Archiwa tagu: trwalery

Biblia a sprawa morska

Tekst ten dedykuję pamięci Walentina Tanajewa, niezwykłego misjonarza z Kapsztadu, pracującego nad zbawieniem marynarskich dusz…

Biblia a sprawa morska

Ktoś, kto życie na statkach rybackich zna z krwistych morskich opowiadań, zdziwiłby się, wizytując którąkolwiek z kabin załogi na jakimkolwiek trawlerze.

Otóż praktycznie w każdej z nich na honorowym miejscu, na stoliku pod bulajem leżała książka. Ba… nie byle jaka, w każdej kabinie na poczesnym miejscu spoczywała… Biblia. Tak powszechna jej obecność wśród rybackich załóg była wynikiem pracy misji różnych wyznań w zagranicznych portach, do których zawijały nasze trawlery.

W każdym z nich, od Lerwick na Wyspach Owczych po Falklandy, czy porty Argentyny i Chile, dość szybko po rzuceniu kotwicy czy cum na polery, przy trapie pojawiał się misjonarz- ksiądz lub pastor. A nawet jeśli nie, to na stoliku wachtowego natychmiast pojawiała się informacja o imprezach w pobliskiej misji Stella Maris, z bardzo dokładnym planem wskazującym drogę.

W Kapsztadzie misja ulokowana była na terenie portu tuż przed bramą wyjściową. Można było tam wstąpić w każdej chwili. Zawsze witał nas szeroko uśmiechnięty pastor, który próbował wciągnąć nas w niewątpliwie zajmującą rozmowę. Oczywiście o urokach życia w bojaźni bożej. Zwykle jednak, zważywszy cel w jakim wychodziliśmy do miasta, a zwłaszcza stan w jakim wracaliśmy na statek, rozmowa kończyła się szybko.  Wręczano nam biblię i i zegnano błogosławieństwem wygłoszonym w rytmie zamaszyście nakreślanego krzyża, jakby wyganiającego szatana z naszych zbłąkanych duszyczek.

W tymże Kapsztadzie odwiedzał nasz statek ksiądz katolicki, Walentin Tanajew, jego postaci nie sposób zapomnieć, niewysoki, korpulentny, z szeroką sympatycznie uśmiechniętą twarzą. Często podjeżdżał pod naszą burtę hałaśliwym, strzelającym z rury wydechowej, zdezelowanym busikiem VW, tzw. “ogórkiem”. Wpadał na statek- mimo niewielkiego wzrostu i podeszłego wieku- niczym wulkan.

Zwykle skrzykiwał grupkę chętnych, którą zabierał na zapierającą dech wycieczkę w góry, lub na Przylądek Dobrej Nadziei. To zaparcie tchu u uczestników powodowały nie tylko wspaniałe krajobrazy Przylądka Dobrej Nadziei, roztaczające się z z jedni biegnącej krawędzią wysoko ponad wybrzeżem, ale także niezwykły sposób prowadzenia „ogórka” przez księdza Walentina. To co on wyprawiał z rękami, jak ignorował zasady normalnego prowadzenia pojazdów… No i jeszcze przyzwyczajenie do ruchu prawostronnego w Europie… a tu pędziło się lewą stroną na wprost wielkich ciężarówek… Po powrocie uczestnicy, choćby głęboko niewierzący, wznosili choćby w duchu podziękowania do Boga za cudem ocalone życie.

ks. Walenty Tanajew z młodzieżą z
Pogorii

Ksiądz ów, rosyjskiego pochodzenia, miał bardzo ciekawą przeszłość. Otóż urodził się na Syberii, w jakiejś wiosce nad Irtyszem, na początku ubiegłego wieku. Kiedy krasnoarmiejcy “wyzwalali” od “białej zarazy” syberyjskie chutory, robili to dość radykalnie otaczając znienacka wieś i wycinając całą ludność. Nasz ksiądz, wówczas siedmioletni chłopiec, przeżył taką operację przypadkiem, bo łowił w tym czasie w rzece ryby, bezsilnie obserwował jak ginie jego rodzina, ukryty w nadrzecznych krzakach. Szczęściem w pobliżu był klasztor polskich zakonnic Urszulanek, one to przyjęły go pod dach, wykształciły i wysłały do Rzymu na studia. Stamtąd został wysłany do pracy misyjnej w świat.

Takim to sposobem mieliśmy szczęście uczestniczyć we mszy na naszym statku odprawianej w polskim języku, przez nadzwyczajnego kapłana. A msza to była niezwykła, choćby z tego względu, że na komunistycznym terytorium! Co prawda kapitan nie miał odwagi zejść do messy (w końcu każdy wiedział, że wśród załogi jest przynajmniej 2 informatorów GPK czy SB), ale oficerowie stawili się w komplecie, nie mówiąc o rybakach.

