Archiwa tagu: Zasadnicza Szkoła Rybołówstwa Morskiego

Opowieści Dziadka kontra życie

Opowieści Dziadka kontra życie.

Krótka, nazwa ulicy rozkoszy wszelakich…

Krótka, nazwa ulicy rozkoszy wszelakich, przewijała się w opowieściach Dziadka (i nie tylko zresztą) nieustannie, te kluby nocne i dzienne, te piękności miejscowe, te trunki za pół darmo, chłopaki to jest niebo każdego marynarza, a najlepszym klubem jest klub Marii… Jakie ona ma laski, jak tam można się zabawić!

Załoga Narwala (\’83 Kape Town) to byli bardzo ciekawi ludzie. Jedna trzecia chłopaków (w tym ja) robiła pierwszy w życiu rejs. Dwie trzecie załogi to byli absolwenci świnoujskiej zasramki (Zespół Szkół Rybołówstwa Morskiego w Świnoujściu), jeszcze stara gwardia, z fantazją i obyczajami z pogranicza grypsery. Rejs zapowiadał się więc ciekawie.

Jednym ze starej gwardii był Dziadek. Szczupły, o mikrej postaci, lekko zgarbiony, o potężnej kędzierzawej brodzie i czuprynie. Gdy na niego patrzałem nieodparcie nasuwało mi się skojarzenie z greckimi wojownikami ze starożytnych waz.

To była niewątpliwie barwna postać, uwielbiał opowieści z różnych rejsów, które snuł gdy tylko znalazł wdzięcznego słuchacza. A że załoga w dużej części dziewicza była, chłopaki słuchali Dziadka z rozdziawionymi gębami.

Kiedyś po jakiś imieninach, Dziadkowi, któremu mocno już kurzyło się z kędzierzawego czuba, zachciało się bardzo tańczyć. Jakoś nikt nie chciał „robić” za parę, więc wziął wiszącą na ścianie dużą gaśnicę i z nią w objęciach pląsał po mesie i korytarzach, niczym z czułą kochanką. „Kochanka”ciężka była, a Dziadek niezbyt silny, toteż woziła go od szota do szota na ugiętych z wysiłku nogach, budząc powszechną wesołość załogi.

Innym razem w podobnych okolicznościach (po imieninach kogoś z załogi) miało następujące zdarzenie. Statek szedł z Namibii do Montevideo w Urugwaju na wymianę załogi. W nocy wszyscy mogli spać, na mostku miało służbę dwóch wachtowych i oficer. Jeden z nich opowiadał później, że w środku nocy zauważył, iż w zejściówce prowadzącej z deku na pokład główny pojawiło się światło, a po chwili, zdumiony, ujrzał Dziadka jak szarpie się ze stalowymi drzwiami usiłując je wywlec na pokład.

Jak wspomniałem wcześniej, nie należał on do tzw. „byków”, wręcz przeciwnie, więc też walka z drzwiami w wąskiej i stromej zejściówce była dość trudna. Kiedy już je wywlókł na pokład ku zdumieniu obserwujących go z mostku, wyrzucił je po prostu za burtę. Okazało się, że niedomknięte drzwi od magazynku, który znajdował się tuż obok kabiny Dziadka, uporczywie waliły na fali do tego stopnia, że nie dały mu spać. Tak się tym zdenerwował, że zamiast je zamknąć, wyrzucił drzwi do morza.

Podczas przelotu przez Atlantyk Dziadek opowiadał różne cudowne rzeczy o Montevideo. Dziadek znał tam wszystkich, w związku z tym zupełnie nie ma problemu z „wymianą barterową” z miejscowymi „handlowcami”. W ogóle to oczywiście zabierze nas nowicjuszy przede wszystkim na Krótką. Krótka, nazwa ulicy rozkoszy wszelakich, przewijała się w opowieściach Dziadka (i nie tylko zresztą) nieustannie, te kluby nocne i dzienne(!), te piękności miejscowe(!), te trunki za półdarmo… -Chłopaki, to jest niebo każdego marynarza, a najlepszym klubem jest klub Marii, jakie ona ma laski, jak tam można się zabawić! Już widzieliśmy tę ulicę zalaną blaskiem neonów, tętniącą życiem nocnych klubów, pełnych ponętnych piękności oddających się polskim marynarzom prawie darmo. Aaaaach! Nie mogliśmy się doczekać!

