Wszystkie wpisy, których autorem jest Wojciech

Szczecin nabiera wiatru w żagle

Szczecin wkroczył w nowe tysiąclecie odmieniony.

Do tej pory ze wszelkich sił miasto dążyło do odcięcia się od wody i morskości, usiłując dorównać  metropoliom śródlądowym.

Pierwszym „grzechem” na tym polu było poprowadzenie, w ramach powojennej odbudowy, drogi wzdłuż lewego brzegi Odry odcinając ją od miasta.
Zniknęła możliwość odrestaurowania starego Szczecina na wzór innych wielkich miast Europy jak Kopenhagi czy Hamburga.

Tak było kiedyś nad brzegami Odry w Szczecinie

Jest to miasto gospodarczo od zawsze silnie związane z morzem, gospodarką morską, jednak włodarze dokładali wiele starań by o tym zapomnieć. Nie ma tu akwarium(!) nie mówiąc o ZOO, czy Ogrodzie Botanicznym.
Muzeum morskie, mimo, że była grupa fachowców zapalonych do pracy przy jego budowie, zniknęło.

Mariny z prawdziwego zdarzenia nie było, żaglowców i zabytkowych statków, mimo świetnego położenia nadodrzańskich bulwarów, ze świecą można było szukać… Każdy kto był w którymś z nadbałtyckich miast portowych wzdychał z zazdrością…

Kopenhaga Frederiksholms
Kopenhaga Frederiksholms Kanal

To się zmieniło wraz ze zmianą władzy na początku tego wieku. Prezydent Krzystek pochylił się nad sugestiami ludzi od zawsze widzącymi przyszłość miasta w jego morskości i także dostrzegł w tym jego szansę.

Operation sail 2007
Operacja Żagiel Finał Szczecin 2007

Nastały lata coraz to ciekawszych wydarzeń, także na skalę międzynarodową. Szczecin pobił na głowę wszystkich organizatorów Operacji Żagiel, przyjmując i organizując wielki finał Operation Sail w 2007 roku.

aleja żeglarzy szczecin
Aleja Żeglarzy w Szczecinie

Kolejnym krokami było urządzenie Alei Żeglarzy na bulwarze nadodrzańskim, uczestnictwo w wielu żeglarskich imrezach i rejsach pod flagą miasta Szczecin, zagospodarowanie północno zachodniego wybrzeża Łasztowni  i wybudowanie tam nowoczesnej mariny z budynkami na Wyspie Grodzkiej.

Marina na Wyspie Grodzkiej w Szczecinie
Marina na Wyspie Grodzkiej w Szczecinie, w tle wybrzeże Łasztowni

Do stałych imprez żeglarskich Szczecina weszła wielka gala Międzynarodowych Nagród Żeglarskich Szczecina, której ostatnia edycja odbyła się 30 marca br. w odrestaurowanym zabytku dawnego portu „Rzeźni”, na Łasztowni. Więcej na ten temat tu:

Laureaci Międzynarodowych Nagród Żeglarskich Szczecina

Trzymamy kciuki za to piękne miasto, by także mieszkańcy poczuli magię i siłę morza, jako wielkiej szansy na dynamiczny rozwój Szczecina. To już widać, wieczorami na nadodrzańskich bulwarach życie tętni, rzecz do niedawna całkiem niebywała…

tekst W.S.
foto W.S. i Timm Stütz

 

Matka Odra


„Matka Odra”, książka naukowca ze świnoujskiego oddziału Morskiego Instytutu Rybackiego, to stricte dokumentacyjna publikacja o historii jednego z trzech wielkich armatorskich firm rybackich, które działały do końca ubiegłego wieku.



Co prawda w ostatnim dziesięcioleciu było to działanie wyraźnie zmierzające ku dramatycznemu upadkowi.