Księżulek przywdział swoją nieco zmiętą sutannę, rozdał przybrudzone kartki z tekstami pieśni i zaintonował pierwszą z nich. Po statku gruchnęło … “Boże coś Polskę…” oczywiście mało składnie, ale za to głośno. Niejednemu z nas zaszkliło się oko, a marynarski, zdarty w portowych knajpach głos zadrżał… Księżulo podskakiwał, wymachiwał rękami ganiąc jednych, chwaląc drugich, po pewnym czasie udało nam się jakoś zestroić i dalej poszło już całkiem nieźle.

Po mszy siedliśmy na wspominki i pogaduszki przy herbacie, ochmistrz wyciągnął ciasteczka i wówczas to dowiedzieliśmy się o niezwykłych losach naszego duszpasterza… Księżulek na zakończenie zapytał kiedy wychodzimy w morze, gdy usłyszał że pewnie w poniedziałek z portu Stary nie wyjdzie, bo to wróży pecha, aż podskoczył.

-Widzicie! Komuchy, ateiści, w Boga nie wierzą, a takie bzdury, zabobony traktują poważnie! Co to jest za ateizm, toż to ciemnota, ta cała ich komuna, oni wszyscy tacy! Nie wierzcie w te bzdury, kto wierzy w Boga, Jemu ufa, a nie jakimś dziecinnym zabobonom…!

Tak, to była pamiętna niedziela… Przed wyjściem morze,(we wtorek!) miejscowe dziewczyny, które licznie nas odwiedzały, w niektórych kabinach wręcz mieszkały przez cały postój, niechętnie ale jednak opuściły statek. Raptem na kei zrobiło się cicho i pusto.

Kiedy spadły ostatnie cumy, nagle pod statek zajechał z hukiem, dymiąc obficie z wydechu tak dobrze już nam znany “ogórek”, ksiądz pośpiesznie wyskoczył na nabrzeże i a to kreśląc zamaszysty krzyż, to po prostu machając wzniesionymi w górę ramionami żegnał nas, wykrzykując błogosławieństwa i życzenia bezpiecznego powrotu równie żywiołowo, jak prowadził wcześniej na pokładzie dysputy…

-Widzicie- wyrwało mi się do stojących obok kolegów- wasze dziewuchy zniknęły, ale ksiądz jest! I na kogo na prawdę można liczyć…?

Żegnaliśmy naszego kapłana równie serdecznie jak on nas, niejednemu z nas zaszkliło się oko a kolczasta kulka uwierała w gardle… nie wiedzieliśmy jeszcze, że byliśmy ostatnią polską jednostką rybacką jaka cumowała w tym porcie.

Po pięciu miesiącach połowów u brzegów Namibii, otrzymaliśmy polecenie przeprowadzenia statku na drugą stronę Atlantyku do Montevideo w Urugwaju. Tutaj co prawda do misji był kawałek drogi, ale chodziliśmy doń chętnie, bo był tam tani sklepik z codziennie potrzebnymi drobiazgami, od nici, przez kartki pocztowe po tytoń do fajki i różnego rodzaju pamiątki. Można było spokojnie wypić piwo, pogadać ze znajomymi z innych statków, napisać do domu, czy obejrzeć wieczorem jakiś film.

Raz w tygodniu, opiekujący się misją ksiądz, organizował potańcówki dla marynarzy z panienkami z miejscowej pensji. Wszystko jednak odbywało się pod czujnym okiem ich rodziców. Więc było grzecznie i sympatycznie, a duszach marynarskich, mimo udawanego, zuchowatego rozczarowania, pozostawiły ogrzane miejsca… A panienki były śliczne, aż zal…

Jeszcze innego rodzaju działalność misyjną prowadzili pastorzy w Vancouver, którzy przyjeżdżali pod statek olbrzymim, żółtym, szkolnym autobusem zabierając wszystkich chętnych na wycieczki w okoliczne góry, a wieczorami do swojej misji w North Vancouver, gdzie czekały na nas domowego wypieku ciasteczka, herbata, i stoły bilardowe. Rzeczywiście dzięki nim spędziłem tam kilka całkiem przyzwoitych wieczorów. Można było stamtąd zabrać stare roczniki National Geographic, co sprawiało nam nie lada frajdę później, w morzu, kiedy już wszystko co było zabrane z kraju zostało przeczytane.

Oczywiście w każdej misji na pożegnanie obowiązkowym podarunkiem była Biblia. No i stąd właśnie jej poczesne miejsce praktycznie we wszystkich rybackich kabinach…

Postscriptum

Od Macieja Krzeptowskiego dowiedziałem się, że ksiądz z Kapsztadu, Walentin Tanajew niestety zginął w wypadku samochodowym.

