Wszystkie wpisy, których autorem jest Wojciech

Kapitan ma zawsze rację

Kapitan ma zawsze rację.

Poniżej przytaczam fragment najnowszej książki Macieja Krzeptowskiego „Trzymam się morza”. Znakomita pozycja, która powinna znaleźć się w każdej marynistycznej bibliotece. Nabyć ją można w e-sklepie pod adresem https://mk-book.tvts.pl.

Fragment jest znakomitą próbką tego co nas czeka podczas jej lektury. Autor przywołuje znane w świecie żeglarskim postacie, pokazując jednak zupełnie nie znane fragmenty ich losów… Książka takich smaczków zawiera całe mnóstwo.

„Plany rejsu, w większości przypadków, przygotowywane są na lądzie, natomiast do ich realizacji dochodzi później, w morzu. Ale nawet najbardziej doświadczeni organizatorzy nie są w stanie przewidzieć wszystkiego co przyniesie długa wyprawa. Po kilku miesiącach wspólnego przebywania na ograniczonej przestrzeni niezauważalnie stajemy się innymi ludźmi, a nasz wcześniejszy sposób patrzenia na siebie i wzajemne powiązania poddawane są probie czasu. Bo morze i czas zmieniają wszystko i wszystkich. Dariusz Bogucki w książce Zanim powrócimy pisze, że załoga podczas długiej wyprawy może stać się żywiołem, z którym kapitan musi sobie radzić tak jak z żywiołem morza. Na szczęście żaden żywioł nie jest w stanie zmienić relacji pomiędzy kapitanem i załogą, co wyraźnie określa regulamin służby jachtowej:

Pkt. 1. Kapitan ma zawsze rację.

Pkt. 2. W przypadku gdy kapitan nie ma racji,

zastosowanie znajduje pkt. 1.

Kim więc jest kapitan? Nie jest bogiem, przecież to taki sam człowiek jak każdy i może się mylić. Jak każdy, może potrzebować pomocy w trudnych chwilach, wsparcia, wzajemnego zaufania i bardzo ważnych słów: „kapitanie damy radę”. Ale równocześnie, to tylko kapitan ma klucz do sejfu, w którym jest przechowywana odpowiedzialność za rejs. I właśnie ten klucz jest jak tafla szkła, która oddziela go od załogi.

Zwykle, gdy szyba jest krystalicznie czysta, pozostaje niezauważana, za to gdy przestaniemy ją pielęgnować i pozwolimy, by pokryła się kurzem morskim, szybko staje się bardzo wyraźna. Bywa że pojawiają się na niej rysy a nawet pęknięcia, i wtedy pozostaje tylko wymiana, bo pękniętej szyby nie da się już skleić w taki sposób, by nadal zachowała pełną wytrzymałość! W długim rejsie jeden toksyczny członek załogi jest gorszy od łyżki dziegciu w beczce miodu.

Gdy kapitan jest także armatorem i uzna, że będzie w stanie bezpiecznie dokończyć rejs z uszczuploną załogą, sprawa jest prosta, następuje podziękowanie za współprace i zmustrowanie. Tak w 2000 roku zrobiliśmy na „Marii” w Montevideo, tak zrobił Janusz Kurbiel płynąc w 2007 roku na „Vagabond’elle” do Grenlandii. Władysław Wagner, rozpoczynając prace remontowe przy „Zjawie II”, nad Jeziorem Gatun, nie miał dość instynktu samozachowawczego i przyjął do załogi człowieka znikąd, ale rodaka.

Anna Rybczyńska w książce Prawda o Władysławie Wagnerze pisze: „Któregoś dnia zgłosił się do niego polski emigrant, Józef Pawlica, mający w drodze z Italii do Kostaryki pewne kłopoty wizowe. W Panamie musiał złożyć depozyt pieniężny, do czasu uzyskania brakujących dokumentów. Prosił Wagnera, by zamustrował go na swój przyszły jacht, gdyż w ten sposób mógłby wycofać swój depozyt(…) Wagner nie podejrzewając niczego, zgodził się, chociaż napytał sobie nie lada biedy na przyszłość”.

