Archiwum kategorii: Morskie ciekawostki

Męskie dowcipy, czyli chrzest równikowy

Męskie dowcipy, czyli chrzest równikowy

Kiedy grupa facetów się nudzi, często przychodzą im do głowy różne tzw. „dowcipy”, czasami niegroźne ale czasami paskudne.

Jednym ze starszych, który funkcjonuje na każdym statku przekraczającym równik, jest zbiór różnego rodzaju psot, dowcipów, kawałów, jakie starzy wyjadacze, mający już chrzest morski za sobą, płatają nowicjuszom.

Oczywiście zaczyna się od nakazania wypatrywania na morzu linii równika.
Kilka dni wcześniej kucharz wykłada na słońce trochę jaj, by się odpowiednio zepsuły. Na pokładzie marynarze stawiają bękę po oleju, do której kuchnia wyrzuca odpady, maszyna zaś smary i wszystko co odpowiednio śmierdzi. Kilka godzin przed chrztem, który zwykle rozpoczyna się przed południem, maszyniści wkładają do niej rurę z parą, tak by woda dobrze się nagrzała a najlepiej zagotowała.

Jak łatwo się domyślić, nowicjusze uważnie obserwują te przygotowania, podglądając je przepełnieni rosnącymi, z dnia na dzień obawami. Koledzy umiejętnie te obawy podgrzewają, rzecz jasna, tak by w dniu uroczystości, neofici byli odpowiednio przygotowani.

W oczekiwaniu na...Diabelska ekipaPoczekalniaSpecyjały medyczneW dybach nad "jajecznicą"niepokorni dwa razy przechodzili "worek"Autor prowadzony do Neptunaautor u cyruklikaJuż po, mywanie zmarów, grafitu i innych zdrowotnych substancjiA na koniec dyplom

Największe przerażenie budzi beczka, jednak kiedy diabły spanikowanego, krzyczącego, wyrywającego się,  neofitę do niej wrzucają , następuje potężne, jakże cudowne rozczarowanie. Otóż w międzyczasie, kiedy kandydaci do obrządku czekali stłoczeni i przestraszeni pod pokładem, diabły wymieniły śmierdzącą, gotująca się ciecz w beczce na czystą, chłodną morska wodę!

Po tym doświadczeniu, reszta dokuczliwości, jak kanapka ze wszystkimi ostrymi dodatkami dostępnymi w kuchni, podawana oczywiście jako kanapka ze smarem, przejście na kolanach kilkumetrowym korytarzem z sieci pod prąd strumieni strażackich hydrantów, czy tkwienie głową w dybach nad miską rozbitych, popsutych jaj było niczym.

Kiedyś zdarzały się groźne ekscesy podczas tego obrzędu, jak tzw karuzela, kiedy to nowicjuszy podnoszono baumem w siatce ładunkowej nad pokład i kręcono. Miałem kolegę, któremu dysk wyskoczył w czasie takiej „zabawy”. Zdarzały się złamania i inne kontuzje, toteż karuzela została zabroniona.

Ale generalnie, każdy kto przeszedł taką równikową inicjację, czuje do końca życia odrobinę dumy 🙂

Męskie dowcipy w rybackim wykonaniu – Symfonia Pierwszego

Męskie dowcipy w rybackim wykonaniu – Symfonia Pierwszego

Na Gople mieliśmy I oficera, Roman chyba miał na imię, niewysoki ale za to mocno zbudowany, byczy kark, łysa pochylona głowa, broda prawie zrośnięta z niemałą klatą, małe wyłupiaste oczka i zmysłowe usta niczym u amanta filmowego. Charakter za to trudny miał, funkcjonował na zasadzie bata kapitana. Stary miły, kulturalny, a jak trzeba było kogoś opieprzyć, to miał Pierwszego.

To właśnie ten oficer był głównym bohaterem opowiadania ” Prysznic…”, no i pewnie nie raz tu jeszcze go wspomnę, bo „barwna to była postać”.

