

Wieczorem, kiedy już znalazł się na pokładzie nie bardzo chciał opowiadać, co też tam się działo, co prawda nie bardzo też i mógł… Na drugi dzień, kiedy już mógł w miarę sprawnie się komunikować stwierdził, że jako były oficer niemieckiego U-boota wizytował zaprzyjaźniony okręt podwodny.

-Panowie, jak tam jest q..sko ciasno! To ja już wolę moją przetwórnię!

(zdjęcia Internet)

Człowiek za burtą

 

Człowiek za burtą

…cztery godziny od nas „Bonito” zgubił podczas wydawania trału człowieka…

Koniec marca 1986r, na południowym Atlantyku to początek jesieni, m/t Sejwal (B-18), duży, dość stary trawler przetwórnia pod dowództwem kpt. Artura Filutowskiego. Statek właśnie dotarł na łowisko w rejonie Wysp Falklandzkich, pogoda pod psem.

Flota sztormuje od kilku dni, wiatr dochodzi do 12st B. Sejwal także, praktycznie nie posuwając się do przodu dziobem pod falę i wiatr wspina się z mozołem na wodne góry, by po chwili spaść w dół waląc tępym dziobem w kolejną, nadbiegająca falę. Cały statek jęczy i drga za każdym takim uderzeniem.

Wszyscy już mają dość ogłupiającego wycia wiatru, wiecznej huśtawki i podrygów kadłuba ciężko pracującego na fali. Tydzień na łowisku bez wydawania włoka, to duży stres nie tylko dla dowództwa, marynarze snują się z kąta w kąt, ile można udawać że się pracuje?

Któregoś dnia jednak, wraz z zapadnięciem ciemności wiatr wyraźnie „odpuszcza”. Nagle wycie w olinowaniu cichnie, a agresja fal słabnie momentalnie. Mimo to rozhuśtany ocean wozi statek na kilkumetrowych falach, jakby to była łódeczka z kory w wannie rozbrykanego dzieciaka. Dzwonki alarmowe wołają wachtę pokładową na górę. Będziemy wydawać.

Staję w drzwiach za windą trałową by popatrzeć jak chłopcy dają sobie radę w tych warunkach. Oświetlony pokład, na tle przelatujących wokół czarnych gór wody wygląda niesamowicie, rufa celuje w niebo, by po chwili znaleźć się w potężnej czarnej przepaści i tak na zmianę.

Ten taniec nie ułatwia pracy na pokładzie, chłopcy starają się trzymać z daleka od zsuwającego się ze slipu włoka, stalowe „walizki” z głośnym turkotem znikają w oceanie. Po chwili już pracują kable, winda z pomrukiem powoli wysnuwa grube stalówki… Udało się, wszystko poszło jak należy. Chłopaki jednak schodząc z pokładu klną w żywy kamień,

-Żesz qrwa nie mógł z tym wydawaniem zaczekać z dwie godziny, ręka Boska, że nikt nie poleciał! Tak mu się to tej p…nej ryby spieszy! A ludzie to h..j?!

Zeszliśmy na dół, po chwili jednak poczuliśmy hałas strzelających kabli, co jest! Coś mu się popieprzyło? Jakieś problem z siecią? A może tylko skraca kable? Ale nie, winda pracuje w dalszym ciągu i to szybko, pełnym gazem!

Dzwonki wzywają pokładowców do wybierania. Jasny gwint! Co się stało? Po chwili już wiadomo, as przyniósł z mostku wiadomość, cztery godziny od nas „Bonito” zgubił podczas wydawania trału człowieka.

-No tak, u nich też się stary h… spieszył do ryby! Nic dziwnego, że któryś poleciał!

Tymczasem winda pracowała na full. Po chwili mieliśmy dechy przy bramie, tak szybko jeszcze nigdy nie szło przepinanie kabli, za chwilę mieliśmy worek na pokładzie, a statek kładł się w ciasnym zakręcie na południe, tym razem nikt nie miał za złe, że wszystko wewnątrz statku szalało jak podczas rybackiej delirki.

Stary nie zważając na stan morza jechał całą naprzód. Na mostku radio pełne było zgłoszeń jednostek płynących na miejsce zdarzenia. Zgłaszali się Rosjanie, Japończycy, Koreańczycy. Dowodzący akcją ustalał obszar poszukiwań przydzielając poszczególnym jednostkom kwadraty po przeczesywania.

Jiggersowce oświetlały obszar poszukiwań

Jiggersowce, niczym latarnie ze swoimi potężnymi świetlnymi girlandami zostały ustawione tak, by oświetlały jak największy obszar oceanu. Kiedy dopłynęliśmy w wyznaczony nam kwadrat, wokół mimo środka nocy panował niezbyt ciemny półmrok. Wszyscy ubraliśmy się ciepło, załoga została podzielona na dwu-trzy osobowe zespoły, każdy z nich dostał swój sektor wokół statku do obserwacji. Wszystkie reflektory, szperacze zostały skierowane na wodę. Rozpoczęliśmy poszukiwanie.

Wokół kręciły się inne jednostki, tak jak my używające do świecenia wszystkiego czym dysponowały. Nad tą potężną flotą co chwila przelatywały wojskowe samoloty z brytyjskiej bazy na Falklandach. Zdawaliśmy sobie sprawę, że szukamy już tylko zwłok. Po czterech godzinach, jakie nam zabrało dopłynięcie na miejsce, nie było szansy odnalezienia żywego człowieka. Mieliśmy wytyczne niezbyt dokładne, marynarz miał żółty kask, kamizelkę samo napełniająca się i żółty sztormiak, poszło za nim koło ratunkowe, a więc wiadomo było czego wypatrywać.

