Archiwa tagu: morskie opowieści

Trzymajmy się, bo będzie bujać!

Kochani.
Wszystko wskazuje na to, ze nasze okręty płyną we mgle informacyjnej. Obawy o to że mamy głębokie niedoszacowanie osób chorych na Covid w Polsce są w pełni uzasadnione. Rzetelne raportowanie wszystkich przypadków jest utrudnione i daleki jestem od spiskowych teorii – bardziej chodzi o fatalne przygotowanie systemu do nadciągającego sztormu .

Wszyscy znani mi zdroworozsądkowo myślący lekarze nie maja wątpliwości, że czaka nas BARDZO TRUDNY CZAS.

Za około 7-10dni najprawdopodobniej – wzorem innych krajów zobaczymy gwałtowny przyrost zachorowań i zgonów i tego juz nie będzie się dało ukryć.

Co możemy robić? To co dotąd – siedzieć w domach, wyjście na spacer z rodziną tylko samochodem i daleko od ludzi. Ci co mieszkają w domkach mają łatwiej ale blokersi MUSZA założyć, że Covid czeka na Was na klatkach schodowych a szczególnie w windach. Każde wyjście z bloku przy braku odpowiedniego zabezpieczenia i odruchów nie dotykania niczego dłońmi i palcami – jest realnym zagrożeniem. Po wyjściu z windy od razu odkaźcie dłonie zanim czegokolwiek dotkniecie.

Jeśli musicie wyjść lub nie wytrzymujecie już w domu to ZAPLANUJCIE WYJŚCIE ale ZAPLANUJCIE całą drogę krok po kroku JAK SAPER NA POLU MINOWYM. Stosujcie maseczki i okulary i rękawiczki. Pilnujcie dzieci żeby niczego nie dotykały na klatkach i w windach. Odkażajcie im dłonie po wyjściu z windy.

Na zewnątrz, na wolnym powietrzu – jesteście bezpieczni ale tylko z dala od ludzi. Noście maseczki nawet jeśli jesteście zdrowi / bezobjawowi.

Co jeszcze możecie zrobić? :

Ano nie liczyć na CUD ze może się uda – tylko rzetelnie PRZYGOTOWAĆ WASZE CIAŁA NA UDERZENIE CHOROBY.
rys. Gardys

Organizm wypoczęty, dobrze nawodniony, wyspany, prawidłowo odżywiony, z prawidłowym poziomem witamin i elektrolitów oraz z WYRÓWNANYMI CHOROBAMI towarzyszącymi – zniesie chorobę ZDECYDOWANIE lepiej i pozbiera się nawet z ciężkiego zapalenia płuc.

 

A zatem

PAMIĘTAJ O PRAWIDŁOWYM NAWODNIENIU ORGANIZMU WYPIJAJ OKOŁO 10-12-15 szklanek wody na dobę – unikaj zimnej i gorącej wody, pij przyjemnie ciepłą wodę.

POLICZ DOKŁADNIE JAKIE JEST TWOJE ZAPOTRZEBOWANIE DOBOWE NA WODĘ za pomocą internetowych kalkulatorów.

Zabezpiecz się w leki przeciwgorączkowe i przeciwzapalne ale nie wykupuj całej apteki kup po max 2 opakowania tabletek – apteki będą czynne.

Uzupełniaj witaminy w diecie – jedz umyte i sparzone warzywa (nie gotowane) oraz owoce najlepiej cytrusy i kiwi (uważaj na cukier w owocach).

Uzupełnij witaminę D

Przyjmuj regularnie probiotyki naturalne – kefiry jogurty zsiadłe mleko, kiszonki

Zrezygnuj teraz zupełnie na 3-4 tyg alkoholu (max mała lampka wina do obiadu) żeby nie powodować odwodnienia organizmu. Bezwzględnie unikaj teraz upojenia alkoholowego. Kac to skutek zatrucia alkoholem – to stan odwodnienia, zaburzenia elektrolitowe, ryzyko zawalu i udaru oraz zakrzepicy, obniżenie odporności

Zrezygnuj teraz zupełne papierosów (wirus atakuje PŁUCA) jeśli musisz palić to zredukuj do 2-3 papierosów typu elektronicznego i bez substancji smolistych

Ogranicz teraz płyny zawierające kofeinę kawę i mocną herbatę do 1 dziennie – kofeina ,teina i guaranina to jak ostatnio udowodniono – chemicznie ta sama substancja (kofeina należąca do metyloksantyn która stymuluje wydzielanie wazopresyny a ta powoduje zwiększona utratę wody (odwodnienie ).

Jeśli pijesz dużo mocnej kawy i herbaty to uzupełnij koniecznie potas i magnez

Codziennie wykonuj proste ćwiczenia ogólnokondycyjne przez 5-7-10minut. Najlepiej doradź się trenera z siłowni – chłopaki teraz nie maja z czego żyć, poproś o konsultacje na skype.

W najbliższych 8 tyg tygodniach unikaj przemęczenia fizycznego i psychicznego.

Pracuj w dzień w nocy spij. Spij ok 8 godzin dziennie przy tym bardzo ważne ŻEBY sen obejmował na pewno godziny 23.00 a 3.00. Brak snu w tych godzinach może mieć związek ze zwiększonym ryzykiem nadciśnienia tętniczego i związanego z tym, zawalu i udaru. Udowodniono również zwiększoną częstość zachorowań na raka piersi u kobiet wykonujących pracę zmianową – więc praca nocna najprawdopodobniej ma niekorzystny wpływ odporność.