Jego przeciwieństwem był Radio, wysoki, szczupły, żeby nie powiedzieć chudy, niezbyt pewny siebie, jakby lekko zlękniony… Nie specjalnie zgrywał się z załogą ale był nieszkodliwy.

Pierwszy miał kabinę na pokładzie szalupowym, niedaleko mostka, toteż jego straszliwe chrapanie słychać było podczas nocnej wachty na mostu okropnie… A było to chrapanie nad chrapaniami, wznosiło się, opadało, przerywało nagle i niespodziewanie by wybuchnąć głośnymi, przerażającymi kaskadami.  Kiedy było chłodniej zamykaliśmy drzwi na mostek i okno z prawej burty, żeby mniej było słychać, ale w tropikach…

Faceci jak się nudzą, to wymyślają dowcipy, najlepiej takie żeby się pośmiać cudzym kosztem.

Na naszą ofiarę wybraliśmy radiego, który jednocześnie pełnił na statku rolę felczera, więc na wszelkich chorobach na pewno się znał. Ciekawi byliśmy czy potrafi coś poradzić na chrapanie.

W Vancouver, w komisie, tutaj zwanym secondhandem, nabyłem drogą kupna za kilka kanadyjskich dolarów całkiem przyzwoity magnetofon reporterski, z porządnym mikrofonem.

Którejś nocy na Pacyfiku, kiedy staliśmy w dryfie, w oczekiwaniu na poranne wybieranie pławnic, nagrałem chrapanie pierwszego.

Po południu, kiedy już siatki wylądowały na pokładzie i mieliśmy chwilę dla siebie, zaprosiliśmy na pokład pelengowy, na mrożoną kawę Radiego. Pogadaliśmy, pogadaliśmy, w końcu któryś zapytał,

-Radio, jest jakieś lekarstwo na chrapanie?- ten się zamyślił i po chwili odparł:

-Niee, chyba nie… a co?

-W zasadzie to nic, nam to na mostku jak zaczyna przeszkadzać to zamykamy drzwi i bulaje, daje się wytrzymać, ale czy to nie jest groźne?

-No nie wiem, ale kto tak strasznie chrapie?

-Jak to kto, ty!

-Co wy pieprzycie, ja nie chrapię!

-Rzeczywiście nie chrapałeś ale coś ostatnio się stało, że jedziesz jak popsuty czołg…

-Jaaa?

-Nie wierzysz to posłuchaj… i puściliśmy mu „symfonię” w wykonaniu pierwszego…

Radio zbladł i mówiąc do siebie,- to nie możliwe, to niemożliwe- poszedł do kabiny… A my postanowiliśmy temat co jakiś czas pociągnąć. Okazuje się, że w każdym siedzi jakiś mały sadysta…

Po paru dniach, widząc jak Radio się męczy, jednak daliśmy mu spokój, któryś ze spiskowców wyjaśnił mu „na boku”, że chłopaki jaja sobie robią.
Trochę się wściekał, trochę obraził ale wieczorek przy butelce czerwonego wina sprawę ułagodził… W sumie potem sam się śmiał na wspomnienie tego „dowcipu”.

Męskie Dowcipy w rybackim wykonaniu. Wracamy i to gazem!

Męskie Dowcipy w rybackim wykonaniu

Wracamy i to gazem!

Gopło podczas zwiadu na Pacyfiku poławiało pławnicami. Niekoniecznie wyglądało to tak, jak opisała pewna pani redaktor, specjalistka od morskiej tematyki.

Statek przygotowywał się do wyjścia w próbny zwiad na Atalntyk, żeby sprawdzić wszystkie nowe urządzenia łowcze, system hydrauliczny do ich napędzania, sieci, satelitarne urządzenia nawigacyjne i łączności, no i odsalarkę do wody morskiej (!).