A oto niezwykłe zdjęcie ukazujące tego niewielkiego a Wielkiego kapelana portu Kapsztad, na którymś z trawlerów rybackich. (Msza odprawiana na pokładzie trałowym), pochodzi z książki Macieja Krzeptowskiego „Pół wieku i trzy oceany”

Msza na pokładzie trawlera

2004-11-28_Grób_Tanajewa fot.Juliusz Gojlo

 

A oto dodatkowe informacje od czytelników Grupy FB Marynarze Świata…

Waldemar Drożdziewicz Zdjęcie zostało wykonane prawdopodobnie na Korwinie w 1979 r

Marek Lewenstein Do opowieści dodam jeszcze że po starym „ogórku” miał nowego busa którym chętnie woził na wycieczki za zwrotem kosztów paliwa.

Wspomnienie księdza kapelana marynarzy i rybaków z Kapsztadu

Tablica na nagrobku ks. Tanajewa

Łapanka – czyli co kraj to obyczaj

Łapanka – czyli co kraj to obyczaj

Wysiedli z nich mężczyźni w roboczych kombinezonach, wyposażeni w broń długą i krótką, latarki, jakieś długie tyczki i  haki

Już w samolocie lecącym do Afryki Południowej wyczuwało się wśród załogi jakieś napięcie. Rozmowy zbaczały głównie na  czarne dziewczyny, ponoć bardzo chętne i niedrogie, tak opowiadali bywalcy Kapsztadu.

Rzeczywiście, na statku od  pierwszej chwili nie dało się nie zauważyć różnej urody czarnoskórych dziewcząt, które oferowały swoje towarzystwo  każdemu chętnemu. Za cokolwiek, mydło, mleko, jedzenie, 1-5 randów… Wielu z chłopaków korzystało z tej możliwości,  nie bacząc na grożące konsekwencje chorób „tropikalnych”.

Zresztą, jak mogliśmy się niebawem przekonać, służby medyczne  RPA dosyć ostro kontrolowały stan zdrowia miejscowych dziewcząt.  Ja jako młody marynarz, to był mój pierwszy rejs, ograniczyłem się jedynie do obserwowania rozwoju sytuacji.

Kiedy jednak dziewczęta zaglądały do mojej kabiny, często były to kilkunastoletnie dzieci, zwykle nie wychodziły z pustymi rękami. Postępowanie moich kolegów wydawało mi  się niegodne marynarza (byłem młody i głupi, napakowani wzniosłymi ideami itd…) ;-).

W każdym razie w wielu kabinach  dziewczęta (zwykle jednak te starsze, pełno lub prawie pełnoletnie) zamieszkały piorąc i sprzątając w zamian za codzienne posiłki i czułości, jakich nasi chłopcy im nie  szczędzili.  Podobna sytuacja była na innych statkach stojących przy naszej kei.

A stały tam wówczas dwie jednostki koreańskie i duży  portugalski trawler. Na Koreańczykach mieszkało spore stadko czarnoskórych piękności, wyglądało na to, że każdy z tamtejszych  rybaków miał swoją towarzyszkę niezależnie od zajmowanego stanowiska. Widać było, że tworzyli zgodną „rodzinkę”. Razem  spożywali, posiłki na rufie. Kucali wówczas w kółko nad miskami z ryżem i pewnie rybą, palcami sięgając do ich wnętrza… Wszystko atmosferze w pełnej harmonii ,,rodzinnego” szczęścia. Razem wychodzili do miasta, razem też wracali..

Kiedyś, kiedy miałem akurat wachtę przy trapie, moją uwagę zwróciły ostrzegawcze krzyki i gwizdy z trawlera, który  stał bliżej wyjścia na ląd. Na koreańczykach nastąpił popłoch, dziewczęta zniknęły z pokładu niczym zdmuchnięte  wiatrem.

Po chwili pod burtę statku zajechały dwa policyjne samochody, osiatkowana „suka” i osobowy taunus. Wysiedli z  nich wysocy, dobrze zbudowani mężczyźni w roboczych kombinezonach, wyposażeni w broń długą i krótką, latarki, jakieś długie tyczki i haki.  

Panowie owi wkroczyli na pierwszy z brzegu statek. Po krótkiej, acz gwałtownej wymianie zdań z oficerami, którzy głośno  protestowali przeciw najściu, nie zważając na nic policjanci przystąpili do przeszukiwania jednostki. Co jakiś czas  wyprowadzali przez trap do „suki” kolejną, opierająca się, krzyczącą wniebogłosy dziewczynę. Rybacy biegali w  desperacji wielkiej po pokładzie, wykrzykując w swoim i łamanym angielskim epitety pod adresem służb, ale niewiele mogli zrobić.

Buda powoli zapełniała się. W końcu wyprowadzono  najatrakcyjniejszą panią, niesamowicie zgrabną czarna „laskę”. Nazywaliśmy ją między sobą Josephina. Była wysoka, szczupła, nogi długie i silne, krągłości strome i niezwykle obfite. Miała atrakcyjną twarz z wielkimi oczami i jeszcze większymi firanami rzęs, zmysłowe usta i bujne, wyprostowane, misternie upięte w kok włosy.