Zachowanie Pawlicy na pokładzie podczas rejsu przez Pacyfik było jednym pasmem nieporozumień. Gdy „Zjawa II” wreszcie dopłynęła do Fidżi, Wagner z ogromną ulgą pożegnał załoganta, niestety rozstanie kosztowało go 100 funtów.

Podobnie, kapitan Henryk Wolski żeglując w 2008 roku po wodach Ziemi Ognistej na małej łodzi „Fuegia”, też uznał, że z „tym człowiekiem” jakoś się sprawy poukładają i – do dzisiaj o tym pamięta… To szczególny typ ludzi, mających ze sobą problemy, które towarzyszą im wszędzie, również w morzu, i nawet gdy żeglują samotnie, nie potrafią się od nich uwolnić. Bywa, że w pewnym momencie nabierają ambitnego przekonania, iż to oni z racji posiadanych kwalifikacji powinni być kapitanami.

Tymczasem sprawa od początku jest bajecznie prosta, bo przecież mogli sami taki rejs zorganizować! Czasami ludzie ci potrafią być nawet groźni, Pawlica podczas sporu z Wagnerem jako argumentu używał noża, ja sam usłyszałem kiedyś słowo „kosa” podczas trudnej rozmowy na jachcie.

Mając takiego załoganta zdecydowanie doradzam jak najszybsze rozstanie, pilnując do ostatniego momentu, czy schodząc z pokładu nie zabiera on ze sobą „pamiątek”, albo wręcz przeciwnie, nie pozostawia po sobie śladów trudnych później do usunięcia. Bill Tilman, ktory płynął na „Mischiefie” z bardzo podejrzaną, pozbieraną w Montevideo załogą, został później obrabowany przez jednego z jej członków. Uśmiejecie się, ale człowiek, którego z „Marii” zmustrowaliśmy w Montevideo, na odchodne usiłował pozbawić Ludka jego ulubionej wyciskarki do czosnku. To miała być prawdziwa zemsta bogów!”

Trzymam się morza-Maciej Krzeptowski 2020

Trzymam się morza

Kolejna książka Macieja Krzeptowskiego „Trzymam się morza”

„Trzymam się morza” M. Krzeptowskiego, już jest na maszynach drukarskich. To dla każdego kto czuje morze pozycja obowiązkowa.

Pokusiłem się o zacytowanie wstępu do niej, pióra autora. Wielu z nas przyzna mu rację już po przeczytaniu pierwszych zdań. Dalej robi się już tylko ciekawiej. Książka jeszcze przed „zwodowaniem”: będzie dostępna tu: https://mk-book.tvts.pl

„Żeglując, nawet najdalej, dopływamy prędzej czy później do miejsca, w którym pragnie się wreszcie obłożyć cumy „na mocno”. I właśnie w tym momencie niektórych z nas nachodzi pokusa, by zacząć spisywać tak zwane wspomnienia starego żeglarza.

Oczywiście, zaraz pojawia się pytanie, niby komu i czemu to pisanie mogłoby służyć? Pytanie istotne, bo dziś liczba autorów już prawie dogania liczbę czytelników, i na dodatek zauważalna staje się konkurencja ze strony mniej lub bardziej utalentowanych botów. Najlepiej więc, korzystając z dziewiczości czasu bez żadnych ograniczeń, pisać dla siebie, i robiąc klar w dobrach zgromadzonych przez lata, wracać do ludzi, miejsc, przeżyć trudnych i wspaniałych.

Mówi się, że stracony nóż ma złotą rękojeść, a przecież wszyscy to wiemy noże, którymi się kiedyś posługiwaliśmy, miały rękojeści wręcz platynowe! Zachowana przez nas pamięć zdarzeń, zabytki, archiwalia, zapiski i nagrania są prawdziwymi historycznymi skarbami, którymi mamy obowiązek dzielić się z innymi. Wydobycie ich na światło dzienne to okazja do refleksji i porównania przeszłości z tym, co oferuje nam współczesny, wspaniały żeglarski świat.”