Port PPDiUR ODRA za dawnych dobrych czasów, przy kei dwa trawlery b-18
Port PPDiUR ODRA za dawnych dobrych czasów, przy kei dwa trawlery b-18

Konstatnty Chłapowski przedstawia historię Odry, nazywanej pieszczotliwie przez świnoujścianin „matką” od początku do końca.
W książce jest spora porcja wspomnień odrowców, zdjęcia i rysunki wszystkich jednostek jakie w Odrze łowiły, plany nabrzeży i terenów zabudowanych przedsiębiorstwa, także już po przekształceniach w spółki.
Jak na naukowca przystało, Chłapowski przygotował bardzo porządną historyczno wspomnieniową publikację o jednym z najważniejszych dla regionu przedsiębiorstw. Wspomnieniowa publikacja powinna zawitać na biblioteczkową półkę każdego marynisty.

 

W Szczecinie będzie pomnik legendarnego kpt. Konstantego Maciejewicza

W Szczecinie będzie pomnik legendarnego kpt. Konstantego Maciejewicza

Na Łasztowni, portowej wyspie w centrum tego miasta, w pobliżu masztu z s/s Konstaty Maciejewicz, ma stanąć pomnik tego wyjątkowego człowieka.

Kapitan legenda, barwnie opisywany przez Karola Borhardta wychował sporo znakomitych oficerów, nawigatorów.

Jego imię nosił statek Liceum Morskie, który stał zacumowany pod Wałami Chrobrego. Ówczesne władze jednak nie czuły spraw morskich zupełnie, toteż statek trafił na złom. Jedynie jeden z masztów trafił w okolice Zamku Książęcego. Po kilku latach i ta pamiątka, najwyraźniej koląca w oczy niektórych szczecińskich notabli, została zdemontowana „w celu konserwacji”.

Pod naciskiem częsci pro morskiej opinii publicznej, maszt został ustawiony na Łasztowni. Teraz stanie tam także zaprojektowany już pomnik Kapitana.

Kapitan Maciejewicz

 

 

 

 

Więcej o Kapitanie

Wspomnienia i anegdoty o Kapitanie

Polak potrafi… jak się pomyli ;-)

Polak potrafi… jak się pomyli 😉

 

Było to podczas falklandzkiego  rejsu Sejwalem. Łowiliśmy, a raczej próbowaliśmy łowić błękitka na południe od Wysp Falklandzkich, w okolicach wyspy Słoni. Operowało tam mnóstwo statków, różnych bander.

Polak potrafi jak się pomyli

Ryba zwykle w tym czasie przebywała nad oceanicznym grzbietem, rozciągającym się równolegle do wyspy w odległości jakiś 10 mil od niej. Łowisko było wąskie, toteż trawlery ustawiły się w kolejkę i jeden za drugim trałowały cały dzień, bo nie było jej za wiele.

Zwykle po kilku godzinach połowu z worka wysypywało się kilkaset kilogramów tej błękitka… Wszyscy mieli nosy na kwintę, no bo nie  ma ryby, nie ma zarobku, a żona pisała że chce na wczasy, a to auto trzeba by już nowe, no i normalnie na życie kasa musi być…

Polak potrafi jak się pomyli
Wyspa ?sloni? pojawiala sie w moim bulaju codzienne w poludnie przez 2 tygodnie-tral na Humbaku

Na mostku młody chłopak po zawodowej rybackiej ze Świnoujścia, robił za asystenta i jednocześnie za sternika. Przynosił na dół wieści z mostku, niestety nie te których oczekiwaliśmy. Na razie nie zmieniamy łowiska. Tak więc dzień w dzień, koło południa w moim bulaju przesuwała się Wyspa Słoni.

Polak potrafi jak się pomyli

Któregoś dnia jednak coś się zmieniło, już koło jedenastej zatrzeszczały kable od trału, dzwonki alarmowe wywołały pokładowców do pracy. Co się stało! Czyżby jakieś polecenie z kraju żeby zmienić łowisko? Po chwili As zszedł na dół.

-Chłopaki, idźcie na górę, zobaczycie ile ryby nałapałem!

-Eeee, jaja sobie robisz!

-Poważnie, zapisy aż czarne! Zresztą posłuchajcie kabli.

Rzeczywiście windy jakby zaczęły inaczej wyć a kable strzelały jak oszalałe. Ruszyliśmy na szalupowy, żeby z góry obejrzeć połów.
Deski już wisiały na bramie i skrzydła zaczęły układać się na pokładzie. Walizki i bobiny z turkotem i łomotem spoczęły na dechach. Za to za rufą pojawiła się ogromna lola!