Wówczas to na burcie pojawiła się owa pani, odziana w okazałe futro i mocny makijaż wpadła na pokład niczym szkwał. Pierwszy, łasy na okazałe kobiety wziął ją pod swoje skrzydła, wciągając spory brzuch, wypinając klatę, wytrzeszczając oczka, raczył ją opowieściami o statku. Rozwodził się nad nowoczesnymi urządzeniami, łącznością satelitarną a zwłaszcza nad niezwykłym w naszej flocie sposobie połowów, jaki będziemy prowadzili.

Najwyraźniej urzeczona męskością bijąca od pierwszego, pani redaktor nie do końca zrozumiała o co w tym wszystkim chodzi… Nazajutrz w Głosie Szczecińskim wyczytaliśmy, że pławnice, którymi będziemy łowić, to „jakby płoty w morskiej toni, rozpięte na stalowych linach”. Dzięki temu mieliśmy sporo radości przez cały rejs.

Oczywiście pławnice to delikatne sieci z żyłki osadzone na pływającej lince, unoszące się pod powierzchnią dzięki właściwie dobranej wyporności linki górnej (tzw. nadbory) i ciężarowi dolnej (najczęściej dociążanej ołowiem podbory). Statek idąc pół naprzód, wysnuwał [z rufy (nadborę) i tylnej części prawej burty (podborę)] połączone z sobą sieci, stawiając płot długości 200 do 500 m, na końcu którego dowiązywano radiopławę.

Mimo, że pozycję wydawania zaznaczano na mapie, to jednak prądy morskie powodowały dryf sieci, czasami na spore odległości. Dlatego zestaw wyposażany był w radiopławę, wysyłającą sygnał na określonej częstotliwości, pozwalała ona później sieci odnaleźć. Niezależnie od pogody, czy widoczności trafialiśmy na sieci bardzo precyzyjnie za każdym razem.

W przeciwieństwie do pławnic stosowanych przez lugry na Morzu Północnym, nie staliśmy przy dryfującej sieci tylko odchodziliśmy w inne miejsce by postawić kolejny zestaw i kolejny. Po kilku godzinach wracaliśmy po pierwszą itd.

Taka boja radiowa była znacznie droższa niż cały zestaw pławnic, toteż przez pierwsze noce stary nie mógł spać, tylko nasłuchiwał czy pława się odzywa, a każde poszukiwanie zestawu odbywało się w atmosferze niezłego napięcia.  Przemieniało się ono w wybuchy radości, gdy między falami, gdzieś przed dziobem ktoś zauważył tańczącą, czerwoną chorągiewkę.

Bosman, który odpowiadał za obsługę ciężkiej jak cholera pławy, żeby ułatwić sobie zadanie wiązał ją do rufowego relingu za burtą. Robił to , żeby podczas wydawania już się z nią nie szarpać, tylko zwolnić węzeł i poooszła!

II of, młody stażem ale bardzo chcący zabłysnąć, wielokrotnie upominał go, że nie jest to zgodne z PROCEDURĄ ale bosman, stary wilk miał to raczej w nosie i robił swoje…

Okazało się jednak, że II. miał rację, któregoś dnia, po wybraniu sieci, kiedy statek szedł na pozycję kolejnego wydania, bosman wpadł na mostek krzycząc że boja zniknęła!

Stary natychmiast krzyknął „Wracamy i to gaaazem!”, położył statek na kontrkurs, a w międzyczasie wybuchła potworna awantura. Bosman zaklinał się, że jak zawsze bardzo dobrze boję zabezpieczył, II. że jednak za burtą! a mówiłem! Stary posłał trzech rybaków na dziób by wypatrywali zgubionej radiopławy, na mostku dwóch też nie odrywało wzroku od wody, a statek cisnął całą na przód. Powoli zapadał zmrok, więc szanse na odszukanie pławy malały z każdą chwilą.

Po jakiejś pół godzinie nerwów, II. przyznał się, że schował boję za kominem, żeby bosmanowi dać nauczkę. Stary mało go żywcem nie pożarł, co tam się działo! Reszta załogi oczywiście pokładała się po kątach ze śmiechu. Skończyło się tym, że boja była wiązana do relingu ale na pokładzie a nie nad wodą, II. przeprosił starego i bosmana i jakoś awantura przeszła…

Bosman i Just morskie psy- dwie różne historie dwóch wielkich przyjaciół marynarzy.