Wypatrując w ciemności oczy, wszyscy czuliśmy to samo, bezsilność i żal ściskający gardło. Trudno o bardziej paskudne uczucie. Koło czwartej nad ranem flotę obiegła wiadomość, Bonito zameldował o zauważeniu topielca, po chwili jednak ukaefka wypluła sprostowanie, to tylko kask. Później ktoś znalazł koło, niestety, to był koniec sensacji.

Brytyjczycy z bazy na Falklandach włączyli się do poszukiwań
Brytyjczycy z bazy na Falklandach włączyli się do poszukiwań
Poszukiwania człowieka zgubionego przez "Bonito"
Poszukiwania człowieka zgubionego przez „Bonito”

Rano statki zaczęły się rozpływać, każdy na swoją pozycję łowczą. Także i my po dwunastu godzinach przerwaliśmy poszukiwania, „Bonito” pozostał sam kontynuując, zgodnie z prawem morskim poszukiwania.

Lekarz okrętowy, skądinąd znakomity fachowiec, na lądzie pracownik oddziału zakaźnego jednego z bydgoskich szpitali, na statku zupełnie zielony i słynny ze swoich morskich fopaux stwierdził:

-Właściwie, statystycznie rzecz biorąc, to nie stało się nic strasznego, jeden wypadek śmiertelny na tylu tu pracujących…. to niewiele.

To nas qrwa pocieszył!

W.S.

Śmierdzący rejs

…wkrótce mieliśmy „zapaszek” w makaronach do zupy mlecznej i rosołu, w wypiekach a nawet… chlebie

Montevideo, początek marca 1985, lądujemy w Urugwaju po prawie dobie lotu z przesiadkami. Wszyscy jesteśmy, mimo gorących ręczników na twarz i niesamowitej kawie serwowanej przez brazylijskich stewardów, lekko “zakręceni”.

Dwie załogi, po 80 ludzi każda, ładują się do autobusów. Wszyscy z niepokojem oczekują na wjazd do portu.

-Jaki to będzie rejs?

-Z jakimi ludźmi przyjdzie pracować?

-Czy uda się “zdobyć” jakąś przyzwoitą kabinę z normalnym współlokatorem?

-Czy stary umie łowić?

W porcie czekają na nas dwa trawlery B- 18;”Kaszalot” i „Sejwal”. Autokary wtaczają się nie zatrzymywane na bramie (efekt upadku reżimu wojskowego), podjeżdżają pod szereg zacumowanych rufami do kei statków. Od razu widać, że na wszystkich wre praca. Stoczniowcy szlifują, spawają, wszędzie kręcą się miejscowi, sypią się iskry, błyskają łuki elektryczne, walą młoty. Wbiegamy po trapie na pokład, ja na „Sejwala”.

Z kolegą poznanym podczas lotu opracowaliśmy strategię „zdobycia wygodnej kabiny”, Jurek trochę bardziej sprytny niż ja, przebił się przez gromadkę marynarzy i rzeczywiście, „opanował” całkiem sympatyczne gniazdko. Pobyt w porcie minął jak jedna chwila, ani się obejrzeliśmy gdy dzwonki alarmowe wezwały nas na stanowiska manewrowe.

Faochron Montevideo

Byłem wówczas zamustrowany jako starszy rybak, więc przypadła mi na wyjściu wachta na sterze. Na mostku ze zdumieniem dowiedziałem się, w jakim to stanie technicznym statek wychodzi w morze. Żyrokompas mimo starań fachowców miejscowych i naszych za nic nie chciał pokazywać właściwego kierunku, a co za tym idzie, można było zapomnieć o autopilocie. Łączność radiową mieliśmy wyłącznie na UKF, czyli z jednostkami w zasięgu wzroku. Tak więc już w awanporcie mieliśmy przedsmak tego co nas czekało w morzu.

Stary (Jerzy Mamprejew) zarządził manewry w celu ustalenia dewiacji kompasu magnetycznego, bo było to jedyne niezawodne urządzenie nawigacyjne na tym statku, no może nie jedyne, pozostały ołówki, ekierki, mapy no i sekstant. Czyli mieliśmy płynąć jak za dawnych dobrych czasów. Statek okazał się słabo sterowny, zwłaszcza przy niewielkiej prędkości. Tylko taką można było w awanporcie rozwinąć, dla tego o mały włos nie spowodowaliśmy kolizji z wchodzącym do portu pasażerem.

Stary omal nie pogryzł sterującego wówczas mojego zmiennika. Inna rzecz, że wyznaczając go do steru nawet nie zapytał, czy ten kiedykolwiek dotykał tego urządzenia, a jak się okazało, to był właśnie jego pierwszy raz.

Na łowisko w rejon Falklandów płynęliśmy kilka dni, wachty na sterze zmieniały się w normalnym cyklu. Powoli nabieraliśmy wprawy, statek już nie uciekał z kursu po kilkanaście stopni, trzeba było uważać i wyprzedzać sterem ruch tarczy kompasu. Niestety urządzenie to ma sporą bezwładność, tarcza reaguje na zmianę kierunku ze sporym opóźnieniem. Dla przyzwyczajonych do pracy kompasu żyroskopowego, który natychmiast wskazuje każde odchylenie od kursu (pod warunkiem że jest sprawny), była to pewna trudność.

Pamiętam taką noc, tuż przed dotarciem na łowisko, kiedy to ocean postanowił dać nam nauczkę, wiało blisko granicy skali, a czasami powyżej, więc o płynięciu nie było mowy, statek sztormował bardzo „małą naprzód”, zachowując się przy tym jak dobrze wyczerpany nocnymi hulankami w portowych knajpach marynarz. Miałem pełne ręce roboty usiłując utrzymać dziób na wiatr, nie udało mi się jednak doprowadzić choćby do chwilowego zatrzymania chyboczącej się tarczy.