Przygotuj swoje ciało na uderzenie choroby najlepiej jak możesz

Pamiętaj ze ucisk w klatce piersiowej może mieć związek ze stresem ale także z chorym sercem i pamiętaj z w COVID19 jest późnym a nie pierwszym objawem. Zachowaj spokój. Duszność która ustępuje po zmianie pozycji jest najpewniej związana z dyskopatia kręgosłupa i napięciem mięśni klatki

ZAWCZASU NAUCZ SIĘ SKUTECZNYCH TECHNIK RELAKSACYJNYCH – żebyś umiał/a się samodzielnie uspokoić kiedy zrobi się nerwowo. Jeśli leczysz się na nerwice lub depresje zabezpiecz się w leki i bądź w kontakcie online swoim psychologiem/terapeutą. Skontaktuj się z nim i poproś o spotkania via skype/messenger itd.

Przygotuj w domu prostą DMUCHAWKĘ do ćwiczeń oddechowych w razie zapalenia płuc. Najprostsza dmuchawka to 1l butelka pet po wodzie mineralnej. Butelkę napełnić do 3/4, zakręcić. W nakrętce zrobić dziurkę która w miarę szczelnie obejmie rurkę – w razie zapalenia płuc wykonujcie ćwiczenia oddechowe około 10 wydechów do rurki co godzinę. Dla osoby zdrowej to bardzo męczące a co dopiero dla chorej. Ale im szybciej się nauczycie tym lepiej dla was. Nauczcie tego osoby starsze i wytłumaczcie po co to (ŻEBY ROZPRĘŻAĆ PŁUCA.

Nie dla wszystkich wystarczy miejsca w szpitalach. Szpitale Wojewódzkie maja po 20-30 miejsc OIOMOWYCH podczas gdy może być potrzeba 2000-3000….

To oznacza, że przy czarnym scenariuszu co setna osoba potrzebująca będzie miała dostęp do OIOMU dlatego zróbcie wszystko żeby nie zachorować ciężko i reagujcie na objawy.

Gaście gorączkę dopiero od 38,6- do 38,5 pozwólcie organizmowi powalczyć w tej temperaturze są najbardziej aktywne układy enzymatyczne w leukocytach. (Wyjątki od tej reguły to anergia – „nigdy nie miewam gorączki” , oraz drgawki gorączkowe w wywiadzie)

Pamiętajcie o lekach na wasze choroby przewlekle – nie może Wam ich braknąć w trakcie uderzenia choroby.

Upewnijcie się, że macie namiar na lekarza, który do Waszych rodziców przyjedzie w razie choroby i podłączy im kroplówkę nawadniającą w domu jeśli nie będzie już miejsc w szpitalach.

Kochani wszystko mija, nawet najdłuższa żmija. Zadbajcie o siebie i swoich najbliższych. Nie wpadajcie w panikę. Bądźcie przygotowani.

Wszystko zacznie się za około 7-10 dni i może potrwać 2-3 miesiące zanim nadejdzie spokój.

Musimy się NAUCZYĆ ŻYĆ z Covidem19 za plecami. Nauczyć się nowych nawyków higienicznych. Myć nie tylko ręce ale myć jedzenie i myć nawet zakupy na które ktoś mógł nakaszleć!

A jednocześnie… trzeba nie popaść w bakteriofobię czyli chorobliwy lęk przed drobnoustrojami.

Żeby pokonać wroga trzeba przede wszystkim poznać jego język.

Język naszego wroga jest szczególnie trudny bo MEDYCZNY ale ma plusy – wszystko na tego temat JEST W INTERNECIE a wielu medyków na swoich profilach stara Wam tłumaczyć medycznego na polski…

Powodzenia kochani i trzymajcie się mocno, bo będzie bujało. Mamy jeszcze około 7-10 dni ciszy przed burzą. Przygotujcie Wasze żaglowce i Wasze załogi na ten sztorm. Nie wiemy jak będzie potężny będzie bo płyniemy w informacyjnej mgle – może z wielkiej chmury będzie mały deszcz ale bardziej prawdopodobne, że oberwiemy wszyscy i to mocno.

Dr n. med. Maciej Jędrzejko

Szczecin nabiera wiatru w żagle

Szczecin wkroczył w nowe tysiąclecie odmieniony.

Do tej pory ze wszelkich sił miasto dążyło do odcięcia się od wody i morskości, usiłując dorównać  metropoliom śródlądowym.

Pierwszym „grzechem” na tym polu było poprowadzenie, w ramach powojennej odbudowy, drogi wzdłuż lewego brzegi Odry odcinając ją od miasta.
Zniknęła możliwość odrestaurowania starego Szczecina na wzór innych wielkich miast Europy jak Kopenhagi czy Hamburga.

Tak było kiedyś nad brzegami Odry w Szczecinie

Jest to miasto gospodarczo od zawsze silnie związane z morzem, gospodarką morską, jednak włodarze dokładali wiele starań by o tym zapomnieć. Nie ma tu akwarium(!) nie mówiąc o ZOO, czy Ogrodzie Botanicznym.
Muzeum morskie, mimo, że była grupa fachowców zapalonych do pracy przy jego budowie, zniknęło.

Mariny z prawdziwego zdarzenia nie było, żaglowców i zabytkowych statków, mimo świetnego położenia nadodrzańskich bulwarów, ze świecą można było szukać… Każdy kto był w którymś z nadbałtyckich miast portowych wzdychał z zazdrością…

Kopenhaga Frederiksholms Kanal

To się zmieniło wraz ze zmianą władzy na początku tego wieku. Prezydent Krzystek pochylił się nad sugestiami ludzi od zawsze widzącymi przyszłość miasta w jego morskości i także dostrzegł w tym jego szansę.

Operacja Żagiel Finał Szczecin 2007

Nastały lata coraz to ciekawszych wydarzeń, także na skalę międzynarodową. Szczecin pobił na głowę wszystkich organizatorów Operacji Żagiel, przyjmując i organizując wielki finał Operation Sail w 2007 roku.

Aleja Żeglarzy w Szczecinie

Kolejnym krokami było urządzenie Alei Żeglarzy na bulwarze nadodrzańskim, uczestnictwo w wielu żeglarskich imrezach i rejsach pod flagą miasta Szczecin, zagospodarowanie północno zachodniego wybrzeża Łasztowni  i wybudowanie tam nowoczesnej mariny z budynkami na Wyspie Grodzkiej.