Bosman i Just morskie psy- dwie różne historie dwóch wielkich przyjaciół marynarzy.

Na wielu statkach bywają psy. Często zabierane w podróż jako maskotka załogi. Pacyfikują wybuchowe nastroje, przyczyniając się swoim beztroskim usposobieniem do poprawy samopoczucia ludzi, żyjących w trudnych, bądź co bądź, warunkach.

Zawsze kochane, zwykle otoczone troskliwą opieką.

Bywało, że były zabierane specjalnie, jako odgromnik, jak ten owczarek niemiecki na Kantarze. W połowie lat siedemdziesiątych wyruszył w rejs na wody południowej Afryki jako szczeniak, a wrócił jako całkiem spore psisko, które bez problemu sięgało łapą i pyskiem kranu w kabinowej umywalce, kiedy miał ochotę napić się wody.

Bywało, że załoga zbierająca się do wyjścia w morze zgarniała z ulicy wałęsającego się psiaka, niczym werbownicy brytyjskiej floty wojennej i „porywali” go na morze. W porcie pies rozbawiony wbiegał za marynarzami na trap, a kiedy zadudniły maszyny i spadły cumy, na powrót na brzeg było za późno. Najczęściej zwierzak godził się z losem, czuł się na statku doskonale a kucharza darzył szczególnymi względami cały rejs.

Poznałem jednak psa, który musiał ciężko przeżyć podróż, prawdopodobnie dokuczała mu morska choroba jakoś nadzwyczajnie… A było to tak…

Przylecieliśmy do Montevideo w Urugwaju, jakoś w połowie lat 80, przy kei stało wówczas kilka naszych trawlerów, bo to była końcówka sezonu połowów kalmara w rejonie Wysp Falklandzkich. W Montevideo flota wymieniała załogi, dokonywała napraw i remontów, pobierała zaopatrzenie no i POCZTĘ dla całej flotylli, która pracowała w rejonie.

My przylecieliśmy czarterowym lotem, via Rio de Janeiro jako nowa załoga Narwala. Statek kilka dni miał spędzić w porcie, bo maszynownia kończyła jakieś swoje remonty. Ogólnie jego stan techniczny był dość słaby, piszę o tym w tekście pt.:”śmierdzący rejs”. Jak zwykle tutaj, trawlery cumowały rufą do kei, trap był wystawiany z rufy a przy nim trzymana była wachta.

Wachta była konieczna, ponieważ miejscowi gentlemani prześcigali się w pomysłach by wynieść ze statku jak najwięcej czegokolwiek, co można by w mieście zamienić na dineros.
Mnożyły się włamania tak do kabin jak i magazynków, mieliśmy nawet włamanie polegające na wybiciu bulaja do jednej z kabin z burty sąsiadującego trawlera. Żadne kłódki i zamki nie miały znaczenia. Doszło do tego, że szafki i włazy do magazynków były w porcie zaspawywane.

I tu dochodzimy do clou. Takie wydarzenia nie miały miejsca na trawlerze, na którym wachtę trzymał BOSMAN. Wielkie, brązowe psisko, coś między dogiem a owczarkiem niemieckim. Siedział przy trapie i jeśli tylko jakiś miejscowy do niego się zbliżał, głuchym warkotem uprzedzał, że tu lepiej się nie podchodzić. Bosman objął wachtę i na naszym statku, miałem nadzieję, że już z nami zostanie. Rozpytywałem się o niego na innych trawlerach, ale niewiele ktokolwiek o nim wiedział.