Każde jej pojawienie się w zasięgu wzroku powodowało żywsze wydzielanie testosteronu u wszystkich rybaków w pobliżu. Za to kiedy się odezwała skrzeczącym, wulgarnym głosem, poziom testosteronu wracał natychmiast do normy.

Przypuszczaliśmy, że „należy” do kapitana jednostki. Rzeczywiście, stary wybiegł za nimi tłumacząc i jej i policjantom coś zawzięcie. Naturalnie nic to nie dało, dama  trafiła do budy, kapitan jedynie wsunął przez pręty kobiecie zwitek banknotów, pewnie „na czarną godzinę”.

Auta szybko  odjechały, a Koreańczycy pogrążyli się w smutku…  Jednak nie trwał on długo. Już po kilku godzinach, na ich stateczkach pojawiły się znajome czarne buźki, co zdecydowanie  poprawiło nastrój u sąsiadów…  Na pokładzie rufowym jednego z longlinerów natychmiast „wydano” powitalna kolację suto zakrapianą sake.

Bywalcy z naszej załogi wyjaśnili, że była to rutynowa łapanka, jaką tutejsza policja co jakiś czas przeprowadza w celu stwierdzenia  stanu zdrowotnego „pracujących” w porcie dziewcząt.  

No cóż, co kraj to obyczaj…

W.S

Koniec Drogi Początek DROGI

Stanął na podeście przystawionych właśnie do wyjścia z samolotu schodków i nabrał gorącego powietrza w płuca, rozglądając się przymrużonymi w jaskrawym słońcu oczami.  

-No i jestem!-pomyślał, a zaraz potem – Boże! Co za widok!
Jego wzrok niczym nie zatrzymywany popędził ku majaczącej na horyzoncie Górze Stołowej. Pas lotniska w drgającym z gorąca powietrzu, przechodził w spaloną słońcem równinę a potem w płaskie góry przylądka Dobrej Nadziei, Kapsztad!

Naciskający z tyłu marynarze oraz ospowaci stewardzi South African Airways nie pozwolili na zbyt długą kontemplację, wymuszali zejście w dół.
Trzeba było opuścić opasłe, chłodne wnętrze Boeinga 737 i zanurzyć w afrykańskie, gorące powietrze…

Autokary już czekały, krótka odprawa i rozpoczął się ostatni odcinek podróży, do portu. A podróż ta nie była ani krótka ani łatwa…

Udało mu się zająć miejsce przy oknie… Krajobraz ruszył z miejsca przesuwając się ku tyłowi, niestety góry znalazły się po przeciwnej stronie, więc zmęczony podróżą pozwolił myślom biec swobodnie…

Dopiął swego, wreszcie po latach starań, marzeń, „podchodów” jego droga dobiegła do celu… Za chwilę stanie na pokładzie trawlera… Przypomniał sobie kiedy udawało mu się wejść na pokład któregoś ze statków, kiedy to było pierwszy raz? Chyba w Szczecinie, kiedy jako pracownik WSM odbierał z Emilii Gierczak eksponaty dla Pracowni Biologii Morza. Pudła z zakonserwowanymi rybami, krabami, mięczakami stały na pokładzie głównym pod windą trałową, nic dziwnego, że nie w środku, smród formaliny walił w nozdrza już kilka metrów wokół.

Z nostalgią wspominał piękny statek, ładna sylwetka białego burtowca, jednego z ostatnich parowców. Długi, wąski komin sterczał zadzierzyście z nadbudówek, wysyłając w przestrzeń delikatną smugę pary… Już wówczas wiedział, że to jest jego życie, jego powołanie, wyobraźnia powodowała, że prawie czuł dygotanie i kołysanie pokładu… Może kiedyś…

No i jest… Właśnie teraz…

Zdezelowany autobus trząsł i hałasował, podnieceni rybacy hałasowali nie mniej, zmawiając się kto z kim będzie mieszkał. Na polskich trawlerach kabiny załóg były dwuosobowe… Spore ilości napojów o wysokiej zawartości paliwa, spożyte podczas prawie dwudziestogodzinnego lotu, także robiło swoje. No i to podniecenie niewiadomą przyszłością, jaki okaże się statek, jaki stary, jak załoga? Pół roku przed nimi. Jest o czym myśleć, o czym gadać. Nie mówiąc o pozostawionych w zasnutym zimową mgłą kraju…