Trzymajmy się, bo będzie bujać!

Kochani.
Wszystko wskazuje na to, ze nasze okręty płyną we mgle informacyjnej. Obawy o to że mamy głębokie niedoszacowanie osób chorych na Covid w Polsce są w pełni uzasadnione. Rzetelne raportowanie wszystkich przypadków jest utrudnione i daleki jestem od spiskowych teorii – bardziej chodzi o fatalne przygotowanie systemu do nadciągającego sztormu .

Wszyscy znani mi zdroworozsądkowo myślący lekarze nie maja wątpliwości, że czaka nas BARDZO TRUDNY CZAS.

Za około 7-10dni najprawdopodobniej – wzorem innych krajów zobaczymy gwałtowny przyrost zachorowań i zgonów i tego juz nie będzie się dało ukryć.

Co możemy robić? To co dotąd – siedzieć w domach, wyjście na spacer z rodziną tylko samochodem i daleko od ludzi. Ci co mieszkają w domkach mają łatwiej ale blokersi MUSZA założyć, że Covid czeka na Was na klatkach schodowych a szczególnie w windach. Każde wyjście z bloku przy braku odpowiedniego zabezpieczenia i odruchów nie dotykania niczego dłońmi i palcami – jest realnym zagrożeniem. Po wyjściu z windy od razu odkaźcie dłonie zanim czegokolwiek dotkniecie.

Jeśli musicie wyjść lub nie wytrzymujecie już w domu to ZAPLANUJCIE WYJŚCIE ale ZAPLANUJCIE całą drogę krok po kroku JAK SAPER NA POLU MINOWYM. Stosujcie maseczki i okulary i rękawiczki. Pilnujcie dzieci żeby niczego nie dotykały na klatkach i w windach. Odkażajcie im dłonie po wyjściu z windy.

Na zewnątrz, na wolnym powietrzu – jesteście bezpieczni ale tylko z dala od ludzi. Noście maseczki nawet jeśli jesteście zdrowi / bezobjawowi.

Co jeszcze możecie zrobić? :

Ano nie liczyć na CUD ze może się uda – tylko rzetelnie PRZYGOTOWAĆ WASZE CIAŁA NA UDERZENIE CHOROBY.
rys. Gardys

Organizm wypoczęty, dobrze nawodniony, wyspany, prawidłowo odżywiony, z prawidłowym poziomem witamin i elektrolitów oraz z WYRÓWNANYMI CHOROBAMI towarzyszącymi – zniesie chorobę ZDECYDOWANIE lepiej i pozbiera się nawet z ciężkiego zapalenia płuc.

 

A zatem

PAMIĘTAJ O PRAWIDŁOWYM NAWODNIENIU ORGANIZMU WYPIJAJ OKOŁO 10-12-15 szklanek wody na dobę – unikaj zimnej i gorącej wody, pij przyjemnie ciepłą wodę.

POLICZ DOKŁADNIE JAKIE JEST TWOJE ZAPOTRZEBOWANIE DOBOWE NA WODĘ za pomocą internetowych kalkulatorów.

Zabezpiecz się w leki przeciwgorączkowe i przeciwzapalne ale nie wykupuj całej apteki kup po max 2 opakowania tabletek – apteki będą czynne.

Uzupełniaj witaminy w diecie – jedz umyte i sparzone warzywa (nie gotowane) oraz owoce najlepiej cytrusy i kiwi (uważaj na cukier w owocach).