Marina na Wyspie Grodzkiej w Szczecinie, w tle wybrzeże Łasztowni

Do stałych imprez żeglarskich Szczecina weszła wielka gala Międzynarodowych Nagród Żeglarskich Szczecina, której ostatnia edycja odbyła się 30 marca br. w odrestaurowanym zabytku dawnego portu „Rzeźni”, na Łasztowni. Więcej na ten temat tu:

Laureaci Międzynarodowych Nagród Żeglarskich Szczecina

Trzymamy kciuki za to piękne miasto, by także mieszkańcy poczuli magię i siłę morza, jako wielkiej szansy na dynamiczny rozwój Szczecina. To już widać, wieczorami na nadodrzańskich bulwarach życie tętni, rzecz do niedawna całkiem niebywała…

tekst W.S.
foto W.S. i Timm Stütz

 

Polak potrafi… jak się pomyli ;-)

Polak potrafi… jak się pomyli 😉

Było to podczas falklandzkiego  rejsu Sejwalem. Łowiliśmy, a raczej próbowaliśmy łowić błękitka na południe od Wysp Falklandzkich, w okolicach Wyspy Słoniowej. Operowało tam mnóstwo statków różnych bander.

Ryba zwykle w tym czasie przebywała nad oceanicznym grzbietem, rozciągającym się równolegle do wyspy w odległości jakiś 10 mil. Łowisko było wąskie, toteż trawlery ustawiały się w kolejkę i jeden za drugim trałowały wzdłuż wypłycenia, potem zawracały i znowu trał.

Zwykle po kilku godzinach połowu z worka wysypywało się kilkaset kilogramów błękitka… Wszyscy mieli nosy na kwintę, no bo nie  ma ryby, nie ma zarobku, a żona pisała że chce na wczasy, a to auto trzeba by już nowe, no i normalnie na życie kasa musi być…

Wyspa Słoniowa pojawiała się w moim bulaju codzienne w południe przez 2 tygodnie- trał na Sejwalu

 

 

 

 

 

 

Na mostku młody chłopak po zawodowej rybackiej ze Świnoujścia, robił za asystenta i jednocześnie za sternika. Przynosił na dół wieści z mostku, niestety nie te których oczekiwaliśmy. Na razie nie zmieniamy łowiska. Tak więc dzień w dzień, koło południa w moim bulaju przesuwała się Elefant Island.

Nawiasem mówiąc ciekawy kawałek ziemi, będący częścią archipelagu Georgii Południowej, do którego pretensje zgłaszają trzy kraje, Argentyna, Chile i Wielka Brytania. Swoją nazwę wyspa zawdzięcza dużej kolonii słoni morskich, oprócz nich jej faunę stanowią typowe gatunki dla rejony antarktycznego, w końcu leży ona w północnej części Oceanu Południowego.

Któregoś dnia jednak coś się zmieniło, już koło jedenastej zatrzeszczały kable od trału, dzwonki alarmowe wywołały pokładowców do pracy. Co się stało! Czyżby jakieś polecenie z kraju żeby zmienić łowisko? Po chwili As zszedł, a właściwie zbiegł podniecony  na dół.

-Chłopaki, idźcie na górę, zobaczycie ile ryby nałapałem!

-Eeee, jaja sobie robisz!

-Poważnie, zapisy aż czarne! Zresztą posłuchajcie kabli.

Rzeczywiście windy jakby zaczęły inaczej wyć a kable strzelały jak oszalałe. Znak, że pracują pod dużym obciążeniem. Ruszyliśmy na szalupowy, żeby z góry obejrzeć połów.
Deski już wisiały na bramie i skrzydła zaczęły układać się na pokładzie. Walizki i bobiny z głośnym turkotem i łomotem spoczęły na dechach. Za to za rufą pojawiła się ogromna lola! Opasły włok wypchnięty rozprężonym powietrzem pęcherzy pławnych, wyciągniętych z głębiny tysięcy błękitków,  wypłynął na powierzchnię.  Nad nim kotłowały się wrzaskliwe petrele i kołysały wdzięcznie albatrosy, wypatrując na powierzchni jakiś smacznych kąsków.

-Czterdzieści ton jak w mordę strzelił! Ktoś entuzjastycznie określił wielkość połowu. I rzeczywiście, po przerobieniu mniej więcej tak wyszło.

Uśmiechnięci od ucha do ucha rybacy przegarniali rybę

Statek po wybraniu sieci ostro zawrócił na pozycję zapisów a pod pokładem w przetwórni rozszalały się maszyny. Uśmiechnięci od ucha do ucha rybacy przegarniali rybę, układali na baaderach, tuszki i płaty ładowali do tac zamrażalniczych… Praca paliła się nam w rękach.

Później wzięliśmy na spytki Asa, okazało się, że to on rzeczywiście był za sterem. Jak pisałem w poprzednim tekście o Sejwalu,  statek był w opłakanym stanie technicznym.  Między innymi nie działał żyrokompas a więc i autopilot. W związku z tym był to rejs „manualny”, cały czas ktoś musiał ręcznie sterować. AS opowiadał, że po poprzedniej, „ciężkiej” nocy, bo kumpel z kabiny miał urodziny, nie czuł się najlepiej i przysnął przy sterze. Statek wówczas był pod trałem.

Najwyraźniej poczuł rybę dziobem i zjechał jakieś 30 st. z kursu no i wtedy się zaczęło, sonda oszalała a ASa obudził  krzyk tkwiącego nosem w sonarze II oficera, – Trzymaj qrva kurs, tak trzymaj do jasnej cholery!

I wyszło na to, że umiemy łapać ryby ale kiedy się pomylimy…. A As do końca rejsu miał ksywkę Śpiący Królewicz.

W.S.