-Czterdzieści ton jak w mordę strzelił! Ktoś entuzjastycznie określił wielkość połowu. I rzeczywiście, po przerobieniu mniej więcej tak wyszło.

Polak potrafi jak się pomyli

Statek po wybraniu sieci ostro zawrócił na pozycję zapisów a pod pokładem w przetwórni rozszalały się maszyny. Uśmiechnięci od ucha do ucha rybacy przegarniali rybę, układali na baaderach, ładowali do tac zamrażalniczych… Praca paliła się im w rękach.

Później wzięliśmy na spytki Asa, okazało się, że to on rzeczywiście był za sterem. Jak pisałem w poprzednim tekście o Sejwalu,  statek był w opłakanym stanie technicznym. Między innymi nie działało żyro, a więc i autopilot. Dlatego cały czas ktoś musiał ręcznie sterować. AS opowiadał, że po poprzedniej, „ciężkiej” nocy, bo kumpel z kabiny miał urodziny, nie czuł się najlepiej i przysnął przy sterze. Statek wówczas był pod trałem.

Najwyraźniej poczuł rybę dziobem i zjechał jakieś 30 st. z kursu, wtedy się zaczęło, sonda oszalała a ASa obudził krzyk II of, trzymaj kurs, tak trzymaj do cholery!

I wyszło na to, że umiemy łapać ryby ale kiedy się pomylimy….

W.S.

 

Męskie dowcipy, czyli chrzest równikowy

Męskie dowcipy, czyli chrzest równikowy

Kiedy grupa facetów się nudzi, często przychodzą im do głowy różne tzw. „dowcipy”, czasami niegroźne ale czasami paskudne.

Jednym ze starszych, który funkcjonuje na każdym statku przekraczającym równik, jest zbiór różnego rodzaju psot, dowcipów, kawałów, jakie starzy wyjadacze, mający już chrzest morski za sobą, płatają nowicjuszom.Oczywiście zaczyna się od nakazania wypatrywania na morzu linii równika. Kilka dni wcześniej kucharz wykłada na słońce trochę jaj, by się odpowiednio zepsuły. Na pokładzie marynarze stawiają bękę po oleju, do której kuchnia wyrzuca odpady, maszyna zaś smary i wszystko co odpowiednio śmierdzi. Kilka godzin przed chrztem, który zwykle rozpoczyna się przed południem, maszyniści wkładają do niej rurę z parą, tak by woda dobrze się nagrzała a najlepiej zagotowała.Jak łatwo się domyślić, nowicjusze uważnie obserwują te przygotowania, podglądając je przepełnieni rosnącymi, z dnia na dzień obawami. Koledzy umiejętnie te obawy podgrzewają, rzecz jasna, tak by w dniu uroczystości, neofici byli odpowiednio przygotowani.Największe przerażenie budzi beczka, jednak kiedy diabły spanikowanego, krzyczącego, wyrywającego się,  neofitę do niej wrzucają , następuje potężne, jakże cudowne rozczarowanie. Otóż w międzyczasie, kiedy kandydaci do obrządku czekali stłoczeni i przestraszeni pod pokładem, diabły wymieniły śmierdzącą, gotująca się ciecz w beczce na czystą, chłodną morska wodę!Po tym doświadczeniu, reszta dokuczliwości, jak kanapka ze wszystkimi ostrymi dodatkami dostępnymi we kuchni, podawana oczywiście jako kanapka ze smarem, przejście na kolanach kilkumetrowym korytarzem z sieci pod prąd strumieni strażackich hydrantów, czy tkwienie głową w dybach nad miską rozbitych, popsutych jaj było niczym.Kiedyś zdarzały się groźne ekscesy podczas tego obrzędu, jak tzw karuzela, kiedy to nowicjuszy podnoszono baumem w siatce ładunkowej nad pokład i kręcono. Miałem kolegę, któremu dysk wyskoczył w czasie takiej „zabawy”. Zdarzały się złamania i inne kontuzje, toteż karuzela została zabroniona.Ale generalnie, każdy kto przeszedł taką równikową inicjację, czuje do końca życia odrobinę dumy 🙂

Niecodzienny rejs Kapitana Macieja!