Uzupełnij witaminę D

Przyjmuj regularnie probiotyki naturalne – kefiry jogurty zsiadłe mleko, kiszonki

Zrezygnuj teraz zupełnie na 3-4 tyg alkoholu (max mała lampka wina do obiadu) żeby nie powodować odwodnienia organizmu. Bezwzględnie unikaj teraz upojenia alkoholowego. Kac to skutek zatrucia alkoholem – to stan odwodnienia, zaburzenia elektrolitowe, ryzyko zawalu i udaru oraz zakrzepicy, obniżenie odporności

Zrezygnuj teraz zupełne papierosów (wirus atakuje PŁUCA) jeśli musisz palić to zredukuj do 2-3 papierosów typu elektronicznego i bez substancji smolistych

Ogranicz teraz płyny zawierające kofeinę kawę i mocną herbatę do 1 dziennie – kofeina ,teina i guaranina to jak ostatnio udowodniono – chemicznie ta sama substancja (kofeina należąca do metyloksantyn która stymuluje wydzielanie wazopresyny a ta powoduje zwiększona utratę wody (odwodnienie ).

Jeśli pijesz dużo mocnej kawy i herbaty to uzupełnij koniecznie potas i magnez

Codziennie wykonuj proste ćwiczenia ogólnokondycyjne przez 5-7-10minut. Najlepiej doradź się trenera z siłowni – chłopaki teraz nie maja z czego żyć, poproś o konsultacje na skype.

W najbliższych 8 tyg tygodniach unikaj przemęczenia fizycznego i psychicznego.

Pracuj w dzień w nocy spij. Spij ok 8 godzin dziennie przy tym bardzo ważne ŻEBY sen obejmował na pewno godziny 23.00 a 3.00. Brak snu w tych godzinach może mieć związek ze zwiększonym ryzykiem nadciśnienia tętniczego i związanego z tym, zawalu i udaru. Udowodniono również zwiększoną częstość zachorowań na raka piersi u kobiet wykonujących pracę zmianową – więc praca nocna najprawdopodobniej ma niekorzystny wpływ odporność.

Przygotuj swoje ciało na uderzenie choroby najlepiej jak możesz

Pamiętaj ze ucisk w klatce piersiowej może mieć związek ze stresem ale także z chorym sercem i pamiętaj z w COVID19 jest późnym a nie pierwszym objawem. Zachowaj spokój. Duszność która ustępuje po zmianie pozycji jest najpewniej związana z dyskopatia kręgosłupa i napięciem mięśni klatki

ZAWCZASU NAUCZ SIĘ SKUTECZNYCH TECHNIK RELAKSACYJNYCH – żebyś umiał/a się samodzielnie uspokoić kiedy zrobi się nerwowo. Jeśli leczysz się na nerwice lub depresje zabezpiecz się w leki i bądź w kontakcie online swoim psychologiem/terapeutą. Skontaktuj się z nim i poproś o spotkania via skype/messenger itd.

Przygotuj w domu prostą DMUCHAWKĘ do ćwiczeń oddechowych w razie zapalenia płuc. Najprostsza dmuchawka to 1l butelka pet po wodzie mineralnej. Butelkę napełnić do 3/4, zakręcić. W nakrętce zrobić dziurkę która w miarę szczelnie obejmie rurkę – w razie zapalenia płuc wykonujcie ćwiczenia oddechowe około 10 wydechów do rurki co godzinę. Dla osoby zdrowej to bardzo męczące a co dopiero dla chorej. Ale im szybciej się nauczycie tym lepiej dla was. Nauczcie tego osoby starsze i wytłumaczcie po co to (ŻEBY ROZPRĘŻAĆ PŁUCA.

Nie dla wszystkich wystarczy miejsca w szpitalach. Szpitale Wojewódzkie maja po 20-30 miejsc OIOMOWYCH podczas gdy może być potrzeba 2000-3000….

To oznacza, że przy czarnym scenariuszu co setna osoba potrzebująca będzie miała dostęp do OIOMU dlatego zróbcie wszystko żeby nie zachorować ciężko i reagujcie na objawy.

Gaście gorączkę dopiero od 38,6- do 38,5 pozwólcie organizmowi powalczyć w tej temperaturze są najbardziej aktywne układy enzymatyczne w leukocytach. (Wyjątki od tej reguły to anergia – „nigdy nie miewam gorączki” , oraz drgawki gorączkowe w wywiadzie)

Pamiętajcie o lekach na wasze choroby przewlekle – nie może Wam ich braknąć w trakcie uderzenia choroby.