 

Męskie dowcipy, czyli chrzest równikowy

Męskie dowcipy, czyli chrzest równikowy

Kiedy grupa facetów się nudzi, często przychodzą im do głowy różne tzw. „dowcipy”, czasami niegroźne ale czasami paskudne.

Jednym ze starszych, który funkcjonuje na każdym statku przekraczającym równik, jest zbiór różnego rodzaju psot, dowcipów, kawałów, jakie starzy wyjadacze, mający już chrzest morski za sobą, płatają nowicjuszom.

Oczywiście zaczyna się od nakazania wypatrywania na morzu linii równika.
Kilka dni wcześniej kucharz wykłada na słońce trochę jaj, by się odpowiednio zepsuły. Na pokładzie marynarze stawiają bękę po oleju, do której kuchnia wyrzuca odpady, maszyna zaś smary i wszystko co odpowiednio śmierdzi. Kilka godzin przed chrztem, który zwykle rozpoczyna się przed południem, maszyniści wkładają do niej rurę z parą, tak by woda dobrze się nagrzała a najlepiej zagotowała.

Jak łatwo się domyślić, nowicjusze uważnie obserwują te przygotowania, podglądając je przepełnieni rosnącymi, z dnia na dzień obawami. Koledzy umiejętnie te obawy podgrzewają, rzecz jasna, tak by w dniu uroczystości, neofici byli odpowiednio przygotowani.

W oczekiwaniu na...Diabelska ekipaPoczekalniaSpecyjały medyczneW dybach nad "jajecznicą"niepokorni dwa razy przechodzili "worek"Autor prowadzony do Neptunaautor u cyruklikaJuż po, mywanie zmarów, grafitu i innych zdrowotnych substancjiA na koniec dyplom

Największe przerażenie budzi beczka, jednak kiedy diabły spanikowanego, krzyczącego, wyrywającego się,  neofitę do niej wrzucają , następuje potężne, jakże cudowne rozczarowanie. Otóż w międzyczasie, kiedy kandydaci do obrządku czekali stłoczeni i przestraszeni pod pokładem, diabły wymieniły śmierdzącą, gotująca się ciecz w beczce na czystą, chłodną morska wodę!

Po tym doświadczeniu, reszta dokuczliwości, jak kanapka ze wszystkimi ostrymi dodatkami dostępnymi w kuchni, podawana oczywiście jako kanapka ze smarem, przejście na kolanach kilkumetrowym korytarzem z sieci pod prąd strumieni strażackich hydrantów, czy tkwienie głową w dybach nad miską rozbitych, popsutych jaj było niczym.

Kiedyś zdarzały się groźne ekscesy podczas tego obrzędu, jak tzw karuzela, kiedy to nowicjuszy podnoszono baumem w siatce ładunkowej nad pokład i kręcono. Miałem kolegę, któremu dysk wyskoczył w czasie takiej „zabawy”. Zdarzały się złamania i inne kontuzje, toteż karuzela została zabroniona.

Ale generalnie, każdy kto przeszedł taką równikową inicjację, czuje do końca życia odrobinę dumy 🙂

Rysunki R.Gardysa poświęcone Ludomirowi Mączce i Marii

Rysunki R.Gardysa poświęcone Ludomirowi Mączce i Marii

Radek Gardys jest byłym rybakiem dalekomorskim, w którym morze jak w wielu z nas sasiedziało sie na dobre. Upust swojej tęsknocie za rybackim rzemiosłem daje rysując od lat piękne obrazy. Te poświęcił wybitnemu żeglarzowi, Ludomirowi Mączce, który owo żeglarstwo traktował jako sposób na życie. Większą jego część spędził na morzu właśnie.  Więcej o Nim piszę tu: Ludomir Mączka

Henryk Widera-najlepszy muzyk wśród żeglarzy

Henryk Widera-najlepszy muzyk wśród żeglarzy

Niepoprawny romantyk, muzyk i żeglarz, którego przygoda z żeglarstwem, pełna walki o przetrwanie, walki o godność i możliwość dalszego żeglowania powinna stać się kanwą pasjonującej książki.

Skrzypek z wykształcenia i umiłowania muzyki, żeglarz z umiłowania wolności, przestrzeni i morza… Jego życie pełne jest nieoczekiwanych zwrotów, jego wyprawy wyróżnia w dzisiejszych czasach jedno: nie miał sponsorów, patronów, otoczki medialnej.

Gdy kończyły mu się pieniądze grał, w miastach portowych na placach, ulicach, przy stacjach metra. A że gra pięknie, zwykle zarabiał na kolejny etap rejsu, na remont jachtu, na utrzymanie.

Grał także dla siebie, na jachcie, mawia że pływa żeby grać i gra żeby pływać.

Chętnie opowiada anegdotę o tym jakich nieoczekiwanych miewał słuchaczy.

Kiedyś podczas samotnego rejsu na Śródziemnym, przy spokojnym morzu wyciągnął skrzypce, zapatrzył się w zachodzące słońce i zagrał suitę Bacha. Grał dość długo, gdy obok jachtu wynurzył się francuski okręt podwodny. Marynarze wyszli na pokład i bili mu brawo. Okazało się, że jego grę słyszeli w sonarze.

Kochał morze a ono dawało mu wiele radości ale też i bywało okrutne. Zabrało mu w 1997 r syna, który zginął na Morzu Śródziemnym, na tymże morzu w 2017 stracił ukochany jacht Gawot.

Heniu, jak mówią o nim z wielką sympatią szczecińscy żeglarze, jest wielokrotnym laureatem poważnych, żeglarskich i podróżniczych nagród (dwa wyróżnienia i jedna nagroda KOLOSY), kilka razy REJS ROKU, NAGRODA DZIENNIKARZY oraz ufundowaną przez Gminę Miasto Szczecin nagrodę LUDOMIRA MĄCZKI.