Tymczasem niska zabudowa przedmieść niepostrzeżenie zmieniła charakter, małe domki stawały się coraz ładniejsze, coraz większe by po zjeździe estakadą ustąpić miejsca drapaczom chmur. Miasto uderzało brakiem ludzi, gdzieniegdzie ktoś przechodził ale przecież to jedno z największych miast w kraju! Życie powinno tu tętnić, tłumy przewalać się chodnikami w tę i z powrotem. A tymczasem tutaj, jak w stanie wojennym, pustka. Rzeczywiście, przypomniał sobie ostrzeżenia, przecież tu prawie stan wojenny. Apartheid, policja, zamordyzm, strach… Jak dużo podobieństw do tego co zostawił w kraju…

Kapsztad keja

Tymczasem autobus znalazł się w porcie, krótka kontrola przy bramie i ruszył ponownie. Widać dźwigi, suwnice, sterty kontenerów, jakieś zabudowania i statki. Po prawej kilka stalowo szarych okrętów, pewnie port wojenny, ale po lewej samochodowiec, jakiś roro i białe koreańskie rybaki, a za nimi piętrzy się potężna sylwetka.

-Jest, jest sqrwysyn!

Wrzasnął wielki chłop, który i tak całą drogę hałasował najbardziej, poruszenie- autobus stanął pod wysoka burtą B-18, potężnego trawlera o sylwetce transatlantyka z lat trzydziestych… SEJWAL, od tej chwili jego dom na kolejne 6 miesięcy…

 

Otolek

Otolek

Historia o tym jak ludzie szybko zapominają…  

Praca na dużych trawlerach z załogami liczącymi ponad 70 osób, wymiany załóg, kiedy to na każdy kolejny rejs obsada  była kompletowana od nowa, powodowała silne rozluźnienie więzi międzyludzkich. Bywało, że spotykałem człowieka na  ulicy, wiedząc że go znam, nie mogłem jednak przypomnieć sobie z jakiego statku…  

Zabawną sytuację miałem na „Gople”, kiedy to skierowano mnie do nadzorowania remontu zamrażalni, podczas postoju statku  w stoczni, przed pierwszym zwiadowczym rejsem.  Zaokrętowałem w kabinie motorzystów, na głównym pokładzie. Kiedy już się rozgościłem z maszynowni do kabiny wpadł mój  współlokator, młody chłopak z czarną bujną czupryną i takąż brodą. Skądś go znałem…  

-Cześć – przywitałem się – mam tu z tobą mieszkać.  -Cześć, Czesiek jestem, czy my się skądś nie znamy?  -No właśnie, też mi się tak wydaje, skądś cię znam, może spotykaliśmy się w załogowym?  -No właśnie, pewnie gdzieś w „Odrze”…  

Od słowa do słowa, popłynęły opowieści, jakoś zeszło na psy statkowe, więc pochwaliłem się psiakiem jakiego mieliśmy na  „Otolu”, na Chile. To była bardzo śmieszna historyjka.  Na pokładzie mieliśmy małego psiaka, o imieniu Otol oczywiście, bardzo lubianego przez załogę, a szczególnie przez  kapitana. Pod koniec rejsu z południowego Pacyfiku wysłano nas na północny, na VOC, a na wymianę załogi weszliśmy do Vancouver.

Oczywiście po dobiciu do kei popędziliśmy do  miasta. Wieczorem, gdy wracałem na statek, zauważyłem nerwowo spacerującego po kei ochmistrza. Był to młody, energiczny chłopak, bardzo przyzwoity i dbający o załogę, z tego względu cieszył się naszą sympatią. Zwykle pogodny i uśmiechnięty, tym razem na zadowolonego z życia nie wyglądał. Kiedy spytałem co się  stało, zaczął wyrzucać z siebie urywanymi z targających nim emocji zdaniami.

-A bo te dziadki, qrwa, dawno powinni już być na emeryturze! Ty wiesz że stary kiedy miał celników i całą tę portowa  zgraję wziął do siebie Otolka? Ja zgłosiłem na odprawie, że mamy psa przygarniętego już w tutaj, w porcie, no bo  rozumiesz, to kanadole, te ich przepisy weterynaryjne, kwarantanna, koszty…

-A stary oczywiście, razem z całą resztą  już po dobrej szklance Jonnego, zaczął się z Otolkiem bawić. Celnik mówi, że ładny ten nasz kanadyjski piesek, a stary na  to że nie, że to z Chile… A mnie jak by pokład pod nogami się zapadł! Przecież kłamstwo w deklaracji to kryminał!

-O kurde!-aż podskoczyłem- I co się stało?

-A qrwa! Celnik też stary dziad! Nie skapował się!  

Czesiek przysłuchiwał się mojej opowieści z coraz bardziej rosnącym zainteresowaniem by w końcu stwierdzić:  -Już wiem skąd cię znam, byłem z tobą w tym rejsie!

W.S.