W taką noc na mostku panuje cisza, mrok rozświetlany jedynie wyciemnionymi tarczami urządzeń wskazujących, oficer wachtowy wbity w fotel przy prawym radarze, drugi marynarz zaparty o szot przy lewym, obaj usiłujący przebić wzrokiem ciemność za oknami. Statek co chwila walił tępym, wysokim dziobem w nadbiegające fale, które przelatując z łoskotem nad mostkiem spadały na pokład szalupowy, a czasem i na trałowy.

Trochę dziwne uczucie, w porcie wydawało się, że ta ponad 20 metrowej wysokości, potężna maszyna jest nie do zniszczenia. Teraz jednak, kiedy ten wielki kadłub wspinał się mozolnie na górskie grzbiety fal, by po chwili spaść po drugiej stronie w podstawę kolejnej, przyjmując na siebie tysiące ton rozpędzonej wody, ta pewność była jakby mniejsza… Po każdym większym ciosie, jeden z nas biegnie na pokład trałowy sprawdzić, czy fala nie porwała ze statku szalup, bądź włoka.

W pewnym momencie wpadliśmy z Drugim na „genialny” pomysł, że jeśli dołożymy chociaż z węzeł na szybkości, to statek będzie bardziej sterowny. Oczywiście nasza kabaryna natychmiast przywaliła w fale z taką siłą, że Stary wypadł z koi na podłogę, wprowadzony tym w znakomity nastrój, wpadł „radośnie” na mostek i kwiecistym wystąpieniem oratorskim wybił Drugiemu wszelkie „racjonalizatorskie” pomysły z głowy.

Noc przetrwaliśmy w całości, okazało się że płynąc z prędkością 5 węzłów po wodzie, w rzeczywistości statek cofnął się nad dnem 35 mil morskich…

Sztorm minął, ale już przy śniadaniu poczuliśmy skutek kolejnej technicznej usterki, chłodnia spożywcza nie trzymała temperatury, która zamiast stać na poziomie około 2-5 stopni C, trzymała ją w granicach 0 do 18, taka sytuacja zaskutkowała śmierdzącą siarkowodorem jajecznicą, cały dalszy rejs przebiegł pod znakiem zapachu zepsutych jaj, który ulatywał jedynie na kilka dni po pobraniu świeżego prowiantu.

Odtąd ograniczałem spożycie tego skądinąd wspaniałego produktu (podobnie jak inni) jak tylko się dało, śniadania bez jajek, kotlety schabowe sote itd. Jednak już wkrótce mieliśmy „zapaszek” w makaronach do zupy mlecznej i rosołu, w wypiekach a nawet… chlebie. Tak, to był zdecydowanie śmierdzący rejs.

Bliźniaczy „Kaszalot” miał większy problem, okazało się, że statek brał wodę, nie dużo ale jednak w zęzach przybywało, co gorsza, niektóre zbiorniki wody pitnej też były dziurawe, więc chłopcy mieli wodę słonawą…

Jak cała flota, tak i my używaliśmy (wbrew przepisom, rzecz jasna) szalup do komunikacji z innymi statkami, także do wożenia prowiantu i innego zaopatrzenia, chociażby paczek pustych kartonów. Tu też dał się we znaki stan techniczny jednostki.

Podczas postoju w zatoce przy Falklandach, oczekując na miejsce przy bazie pożyczaliśmy kartony do ryby innemu statkowi. Oczywiście przy pomocy szalup. Podczas spuszczania jednej z nich pękła spróchniała konopna lina w talii, rufa szalupy poleciała dziobem w dół, a gwałtownie zwolniony drewniany blok talii uderzył jednego z marynarzy w twarz, wybijając chłopakowi większość zębów.

Cały rejs obfitował w różnego rodzaju niespodzianki wynikające właśnie z kiepskiego stanu technicznego. Był to skutek pomysłu obniżania kosztów eksploatacyjnych przez wymiany samolotowe. Załogi nie związane ze statkiem nie dbały o niego, starając się jedynie jakoś doczekać końca, dwie-trzy godziny na przekazanie tak skomplikowanej maszyny kolejnej załodze to na prawdę niewiele. W moim odczuciu (choć to pewnie spore uproszczenie) to dzięki temu flota uległa przyspieszonej dekapitalizacji…

fot, tekst W.S.

Poczta z domu, zawsze powodowała emocje.

Poczta z domu, zawsze powodowała emocje.

To były czasy, kiedy prawie jedynym sposobem otrzymywania wieści z domu była poczta, zwykła, tradycyjna. O komputerach jedynie się słyszało legendy jakieś, a emaile były czystą science fiction.

Z lądu listy wysyłane były na adres agenta w mieście portowym, z którym armator miał umowę agencyjną. Od niego zabierał listy statek wychodzący z portu na łowisko. Tam, w morzu następowało rozwożenie poczty lub dostarczano ją na statek bazę, z którą prędzej czy później statki się komunikowały.   

Wiadomo, że w morzu poczta z domu należy do najważniejszych modulatorów dobrego samopoczucia. Operacja przekazywania poczty była jedną z  ważniejszych dla nas wszystkich, połowa załogi wpatrzona w rzuconą z ”pocztowego trawlera” do wody beczkę z listami  siłą woli trzymała ją w zasięgu wzroku, by broń Boże gdzieś między falami nie zniknęła, bo i tak się zdarzało.