Henryk Widera, nagrodę Ludomira Mączki- jej materialną część- przeznaczył na budowę nowej jednostki GAWOT II. Jest to katamaran przeznaczony do żeglowania po osłoniętych wodach, ma być „platformą integracyjną” dla tych żeglarzy, którym zdrowie i rodzina nie pozwalają już na morskie wyprawy. Katamaran powstał przy współpracy i pomocy szczecińskich żeglarzy. Rzecz jasna sporo jeszcze przy nim pracy, więc kto chętny, może pomóc.

Losy Henryka Widery opisuje między innymi szczecińska dziennikarka Krystyna Pohl w tekście „Sylwetki – Henryk Widera czyli „skrzypek na jachcie”

O ostatnich przygodach Henryka Widery pisze m.in. Gazeta Wyborcza

fot: M.Krzeptowski
Tekst: W.S.

Męskie dowcipy w rybackim wykonaniu – Symfonia Pierwszego

Męskie dowcipy w rybackim wykonaniu – Symfonia Pierwszego

Na Gople mieliśmy I oficera, Roman chyba miał na imię, niewysoki ale za to mocno zbudowany, byczy kark, łysa pochylona głowa, broda prawie zrośnięta z niemałą klatą, małe wyłupiaste oczka i zmysłowe usta niczym u amanta filmowego. Charakter za to trudny miał, funkcjonował na zasadzie bata kapitana. Stary miły, kulturalny, a jak trzeba było kogoś opieprzyć, to miał Pierwszego.

To właśnie ten oficer był głównym bohaterem opowiadania ” Prysznic…”, no i pewnie nie raz tu jeszcze go wspomnę, bo „barwna to była postać”.

Jego przeciwieństwem był Radio, wysoki, szczupły, żeby nie powiedzieć chudy, niezbyt pewny siebie, jakby lekko zlękniony… Nie specjalnie zgrywał się z załogą ale był nieszkodliwy.

Pierwszy miał kabinę na pokładzie szalupowym, niedaleko mostka, toteż jego straszliwe chrapanie słychać było podczas nocnej wachty na mostu okropnie… A było to chrapanie nad chrapaniami, wznosiło się, opadało, przerywało nagle i niespodziewanie by wybuchnąć głośnymi, przerażającymi kaskadami.  Kiedy było chłodniej zamykaliśmy drzwi na mostek i okno z prawej burty, żeby mniej było słychać, ale w tropikach…

Faceci jak się nudzą, to wymyślają dowcipy, najlepiej takie żeby się pośmiać cudzym kosztem.

Na naszą ofiarę wybraliśmy radiego, który jednocześnie pełnił na statku rolę felczera, więc na wszelkich chorobach na pewno się znał. Ciekawi byliśmy czy potrafi coś poradzić na chrapanie.

W Vancouver, w komisie, tutaj zwanym secondhandem, nabyłem drogą kupna za kilka kanadyjskich dolarów całkiem przyzwoity magnetofon reporterski, z porządnym mikrofonem.

Którejś nocy na Pacyfiku, kiedy staliśmy w dryfie, w oczekiwaniu na poranne wybieranie pławnic, nagrałem chrapanie pierwszego.

Po południu, kiedy już siatki wylądowały na pokładzie i mieliśmy chwilę dla siebie, zaprosiliśmy na pokład pelengowy, na mrożoną kawę Radiego. Pogadaliśmy, pogadaliśmy, w końcu któryś zapytał,

-Radio, jest jakieś lekarstwo na chrapanie?- ten się zamyślił i po chwili odparł:

-Niee, chyba nie… a co?

-W zasadzie to nic, nam to na mostku jak zaczyna przeszkadzać to zamykamy drzwi i bulaje, daje się wytrzymać, ale czy to nie jest groźne?

-No nie wiem, ale kto tak strasznie chrapie?

-Jak to kto, ty!

-Co wy pieprzycie, ja nie chrapię!

-Rzeczywiście nie chrapałeś ale coś ostatnio się stało, że jedziesz jak popsuty czołg…

-Jaaa?

-Nie wierzysz to posłuchaj… i puściliśmy mu „symfonię” w wykonaniu pierwszego…

Radio zbladł i mówiąc do siebie,- to nie możliwe, to niemożliwe- poszedł do kabiny… A my postanowiliśmy temat co jakiś czas pociągnąć. Okazuje się, że w każdym siedzi jakiś mały sadysta…

Po paru dniach, widząc jak Radio się męczy, jednak daliśmy mu spokój, któryś ze spiskowców wyjaśnił mu „na boku”, że chłopaki jaja sobie robią.
Trochę się wściekał, trochę obraził ale wieczorek przy butelce czerwonego wina sprawę ułagodził… W sumie potem sam się śmiał na wspomnienie tego „dowcipu”.

Wielka wyprawa krylowa – priorytet rządu i partii

Wielka wyprawa krylowa – priorytet rządu i partii

Początek lat 70. był piękny, po zmianie w władzach jedynie słusznej partii po protestach w grudniu 1970, Gierek otrzymał zielone światło z Moskwy na kontakty z zachodem. Pokazał ludzką twarz socjalizmu, za cenę potężnych kredytów na unowocześnienie gospodarki.

Nie będę tu wdawał się w ocenę tego co się wówczas działo. Dla gospodarki rybackiej jednak nastały złote czasy. Firmy armatorskie zamawiały coraz to większe trawlery, a zawłaszczanie szelfów przez państwa nadmorskie, wymuszały poszukiwania białka spożywczego, coraz dalej od Europy.

Państwo angażowało coraz większe środki w rozwój tak rybołówstwa jak i nauki, w celu wydobycia jak najwięcej, jak najszybciej, niekoniecznie jak najtaniej białka z mórz i oceanów.

W połowie lat 70. narodził się pomysł połowów kryla, którego „nieprzebrane” zasoby żyły sobie spokojnie, do tej pory, w wodach arktycznych.

Wysłano w celach zwiadowczych zespół dwóch statków, jeden łowczy m/t Tazar i drugi naukowy „Profesor Siedlecki”.

