Archiwum kategorii: książki

Kapitan ma zawsze rację

Kapitan ma zawsze rację.

Poniżej przytaczam fragment najnowszej książki Macieja Krzeptowskiego „Trzymam się morza”. Znakomita pozycja, która powinna znaleźć się w każdej marynistycznej bibliotece. Nabyć ją można w e-sklepie pod adresem https://mk-book.tvts.pl.

Fragment jest znakomitą próbką tego co nas czeka podczas jej lektury. Autor przywołuje znane w świecie żeglarskim postacie, pokazując jednak zupełnie nie znane fragmenty ich losów… Książka takich smaczków zawiera całe mnóstwo.

„Plany rejsu, w większości przypadków, przygotowywane są na lądzie, natomiast do ich realizacji dochodzi później, w morzu. Ale nawet najbardziej doświadczeni organizatorzy nie są w stanie przewidzieć wszystkiego co przyniesie długa wyprawa. Po kilku miesiącach wspólnego przebywania na ograniczonej przestrzeni niezauważalnie stajemy się innymi ludźmi, a nasz wcześniejszy sposób patrzenia na siebie i wzajemne powiązania poddawane są probie czasu. Bo morze i czas zmieniają wszystko i wszystkich. Dariusz Bogucki w książce Zanim powrócimy pisze, że załoga podczas długiej wyprawy może stać się żywiołem, z którym kapitan musi sobie radzić tak jak z żywiołem morza. Na szczęście żaden żywioł nie jest w stanie zmienić relacji pomiędzy kapitanem i załogą, co wyraźnie określa regulamin służby jachtowej:

Pkt. 1. Kapitan ma zawsze rację.

Pkt. 2. W przypadku gdy kapitan nie ma racji,

zastosowanie znajduje pkt. 1.

Kim więc jest kapitan? Nie jest bogiem, przecież to taki sam człowiek jak każdy i może się mylić. Jak każdy, może potrzebować pomocy w trudnych chwilach, wsparcia, wzajemnego zaufania i bardzo ważnych słów: „kapitanie damy radę”. Ale równocześnie, to tylko kapitan ma klucz do sejfu, w którym jest przechowywana odpowiedzialność za rejs. I właśnie ten klucz jest jak tafla szkła, która oddziela go od załogi.

Zwykle, gdy szyba jest krystalicznie czysta, pozostaje niezauważana, za to gdy przestaniemy ją pielęgnować i pozwolimy, by pokryła się kurzem morskim, szybko staje się bardzo wyraźna. Bywa że pojawiają się na niej rysy a nawet pęknięcia, i wtedy pozostaje tylko wymiana, bo pękniętej szyby nie da się już skleić w taki sposób, by nadal zachowała pełną wytrzymałość! W długim rejsie jeden toksyczny członek załogi jest gorszy od łyżki dziegciu w beczce miodu.

Gdy kapitan jest także armatorem i uzna, że będzie w stanie bezpiecznie dokończyć rejs z uszczuploną załogą, sprawa jest prosta, następuje podziękowanie za współprace i zmustrowanie. Tak w 2000 roku zrobiliśmy na „Marii” w Montevideo, tak zrobił Janusz Kurbiel płynąc w 2007 roku na „Vagabond’elle” do Grenlandii. Władysław Wagner, rozpoczynając prace remontowe przy „Zjawie II”, nad Jeziorem Gatun, nie miał dość instynktu samozachowawczego i przyjął do załogi człowieka znikąd, ale rodaka.

Anna Rybczyńska w książce Prawda o Władysławie Wagnerze pisze: „Któregoś dnia zgłosił się do niego polski emigrant, Józef Pawlica, mający w drodze z Italii do Kostaryki pewne kłopoty wizowe. W Panamie musiał złożyć depozyt pieniężny, do czasu uzyskania brakujących dokumentów. Prosił Wagnera, by zamustrował go na swój przyszły jacht, gdyż w ten sposób mógłby wycofać swój depozyt(…) Wagner nie podejrzewając niczego, zgodził się, chociaż napytał sobie nie lada biedy na przyszłość”.