Statek dochodził do przesyłki, ktoś rzucał kotwiczkę na linie, czasem pudłował, czasem trafiał od razu. Wszystko to śledzone było przez załogę z zapartym tchem. Napięcie  sięgało zenitu, kiedy bekę w końcu wciągano na pokład, otwarto a listy rozdzielano…

Czasami, kiedy pogoda pozwalała, a kapitanowie byli bliskimi kumplami i chcieli pogadać “w cztery oczy”, lub było do przekazania coś cenniejszego,  spuszczano szalupę. Wówczas napięcie oczekiwania na listy trwało nieco dłużej, w końcu jednak poczta trafiała na pokład.  Łatwo było rozpoznać tych co listy z domu dostali…

Nie  zawsze jednak wszystko przebiegało zgodnie z życzeniami rybaków. Czasami statek z pocztą szedł na łowisko oddalone o kilka dni  drogi, nie każdy kapitan rzucał robotę by popłynąć po listy. Kuriozum okazała się sytuacja, kiedy kapitan „Sejwala”  odmówił popłynięcia po listy do bazy odległej o kilka dni drogi, jednak kiedy skończyły się papierosy w kantynie, nie  opierał się i pognaliśmy na Falklandy co koń wyskoczy (stary palił oczywiście).

Jednak najbardziej przykrą sytuację przeżyłem na “Otolu”, kiedy poławialiśmy ostroboka na południowym Pacyfiku.

Pogoda, jak to w ryczących czterdziestkach i pięćdziesiątkach. Buro, ponuro, wiatr wyjący w olinowaniu, pędzące jedna za drugą góry wody, między którymi nasza 417-stka  chowała się jak królik w bruździe. Praca na pokładzie i w przetwórni ciężka, w związku z tym i humory takie sobie.

Po jakimś miesiącu  połowów dostaliśmy wiadomość, że któryś trawler z Gryfu płynie z Talcahuano w naszym kierunku z pocztą. Mieliśmy spotkać się po  południu, dobrze się składało, bo wiatr zelżał i była nadzieja na bezproblemowe przekazanie paczki. Rzeczywiście, kiedy  „gryfik” (nie pamiętam już nazwy) pojawił się w odległości kilku kabli, ocean był już w miarę spokojny, jednak  widoczność szybko spadała, bo nadchodził zmierzch.

Stojąc przy burcie obserwowaliśmy ze zdumieniem poczynania marynarzy  na statku obok. Wyraźnie przejawiali nadnaturalną wesołość, widać było, że zapasy alkoholu zabrane z portu jeszcze się nie wyczerpały.  Najbardziej jednak zaniepokoił nas sposób przygotowania transakcji. Zamiast załadować listy do plastikowej beczki, panowie owi włożyli je do słoja, słój do worka  plastikowego i wyrzucili całość do wody tak niefortunnie że słój uderzył o ich burtę, stłukł się i zatonął… Nie  pamiętam w ciągu tych kilku lat pływania takiej wściekłości jaka opanowała wówczas całą załogę…

W.S.

Indiańskie perypetie Piotra

Indiańskie perypetie Piotra  

Kanadę było widać na każdym kroku. A to przejechał olbrzymi pickup z napisem „Grizzly Security”, prowadzony przez ogromnego  chłopa w jeszcze większym kapeluszu, ze sterczącymi z platformy drabinami, dragami i innym sprzętem.

.  Do Vancouver wchodziliśmy „Otolem” wieczorem, światła Down Town odbijające się w wodzie robiły niesamowite wrażenie.  Jednak nas postawiono po przeciwnej stronie, w stoczni na North Vancouver. Jeszcze tego wieczora wybraliśmy się w  krótki obchód okolicy. Nie bardzo było co oglądać, bo ta część miasta jest peryferyjną sypialnią dla metropolii. Małe  domki w ogródkach i tyle.

Kanadę było widać, oczywiście, a to przejechał olbrzymi jeep z napisem „Grizzly Security”, prowadzony przez olbrzymiego  chłopa w jeszcze większym kapeluszu, ze sterczącymi z platformy drabinami, dragami i innym sprzętem. A to na skwerku  chłopiec spacerował z oswojona łasicą w szelkach.

A to znowu kawałek dalej gościu w indiańskiej kurtce wyprowadzał na  trawkę „psa”. W tym ostatnim przypadku może nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie to że pies był „niewidzialny”, widać  było jedynie kaganiec od którego łukiem do ręki właściciela biegła sztywna „smycz”. Tym niemniej pies energicznie  szarpał pana za rękę, ciągnąc go pod coraz to inny krzaczek czy słupek, który obiegał, obwąchiwał, zatrzymywał się  wyczekująco, pewnie w tym momencie podnosił niewidzialną łapkę.  

Oczywiście pierwsze oceny nowego dla nas kraju były negatywne, mieli kiepskie, słabe piwo. Po piątej w piątek można  było sobie o beerku jedynie pomarzyć, a picie z butelki na ulicy skutkowało natychmiastowym pojawieniem się policjanta,  no a z tymi nie było żartów. Zresztą zostaliśmy o tym ostrzeżeni, tak że obeszło się bez incydentów, poza jednym  napomnieniem.  

Następnego dnia okazało się że jeden z rybaków, Piotrek nie wrócił na noc na statek, po południu jednak pojawił się na  swojej wachcie. Opowiedział że w pubie poznał miejscową Indiankę, zapałali do siebie na tyle silną sympatia, że  zaprosiła go do swojego domu, no a tam sprawy potoczyły się tak iż pozostał na noc.  

Piotrek był niezbyt wysokim, ale za to „rozłożystym” mężczyzną, z szerokimi ramionami,  potężną klatą, obfitą blond czupryną nad niebieskimi oczami. Tutejszym kobietom musiał się podobać.