Na Tazarze kierownikiem naukowym był dr. Maciej Krzeptowski ze świnoujskiego oddziału Morskiego Instytutu Rybackiego a korespondentem Głosu Szczecińskiego red. Bogdan Czubasiewicz. Na Siedleckim kierownikiem był prof. Rakusa-Suszczewski z Polskiej Akademii Nauk, który jednocześnie był kierownikiem naukowym całej wyprawy a korespondentem znany podróżnik i dziennikarz Ryszard Badowski (kawiarenka pod Globusem Tv Kraków).

O wyprawie powstało sporo książek, opracowań i tekstów, ale pozostało jeszcze kilka anegdotek, których nie udało mi się w nich znaleźć, za to słyszałem je podczas rybackich spotkań z uczestnikami tego rejsu, m.in. Andrzejem Bejmem radiooficerem na Tazarze i Maciejem Krzeptowskim, jak wspomniałem kierownikiem naukowym wyprawy, oraz Jurkiem Porębskim, który był w zespole naukowo badawczym na Siedleckim.

Jedna ze smaczniejszych anegdot dotyczyła organizacji rejsu, która była dość bałaganiarska, np. w czasie przelotu na południe okazało się, że na Tazarze są dwie lewe deski trałowe. Jak wiadomo takim zestawem nie da się łowić, ponieważ są one tak skonstruowane, że lewa rozciąga skrzydło włoka w lewo a prawa w prawo. Czubasiewicz natychmiast napisał o tym zjadliwy tekst do Głosu Szczecińskiego, gazety partyjnej, rzecz jasna.

Tekst mu odrzucono z uwagą, że nie może pisać takich rzeczy, że statek został wyposażony w dwie lewe deski trałowe. Czubasiewicz wysłał skorygowany tekst, w którym napisał, że statek został wyposażony w DWIE PRAWE DESKI TRAŁOWE. Śmiechu było na statku z tego powodu co nie miara…

Kilka mało znanych a śmiesznych historyjek przytacza Maciej Krzeptowski w książce „Pół wieku i trzy oceany”,  jedna z najśmieszniejszych wg mnie to ta o wpadce Czubasiewicza, który koniecznie chciał prześcignąć w relacjach Badowskiego…

Miałem okazję być na powitaniu Tazara w Świnoujściu i spotkaniu załogi z dyrekcją „Odry”. Tutaj wylały się żale na byle jakie przygotowanie niby priorytetowej dla rządu i partii wyprawy antarktycznej.

Wybuch zjadliwej wesołości, wśród której dominował baryton Andrzeja Bejma, spowodowała wiadomość z socjalnego, że uczestnicy wyprawy mają zagwarantowane wczasy z rodzinami w firmowym hotelu „RYBAK”, który znajduje się w Międzyzdrojach!!!

Statek przywiózł wówczas na pokładzie, z mojego punktu widzenia (wówczas pracownika Muzeum Rybołówstwa Morskiego), masę bezcennych skarbów. Kolekcje rzadkich skorupiaków, ryb zimnokrwistych, ptaków antarktycznych ale także grupkę żywych pingwinków. Rybacy zajmowali się nimi troskliwie, toteż, całkiem dobrze przetrwały podróż i zostały przetransportowane jako dar do ZOO w Oliwie, gdzie przeżyły kilka lat.

Bosman i Just morskie psy- dwie różne historie dwóch wielkich przyjaciół marynarzy.

Bosman i Just morskie psy- dwie różne historie dwóch wielkich przyjaciół marynarzy.

Na wielu statkach bywają psy. Często zabierane w podróż jako maskotka załogi. Pacyfikują wybuchowe nastroje, przyczyniając się swoim beztroskim usposobieniem do poprawy samopoczucia ludzi, żyjących w trudnych, bądź co bądź, warunkach.

Zawsze kochane, zwykle otoczone troskliwą opieką.

Bywało, że były zabierane specjalnie, jako odgromnik, jak ten owczarek niemiecki na Kantarze. W połowie lat siedemdziesiątych wyruszył w rejs na wody południowej Afryki jako szczeniak, a wrócił jako całkiem spore psisko, które bez problemu sięgało łapą i pyskiem kranu w kabinowej umywalce, kiedy miał ochotę napić się wody.

Bywało, że załoga zbierająca się do wyjścia w morze zgarniała z ulicy wałęsającego się psiaka, niczym werbownicy brytyjskiej floty wojennej i „porywali” go na morze. W porcie pies rozbawiony wbiegał za marynarzami na trap, a kiedy zadudniły maszyny i spadły cumy, na powrót na brzeg było za późno. Najczęściej zwierzak godził się z losem, czuł się na statku doskonale a kucharza darzył szczególnymi względami cały rejs.

Poznałem jednak psa, który musiał ciężko przeżyć podróż, prawdopodobnie dokuczała mu morska choroba jakoś nadzwyczajnie… A było to tak…

Przylecieliśmy do Montevideo w Urugwaju, jakoś w połowie lat 80, przy kei stało wówczas kilka naszych trawlerów, bo to była końcówka sezonu połowów kalmara w rejonie Wysp Falklandzkich. W Montevideo flota wymieniała załogi, dokonywała napraw i remontów, pobierała zaopatrzenie no i POCZTĘ dla całej flotylli, która pracowała w rejonie.

My przylecieliśmy czarterowym lotem, via Rio de Janeiro jako nowa załoga Narwala. Statek kilka dni miał spędzić w porcie, bo maszynownia kończyła jakieś swoje remonty. Ogólnie jego stan techniczny był dość słaby, piszę o tym w tekście pt.:”śmierdzący rejs”. Jak zwykle tutaj, trawlery cumowały rufą do kei, trap był wystawiany z rufy a przy nim trzymana była wachta.