Niecodzienny rejs Kapitana Macieja!

„Większość prezentowanych zdjęć zrobiłem z myślą, by za wszelką cenę zatrzymać dla siebie spotkanych ludzi, miejsca i sytuacje. Jest tam przede wszystkim zdziwienie, że tak wygląda Atlantyk, przylądek Horn, pingwin, pani Latimer, szczyt Dhaulagiri! Za to brak w nich zupełnie zamysłu i przekonania, że kiedyś mogłyby posłużyć do przygotowania wystawy.”

„W 80 lat dookoła świata”

Nie wszystkie 29.200 dni z tytułowych 80 lat spędził na morzach i oceanach, ale rzeczywiście zebrało się tych dni i lat – na pokładach jachtów, statków rybackich i żaglowców, w rejsach bliższych i dalszych, nawet wokółziemskich – naprawdę sporo, podobnie jak zrobionych przy tej okazji zdjęć i zebranych pamiątek.

Nie wszystkie mógł od razu pokazać na jednej rocznicowej wystawie – właśnie zatytułowanej „W 80 lat dookoła świata” – którą do 29 września 2018 roku można oglądać obok Sali Kolumnowej w szczecińskiej Książnicy Pomorskiej.

Otwarcie i wernisaż tej jubileuszowej wystawy fotograficznej znanego szczecińskiego kapitana jachtowego Macieja Krzeptowskiego, podróżnika, oceanografa, płetwonurka, itd. – odbyło się w środę bm., z udziałem licznej grupy jego znajomych i przyjaciół .

Podczas otwarcia wystawy Maciej wspominał skromnie Większość prezentowanych zdjęć zrobiłem z myślą, by za wszelką cenę zatrzymać dla siebie spotkanych ludzi, miejsca i sytuacje. Jest tam przede wszystkim zdziwienie, że tak wygląda Atlantyk, przylądek Horn, pingwin, pani Latimer, szczyt Dhaulagiri! Za to brak w nich zupełnie zamysłu i przekonania, że kiedyś mogłyby posłużyć do przygotowania wystawy. Wyraziste, czasami trudne wyprawy w góry, rejsy na jachtach i statkach rybackich dostarczyły mi niezapomnianych przeżyć, nic dziwnego, że właśnie tam fotografowałem najczęściej…

Takim właśnie autorskim i nostalgicznym przeglądem najciekawszych i niezwykłych miejsc, z całego świata i z wszystkich oceanów, a także ludzi, których tam spotkał i sfotografował, jest ta niecodzienna wystawa.

Znalazły się na niej zresztą nie tylko wspaniały fotogramy, ale też niektóre pamiątki i ciekawostki przyrodnicze, liczne nagrody i publikacje Maćka, trofea, itp., itd. (jak na zdjęciach).

Wystawę i wernisaż wsparła Książnica Pomorska oraz Rotary Club Szczecin, którego prezydent Tomasz Brejdak przekazał Jubilatowi pamiątkową …szablę (na zdjęciu). Długo trwały też przyjacielskie wspomnienia, gratulacje, podziękowania, rozmowy i wspólne zdjęcia.

Dostojny Jubilat nie poddaje się upływowi czasu. Nadal jest aktywny żeglarsko, jeszcze niedawno „biegał” po rejach żaglowców, w rejsach m.in. z laureatami Szczecińskiego Programu Edukacji Morskiej (jak na zdjęciu), a wszystkich gości wernisażu zaprosił już na kolejną wystawę, za …10 lat – „W 90 lat dookoła świata”. Odśpiewaliśmy więc dla niego – Sto lat, sto lat!!!