W końcu weszliśmy w ujście La Platy, woda zmieniła kolor z atlantyckiej, niesamowicie przeźroczystej ultramaryny na mętną żółtawą zieleń. Na horyzoncie pojawiła się góra i cienka linia wybrzeża, po chwili mijaliśmy maszty wraków znaczących miejsca, gdzie komuś nie udało się trafić na tor wodny. Gdzieś tu w pobliżu leży na dnie słynny pancernik Graf von Spee, jednak nie udało nam się dostrzec jego masztów. W powietrzu pojawił się zapach grillowanego mięsa. I to jak się okazało była pierwsza, rzucająca się ( w nozdrza) cecha tego miasta, spowite było ono smogiem z niezliczonych palenisk, na których smażono wołowinę, tzw. tutaj asado.

No ale o tym przy innej okazji. Dość powiedzieć, że kiedy już rzuciliśmy cumy, kiedy czas pozwolił zabraliśmy Dziadka, żeby pokazał nam ową słynną Krótką. Dziadek jakoś zmalał, niezbyt chętnie dał się wyciągnąć na ląd, nie mogliśmy zrozumieć o co chodzi. Zrozumieliśmy jednak, kiedy przez wschodnią bramę wyszliśmy wprost na słynną ulicę Krótką zwaną. Kiedyś pewnie była piękna. Kolonialna zabudowa o bogatych zdobieniach, cienista wychodząca na morze… Kiedyś.

Teraz oczom naszym przedstawił się slams z powyrywanymi drzwiami i oknami z futryn, poobijanymi zdobieniami, liszaje, brud, grzyb, w tym wszystkim wynędzniałe lub opasłe bezzębne kobiety nachalnie oferujące swoje usługi… Brrr…..

-Dziadek! Ty notoryczny kłamco!

-Ale chłopaki, to tylko tak w dzień wygląda, w nocy to zupełnie co innego! Teraz te laski co wam opowiadałem śpią!

-Co Ty znowu p…lisz, co tu może być fajnego, przeciecz to jest slums…

-Chłopaki, chodźcie do Marii, zobaczycie jaki super klub!

Dziadek się zwijał, skręcał, usiłował jakoś wyjść z honorem, chociaż malutkim, chociaż z honorkiem. U Marii było pusto, ciemno, dość obskurnie. Dziadek wepchnął nas przez welurowe kotary w wejściu wprost na szefową. Maria, leciwa dama o 300% nadwadze siedziała w fotelu, na przeciw wejścia, a jej dwie pracownice troszkę tylko młodsze ale chyba bardziej tłuste, wdzięcznie rozwierały usta w znaczącej części pozbawione uzębienia, w kuszącym uśmiechu. Wycofaliśmy się w popłochu, szukając Dziadka, który roztropnie unikając naszej zemsty rozpłynął się w gęstniejącym zmroku zapadającym już na słynnej ulicy Krótkiej…

Oczywiście o blasku neonów, którymi tak Dziadek się zachwycał nie było mowy, ba, o blasku choćby jednej latarni ! 😉

W.S.

 

Koniec Drogi Początek DROGI

Stanął na podeście przystawionych właśnie do wyjścia z samolotu schodków i nabrał gorącego powietrza w płuca, rozglądając się przymrużonymi w jaskrawym słońcu oczami.  

-No i jestem!-pomyślał, a zaraz potem – Boże! Co za widok!
Jego wzrok niczym nie zatrzymywany popędził ku majaczącej na horyzoncie Górze Stołowej. Pas lotniska w drgającym z gorąca powietrzu, przechodził w spaloną słońcem równinę a potem w płaskie góry przylądka Dobrej Nadziei, Kapsztad!