Upewnijcie się, że macie namiar na lekarza, który do Waszych rodziców przyjedzie w razie choroby i podłączy im kroplówkę nawadniającą w domu jeśli nie będzie już miejsc w szpitalach.

Kochani wszystko mija, nawet najdłuższa żmija. Zadbajcie o siebie i swoich najbliższych. Nie wpadajcie w panikę. Bądźcie przygotowani.

Wszystko zacznie się za około 7-10 dni i może potrwać 2-3 miesiące zanim nadejdzie spokój.

Musimy się NAUCZYĆ ŻYĆ z Covidem19 za plecami. Nauczyć się nowych nawyków higienicznych. Myć nie tylko ręce ale myć jedzenie i myć nawet zakupy na które ktoś mógł nakaszleć!

A jednocześnie… trzeba nie popaść w bakteriofobię czyli chorobliwy lęk przed drobnoustrojami.

Żeby pokonać wroga trzeba przede wszystkim poznać jego język.

Język naszego wroga jest szczególnie trudny bo MEDYCZNY ale ma plusy – wszystko na tego temat JEST W INTERNECIE a wielu medyków na swoich profilach stara Wam tłumaczyć medycznego na polski…

Powodzenia kochani i trzymajcie się mocno, bo będzie bujało. Mamy jeszcze około 7-10 dni ciszy przed burzą. Przygotujcie Wasze żaglowce i Wasze załogi na ten sztorm. Nie wiemy jak będzie potężny będzie bo płyniemy w informacyjnej mgle – może z wielkiej chmury będzie mały deszcz ale bardziej prawdopodobne, że oberwiemy wszyscy i to mocno.

Dr n. med. Maciej Jędrzejko

Rejs jachtu ŚMIAŁY wokół Ameryki Południowej.

To był rejs, który przyniósł polskiej nauce i polskiemu żeglarstwu wiele ważnych materiałów i doświadczeń.

Poniższa prezentacja autorstwa kapitana Jerzego Knabe, pokazuje ważniejsze momenty rejsu oraz członków załogi.

Prezentacja Smiały JK  prezentacja w power point (.pps) do pobrania.

 

Prezentacja w formacie pdf.

Prezentacja Smiały JK

Prezentacja udostępniona dzięki kapitanowi Maciejowi Krzeptowskiemu.

Szczecin nabiera wiatru w żagle

Szczecin wkroczył w nowe tysiąclecie odmieniony.

Do tej pory ze wszelkich sił miasto dążyło do odcięcia się od wody i morskości, usiłując dorównać  metropoliom śródlądowym.

Pierwszym „grzechem” na tym polu było poprowadzenie, w ramach powojennej odbudowy, drogi wzdłuż lewego brzegi Odry odcinając ją od miasta.
Zniknęła możliwość odrestaurowania starego Szczecina na wzór innych wielkich miast Europy jak Kopenhagi czy Hamburga.

Tak było kiedyś nad brzegami Odry w Szczecinie

Jest to miasto gospodarczo od zawsze silnie związane z morzem, gospodarką morską, jednak włodarze dokładali wiele starań by o tym zapomnieć. Nie ma tu akwarium(!) nie mówiąc o ZOO, czy Ogrodzie Botanicznym.
Muzeum morskie, mimo, że była grupa fachowców zapalonych do pracy przy jego budowie, zniknęło.

Mariny z prawdziwego zdarzenia nie było, żaglowców i zabytkowych statków, mimo świetnego położenia nadodrzańskich bulwarów, ze świecą można było szukać… Każdy kto był w którymś z nadbałtyckich miast portowych wzdychał z zazdrością…

Kopenhaga Frederiksholms Kanal

To się zmieniło wraz ze zmianą władzy na początku tego wieku. Prezydent Krzystek pochylił się nad sugestiami ludzi od zawsze widzącymi przyszłość miasta w jego morskości i także dostrzegł w tym jego szansę.