Tekst i zdjęcia: Wiesław Seidler

fot: Jan Surudo

Rysunki R.Gardysa poświęcone Ludomirowi Mączce i Marii

Rysunki R.Gardysa poświęcone Ludomirowi Mączce i Marii

Radek Gardys jest byłym rybakiem dalekomorskim, w którym morze jak w wielu z nas sasiedziało sie na dobre. Upust swojej tęsknocie za rybackim rzemiosłem daje rysując od lat piękne obrazy. Te poświęcił wybitnemu żeglarzowi, Ludomirowi Mączce, który owo żeglarstwo traktował jako sposób na życie. Większą jego część spędził na morzu właśnie.  Więcej o Nim piszę tu: Ludomir Mączka

Henryk Widera-najlepszy muzyk wśród żeglarzy

Henryk Widera-najlepszy muzyk wśród żeglarzy

Niepoprawny romantyk, muzyk i żeglarz, którego przygoda z żeglarstwem, pełna walki o przetrwanie, walki o godność i możliwość dalszego żeglowania powinna stać się kanwą pasjonującej książki.

Skrzypek z wykształcenia i umiłowania muzyki, żeglarz z umiłowania wolności, przestrzeni i morza… Jego życie pełne jest nieoczekiwanych zwrotów, jego wyprawy wyróżnia w dzisiejszych czasach jedno: nie miał sponsorów, patronów, otoczki medialnej.

Gdy kończyły mu się pieniądze grał, w miastach portowych na placach, ulicach, przy stacjach metra. A że gra pięknie, zwykle zarabiał na kolejny etap rejsu, na remont jachtu, na utrzymanie.

Grał także dla siebie, na jachcie, mawia że pływa żeby grać i gra żeby pływać.

Chętnie opowiada anegdotę o tym jakich nieoczekiwanych miewał słuchaczy.

Kiedyś podczas samotnego rejsu na Śródziemnym, przy spokojnym morzu wyciągnął skrzypce, zapatrzył się w zachodzące słońce i zagrał suitę Bacha. Grał dość długo, gdy obok jachtu wynurzył się francuski okręt podwodny. Marynarze wyszli na pokład i bili mu brawo. Okazało się, że jego grę słyszeli w sonarze.

Kochał morze a ono dawało mu wiele radości ale też i bywało okrutne. Zabrało mu w 1997 r syna, który zginął na Morzu Śródziemnym, na tymże morzu w 2017 stracił ukochany jacht Gawot.

Heniu, jak mówią o nim z wielką sympatią szczecińscy żeglarze, jest wielokrotnym laureatem poważnych, żeglarskich i podróżniczych nagród (dwa wyróżnienia i jedna nagroda KOLOSY), kilka razy REJS ROKU, NAGRODA DZIENNIKARZY oraz ufundowaną przez Gminę Miasto Szczecin nagrodę LUDOMIRA MĄCZKI.

Henryk Widera, nagrodę Ludomira Mączki- jej materialną część- przeznaczył na budowę nowej jednostki GAWOT II. Jest to katamaran przeznaczony do żeglowania po osłoniętych wodach, ma być „platformą integracyjną” dla tych żeglarzy, którym zdrowie i rodzina nie pozwalają już na morskie wyprawy. Katamaran powstał przy współpracy i pomocy szczecińskich żeglarzy. Rzecz jasna sporo jeszcze przy nim pracy, więc kto chętny, może pomóc.

Losy Henryka Widery opisuje między innymi szczecińska dziennikarka Krystyna Pohl w tekście „Sylwetki – Henryk Widera czyli „skrzypek na jachcie”

O ostatnich przygodach Henryka Widery pisze m.in. Gazeta Wyborcza

fot: M.Krzeptowski
Tekst: W.S.

Męskie dowcipy w rybackim wykonaniu – Symfonia Pierwszego

Męskie dowcipy w rybackim wykonaniu – Symfonia Pierwszego

Na Gople mieliśmy I oficera, Roman chyba miał na imię, niewysoki ale za to mocno zbudowany, byczy kark, łysa pochylona głowa, broda prawie zrośnięta z niemałą klatą, małe wyłupiaste oczka i zmysłowe usta niczym u amanta filmowego. Charakter za to trudny miał, funkcjonował na zasadzie bata kapitana. Stary miły, kulturalny, a jak trzeba było kogoś opieprzyć, to miał Pierwszego.