Znajomość Piotrka z czarnowłosą pięknością podczas postoju statku nabierała rumieńców, Piotrek mimo, że w kraju miał  żonę i dwoje dzieci zastanawiał się nad przyjęciem propozycji swojej squaw, żeby się z nią ożenić i tu się osiedlić.  Chłopak był w sporej rozterce, dostarczając reszcie załogi tematów do plotek, żartów i docinków.  

Któregoś dnia „Otol” został dość niespodziewanie przeholowany na drugą stronę kanału, w pobliże centrum, przycumowaliśmy przy nabrzeżu cukrowym. Piotrek  oczywiście był u swojej kobiety, jak sam ją określał, czując się pewnie po części Indianinem. Jakież było jego  zdumienie, kiedy przyszedł do portu na wachtę, a statku przy nabrzeżu ani widu ani słychu.

Jak później wspominał, popadł był w lekką panikę…  Jednak Nataly okazała się być dość przedsiębiorcza i po wykonaniu kilku telefonów do władz portowych ustaliła nasze  miejsce postoju, przywracając Piotrkowi równowagę ducha, zdobywając jednocześnie kolejne punkty u swojego „wodza” .  

Oboje przyjechali na statek taryfą, wtedy to po raz pierwszy mogłem zobaczyć wybrankę piotrkowego serca. Jak się  okazało była to całkiem sympatyczna, bardzo okrąglutka, jak na tutejsze autochtoniczne piękności przystało, skośnooka,  szeroko uśmiechnięta kobietka.  Postój minął dość szybko, Nataly wylewnie żegnała swego marynarza, obiecując pisać i czekać- słowem ideał żony marynarza.  

Już przy pierwszym podejściu do bazy Piotr otrzymał kilka listów od Nataly. Nie należał do zdolnych lingwistycznie, więc  prosił każdego, kto choć trochę znał język angielski o tłumaczenie.  Do mnie przyniósł list w którym urocze dziewczę po wielu słowach łatwych do przetłumaczenia nawet dla Piotrka, donosiła  że ma dla niego niespodziankę!

Ten zamiast się ucieszyć, zbladł  – O cholera, co też ona tam zmalowała! – zastanawiał się głośno.  A ja niewiele myśląc palnąłem- Jak to co, zaszła w ciążę! Chłopie jesteś udupiony, wystarczy że dziewczyna powie  władzom kto jest ojcem i obywatelstwo kanadyjskie masz załatwione! Cieszysz się!?  Piotrek pobladł jeszcze bardziej i gwałtownie wypadł z kabiny. No i zaczęło się. W pewnej chwili już pożałowałem, że  zachciało mi się tak głupio zażartować, a Piotrek marniał w oczach. Nie pomagało pocieszanie, odwoływanie, wymyślanie  innych prezentów. Wyglądało na to, że uczucie do Nataly wyparowało, a z gwałtownością wodospadu naszło go uczucie do  rodziny pozostawionej w kraju.

Zaczął się głośno zastanawiać jak by tu wrócić do Polski omijając szerokim łukiem  Kanadę. Niestety, czy też może stety, żaden ze statków na łowisku nie planował powrotu, pozostawały łącznikowce, ale to  znowu spory koszt.  W ostatnim liście przed zejściem z łowiska Nataly pisała, że wie już kiedy będziemy w Vancouver, będzie tęskniła,  przyjedzie Piotrusia przywitać oczywiście, razem z niespodzianką.  Piotr był zdesperowany, ale w końcu pogodził się z czekającym go losem.

Cała załoga z napięciem śledziła rozwój  sytuacji, co poniektórzy zakładali się co też Indianka przygotowała Piotrowi, jedni stawiali na ciążę, inni na jakiś  prezent, statek huczał od spekulacji…  Toteż nic dziwnego, że podczas podejścia do kei wszyscy wolni od manewrów wisieli na burcie wypatrując piotrkowego  potomka w brzuchu czekającej na kei Nataly.  

Jednak kobieta naszego pogromcy niewieścich serc nie wyglądała na okrąglejszą niż przed wyjściem w morze…  Wątpliwości rozwiała rozpromieniona twarz Piotra, kiedy wrócił z pierwszej randki, Nataly w ramach tak szeroko  komentowanej niespodzianki… kupiła swojemu mężczyźnie złoty łańcuszek.

No cóż, w ramach męskiej przyjaźni, połowa załogi nie kryła rozczarowania… ale to pewnie li tylko przez zazdrość.

North Vancouver i Góry Skaliste
North Vancouver i Góry Skaliste

Fot. i tekst W.S.

Copka. Czyli Jasiowa przygoda, w której omalże nie stracił swego ukochanego nakrycia głowy, ze nie wspomnę o życiu…

Copka

Czyli Jasiowa przygoda, w której omalże nie stracił swego ukochanego nakrycia głowy, ze nie wspomnę o życiu…

Ludzie na statkach przywiązują się do najdziwniejszych rzeczy…

Często podczas postoju w oczekiwaniu na swoją kolej rozładunku przy bazie, statki dokonywały między sobą różnych „transakcji”.

Najczęściej było to wzajemne uzupełnianie stanów opakowań tekturowych do ryby. Bywało, że statek, który właśnie przyszedł z kraju miał pełne ładownie tego dobra, a inny po kilku miesiącach pracy nie miał ich prawie wcale. Toteż przewoziliśmy je statkowymi szalupami korzystając z osłoniętych wód w zatoce. Nie było to zgodne z przepisami, ale wobec braku innych możliwości (trawlery nie miały na pokładzie odbijaczy, żeby móc stanąć burta w burtę), metoda ta była stosowana powszechnie.