Któregoś dnia dobiło do nas „jeziorko”(burtowiec z serii B-20), właśnie schodzili z łowiska do kraju, był to chyba Jasień. Chłopaki bardzo ucieszyli się widokiem Bosmana. Okazało się, że psisko przypłynęło z nimi z kraju. Niezwykle ciężko przeżył rejs, choroba morska straszliwie dała mu w kość, kiedy tylko statek dobił do kei, wyprysnął na ląd i nie dał się już wprowadzić spowrotem na pokład. Chłopaki z wielkim żalem zostawili go w porcie.

Pies jednak dał sobie radę, w porcie cały czas stały jakieś nasze trawlery (a trzeba tu zaznaczyć, że preferował polskie jednostki). Kiedy tylko rzucano trap, Bosman jako pierwszy ładował się na pokład i obejmował wachtę… do chwili kiedy maszyny znowu zaczynały pracować a statek przygotowywano do wyjścia w morze.

Wówczas Bosman zbiegał na ląd i nie było siły, by go wciągnąć czy zwabić choćby najlepszymi smakołykami na pokład.

Co było robić, pies stał się portowym ambasadorem naszego rybołówstwa w Montevideo, przy czym, cieszył się szacunkiem polskich załóg i ostrożnym respektem Urugwajczyków.

Miłe to było uczucie, kiedy wracając z miasta na statek, widziało się przy trapie piękną sylwetką psa, który na nasz widok wstawał i rozpoczynał swój powitalny taniec.

Najciekawsze było to, że doskonale wyczuwał kogo może wpuścić a kogo nie… Na przykład dziewczyny, tutejsze „biznesmenki” koleżanki słynnej Szramki, czy miejscowi stoczniowcy byli tolerowani, natomiast portowe łobuziaki musiały szerokim łukiem omijać pilnowaną jednostkę.

Czas w porcie mijał szybko i nieuchronnie nadchodził moment, kiedy Bosman ogromnymi susami pędził w dół by siąść przy trapie, tym razem na lądzie. Z żalem żegnaliśmy wspaniałego wachtowego, który pozostawał na kei śląc nam swoje uważne spojrzenie… Do zobaczenia za pół roku…

Jak potoczyło się jego dalsze życie? Nie wiem, może ktoś z kolegów rybaków dopisze kilka słów na jego temat?

Just Nuisance bohater Royal Navy

Wspomnę tu jeszcze innego, jednego z najsłynniejszych morskich psów.

Rzecz dzieje się w Kapsztadzie, w wówczas brytyjskiej Południowej Afryce, w czasie II Wojny Światowej. Blisko 2. metrowej długości dog niemiecki o imieniu Just Nuisance, wskutek różnych zbiegów okoliczności, a zwłaszcza zamiłowania do podróżowania koleją na gapę, doczekał się pełnego zamustrowania w Royal Navy.

Zaokrętowano go jako marynarza, z żołdem, „mundurem”(czapką i obrożą), własną koją, wyżywieniem a nawet bezpłatnymi przejazdami koleją.

Na jego temat krążą różne opowieści, Maciej Krzeptowski przytacza historię o tym, jak sprowadzał marynarzy z pubów na okręty, ja zaś doczytałem, że sam chętnie do pubów zaglądał i pozostawał tam aż do ich zamknięcia.

Ponoć był to niezły zawadiaka, jak na marynarza Royal Navy przystało, niejedno miał na sumieniu (choćby wylegiwanie się w oficerskich kojach mimo iż sam miał stopień marynarza(!), stawianie oporu podczas wyrzucania go z pubów po godzinach zamknięcia, jazdę koleją na gapę [bo nienawidził nosić obroży z numerem służbowym, będącej jednocześnie upoważnieniem do przejazdów na koszt królestwa] i to na trzech siedzeniach jednocześnie!).

Jednak kochał swoich marynarzy i wiele zrobił dla podtrzymania morale floty walczącej z hitlerowską kriegsmarine.

Był także kochany tak przez marynarzy jak oficerów do tego stopnia, że kiedy zmarł, wiadomość o tym fakcie została przetelegrafowana na każdy brytyjski okręt.