To właśnie ten oficer był głównym bohaterem opowiadania ” Prysznic…”, no i pewnie nie raz tu jeszcze go wspomnę, bo „barwna to była postać”.

Jego przeciwieństwem był Radio, wysoki, szczupły, żeby nie powiedzieć chudy, niezbyt pewny siebie, jakby lekko zlękniony… Nie specjalnie zgrywał się z załogą ale był nieszkodliwy.

Pierwszy miał kabinę na pokładzie szalupowym, niedaleko mostka, toteż jego straszliwe chrapanie słychać było podczas nocnej wachty na mostu okropnie… A było to chrapanie nad chrapaniami, wznosiło się, opadało, przerywało nagle i niespodziewanie by wybuchnąć głośnymi, przerażającymi kaskadami.  Kiedy było chłodniej zamykaliśmy drzwi na mostek i okno z prawej burty, żeby mniej było słychać, ale w tropikach…

Faceci jak się nudzą, to wymyślają dowcipy, najlepiej takie żeby się pośmiać cudzym kosztem.

Na naszą ofiarę wybraliśmy radiego, który jednocześnie pełnił na statku rolę felczera, więc na wszelkich chorobach na pewno się znał. Ciekawi byliśmy czy potrafi coś poradzić na chrapanie.

W Vancouver, w komisie, tutaj zwanym secondhandem, nabyłem drogą kupna za kilka kanadyjskich dolarów całkiem przyzwoity magnetofon reporterski, z porządnym mikrofonem.

Którejś nocy na Pacyfiku, kiedy staliśmy w dryfie, w oczekiwaniu na poranne wybieranie pławnic, nagrałem chrapanie pierwszego.

Po południu, kiedy już siatki wylądowały na pokładzie i mieliśmy chwilę dla siebie, zaprosiliśmy na pokład pelengowy, na mrożoną kawę Radiego. Pogadaliśmy, pogadaliśmy, w końcu któryś zapytał,

-Radio, jest jakieś lekarstwo na chrapanie?- ten się zamyślił i po chwili odparł:

-Niee, chyba nie… a co?

-W zasadzie to nic, nam to na mostku jak zaczyna przeszkadzać to zamykamy drzwi i bulaje, daje się wytrzymać, ale czy to nie jest groźne?

-No nie wiem, ale kto tak strasznie chrapie?

-Jak to kto, ty!

-Co wy pieprzycie, ja nie chrapię!

-Rzeczywiście nie chrapałeś ale coś ostatnio się stało, że jedziesz jak popsuty czołg…

-Jaaa?

-Nie wierzysz to posłuchaj… i puściliśmy mu „symfonię” w wykonaniu pierwszego…

Radio zbladł i mówiąc do siebie,- to nie możliwe, to niemożliwe- poszedł do kabiny… A my postanowiliśmy temat co jakiś czas pociągnąć. Okazuje się, że w każdym siedzi jakiś mały sadysta…

Po paru dniach, widząc jak Radio się męczy, jednak daliśmy mu spokój, któryś ze spiskowców wyjaśnił mu „na boku”, że chłopaki jaja sobie robią.
Trochę się wściekał, trochę obraził ale wieczorek przy butelce czerwonego wina sprawę ułagodził… W sumie potem sam się śmiał na wspomnienie tego „dowcipu”.

Męskie Dowcipy w rybackim wykonaniu. Wracamy i to gazem!

Męskie Dowcipy w rybackim wykonaniu

Wracamy i to gazem!

Gopło podczas zwiadu na Pacyfiku poławiało pławnicami. Niekoniecznie wyglądało to tak, jak opisała pewna pani redaktor, specjalistka od morskiej tematyki.

Statek przygotowywał się do wyjścia w próbny zwiad na Atalntyk, żeby sprawdzić wszystkie nowe urządzenia łowcze, system hydrauliczny do ich napędzania, sieci, satelitarne urządzenia nawigacyjne i łączności, no i odsalarkę do wody morskiej (!).