Operacja Żagiel Finał Szczecin 2007

Nastały lata coraz to ciekawszych wydarzeń, także na skalę międzynarodową. Szczecin pobił na głowę wszystkich organizatorów Operacji Żagiel, przyjmując i organizując wielki finał Operation Sail w 2007 roku.

Aleja Żeglarzy w Szczecinie

Kolejnym krokami było urządzenie Alei Żeglarzy na bulwarze nadodrzańskim, uczestnictwo w wielu żeglarskich imrezach i rejsach pod flagą miasta Szczecin, zagospodarowanie północno zachodniego wybrzeża Łasztowni  i wybudowanie tam nowoczesnej mariny z budynkami na Wyspie Grodzkiej.

Marina na Wyspie Grodzkiej w Szczecinie, w tle wybrzeże Łasztowni

Do stałych imprez żeglarskich Szczecina weszła wielka gala Międzynarodowych Nagród Żeglarskich Szczecina, której ostatnia edycja odbyła się 30 marca br. w odrestaurowanym zabytku dawnego portu „Rzeźni”, na Łasztowni. Więcej na ten temat tu:

Laureaci Międzynarodowych Nagród Żeglarskich Szczecina

Trzymamy kciuki za to piękne miasto, by także mieszkańcy poczuli magię i siłę morza, jako wielkiej szansy na dynamiczny rozwój Szczecina. To już widać, wieczorami na nadodrzańskich bulwarach życie tętni, rzecz do niedawna całkiem niebywała…

tekst W.S.
foto W.S. i Timm Stütz

 

Matka Odra


„Matka Odra”, książka naukowca ze świnoujskiego oddziału Morskiego Instytutu Rybackiego, to stricte dokumentacyjna publikacja o historii jednego z trzech wielkich armatorskich firm rybackich, które działały do końca ubiegłego wieku.



Co prawda w ostatnim dziesięcioleciu było to działanie wyraźnie zmierzające ku dramatycznemu upadkowi.

Port PPDiUR ODRA za dawnych dobrych czasów, przy kei dwa trawlery b-18

Konstatnty Chłapowski przedstawia historię Odry, nazywanej pieszczotliwie przez świnoujścianin „matką” od początku do końca.
W książce jest spora porcja wspomnień odrowców, zdjęcia i rysunki wszystkich jednostek jakie w Odrze łowiły, plany nabrzeży i terenów zabudowanych przedsiębiorstwa, także już po przekształceniach w spółki.
Jak na naukowca przystało, Chłapowski przygotował bardzo porządną historyczno wspomnieniową publikację o jednym z najważniejszych dla regionu przedsiębiorstw. Wspomnieniowa publikacja powinna zawitać na biblioteczkową półkę każdego marynisty.

 

W Szczecinie będzie pomnik legendarnego kpt. Konstantego Maciejewicza

W Szczecinie będzie pomnik legendarnego kpt. Konstantego Maciejewicza

Na Łasztowni, portowej wyspie w centrum tego miasta, w pobliżu masztu z s/s Konstaty Maciejewicz, ma stanąć pomnik tego wyjątkowego człowieka.

Kapitan legenda, barwnie opisywany przez Karola Borhardta wychował sporo znakomitych oficerów, nawigatorów.

Jego imię nosił statek Liceum Morskie, który stał zacumowany pod Wałami Chrobrego. Ówczesne władze jednak nie czuły spraw morskich zupełnie, toteż statek trafił na złom. Jedynie jeden z masztów trafił w okolice Zamku Książęcego. Po kilku latach i ta pamiątka, najwyraźniej koląca w oczy niektórych szczecińskich notabli, została zdemontowana „w celu konserwacji”.

Pod naciskiem częsci pro morskiej opinii publicznej, maszt został ustawiony na Łasztowni. Teraz stanie tam także zaprojektowany już pomnik Kapitana.