Zachowanie Pawlicy na pokładzie podczas rejsu przez Pacyfik było jednym pasmem nieporozumień. Gdy „Zjawa II” wreszcie dopłynęła do Fidżi, Wagner z ogromną ulgą pożegnał załoganta, niestety rozstanie kosztowało go 100 funtów.

Podobnie, kapitan Henryk Wolski żeglując w 2008 roku po wodach Ziemi Ognistej na małej łodzi „Fuegia”, też uznał, że z „tym człowiekiem” jakoś się sprawy poukładają i – do dzisiaj o tym pamięta… To szczególny typ ludzi, mających ze sobą problemy, które towarzyszą im wszędzie, również w morzu, i nawet gdy żeglują samotnie, nie potrafią się od nich uwolnić. Bywa, że w pewnym momencie nabierają ambitnego przekonania, iż to oni z racji posiadanych kwalifikacji powinni być kapitanami.

Tymczasem sprawa od początku jest bajecznie prosta, bo przecież mogli sami taki rejs zorganizować! Czasami ludzie ci potrafią być nawet groźni, Pawlica podczas sporu z Wagnerem jako argumentu używał noża, ja sam usłyszałem kiedyś słowo „kosa” podczas trudnej rozmowy na jachcie.

Mając takiego załoganta zdecydowanie doradzam jak najszybsze rozstanie, pilnując do ostatniego momentu, czy schodząc z pokładu nie zabiera on ze sobą „pamiątek”, albo wręcz przeciwnie, nie pozostawia po sobie śladów trudnych później do usunięcia. Bill Tilman, ktory płynął na „Mischiefie” z bardzo podejrzaną, pozbieraną w Montevideo załogą, został później obrabowany przez jednego z jej członków. Uśmiejecie się, ale człowiek, którego z „Marii” zmustrowaliśmy w Montevideo, na odchodne usiłował pozbawić Ludka jego ulubionej wyciskarki do czosnku. To miała być prawdziwa zemsta bogów!”

Trzymam się morza-Maciej Krzeptowski 2020

Trzymam się morza

Kolejna książka Macieja Krzeptowskiego „Trzymam się morza”

„Trzymam się morza” M. Krzeptowskiego, już jest na maszynach drukarskich. To dla każdego kto czuje morze pozycja obowiązkowa.

Pokusiłem się o zacytowanie wstępu do niej, pióra autora. Wielu z nas przyzna mu rację już po przeczytaniu pierwszych zdań. Dalej robi się już tylko ciekawiej. Książka jeszcze przed „zwodowaniem”: będzie dostępna tu: https://mk-book.tvts.pl

„Żeglując, nawet najdalej, dopływamy prędzej czy później do miejsca, w którym pragnie się wreszcie obłożyć cumy „na mocno”. I właśnie w tym momencie niektórych z nas nachodzi pokusa, by zacząć spisywać tak zwane wspomnienia starego żeglarza.

Oczywiście, zaraz pojawia się pytanie, niby komu i czemu to pisanie mogłoby służyć? Pytanie istotne, bo dziś liczba autorów już prawie dogania liczbę czytelników, i na dodatek zauważalna staje się konkurencja ze strony mniej lub bardziej utalentowanych botów. Najlepiej więc, korzystając z dziewiczości czasu bez żadnych ograniczeń, pisać dla siebie, i robiąc klar w dobrach zgromadzonych przez lata, wracać do ludzi, miejsc, przeżyć trudnych i wspaniałych.

Mówi się, że stracony nóż ma złotą rękojeść, a przecież wszyscy to wiemy noże, którymi się kiedyś posługiwaliśmy, miały rękojeści wręcz platynowe! Zachowana przez nas pamięć zdarzeń, zabytki, archiwalia, zapiski i nagrania są prawdziwymi historycznymi skarbami, którymi mamy obowiązek dzielić się z innymi. Wydobycie ich na światło dzienne to okazja do refleksji i porównania przeszłości z tym, co oferuje nam współczesny, wspaniały żeglarski świat.”

Matka Odra


„Matka Odra”, książka naukowca ze świnoujskiego oddziału Morskiego Instytutu Rybackiego, to stricte dokumentacyjna publikacja o historii jednego z trzech wielkich armatorskich firm rybackich, które działały do końca ubiegłego wieku.