Wachta była konieczna, ponieważ miejscowi gentlemani prześcigali się w pomysłach by wynieść ze statku jak najwięcej czegokolwiek, co można by w mieście zamienić na dineros.
Mnożyły się włamania tak do kabin jak i magazynków, mieliśmy nawet włamanie polegające na wybiciu bulaja do jednej z kabin z burty sąsiadującego trawlera. Żadne kłódki i zamki nie miały znaczenia. Doszło do tego, że szafki i włazy do magazynków były w porcie zaspawywane.

I tu dochodzimy do clou. Takie wydarzenia nie miały miejsca na trawlerze, na którym wachtę trzymał BOSMAN. Wielkie, brązowe psisko, coś między dogiem a owczarkiem niemieckim. Siedział przy trapie i jeśli tylko jakiś miejscowy do niego się zbliżał, głuchym warkotem uprzedzał, że tu lepiej się nie podchodzić. Bosman objął wachtę i na naszym statku, miałem nadzieję, że już z nami zostanie. Rozpytywałem się o niego na innych trawlerach, ale niewiele ktokolwiek o nim wiedział.

Któregoś dnia dobiło do nas „jeziorko”(burtowiec z serii B-20), właśnie schodzili z łowiska do kraju, był to chyba Jasień. Chłopaki bardzo ucieszyli się widokiem Bosmana. Okazało się, że psisko przypłynęło z nimi z kraju. Niezwykle ciężko przeżył rejs, choroba morska straszliwie dała mu w kość, kiedy tylko statek dobił do kei, wyprysnął na ląd i nie dał się już wprowadzić spowrotem na pokład. Chłopaki z wielkim żalem zostawili go w porcie.

Pies jednak dał sobie radę, w porcie cały czas stały jakieś nasze trawlery (a trzeba tu zaznaczyć, że preferował polskie jednostki). Kiedy tylko rzucano trap, Bosman jako pierwszy ładował się na pokład i obejmował wachtę… do chwili kiedy maszyny znowu zaczynały pracować a statek przygotowywano do wyjścia w morze.

Wówczas Bosman zbiegał na ląd i nie było siły, by go wciągnąć czy zwabić choćby najlepszymi smakołykami na pokład.

Co było robić, pies stał się portowym ambasadorem naszego rybołówstwa w Montevideo, przy czym, cieszył się szacunkiem polskich załóg i ostrożnym respektem Urugwajczyków.

Miłe to było uczucie, kiedy wracając z miasta na statek, widziało się przy trapie piękną sylwetką psa, który na nasz widok wstawał i rozpoczynał swój powitalny taniec.

Najciekawsze było to, że doskonale wyczuwał kogo może wpuścić a kogo nie… Na przykład dziewczyny, tutejsze „biznesmenki” koleżanki słynnej Szramki, czy miejscowi stoczniowcy byli tolerowani, natomiast portowe łobuziaki musiały szerokim łukiem omijać pilnowaną jednostkę.

Czas w porcie mijał szybko i nieuchronnie nadchodził moment, kiedy Bosman ogromnymi susami pędził w dół by siąść przy trapie, tym razem na lądzie. Z żalem żegnaliśmy wspaniałego wachtowego, który pozostawał na kei śląc nam swoje uważne spojrzenie… Do zobaczenia za pół roku…

Jak potoczyło się jego dalsze życie? Nie wiem, może ktoś z kolegów rybaków dopisze kilka słów na jego temat?

Just Nuisance bohater Royal Navy

Wspomnę tu jeszcze innego, jednego z najsłynniejszych morskich psów.

Rzecz dzieje się w Kapsztadzie, w wówczas brytyjskiej Południowej Afryce, w czasie II Wojny Światowej. Blisko 2. metrowej długości dog niemiecki o imieniu Just Nuisance, wskutek różnych zbiegów okoliczności, a zwłaszcza zamiłowania do podróżowania koleją na gapę, doczekał się pełnego zamustrowania w Royal Navy.

Zaokrętowano go jako marynarza, z żołdem, „mundurem”(czapką i obrożą), własną koją, wyżywieniem a nawet bezpłatnymi przejazdami koleją.

Na jego temat krążą różne opowieści, Maciej Krzeptowski przytacza historię o tym, jak sprowadzał marynarzy z pubów na okręty, ja zaś doczytałem, że sam chętnie do pubów zaglądał i pozostawał tam aż do ich zamknięcia.

Ponoć był to niezły zawadiaka, jak na marynarza Royal Navy przystało, niejedno miał na sumieniu (choćby wylegiwanie się w oficerskich kojach mimo iż sam miał stopień marynarza(!), stawianie oporu podczas wyrzucania go z pubów po godzinach zamknięcia, jazdę koleją na gapę [bo nienawidził nosić obroży z numerem służbowym, będącej jednocześnie upoważnieniem do przejazdów na koszt królestwa] i to na trzech siedzeniach jednocześnie!).

Jednak kochał swoich marynarzy i wiele zrobił dla podtrzymania morale floty walczącej z hitlerowską kriegsmarine.

Był także kochany tak przez marynarzy jak oficerów do tego stopnia, że kiedy zmarł, wiadomość o tym fakcie została przetelegrafowana na każdy brytyjski okręt.

Just Nuisance, po śmierci otrzymał marynarski pochówek z honorami, prostą, granitową płytę nagrobną, napisano o nim 2 książki a w latach osiemdziesiątych postawiono pomnik w Kapsztadzie na placu z widokiem na port.

(na podstawie https://www.capetownmagazine.com/just-nuisance Autor: Krysia Gaweda)

09.05.2018 Właśnie otrzymałem pozwolenie na publikację zdjęć będących własnością Simon’s Town Museum

„Thank you for your request for permission to publish images of Just Nuisance, from the collection of the Simon’s Town Museum.

We would be willing to let you use these images, on condition that it is a once-off use only.

The images may not be published or shared by anyone else.”

W.S.

Prysznic – A woda się leejeee!

Woda

Burtowce były budowane na Morze Północne, toteż posiadały dość skromną autonomiczność, obliczaną na 45 dni. Jednym z ważniejszych ograniczeń czasu przebywaniu w morzu była niewielka pojemność zbiorników na wodę słodką.