 

 

 

 

Więcej o Kapitanie

Wspomnienia i anegdoty o Kapitanie

Polak potrafi… jak się pomyli ;-)

Polak potrafi… jak się pomyli 😉

Było to podczas falklandzkiego  rejsu Sejwalem. Łowiliśmy, a raczej próbowaliśmy łowić błękitka na południe od Wysp Falklandzkich, w okolicach Wyspy Słoniowej. Operowało tam mnóstwo statków różnych bander.

Ryba zwykle w tym czasie przebywała nad oceanicznym grzbietem, rozciągającym się równolegle do wyspy w odległości jakiś 10 mil. Łowisko było wąskie, toteż trawlery ustawiały się w kolejkę i jeden za drugim trałowały wzdłuż wypłycenia, potem zawracały i znowu trał.

Zwykle po kilku godzinach połowu z worka wysypywało się kilkaset kilogramów błękitka… Wszyscy mieli nosy na kwintę, no bo nie  ma ryby, nie ma zarobku, a żona pisała że chce na wczasy, a to auto trzeba by już nowe, no i normalnie na życie kasa musi być…

Wyspa Słoniowa pojawiała się w moim bulaju codzienne w południe przez 2 tygodnie- trał na Sejwalu

 

 

 

 

 

 

Na mostku młody chłopak po zawodowej rybackiej ze Świnoujścia, robił za asystenta i jednocześnie za sternika. Przynosił na dół wieści z mostku, niestety nie te których oczekiwaliśmy. Na razie nie zmieniamy łowiska. Tak więc dzień w dzień, koło południa w moim bulaju przesuwała się Elefant Island.

Nawiasem mówiąc ciekawy kawałek ziemi, będący częścią archipelagu Georgii Południowej, do którego pretensje zgłaszają trzy kraje, Argentyna, Chile i Wielka Brytania. Swoją nazwę wyspa zawdzięcza dużej kolonii słoni morskich, oprócz nich jej faunę stanowią typowe gatunki dla rejony antarktycznego, w końcu leży ona w północnej części Oceanu Południowego.

Któregoś dnia jednak coś się zmieniło, już koło jedenastej zatrzeszczały kable od trału, dzwonki alarmowe wywołały pokładowców do pracy. Co się stało! Czyżby jakieś polecenie z kraju żeby zmienić łowisko? Po chwili As zszedł, a właściwie zbiegł podniecony  na dół.

-Chłopaki, idźcie na górę, zobaczycie ile ryby nałapałem!

-Eeee, jaja sobie robisz!

-Poważnie, zapisy aż czarne! Zresztą posłuchajcie kabli.

Rzeczywiście windy jakby zaczęły inaczej wyć a kable strzelały jak oszalałe. Znak, że pracują pod dużym obciążeniem. Ruszyliśmy na szalupowy, żeby z góry obejrzeć połów.
Deski już wisiały na bramie i skrzydła zaczęły układać się na pokładzie. Walizki i bobiny z głośnym turkotem i łomotem spoczęły na dechach. Za to za rufą pojawiła się ogromna lola! Opasły włok wypchnięty rozprężonym powietrzem pęcherzy pławnych, wyciągniętych z głębiny tysięcy błękitków,  wypłynął na powierzchnię.  Nad nim kotłowały się wrzaskliwe petrele i kołysały wdzięcznie albatrosy, wypatrując na powierzchni jakiś smacznych kąsków.

-Czterdzieści ton jak w mordę strzelił! Ktoś entuzjastycznie określił wielkość połowu. I rzeczywiście, po przerobieniu mniej więcej tak wyszło.

Uśmiechnięci od ucha do ucha rybacy przegarniali rybę

Statek po wybraniu sieci ostro zawrócił na pozycję zapisów a pod pokładem w przetwórni rozszalały się maszyny. Uśmiechnięci od ucha do ucha rybacy przegarniali rybę, układali na baaderach, tuszki i płaty ładowali do tac zamrażalniczych… Praca paliła się nam w rękach.