Wówczas to na burcie pojawiła się owa pani, odziana w okazałe futro i mocny makijaż wpadła na pokład niczym szkwał. Pierwszy, łasy na okazałe kobiety wziął ją pod swoje skrzydła, wciągając spory brzuch, wypinając klatę, wytrzeszczając oczka, raczył ją opowieściami o statku. Rozwodził się nad nowoczesnymi urządzeniami, łącznością satelitarną a zwłaszcza nad niezwykłym w naszej flocie sposobie połowów, jaki będziemy prowadzili.

Najwyraźniej urzeczona męskością bijąca od pierwszego, pani redaktor nie do końca zrozumiała o co w tym wszystkim chodzi… Nazajutrz w Głosie Szczecińskim wyczytaliśmy, że pławnice, którymi będziemy łowić, to „jakby płoty w morskiej toni, rozpięte na stalowych linach”. Dzięki temu mieliśmy sporo radości przez cały rejs.

Oczywiście pławnice to delikatne sieci z żyłki osadzone na pływającej lince, unoszące się pod powierzchnią dzięki właściwie dobranej wyporności linki górnej (tzw. nadbory) i ciężarowi dolnej (najczęściej dociążanej ołowiem podbory). Statek idąc pół naprzód, wysnuwał [z rufy (nadborę) i tylnej części prawej burty (podborę)] połączone z sobą sieci, stawiając płot długości 200 do 500 m, na końcu którego dowiązywano radiopławę.

Mimo, że pozycję wydawania zaznaczano na mapie, to jednak prądy morskie powodowały dryf sieci, czasami na spore odległości. Dlatego zestaw wyposażany był w radiopławę, wysyłającą sygnał na określonej częstotliwości, pozwalała ona później sieci odnaleźć. Niezależnie od pogody, czy widoczności trafialiśmy na sieci bardzo precyzyjnie za każdym razem.

W przeciwieństwie do pławnic stosowanych przez lugry na Morzu Północnym, nie staliśmy przy dryfującej sieci tylko odchodziliśmy w inne miejsce by postawić kolejny zestaw i kolejny. Po kilku godzinach wracaliśmy po pierwszą itd.

Taka boja radiowa była znacznie droższa niż cały zestaw pławnic, toteż przez pierwsze noce stary nie mógł spać, tylko nasłuchiwał czy pława się odzywa, a każde poszukiwanie zestawu odbywało się w atmosferze niezłego napięcia.  Przemieniało się ono w wybuchy radości, gdy między falami, gdzieś przed dziobem ktoś zauważył tańczącą, czerwoną chorągiewkę.

Bosman, który odpowiadał za obsługę ciężkiej jak cholera pławy, żeby ułatwić sobie zadanie wiązał ją do rufowego relingu za burtą. Robił to , żeby podczas wydawania już się z nią nie szarpać, tylko zwolnić węzeł i poooszła!

II of, młody stażem ale bardzo chcący zabłysnąć, wielokrotnie upominał go, że nie jest to zgodne z PROCEDURĄ ale bosman, stary wilk miał to raczej w nosie i robił swoje…

Okazało się jednak, że II. miał rację, któregoś dnia, po wybraniu sieci, kiedy statek szedł na pozycję kolejnego wydania, bosman wpadł na mostek krzycząc że boja zniknęła!

Stary natychmiast krzyknął „Wracamy i to gaaazem!”, położył statek na kontrkurs, a w międzyczasie wybuchła potworna awantura. Bosman zaklinał się, że jak zawsze bardzo dobrze boję zabezpieczył, II. że jednak za burtą! a mówiłem! Stary posłał trzech rybaków na dziób by wypatrywali zgubionej radiopławy, na mostku dwóch też nie odrywało wzroku od wody, a statek cisnął całą na przód. Powoli zapadał zmrok, więc szanse na odszukanie pławy malały z każdą chwilą.

Po jakiejś pół godzinie nerwów, II. przyznał się, że schował boję za kominem, żeby bosmanowi dać nauczkę. Stary mało go żywcem nie pożarł, co tam się działo! Reszta załogi oczywiście pokładała się po kątach ze śmiechu. Skończyło się tym, że boja była wiązana do relingu ale na pokładzie a nie nad wodą, II. przeprosił starego i bosmana i jakoś awantura przeszła…