Co prawda w ostatnim dziesięcioleciu było to działanie wyraźnie zmierzające ku dramatycznemu upadkowi.

Port PPDiUR ODRA za dawnych dobrych czasów, przy kei dwa trawlery b-18

Konstatnty Chłapowski przedstawia historię Odry, nazywanej pieszczotliwie przez świnoujścianin „matką” od początku do końca.
W książce jest spora porcja wspomnień odrowców, zdjęcia i rysunki wszystkich jednostek jakie w Odrze łowiły, plany nabrzeży i terenów zabudowanych przedsiębiorstwa, także już po przekształceniach w spółki.
Jak na naukowca przystało, Chłapowski przygotował bardzo porządną historyczno wspomnieniową publikację o jednym z najważniejszych dla regionu przedsiębiorstw. Wspomnieniowa publikacja powinna zawitać na biblioteczkową półkę każdego marynisty.

 

KAROL OLGIERD BORCHARDT – 113. rocznica urodzin

KAROL OLGIERD BORCHARDT – 113. rocznica urodzin

25 marca 1905 roku w Moskwie, na świat przyszła jedna z ikon polskiej przedwojennej floty pasażerskiej. Człowiek nie tak znany jak wielcy kapitanowie ale to dzięki niemu, kolejne pokolenia mogły tych kapitanów poznać.

Karol Olgierd Borchardt – kapitan żeglugi wielkiej, nawigator i pisarz marynista. Świadek i uczestnik wielu fascynujących historii.

Spod jego pióra wyszły niesamowite książki, zabawne ale i pełne romantycznych historii, związanych z kolejnymi rejsami naszych transatlantyków, ich kapitanami i tworzeniem polskiej floty po latach zaborów. „Znaczy kapitan”, „Krążownik spod Somosierry”, „Szaman morski” – każdy, kto interesuje się morzem zna te pozycje. U wielu czytelników zasiały to specyficzne ziarno, dzięki któremu poszukiwali kontaktu z morzem.

Borchardt przeszedł całą marynarską drogę – od Szkoły Morskiej w Tczewie, przez pokłady wielu polskich statków, do Państwowej Szkoły Morskiej i Szkoły Rybołówstwa Dalekomorskiego w Gdyni.

Pływał na „Lwowie” i „Rewie” Polbrytu. W GAL-u poznał „klejnoty księżniczki Dagmary” i pierwszy nowy polski transatlantyk M/S „Piłsudski”. Początek II wojny zastał go na „Darze Pomorza”, który ze szkolnego rejsu bałtyckiego został skierowany do Szwecji. Udał się do Wielkiej Brytanii, gdzie ponownie wszedł na „Piłsudskiego”. Był na nim, kiedy u wybrzeży brytyjskich (prawdopodobnie) wszedł na minę i kiedy zginął kpt. Mamert Stankiewicz. Brał udział w kampanii norweskiej, w czasie bombardowania „Chrobrego” starał się ratować załogę i zaokrętowanych żołnierzy. Został za to uhonorowany Krzyżem Zasługi. Oba te zdarzenia przypłacił jednak zdrowiem.

Po powrocie do kraju miał problemy ze znalezieniem pracy. Dzięki umiejętności przekazywania wiedzy, mógł pracować w szkołach morskich, jednak nowa władza nie pozwoliła mu już wrócić na morze. Mieszkając w ukochanej Gdyni cały czas był blisko niego, tęsknotę za mostkiem i dalekimi podróżami koił pisarstwem.

Karol Olgierd Borchardt zmarł w 1986 roku, został pochowany na Cmentarzu Witomińskim w Gdyni.

Rekonstrukcję pokoju kapitana – pisarza, można obejrzeć w helskim Muzeum Obrony Wybrzeża.

 Ze strony tatakaia.team

Pół wieku i trzy oceany-Macieja Krzeptowskiego

Pół wieku i trzy oceany-Macieja Krzeptowskiego

To jedna z najważniejszych książek traktujących o historii polskiego rybołówstwa dalekomorskiego.