Szalupy nie przystosowane do przewozu ładunków czasami stwarzały zabawne, a czasami groźne sytuacje. Jedna z nich miała miejsce na zatoce Berkeley na Falklandach (chyba tak się zwała ta zatoka). Pobieraliśmy ładunek kartonów z któregoś odrowskiego trawlera. Jako że to nam były one potrzebne, transakcja odbywała się naszymi dwiema szalupami. Na każdej z nich był dowodzący oficer, motorzysta i dwóch marynarzy. Każda brała na siebie dwa hiwy kartonów spiętych liną i podjeżdżała do naszej burty. Tutaj rener bomu wpinany był kolejno w każdą z lin i paczki wędrowały jedna po drugiej na pokład.

Podczas jednego z unosów, jakieś półtora metra nad szalupą paczka wysunęła się z opaski i kartony runęły na szalupę. Jeden z marynarzy, oczywiście był to nieco gapowaty Jasiu, zepchnięty impetem spadającego ładunku znalazł się w lodowatej wodzie, przysypany kartonami. Po chwili wychynął na powierzchnię wypchnięty samo napełniającą się powietrzem kamizelką. Chłopcy z szalupy natychmiast wciągnęli go na burtę, a zaraz potem wyciągnęliśmy go całego dygocącego, w szoku termicznym na pokład, woda miała niewiele ponad 4st.C. Jasiem natychmiast zajął się lekarz, gorący prysznic i herbata z „prądem” okazały się nadzwyczaj skuteczne.

Jasiu przez cały czas, od wychynięcia na powierzchnię, po gorący prysznic przez szczękające zęby, trzęsąc się wykrzykiwał: mmmmoja cocococopka, sususuukajcie mojej copki, moja copka!

No tak, Jasiu był znany ze swego wyjątkowego przywiązania do swojej, latami noszonej „szczęśliwej” czapki. A gustowną czapeczkę Jasia chłopcy także wyłowili, potem długo jeszcze zbierali z wody porozrzucane kartony, coby angole nie daj Boże nie zauważyli śmieci…
Zaś Jasiowe zawołanie stało się wołaniem wytrychem w różnych sytuacjach, niezmiennie budząc wśród rybaków wesołość.

Fot. tekst W.S.

Opowieści Dziadka kontra życie

Opowieści Dziadka kontra życie.

Krótka, nazwa ulicy rozkoszy wszelakich…

Krótka, nazwa ulicy rozkoszy wszelakich, przewijała się w opowieściach Dziadka (i nie tylko zresztą) nieustannie, te kluby nocne i dzienne, te piękności miejscowe, te trunki za pół darmo, chłopaki to jest niebo każdego marynarza, a najlepszym klubem jest klub Marii… Jakie ona ma laski, jak tam można się zabawić!

Załoga Narwala (\’83 Kape Town) to byli bardzo ciekawi ludzie. Jedna trzecia chłopaków (w tym ja) robiła pierwszy w życiu rejs. Dwie trzecie załogi to byli absolwenci świnoujskiej zasramki (Zespół Szkół Rybołówstwa Morskiego w Świnoujściu), jeszcze stara gwardia, z fantazją i obyczajami z pogranicza grypsery. Rejs zapowiadał się więc ciekawie.

Jednym ze starej gwardii był Dziadek. Szczupły, o mikrej postaci, lekko zgarbiony, o potężnej kędzierzawej brodzie i czuprynie. Gdy na niego patrzałem nieodparcie nasuwało mi się skojarzenie z greckimi wojownikami ze starożytnych waz.

To była niewątpliwie barwna postać, uwielbiał opowieści z różnych rejsów, które snuł gdy tylko znalazł wdzięcznego słuchacza. A że załoga w dużej części dziewicza była, chłopaki słuchali Dziadka z rozdziawionymi gębami.

Kiedyś po jakiś imieninach, Dziadkowi, któremu mocno już kurzyło się z kędzierzawego czuba, zachciało się bardzo tańczyć. Jakoś nikt nie chciał „robić” za parę, więc wziął wiszącą na ścianie dużą gaśnicę i z nią w objęciach pląsał po mesie i korytarzach, niczym z czułą kochanką. „Kochanka”ciężka była, a Dziadek niezbyt silny, toteż woziła go od szota do szota na ugiętych z wysiłku nogach, budząc powszechną wesołość załogi.

Innym razem w podobnych okolicznościach (po imieninach kogoś z załogi) miało następujące zdarzenie. Statek szedł z Namibii do Montevideo w Urugwaju na wymianę załogi. W nocy wszyscy mogli spać, na mostku miało służbę dwóch wachtowych i oficer. Jeden z nich opowiadał później, że w środku nocy zauważył, iż w zejściówce prowadzącej z deku na pokład główny pojawiło się światło, a po chwili, zdumiony, ujrzał Dziadka jak szarpie się ze stalowymi drzwiami usiłując je wywlec na pokład.

Jak wspomniałem wcześniej, nie należał on do tzw. „byków”, wręcz przeciwnie, więc też walka z drzwiami w wąskiej i stromej zejściówce była dość trudna. Kiedy już je wywlókł na pokład ku zdumieniu obserwujących go z mostku, wyrzucił je po prostu za burtę. Okazało się, że niedomknięte drzwi od magazynku, który znajdował się tuż obok kabiny Dziadka, uporczywie waliły na fali do tego stopnia, że nie dały mu spać. Tak się tym zdenerwował, że zamiast je zamknąć, wyrzucił drzwi do morza.