Just Nuisance, po śmierci otrzymał marynarski pochówek z honorami, prostą, granitową płytę nagrobną, napisano o nim 2 książki a w latach osiemdziesiątych postawiono pomnik w Kapsztadzie na placu z widokiem na port.

(na podstawie https://www.capetownmagazine.com/just-nuisance Autor: Krysia Gaweda)

09.05.2018 Właśnie otrzymałem pozwolenie na publikację zdjęć będących własnością Simon’s Town Museum

„Thank you for your request for permission to publish images of Just Nuisance, from the collection of the Simon’s Town Museum.

We would be willing to let you use these images, on condition that it is a once-off use only.

The images may not be published or shared by anyone else.”

W.S.

Proponuję, sugeruję i nalegam!

USS_Abraham_Lincoln

 

Proponuję, sugeruję i nalegam!

Piękna morska opowieść, jaka krążyła niegdyś po tawernach:

„Jest to prawdziwa rozmowa nagrana na morskiej częstotliwości alarmowej Canal 106, na wybrzeżu Finisterra (Galicja) pomiędzy Hiszpanami a Amerykanami – 16 października 1997 roku.

Hiszpanie (w tle słychać trzaski):
– Tu mówi A-853, prosimy, zmieńcie kurs o 15 stopni na południe, by uniknąć kolizji… Płyniecie wprost na nas, odległość 25 mil morskich.

Amerykanie (trzaski w tle):
– Sugerujemy wam zmianę kursu o 15 stopni na północ, by uniknąć kolizji.

Hiszpanie:
– Odmowa. Powtarzamy: zmieńcie swój kurs o 15 stopni na południe, by uniknąć kolizji…

Amerykanie (inny głos):
– Tu mówi kapitan jednostki pływającej Stanów Zjednoczonych Ameryki. Nalegamy, byście zmienili swój kurs o 15 stopni na północ, by uniknąć kolizji.

Hiszpanie:
– Nie uważamy tego ani za słuszne, ani za możliwe do wykonania. Sugerujemy WAM zmianę kursu o 15 stopni na południe, by uniknąć zderzenia z nami.

Amerykanie (ton głosu świadczący o wściekłości):
– Tu mówi kapitan Richard James Howard, dowodzący lotniskowcem USS Lincoln marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych; drugim co do wielkości okrętem floty amerykańskiej. Eskortują nas dwa okręty pancerne, sześć niszczycieli, pięć krążowników, cztery okręty podwodne oraz liczne jednostki wspomagające. Udajemy się w kierunku Zatoki Perskiej w celu przeprowadzenia manewrów wojennych w obliczu możliwej ofensywy ze strony wojsk irackich. Nie sugeruje… ROZKAZUJE WAM ZMIENIĆ KURS O 15 STOPNI NA PÓŁNOC! W przeciwnym razie będziemy zmuszeni podjąć działania konieczne by zapewnić bezpieczeństwo temu
okrętowi, jak również siłom koalicji. Należycie do państwa
sprzymierzonego, jesteście członkiem NATO i rzeczonej koalicji. Żądam natychmiastowego posłuszeństwa i usunięcia się z drogi!

Hiszpanie:
– Tu mówi Juan Manuel Salas Alcántara. Jest nas dwóch. Eskortuje nas nasz pies, jest też z nami nasze jedzenie, dwa piwa i kanarek, który teraz śpi. Mamy poparcie lokalnego radia La Coruna i morskiego kanału alarmowego 106. Nie udajemy się w żadnym kierunku i mówimy do was ze stałego lądu, z latarni morskiej A-853 Finisterra, z wybrzeża Galicji.
Nie mamy gównianego pojęcia, które miejsce zajmujemy w rankingu hiszpańskich latarni morskich. Możecie podjąć wszelkie słuszne działania, na jakie tylko przyjdzie wam ochota, by zapewnić bezpieczeństwo waszemu zas✸✸nemu okrętowi, który za chwile rozbije się o skały; dlatego ponownie nalegamy, sugerujemy wam, iż działaniem najlepszym, najbardziej słusznym i najbardziej godnym polecenia będzie zmiana kursu o 15 stopni na południe by uniknąć zderzenia z nami.