Gopło przed wyjściem na serię rejsów zwiadowczych, zostało dostosowane do samodzielnego pływania  (bez wsparcia floty łącznikowców i baz) na sporych obszarach Atlantyku i Pacyfiku. Inżynierowie wyposażyli go zatem w nowoczesne na owe czasy rozwiązanie do uzdatniania wody morskiej. Była to membranowa odsalarka, działająca na zasadzie odwróconej osmozy. Nie będę się tu rozpisywał o tym cudzie techniki, kto chce może poczytać o nim klikając na ten link.

Woda słodka uzyskiwana w ten sposób, pozbawiona była minerałów toteż nie nadawała się do spożycia, za to doskonale sprawdzała się pod prysznicem. Niestety wydajność naszej odsalarki nie była zbyt wielka, raptem kilkaset litrów na dobę, toteż woda słodka była na naszym Gopełku mimo wszystko racjonowana.

Bosman, niewysoki za to krępy i wiecznie roześmiany Zbynio, codziennie rano sondował zbiorniki z wodą słodką podając na mostek ich stany. Tam już Pierwszy do swoich tabelek wpisywał otrzymane wielkości. Widać było, jak bardzo przeżywał każdy centymetr mniej na bosmańskiej miarce. Woda to był jego ukochany konik.

Chwytał się różnych sposobów aby te wodę zaoszczędzić, po pierwsze zakazał codziennej kąpieli, kto chciał to mógł się pryskać w swojej umywalce, prysznic tylko raz w tygodniu.
Kazał przykręcać maszynie zawory słodkiej wody, by z kraników umywalkowych ciekła tylko, tylko…
Kiedy w tropikach, a statek łowił głównie w tropikach, chłopaki na przelocie robili na pokładzie basen z morską wodą, natychmiast ogłaszał ćwiczenia. A to alarm pożarowy a to szalupowy, a to plastrowanie kadłuba itd. Byliśmy chyba najlepiej wyćwiczoną załogą w całej naszej flocie! Nawet alarm skażenia radioaktywnego nam zrobił! 🙂
Oczywiście nie żałował nam kąpania się w słonej wodzie, ale przecież tę sól trzeba było spłukiwać słodką!

fot:WS

Prysznic

Pierwszy, mężczyzna w sile wieku z pokaźnym brzuszkiem, byczym karczychem, pretensjami do postawy tzw. twardziela, chyba nie zdawał sobie sprawy, że jest obiektem bezlitosnych żartów wśród załogi, nie zdawał do pewnego czasu…

Prysznic na B-20 jest umieszczony na tym samym pokładzie co mostek, obok kabiny Pierwszego, toteż za każdym razem, kiedy pod prysznicem lała się woda, słyszał to doskonale i już po minucie bębnił w metalowe drzwi kabiny.

-Zakręć tę wodę! Co za panienka do cholery tak się tam szoruje! Zamiast zamoczyć, zakręcić, namydlić i dopiero spłukać! Podstawowych rzeczy o życiu na statku muszę uczyć!

Zwykle bębnienie i wrzaski pierwszego przynosiły natychmiastowy skutek i woda przestawała się lać.

Jednak pewnego razu stało się inaczej. Akurat miałem wachtę na mostku, statek szedł spokojnie na kolejny waypoint pomiaru termokliny *. Ocean przysnął w przedwieczornych złotych promieniach zachodzącego słońca, statek szedł cicho, prawie bez kołysania… Jednym słowem sielanka.
Nagle ktoś trzasnął drzwiami prysznica i… polała się woda, lała się i lała… Pierwszy spał po wachcie, jednak instynkt najwyraźniej go ostrzegł, że coś strasznego się dzieje z jego SŁODKĄ WODĄ!. Jakiś barbarzyńca moczy dupę stanowczo za długo…!

No i zaczęło się! Walenie w drzwi, rozjuszony ryk, a woda się leje, znowu walenie, znowu ryk, a woda się leje… Wyjrzałem na korytarz, Pierwszy czerwony, mało nie eksploduje, pod drzwiami kabiny jakieś kapcie, a w prysznicu woda się leejeee… kiedy już minął dobry kwadrans, a z Pierwszego zeszła trochę para, przechodzący „właśnie” radzik spytał go do niechcenia

-Panie Pierwszy, a próbował pan otworzyć? Może tam nikogo nie ma?

-Jak to nie ma, jak to nie ma!? Kapcie stoją! Woooda się lejeee!- ale tknięty strasznym podejrzeniem podsuniętym przez radzika złapał za klamkę, szarpnął i… drzwi stanęły otworem.

W środku kabina była pusta, za to z kranu do czerpania wody sanitarnej waliła na gretingi słona woda!

Pierwszego mało apopleksja nie powaliła, zapowietrzył się, małe oczka i tak zwykle wytrzeszczone omal nie wypadły z oczodołów!

-Ja im qrwa pokaaażęęę! Zabawiać się moim kosztem! Co za sq..syn to zrobił! Ma przesrane do końca rejsu! Itd. idt… Aż Stary wystawił głowę z kabiny i zawołał go do siebie, nie wiadomo o czym tam rozprawiali, ale powietrze z Pierwszego najwyraźniej zeszło i udał się na spoczynek… Za to cała załoga miała ubaw po pachy jeszcze przez dwa rejsy. Co kto wspomniał o prysznicu to wszyscy wokół pękali ze śmiechu…

*waypoint – punkt orientacyjny na mapie nawigacyjnej wyznaczony  do osiągnięcia przez statek, często oznacza miejsce zmiany kursu, w tym przypadku miejsce postoju
Termoklina- warstwa graniczna styku wody ciepłej powierzchniowej i wody zimnej głębinowej, zwykle znajduje się na głębokości 500 a 1000 m. Jest to granica przebywania stad zwierząt pelagicznych. Im wyżej w danym miejscu występowała termoklina tym większe szanse były na złowienie kalmarów.