Naciskający z tyłu marynarze oraz ospowaci stewardzi South African Airways nie pozwolili na zbyt długą kontemplację, wymuszali zejście w dół.
Trzeba było opuścić opasłe, chłodne wnętrze Boeinga 737 i zanurzyć w afrykańskie, gorące powietrze…

Autokary już czekały, krótka odprawa i rozpoczął się ostatni odcinek podróży, do portu. A podróż ta nie była ani krótka ani łatwa…

Udało mu się zająć miejsce przy oknie… Krajobraz ruszył z miejsca przesuwając się ku tyłowi, niestety góry znalazły się po przeciwnej stronie, więc zmęczony podróżą pozwolił myślom biec swobodnie…

Dopiął swego, wreszcie po latach starań, marzeń, „podchodów” jego droga dobiegła do celu… Za chwilę stanie na pokładzie trawlera… Przypomniał sobie kiedy udawało mu się wejść na pokład któregoś ze statków, kiedy to było pierwszy raz? Chyba w Szczecinie, kiedy jako pracownik WSM odbierał z Emilii Gierczak eksponaty dla Pracowni Biologii Morza. Pudła z zakonserwowanymi rybami, krabami, mięczakami stały na pokładzie głównym pod windą trałową, nic dziwnego, że nie w środku, smród formaliny walił w nozdrza już kilka metrów wokół.

Z nostalgią wspominał piękny statek, ładna sylwetka białego burtowca, jednego z ostatnich parowców. Długi, wąski komin sterczał zadzierzyście z nadbudówek, wysyłając w przestrzeń delikatną smugę pary… Już wówczas wiedział, że to jest jego życie, jego powołanie, wyobraźnia powodowała, że prawie czuł dygotanie i kołysanie pokładu… Może kiedyś…

No i jest… Właśnie teraz…

Zdezelowany autobus trząsł i hałasował, podnieceni rybacy hałasowali nie mniej, zmawiając się kto z kim będzie mieszkał. Na polskich trawlerach kabiny załóg były dwuosobowe… Spore ilości napojów o wysokiej zawartości paliwa, spożyte podczas prawie dwudziestogodzinnego lotu, także robiło swoje. No i to podniecenie niewiadomą przyszłością, jaki okaże się statek, jaki stary, jak załoga? Pół roku przed nimi. Jest o czym myśleć, o czym gadać. Nie mówiąc o pozostawionych w zasnutym zimową mgłą kraju…

Tymczasem niska zabudowa przedmieść niepostrzeżenie zmieniła charakter, małe domki stawały się coraz ładniejsze, coraz większe by po zjeździe estakadą ustąpić miejsca drapaczom chmur. Miasto uderzało brakiem ludzi, gdzieniegdzie ktoś przechodził ale przecież to jedno z największych miast w kraju! Życie powinno tu tętnić, tłumy przewalać się chodnikami w tę i z powrotem. A tymczasem tutaj, jak w stanie wojennym, pustka. Rzeczywiście, przypomniał sobie ostrzeżenia, przecież tu prawie stan wojenny. Apartheid, policja, zamordyzm, strach… Jak dużo podobieństw do tego co zostawił w kraju…

Kapsztad keja

Tymczasem autobus znalazł się w porcie, krótka kontrola przy bramie i ruszył ponownie. Widać dźwigi, suwnice, sterty kontenerów, jakieś zabudowania i statki. Po prawej kilka stalowo szarych okrętów, pewnie port wojenny, ale po lewej samochodowiec, jakiś roro i białe koreańskie rybaki, a za nimi piętrzy się potężna sylwetka.

-Jest, jest sqrwysyn!

Wrzasnął wielki chłop, który i tak całą drogę hałasował najbardziej, poruszenie- autobus stanął pod wysoka burtą B-18, potężnego trawlera o sylwetce transatlantyka z lat trzydziestych… SEJWAL, od tej chwili jego dom na kolejne 6 miesięcy…

 

ZSRM

Chłopaki z ZSRM

z Zasadniczej Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Świnoujściu

Niestety, nie wiem kto mi przesłał kiedyś te zdjęcia, może ktoś się rozpozna? Proszę o kontakt mailowy

Autorem części zdjęć jest Jacek Frąckiewicz, pochodzą one z rejsu Emilią do Edynburga.