Jest ważna, ponieważ rzetelnie ale i barwnie przedstawia koleje losów tej kiedyś jednej z ważniejszych,  dzisiaj prawie zapomnianej gałęzi narodowej gospodarki Polski. Tysiące ludzi, setki statków rybackich, trzy potężne przedsiębiorstwa z własnymi portami i morską infrastrukturą odeszły w społeczną niepamięć.

Maciej Krzeptowski należy do grupy ludzi którzy osobiście zetknęli się z rybackim morzem, a to jak już gdzieś wcześniej wspomniałem, pozostawia w człowieku trwały ślad. Rybakiem dalekomorskim po prostu się jest. Bardzo wyraźnie czuć to w zebranych w książce wypowiedziach ludzi, którzy to rybołówstwo tworzyli.

Książkę „Pół wieku i trzy oceany” czyta się doskonale, mnóstwo w niej ciekawych epizodów, opowiedzianych z humorem i swadą. To obowiązkowa lektura każdego, kto MORZE kocha, lubi czy choćby szanuje.

Biografia Macieja Krzeptowskiego jest tu: https://pl.wikipedia.org/wiki/Maciej_Krzeptowski

Książkę o której mowa można pobrać tu: w Cyfrowej Bibliotece MIR, wydawcy tej pozycji,

lub w Pomorskiej Bibliotece Cyfrowej

Zasolony Król

Kolejną rybacką książką, którą Maciej Krzeptowski napisał, tym razem z żoną Janiną, jest bardzo ciekawa pozycja traktująca o … śledziu, niekoronowanym królu północnej i północno-zachodniej Europy.  Ta śledziowe monografia napisana jest świetnie, autorzy sięgnęli głęboko do historycznych źródeł takich śledziowych mocarstw jak Niemcy, Holandia, Dania czy Norwegia. Zabierają nas oni w fascynującą geograficzno historyczno ekonomiczną podróż przez północno-zachodnią Europę.

Na zakończenie przytaczają wyszperane w świecie przepisy na śledzia o jakich przeciętni śledziojady nawet nie słyszeli!

Mowa o „Zasolonym Królu” śledziowej monografii autorstwa Macieja i Janiny Krzeptowskich wydanej nakładem Morskiego Instytutu Rybackiego w Gdyni.

Jasiu Waligóra

Pamięci Karola Olgierda Borhardta

Jasiu Waligóra

…dwaj niebiescy wpadli do baru i nuż pałować kolegów Waligóry. Ten stanął w ich obronie i wyrzucił obu panów przez okno na ulice razem z futryną…

Chyba każdy kto interesuje się życiem na morzu miał w ręku choćby jedną książkę Karola Borhardta, ja miałem wszystkie, miałem to mało powiedziane, były one przeze mnie wielokrotnie przeczytane, przeżyte, prześmiane w głos. To on właśnie zaciągnął mnie w morze… To był cudowny człowiek o znakomitym zmyśle obserwacji, wspaniałym poczuciu humoru i niesamowitym talencie gawędziarskim. Jak się okazuje, był także doskonałym nauczycielem, za którym przepadali chyba wszyscy jego uczniowie.

W czasie mojej rybackiej kariery miałem szczęście uczestniczyć w zwiadzie kalmarowym na “Gople”. Podczas długich przelotów lubiłem przesiadywać na mostu. Różne wówczas rzeczy się wspominało, opowiadało… Podczas jednego z takich wspominkowych wieczorów, rozmowa zeszła na książki. Oczywiście nie obyło się bez przywołania “Znaczy Kapitana”. Ku mojemu zaskoczeniu, nasz kapitan, Andrzej Kłokocki stwierdził z całym spokojem, z tym swoim pół uśmieszkiem, że był jego uczniem. To ci była dla nas gratka!

Podczas przelotów, przy dobrej pogodzie, mimo pozorowanej niechęci do opowiadania, udawało nam się „naciągnąć” go na jakąś opowieść z okresu gdyńskiej PSM-ki. Oczywiście nie zabrakło tu opowieści o głośnym już wydarzeniu, kiedy to kpt. Karol Borchardt z całą powagą założył się z klasą, że jeśli jeden z uczniów, nie mający podstawowych zdolności (zwykły tuman!) do nawigacji, zda ten przedmiot, kapitan wykładowca wejdzie do klasy na rękach i zaklaszcze stopami. Jako rzekłem historia jest znana, więc nie będę tu powtarzał jej opisu.