ZSRM

Chłopaki z ZSRM

z Zasadniczej Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Świnoujściu

Niestety, nie wiem kto mi przesłał kiedyś te zdjęcia, może ktoś się rozpozna? Proszę o kontakt mailowy

Autorem części zdjęć jest Jacek Frąckiewicz, pochodzą one z rejsu Emilią do Edynburga.

DROGA

DROGA

Marzenia, jeśli stoją za nimi upór i zdecydowanie, bądź – jak pisze Pablo Coelho- jeśli bardzo się pragnie, dają się zrealizować… czyli Moja Droga na Morze…

 

Moim marzeniem było żyć i pracować na morzu. Od dziecka plątałem się blisko wody, głównie na niedalekim jeziorze, na żaglówkach. Zdobywałem tam kolejne stopnie żeglarskie, co jednak jakoś nie bardzo zbliżało mnie do upragnionego morza. Za to w marzeniach stawało się coraz bliższe i bliższe, głównie za sprawą literatury marynistycznej.

Zaczytywałem się Conradem, Borchardem, czytałem wszystko co mogło powiedzieć mi cokolwiek o morzu. Czytałem o wielkich samotnikach jak Joshua Slocum, o wielkich odkrywcach głębin jak Jack Custo, pasjonowałem się tajemnicami życia w jego toni. Z czasem stałem się niezłym (we własnym mniemaniu rzecz jasna) znawcą amatorem biologii morza.

Od najmłodszych lat zgłębiałem tajniki żeglowania na pobliskim jeziorze Miedwie. Tam najpierw w LZS pływałem na kadecie i optymistce, potem w klubie żeglarskim przy Młodzieżowym Domu Kultury na omegach, ramblerze, kreuzerach, hornetach i FD. To był niezwykły okres przesiąknięty, a jakże, silnym pragnieniem przeżycia przygody na morzu, zwłaszcza, że ocierałem się wówczas o żeglarzy, kapitanów jachtowych, którzy na morzu niejedna milę przepłynęli. No ale żeglarstwo to osobny watek w moim życiu, toteż wspominam tu o nim tylko na marginesie.

Wyższa Szkoła Morska

To marzenie było przyczyną, że chętnie skorzystałem z pomocy starszego brata, który “wepchnął” mnie do Zakładu Biologii Morza ówczesnej WSM w Szczecinie. Oczywiście w podtekście była możliwość wypłynięcia w morze. W połowie lat siedemdziesiątych, nasze floty dalekomorskie właśnie wyruszały w poszukiwaniu nowych łowisk, poznawaliśmy szelf zachodniej Afryki a cały północny Atlantyk eksplorowaliśmy w poszukiwaniu ryby.

Przedsiębiorstwa dalekomorskie budowały nowe jednostki, a szczecińskie uczelnie morskie otrzymały do dyspozycji nowoczesny statek trawler szkolny m/t“Rybak Morski”, że nie wspomnę o stareńkim parowcu szkolnym s/t“Łużyca”, który wówczas pływał jeszcze w krótkie rejsy szkolno- badawcze na Morze Północne i Bałtyk. Tak, że istniały (ja mi się wówczas wydawało) duże szanse, że jako pracownik WSM popłynę w upragniony rejs w celu zabezpieczenia dla Zakładu zbiorów eksponatów dydaktycznych. Szybko jednak przekonałem się, że moje widoki na spełnienie młodzieńczego pragnienia nie są najlepsze, przynajmniej tu. Rejs wiązał się z dodatkowymi dochodami i dewizami, toteż wypływali w morze ludzie posiadający jakieś “plecy”, stanowiska, itd… Ja, jako początkujący pracownik techniczny nie miałem szans.

Muzeum Rybołówstwa Morskiego

Wobec tego przy pierwszej nadarzającej się okazji zmieniłem pracę. Nęcony, kolejną obietnicą wysłania mnie przez nowego pracodawcę w rejs, zatrudniłem się w Muzeum Rybołówstwa Morskiego w Świnoujściu. Prowadziłem tam pracownię preparatorską. Z przywożonych przez naukowców (z sąsiadującego z muzeum Morskiego Instytutu Rybackiego) i rybaków z pobliskiej “Odry” zwierząt morskich robiliśmy muzealne eksponaty (poprzez dość skomplikowany proces preparowania), z nich zaś budowaliśmy wystawy. Praca bardzo ciekawa, dająca kontakt z najdziwniejszymi przedstawicielami świata zwierząt, mieszkańcami morskich odmętów.  Co ważniejsze była okazja bezpośredniego kontaktu z prawdziwym portem dalekomorskim i statkami rybackimi, często właśnie tuż po wejściu do portu po długim, morskim rejsie.

Wyładunek zamrożonych ryb odbywał się zwykle tuż po dobiciu do portowego nabrzeża. Czuć było na nich jeszcze zapach oceanu, wymieszany z różnymi woniami dochodzącymi z maszynowni czy ładowni. Rybacy zwykle byli jeszcze jakby zdziwieni otaczającym ich lądowym światem, często na lekkim marynarskim rauszu, zawsze jednak życzliwie spoglądający na nasze przyrodnicze zapędy i zachwyty wobec przywiezionych przez nich skarbów.