Później wzięliśmy na spytki Asa, okazało się, że to on rzeczywiście był za sterem. Jak pisałem w poprzednim tekście o Sejwalu,  statek był w opłakanym stanie technicznym.  Między innymi nie działał żyrokompas a więc i autopilot. W związku z tym był to rejs „manualny”, cały czas ktoś musiał ręcznie sterować. AS opowiadał, że po poprzedniej, „ciężkiej” nocy, bo kumpel z kabiny miał urodziny, nie czuł się najlepiej i przysnął przy sterze. Statek wówczas był pod trałem.

Najwyraźniej poczuł rybę dziobem i zjechał jakieś 30 st. z kursu no i wtedy się zaczęło, sonda oszalała a ASa obudził  krzyk tkwiącego nosem w sonarze II oficera, – Trzymaj qrva kurs, tak trzymaj do jasnej cholery!

I wyszło na to, że umiemy łapać ryby ale kiedy się pomylimy…. A As do końca rejsu miał ksywkę Śpiący Królewicz.

W.S.

 

Męskie dowcipy, czyli chrzest równikowy

Męskie dowcipy, czyli chrzest równikowy

Kiedy grupa facetów się nudzi, często przychodzą im do głowy różne tzw. „dowcipy”, czasami niegroźne ale czasami paskudne.

Jednym ze starszych, który funkcjonuje na każdym statku przekraczającym równik, jest zbiór różnego rodzaju psot, dowcipów, kawałów, jakie starzy wyjadacze, mający już chrzest morski za sobą, płatają nowicjuszom.

Oczywiście zaczyna się od nakazania wypatrywania na morzu linii równika.
Kilka dni wcześniej kucharz wykłada na słońce trochę jaj, by się odpowiednio zepsuły. Na pokładzie marynarze stawiają bękę po oleju, do której kuchnia wyrzuca odpady, maszyna zaś smary i wszystko co odpowiednio śmierdzi. Kilka godzin przed chrztem, który zwykle rozpoczyna się przed południem, maszyniści wkładają do niej rurę z parą, tak by woda dobrze się nagrzała a najlepiej zagotowała.

Jak łatwo się domyślić, nowicjusze uważnie obserwują te przygotowania, podglądając je przepełnieni rosnącymi, z dnia na dzień obawami. Koledzy umiejętnie te obawy podgrzewają, rzecz jasna, tak by w dniu uroczystości, neofici byli odpowiednio przygotowani.

W oczekiwaniu na...Diabelska ekipaPoczekalniaSpecyjały medyczneW dybach nad "jajecznicą"niepokorni dwa razy przechodzili "worek"Autor prowadzony do Neptunaautor u cyruklikaJuż po, mywanie zmarów, grafitu i innych zdrowotnych substancjiA na koniec dyplom

Największe przerażenie budzi beczka, jednak kiedy diabły spanikowanego, krzyczącego, wyrywającego się,  neofitę do niej wrzucają , następuje potężne, jakże cudowne rozczarowanie. Otóż w międzyczasie, kiedy kandydaci do obrządku czekali stłoczeni i przestraszeni pod pokładem, diabły wymieniły śmierdzącą, gotująca się ciecz w beczce na czystą, chłodną morska wodę!

Po tym doświadczeniu, reszta dokuczliwości, jak kanapka ze wszystkimi ostrymi dodatkami dostępnymi w kuchni, podawana oczywiście jako kanapka ze smarem, przejście na kolanach kilkumetrowym korytarzem z sieci pod prąd strumieni strażackich hydrantów, czy tkwienie głową w dybach nad miską rozbitych, popsutych jaj było niczym.

Kiedyś zdarzały się groźne ekscesy podczas tego obrzędu, jak tzw karuzela, kiedy to nowicjuszy podnoszono baumem w siatce ładunkowej nad pokład i kręcono. Miałem kolegę, któremu dysk wyskoczył w czasie takiej „zabawy”. Zdarzały się złamania i inne kontuzje, toteż karuzela została zabroniona.

Ale generalnie, każdy kto przeszedł taką równikową inicjację, czuje do końca życia odrobinę dumy 🙂