Powiem tylko, że tarzaliśmy się po mostku ze śmiechu kiedy Kłokocki malowniczo opowiadał, jak to Borchardt klaskał tymi swoimi kajakami stojąc na rękach.

Inna opowieść dotyczyła zgoła nieznanego wydarzenia, przynajmniej ja się nań nie natknąłem. W klasie kapitana był uczeń niepospolitych rozmiarów i siły waligóry, przy czym chłopak był potulny, spokojny, zupełnie niekonfliktowy. Pochodził gdzieś ze wschodu, toteż mówił śpiewnie zaciągając, a na imię miał Jasiu. Wszyscy go bardzo lubili, a on się odwdzięczał pełnym oddaniem, nie raz nadstawiając karku za „swoich” chłopaków podczas ulicznych bijatyk.

Były to czasy licznych wojen ulicznych szkoły morskiej z autochtonami. Trudno się dziwić, miejscowe dziewczyny aż piszczały do marynarskich mundurów i tego co w tych mundurach tkwiło, miejskie kiziory nie bardzo miały czym im w kontrze zaimponować. Toteż nienawidzili marynarzyków serdecznie i często owe uczucie znajdowało ujście w ulicznych walkach.

Któregoś razu, czterech klasowych zadziorów poszło do miasta na piwo. Wzięli ze sobą Jasia. Jako że młode to było, a zapalczywe, głowy piwa niezwyczajne za bardzo, toteż szybko doszło do awantury z miejscowymi. Od słowa do słowa, od trącenia do popchnięcia, rozgorzała regularna bitwa.

Obsługa wezwała patrol Milicji Obywatelskiej, dwaj niebiescy wpadli do baru i nuż pałować kolegów waligóry. Ten gdy zobaczył taką niesprawiedliwość i krzywdę kolegom wyrządzaną, (przecież nasi nic nie winni, to tamci zaczęli!) stanął w ich obronie i wyrzucił obu panów przez okno na ulicę razem z futryną. Jednak po niedługim czasie przyjechały nyskami znaczne siły milicyjne, chłopaki musieli ulec przewadze przeciwnika i dali się zapakować do suki, która zawiozła ich na dołek. Dopiero wtedy rozpętała się prawdziwa awantura!

Oczywiście interwencja w szkole, włączyły się władze partii i miasta, żądając relegowania z uczelni rozrabiaczy, przecież podnieśli rękę na milicjantów na służbie, na władzę ludową!!!

Ze strony szkoły, jako wychowawca obwiesi, w negocjacjach brał udział Borchardt. Trwały one długo. Uczniowie w grobowej ciszy codziennie wpatrywali się w twarz wchodzącego do sali wykładowej Borchardta. Wszyscy przeżywali całą sytuację bardzo. Już po jego sposobie wkraczania na salę wykładową klasa wyciągała wnioski jak się rzeczy mają. Wchodził ciężko szurając buciskami, z opuszczoną głowa i głębokim westchnieniem… A doniesienia zrazu wręcz tragiczne były. Kapitan Wychowawca relacjonował je swoim tubalnym, teraz bardzo smutnym głosem klasie.

– Powiesić chłopaków mi chcą!- grzmiał zdenerwowany.

-Sąd, relegowanie ze szkoły, surowe wyroki dla wszystkich! Potem coraz bardziej budzące nadzieję:

-Sąd, wyroki w zawieszeniu relegowanie ze szkoły…

W końcu Wychowawca któregoś razu wkroczył na salę żwawiej i z głębokim westchnieniem oświadczył:

-To już koniec negocjacji, więcej się nie da zrobić! Czwórka nie bijąca się z milicją, zawieszenie bez sądu, Waligóra musi być relegowany ze szkoły. Po czym po chwili milczenia dodał swoim tubalnym głosem

– A szkoda, jakaż barwna by to była postać!

W.S.

 

sts „Kapitan Borchardt” w Szczecinie

W ubiegłym tygodniu Szczecina zawitał żaglowiec noszący imię „Kapitan Borchardt”.