Wzruszali często ramionami z życzliwym, “i z czego tu się cieszyć? toż my te świństwo łopatami zgarniali z pokładu, cholera!”… Jednak zbierali troskliwie w morzu te “cholery” dla swojego muzeum, często kosztem wolnego czasu pakowali w kartony co ciekawsze zwierzaki i troskliwie sadowili je w zakamarkach chłodni, żeby się nie zgubiły w rozgardiaszu wyładunku całego połowu.

Czasami bywały to prawdziwe skarby. Kiedyś był to olbrzymi rekin długoszpar, innym razem delfin, kiedy indziej 2,5 metrowa ryba piła, czy rekin ze skórą pokrytą ostrymi kolcami w kształcie zębów. W 1976 powrócił z głośnego wówczas rejsu naukowo- zwiadowczego m/t „Tazar”, to była pierwsza polska wyprawa na antarktyczne wody w poszukiwaniu możliwości połowów i wykorzystania kryla. Tak jak wielka wrzawa prasowa towarzyszyła ich wyjściu w morze, tak powrót odbył się w absolutnej ciszy. Pamiętam nerwową atmosferę na pokładzie i podczas spotkania załogi z ówczesnym dyrektorem kombinatu, legendarną dziś postacią, Juliszem Heblem. Mnie wówczas najbardziej zapadła w pamięci propozycja kogoś z działu socjalnego, że jeśli ktoś chce, może odpocząć po rejsie na wczasach zakładowych w hotelu „Rybak” w… Międzyzdrojach. Załoga huknęła śmiechem…

W każdym razie na statku przywieziono wówczas całą masę eksponatów z wód antarktycznych. To niewątpliwa zasługa przedstawiciela MIRu w tym rejsie, dr.Macieja Krzeptowskiego, któremu nie tylko nasze muzeum zawdzięczało przepiękne kolekcje… Na pokładzie „Tazara” rybacy urządzili wówczas małe arktyczne zoo. Podczas połowów w Antarktyce, na włoku pełnym kryla często wjeżdżały na pokład małe, ciekawskie pingwinki Adeli. Rybacy postanowili przywieźć do kraju kilka z nich, jako dar dla oliwskiego ZOO. No i dowieźli, pingwiny przyjechały zdrowe i zaprzyjaźnione z załogą. Zamieszkały na pokładzie, trałowym, w okolicy windy. Zbudowano im tam basen z morska wodą i imitację skałek z jakichś skrzyń przykrytych plandekami… Rodziny rybaków, które przyjechały po swoich mężów, synów, ojców, miały niezwykłą atrakcję…

Innym razem “Rybak Morski” przywiózł z Morza Północnego całą kolekcję zwierząt dennych. Czegóż tam nie było! Cała gama bardzo ciekawych ryb, ale i kraby, langusty, różnej maści mięczaki. To były jeszcze czasy, kiedy można było łowić sieciami wleczonymi po dnie, tzw. dragami, dzięki temu dostaliśmy sporo zwierząt dennych. A w akwariach z morską wodą przywieziono nam piękne okazy żywych kongerów i rekinków plamistych. Kongery i część rekinków powędrowały do ZOO w Poznaniu, natomiast kilka rekinków trafiło do naszego nowo zbudowanego akwarium morskiego.

To była wspaniała przygoda. Trzeba było zapewnić im niską temperaturę, wodę morską… Trzeba pamiętać, że były to czasy dla polskiej akwarystyki bardzo prymitywne, nie mieliśmy dostępu do niczego z pełnej palety sprzętu i chemikaliów będących na wyposażeniu każdego morskiego akwarium, a dostępnych w każdym większym sklepie akwarystycznym dzisiaj . Radziliśmy sobie jednak, zbudowałem akwarium z podwójną ścianą, w którą sypaliśmy mieszankę soli i lodu, dawało to konieczne chłodzenie morskiej wody. Odparowaną wodę uzupełnialiśmy destylatem, a co jakiś czas zmienialiśmy ją na świeżą, przywożoną specjalnie dla nas z Morza Północnego, przez wracające do portu macierzystego trawlery. Ryby żyły przez cały czas mojej pracy w tej instytucji. Tym niemniej marzenia o pracy na statkach nie pozwoliły jakoś dać się zaspokoić namiastkami, toteż wymyśliłem sobie, że jak zostanę inżynierem rybołówstwa morskiego, to mimo problemów z komisją lekarską jakoś uda mi się zaczepić na statku. Tak też zrobiłem.