Podczas przelotu przez Atlantyk Dziadek opowiadał różne cudowne rzeczy o Montevideo. Dziadek znał tam wszystkich, w związku z tym zupełnie nie ma problemu z „wymianą barterową” z miejscowymi „handlowcami”. W ogóle to oczywiście zabierze nas nowicjuszy przede wszystkim na Krótką. Krótka, nazwa ulicy rozkoszy wszelakich, przewijała się w opowieściach Dziadka (i nie tylko zresztą) nieustannie, te kluby nocne i dzienne(!), te piękności miejscowe(!), te trunki za półdarmo… -Chłopaki, to jest niebo każdego marynarza, a najlepszym klubem jest klub Marii, jakie ona ma laski, jak tam można się zabawić! Już widzieliśmy tę ulicę zalaną blaskiem neonów, tętniącą życiem nocnych klubów, pełnych ponętnych piękności oddających się polskim marynarzom prawie darmo. Aaaaach! Nie mogliśmy się doczekać!

W końcu weszliśmy w ujście La Platy, woda zmieniła kolor z atlantyckiej, niesamowicie przeźroczystej ultramaryny na mętną żółtawą zieleń. Na horyzoncie pojawiła się góra i cienka linia wybrzeża, po chwili mijaliśmy maszty wraków znaczących miejsca, gdzie komuś nie udało się trafić na tor wodny. Gdzieś tu w pobliżu leży na dnie słynny pancernik Graf von Spee, jednak nie udało nam się dostrzec jego masztów. W powietrzu pojawił się zapach grillowanego mięsa. I to jak się okazało była pierwsza, rzucająca się ( w nozdrza) cecha tego miasta, spowite było ono smogiem z niezliczonych palenisk, na których smażono wołowinę, tzw. tutaj asado.

No ale o tym przy innej okazji. Dość powiedzieć, że kiedy już rzuciliśmy cumy, kiedy czas pozwolił zabraliśmy Dziadka, żeby pokazał nam ową słynną Krótką. Dziadek jakoś zmalał, niezbyt chętnie dał się wyciągnąć na ląd, nie mogliśmy zrozumieć o co chodzi. Zrozumieliśmy jednak, kiedy przez wschodnią bramę wyszliśmy wprost na słynną ulicę Krótką zwaną. Kiedyś pewnie była piękna. Kolonialna zabudowa o bogatych zdobieniach, cienista wychodząca na morze… Kiedyś.

Teraz oczom naszym przedstawił się slams z powyrywanymi drzwiami i oknami z futryn, poobijanymi zdobieniami, liszaje, brud, grzyb, w tym wszystkim wynędzniałe lub opasłe bezzębne kobiety nachalnie oferujące swoje usługi… Brrr…..

-Dziadek! Ty notoryczny kłamco!

-Ale chłopaki, to tylko tak w dzień wygląda, w nocy to zupełnie co innego! Teraz te laski co wam opowiadałem śpią!

-Co Ty znowu p…lisz, co tu może być fajnego, przeciecz to jest slums…

-Chłopaki, chodźcie do Marii, zobaczycie jaki super klub!

Dziadek się zwijał, skręcał, usiłował jakoś wyjść z honorem, chociaż malutkim, chociaż z honorkiem. U Marii było pusto, ciemno, dość obskurnie. Dziadek wepchnął nas przez welurowe kotary w wejściu wprost na szefową. Maria, leciwa dama o 300% nadwadze siedziała w fotelu, na przeciw wejścia, a jej dwie pracownice troszkę tylko młodsze ale chyba bardziej tłuste, wdzięcznie rozwierały usta w znaczącej części pozbawione uzębienia, w kuszącym uśmiechu. Wycofaliśmy się w popłochu, szukając Dziadka, który roztropnie unikając naszej zemsty rozpłynął się w gęstniejącym zmroku zapadającym już na słynnej ulicy Krótkiej…

Oczywiście o blasku neonów, którymi tak Dziadek się zachwycał nie było mowy, ba, o blasku choćby jednej latarni ! 😉

W.S.

 

Ach, jak na jeziorkach ładnie ;-)

Galeria Tadeusza Piętki

Jak widać ze zdjęć, sporo czasu spędził na „jeziorkach” trawlerach serii B-20, które w „Odrze” nosiły nazwy polskich jezior. To były piękne statki, miały świetnie wyprofilowany kadłub. Na suchym doku, w oczy rzucała się ich smukła niczym u żaglowca część podwodna. Nic dziwnego, ze jeden z ostatnich, „Gopło” został odkupiony i przebudowany na żaglowiec właśnie. Ale to osobna historia. w.s.

Kuba-morski sokół wędrowny

Kuba-morski sokół wędrowny

Któregoś razu zauważyliśmy, że Kuba porwał znad fali latającą rybę. Byliśmy już w strefie ciepłych wód i ryby te  pojawiły się w dużych ilościach.   

Było to któregoś dnia w trakcie powrotu, ze zwiadu rybackiego na Pacyfiku. Kiedy już trzymaliśmy kurs na Panamę, gdzieś na wysokości Kalifornii, tuż po  objęciu porannej wachty omiotłem wzrokiem horyzont i kątem oka dostrzegłem na maszcie sporego ptaka. Podniósłszy wzrok zdumiałem się bardzo, wręcz nie mogłem uwierzyć własnym oczom.

Na rejce, tuż przy topie siedział  drapieżnik, miał charakterystyczny kształt ciała i głowy z dumnym, zakrzywionym dziobem, z silnymi nogami wyposażonymi w potężne szpony. W żaden  sposób nie był to jakikolwiek morski ptak!