Amerykanie:
– OK. Przyjąłem, dziękuję.”

/źródło tekstu i zdjęć: Internet/

Wrak z Podczela został wydobyty

 Trzy dni zajęła akcja wydobywania wraku niemieckiego okrętu z plaży w Podczelu.


Wydobyte zabytkowe elementy jednostki po konserwacji trafią do Skansenu Morskiego
w Kołobrzegu.
Inicjatorem i głównym koordynatorem prac było Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu.
Pozwolenia na prowadzenie akcji oraz pomocy w wydobyciu wraku udzielił Urząd Morski w Słupsku.

W prace zaangażowane było wiele instytucji, służb oraz osób prywatnych.
Szczególne podziękowania składamy dla Urzędu Morskiego w Słupsku, a zwłaszcza Obwodu Ochrony Wybrzeża w Ustroniu Morskim, Portowej Ochotniczej Straży Pożarnej Tryton, Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji w Kołobrzegu, Grupy Eksploracyjno-Poszukiwawczej „Parsęta” oraz Firm Pomoc Drogowa Adam Molis i Hydrobudowa Kołobrzeg (Adam i Dariusz Dzik).

Wrak, którego niewielka tylko część wystawała nad powierzchnię plaży najpierw trzeba było odkopać, wypompować wodę z powstałego zbiornika oraz zabezpieczyć go przed naporem morskich fal, następnie wypłukać tony piachu z wnętrza jednostki i dopiero podnieść.

Do tego ostatniego zadania okazał się niezbędny ciężki sprzęt – koparki Urzędu Morskiego niestety były za słabe. Olbrzymia koparko ładowarka typu Fadroma firmy Hydrobud sprawdziła się doskonale.
Prace musiały zakończyć się w sobotę, gdyż jak mówi Aleksander Ostasz, dyrektor Muzeum Oręża Polskiego, w niedzielę można było spodziewać się sztormu a fale zalałyby wykop i na powrót zakopały wrak.

W sobotę 18 lutego br. po wypompowaniu wody przez strażaków, firma Hydrobud ponad 3 godziny wydobywała wrak. Z jednostki udało się wydostać szereg ciekawych artefaktów m. in. butlę rozruchową do silnika, pompę zęzową, dwie latarnie, narzędzia oraz wiele innych drobnych elementów. Wydobyte eksponaty razem z silnikiem jednostki, wałem oraz śrubą trafią do Skansenu Morskiego w Kołobrzegu.

Wstępne oględziny wraku wskazują, że była to około 16-metrowa dość szybka łódź motorowa. Prawdopodobnie pomocnicza jednostka niemieckiej marynarki wojennej (Kriegsmarine).
Takie oznaczenia znajdują się na butli rozruchowej do silnika, wyprodukowanej 21.10.1942 r.
z oznaczeniem ,,M” czyli produkcja dla Kriegsmarine. Kolejnej atestacji nie było.

Znalezione we wnętrzu jednostki niemieckie łuski mogą świadczyć, że w 1945 roku prowadzono
z niej ostrzał do nacierających jednostek Armii Czerwonej oraz Wojska Polskiego.

Takimi jednostkami ewakuowali się Niemcy w 1945 roku, w momencie gdy lotnisko Bagicz oraz Kołobrzeg jeszcze znajdowały się w ich rękach. Znalezione wewnątrz sowieckie łuski mogą świadczyć, że jednostka po wyrzuceniu na plażę stała się swoistym bunkrem, ukryciem, z którego prowadzili ostrzał Rosjanie do znajdujących się na morzu jednostek niemieckich.

APEL
Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu zaprasza do współpracy. Osoby posiadające informacje o nieodkrytych samolotach, czołgach lub innych obiektach, które powinny znaleźć się w polskich muzeach prosimy o kontakt e-mail: alekost@wp.pl , tel. 601402400