Wydział Rybactwa Akademii Rolniczej i PPDiUR ODRA

Studia na Wydziale Rybactwa szczecińskiej AR upłynęły szybko, tak jak praca w PPDiUR “ODRA” w Świnoujściu, jednego z największych armatorów floty dalekomorskiej. Pracowałem w chłodni portowej, gdzie składowano przywiezione do kraju, zamrożone w kartonach ryby, jako magazynier, tzw. sztauer. Nie było lekko, ale na pewno ciekawie, prawie codzienny kontakt ze statkami przychodzącymi z morza, rozmowy z ludźmi, atmosfera dużego morskiego portu, no i ta tęsknica w piersi, kiedy odprowadzałem wzrokiem wychodzące w morze trawlery.

WIELKIE CZEKANIE…

Wszystko zaczęło się tu, w chłodni ODRY.Na tle Orcyna, przed wejściem do komory chłodni.Na dachu chłodni rybnej, w tle stocznia remontowa...Za tym tesknota rwie...

Któregoś razu wysłano mnie do Szczecina, jako przedstawiciela PPDiUR “Odra” w celu asystowania przy wyładunku ryby mrożonej, jaką jeden ze statków łącznikowych, zdaje się, że był to m/s“Buran”, rozładowywał właśnie do chłodni “Gryfu”. Rozładunek trwał trzy doby, ale w międzyczasie statek miał być przeholowany do innego basenu. I tak to mój pierwszy rejs dużym oceanicznym statkiem dość nieoczekiwanie trwał kilkanaście minut, w obrębie szczecińskiego portu.

W końcu jednak nadszedł dzień uzyskania upragnionego dyplomu. Oczywiście natychmiast pomaszerowałem do Pionu Połowów i z bijącym sercem złożyłem podanie o przyjęcie do pracy na trawlerach w charakterze rybaka. O ile pamiętam unikałem w nim opowieści o umiłowaniu morza i innych ośmieszanych na każdym kroku sloganach. Natomiast podkreśliłem, że oto, dzięki pracy w “Odrze” skończyłem studia takie jakie skończyłem, a teraz pora na napisanie pracy magisterskiej. W tym celu absolutnie muszę popłynąć w morze, im dalej tym lepiej…W kadrach podanie przyjęli i… kazali czekać.

Czekałem dość długo. Jednak któregoś słonecznego czerwcowego popołudnia stało się… Pamiętam jak dziś, stałem na rampie chłodni, odpoczywałem w słońcu po kilku godzinach pracy w komorze magazynowej, ciepło promieni czerwcowego słońca powoli wypierało z organizmu przejmujący chłód. W komorach panowała temperatura w okolicach 30 stopni poniżej zera, mimo grubego ubrania i wieloletniego przyzwyczajenia, po kilku godzinach miało się tego mrozu serdecznie dość. Toteż skwapliwie korzystaliśmy z każdej okazji wystawienia się na zbawienne działanie słońca. Tak było i tym razem. Zmiana dobiegała końca, więc panował już nastrój lekkiego rozleniwienia. Pusty podjazd pod rampę, bez oczekujących jak zwykle na rozładunek samochodów, gdzieniegdzie przemykający już w kierunku bramy ludzie i ogarniające wszystko słońce…

 

STAŁO SIĘ!

Wtem dojrzałem pędzący, podskakujący na wybojach, zielony wózek akumulatorowy, siedzący za jego kierownicą mój serdeczny kolega Stachu Hoffman wymachiwał ręką i darł się wniebogłosy. Przy czym hałas pędzącego wózka, mieszając się z hukiem chłodniowych urządzeń skutecznie niweczył jego wysiłki. Dopiero gdy podjechał na kilkanaście metrów zrozumiałem co w podnieceniu wykrzykiwał: -Masz lecieć do załogowego! Migiem! Mają dla ciebie zamustrowanie!- Poczułem się dziwnie, tyle lat czekania, aż tu nagle stało się! Wskoczyłem do wózka obok Stacha, trzęsąc się i podskakując na dziurach, oraz przecinających drogę torach kolejowych popędziliśmy do dość odległego budynku połowów.

Przed drzwiami kadr tym razem nie było nikogo, korpulentna blondyneczka w średnim wieku uśmiechnęła się, podałem nazwisko, pogmerała w kartach- wtedy jeszcze o komputerach jedynie się czytało… -Tak, ma pan tu kartę obiegową, proszę odwiedzić wszystkie wymienione tu działy i uzyskać od nich akceptację. Im szybciej Pan to zrobi tym lepiej, bo za dwa tygodnie mogę Pana wysłać na „Sejwala”, na Afrykę, potem coś będzie dopiero za dwa miesiące…

 

NARESZCIE!

Trawlery "w polu orzą" oceanZ rybackim kotem i pocieszycielkąZ Jurkiem Porębskim na GopleBiblioteczkę mieliśmy dość obfitąZ pocieszycielką