Porwałem lornetkę i nagle spojrzałem w oczy pięknego sokoła. Ponad 200 Mm od  lądu, na oceanie sokół! Różne rzeczy widziałem, ale nie coś takiego! Przywołałem z pamięci wszystko co do tej pory  miałem w swojej „podręcznej bazie danych” na temat sokołów i wyszło mi na to, że jest to sokół wędrowny, lub jakiś  gatunek bardzo blisko niego…

Ciemnobrązowy grzbiet, jasna, upstrzona paseczkami pierś, ciemny kapturek na głowie  okalający wielkie, wręcz piękne  oczy drapieżnika. Zaskoczenie ale i radość była ogromna. Stał się natychmiast ulubieńcem  załogi, która ochrzciła go jak to zwykle bywa, imieniem Kuba.

Pierwszym naszym zmartwieniem było to, co też Kuba będzie  jadł. Jako drapieżnik musi jeść mięso, próbowaliśmy jakoś go zachęcać do statkowej wieprzowiny, ale zupełnie nie  reagował na próby podsuwania mu co lepszych kąsków. Jakieś dwa dni w ogóle nic nie jadł. Bardzo poważnie niepokoiliśmy  się jego kondycją.

Jednak po południu trzeciego dnia pobytu na „Gople”, Kuba poderwał się do lotu i szybkim jak to  sokoła lotem, pomknął nad falami. Śledziłem go przez lornetkę. W pewnej chwili dojrzałem jego cel, między grzbietami falami, tuż nad  ich powierzchnią kluczył mały nawałnik. Kuba błyskawicznym atakiem porwał go w szpony i wrócił na statek. Upatrzył sobie miejsce na maszcie na pokładzie pelengowym, tuż ponad nawigacyjnym światłem topowym. Tam, nie bacząc na wpatrzoną  z zachwytem i dumą „w naszego Kubusia” marynarską gawiedź, pożarł zdobycz.

Od tej pory tak bywało codziennie. Kuba  wyprawiał się dwa trzy razy dziennie na połów, spożywał ofiarę siedząc, a właściwie stojąc na „swoim” miejscu i zapadał  w krzepiącą drzemkę.  Zmieniające się wachty, w pierwszych słowach przekazywały sobie informacje o Kubie -jadł coś?

Pytanie było uzasadnione,  bo nie zawsze udawało mu się cokolwiek złapać, czasami wracał na statek „o pustych szponach”. Nawałniki i burzyki maja bardzo szybki i pełen nagłych zwrotów lot. Dlatego były trudnym celem dla Kubusia. Któregoś razu zauważyliśmy,  że Kuba porwał znad fali latającą rybę. Byliśmy już w strefie ciepłych wód i ryby te pojawiły się w dużych ilościach. Tym samym Kuba, jako chyba jeden z nielicznych sokołów do swojej diety dołączył morskie ryby.  Od tego czasu pod kominem często pojawiały się łebki ryb latających.

Nie obyło się bez dramatycznych sytuacji. Któregoś razu Kuba zapędził się za zdobyczą dość daleko, a statek płynął cały  czas z szybkością jakiś 12 węzłów. Kuba ponawiał ataki na jakiegoś burzyka czy nawałnika, jednak bezskutecznie,  pozostając coraz dalej w tyle. Obawialiśmy się czy będzie miał na tyle siły żeby nas dogonić. Napięcie na mostku rosło z  każdą chwilą.

Sokół chyba spostrzegł dramatyzm sytuacji, bo przerwał polowanie i ruszył w pościg za statkiem,  płynęliśmy pod wiatr, więc nie miał łatwego zadania. Stary, niby niewzruszony morski wyga, ściągnął rączki telegrafu maszynowego „do mała naprzód”. Do tej pory udawał że Kuba niewiele go obchodzi. Statek zwolnił a sokół już bez zataczania koła, jak zwykle, pojawił się nad pokładem  usiadł na swoim miejscu. Odetchnęliśmy z ulgą, a statek ponownie, przy dźwiękach dzwonka telegrafu, ruszył całą na przód.  Byliśmy jednak mocno zaniepokojeni, zdawaliśmy sobie sprawę, że brak  posiłku i długie loty bardzo go wyczerpują.

 Już w pobliżu Panamy pogoda uległa zepsuciu, wiatr przybrał na sile do jakiś 6 stopni, stał się porywisty, z niskich,  ołowianych chmur zacinał deszcz. Tuż przed wieczorem zauważyliśmy trzy białe czaple, które resztką sił doleciały do  statku, sadowiąc się na rejce głównego masztu. Oczom własnym nie wierzyłem, obok nich usadowił się Kuba! Przy czym  czaple skupiły się z jednej burty, a Kuba po przeciwnej stronie masztu z drugiej.

Ptaki tkwiły tak całą noc, rano pogoda uległa poprawie i czaple ruszyły w drogę, ku lądowi… a Kuba za nimi. Po jakichś 15 minutach patrzymy, a nasz sokół jedną z czapli, drącą  się wniebogłosy „holuje” za statkiem. Zdobycz przynajmniej jeszcze raz tak duża jak Kuba, stanowiła spore obciążenie,  toteż leciał tuż nad wodą, próbował wznieść się na poziom burty, jednak nie dał rady, w końcu wypuścił zdobycz ze szpon  i wzleciał na „swój” maszt, a czapla, której udało się zachować życie, pomknęła nad falami na wschód.

Kuba pobył  jeszcze z nami dwa-trzy dni, ale pewnej nocy, kiedy już zbliżaliśmy się do Panamy zniknął na dobre. Było nam smutno, mieliśmy jedynie nadzieję, że dotarł na  ląd bezpiecznie.   

fot. tekst W.S.