Mimo kiepskiej pogody i sporej odległości udało mi się zrobić mu zdjęcie.

Jest to najstarsza jednostka żaglowa w naszej flocie, zbudowana w 1918 roku. Jest własnością prywatnego armatora, służy do rejsów szkoleniowych i turystycznych.

Więcej o nim jest tu: https://pl.wikipedia.org/wiki/STS_Kapitan_Borchardt

Strona domowa statku: http://www.kapitanborchardt.pl/ 

Niezwykłe PRECJOZA BORCHADTOWSKIE

PRECJOZA termin zapożyczony z listu Borchardta jaki kiedyś wysłał swojemu dawnemu uczniowi dzisiaj kapitanowi ż.w.Ireneuszowi Bulskiemu.

Pan Ireneusz ofiarował skany tych listów skany portalowi. Dzięki temu wszyscy możemy cieszyć się unikalną, wzruszającą, jeśli wziąć pod uwagę okoliczności, ich treścią. Panie kapitanie, dziękujemy!

Z korespondencji jaką między nami prowadziliśmy wyłowiłem piękne PRECJOZA

A oto one: „Mam jeszcze trochę nie ostre zdjęcie Kapitana, skądś skopiowane, gdy wchodzi do klasy z uśmiechem na ustach. takim Go pamiętamy. Załączam te listy i tą niewyraźną fotkę (…) jest ona tak bardzo charakterystyczna dla Niego (…) gdy z wielkim rozpędem wpadał do klasy aby „czołgistom” jak mawiał, nalać do głowy nieco oleju z tej astronawigacji.”

Kpt. Borchardt wkraczający do klasy fot: internet

A teraz LISTY

 

Karol Borchardt – Znaczy Kapitan

 

www.dziennikbaltycki.plwww.dziennikbaltycki.pl

„Znaczy Kapitan” Karola Borchardta zdecydowanie odpowiada za moją drogę życiową.

Pewnie nie ja jeden „padłem ofiarą” romantyzmu Borchardta i jego zaprawionych soczyście dowcipem morskich opowieści.

Ten wspinający się po linie na wysoką rufę żaglowca marynarz, przywoływany na pierwszych stronach książki, niejednemu z nas utkwił w w duszy, powodując przemożne pragnienie podobnych przeżyć.

Los i potężna siła „sprzyjających okoliczności” które zwykle towarzyszą wielkiemu pragnieniu realizowania marzeń zrządził, że tak się stało… (Patrz Droga)

Podczas moich oceanicznych peregrynacji, miałem przyjemność pływać na Gople z kapitanem Andrzejem Kłokodzkim, który był uczniem Borchardta. Podczas długich przelotów w poszukiwaniu kalmara na Pacyfiku, opowiadał nam o życiu w gdyńskiej Szkole Morskiej bardzo ciekawie. Nie wszystkie opowieści nadają się do powtórzenia publicznie 😉 ale jedna z nich na pewno. Ale o tym później…

Tymczasem jednak przytoczę kilka cytatów ze „Znaczy Kapitana”, dla tych, którzy jeszcze nie trafili na tę wspaniałą książkę.

  • „Wkrótce potem, gdy w pierwszej mojej podróży na „Lwowie” staliśmy w jednym z portów zagranicznych, przyjechała z wizytą miejscowa Polonia z ambasadorem polskim na czele. Goście w towarzystwie kapitana zwiedzali statek od dziobu do rufy. Gdy znaleźli się w międzypokładzie, kapitan kazał mnie zawołać. Ubrany w wyjściowy mundur, zameldowałem się przepisowo.
    Pokazując mnie towarzystwu złożonemu z wykwintnych pań i dystyngowanych panów, kapitan oświadczył:
    – Znaczy, on u nas najwięcej je, najwięcej waży i, znaczy, najsilniejszy!
  • W miarę jak „pierwszy” odkrywał coraz to nowe połamane handszpaki, głos jego z najwyższej oktawy, dostępnej dla mężczyzny, przechodził w wycie czerwonoskórych towarzyszące skalpowaniu przez nich bladych twarzy:
    – Pałaaaami!!! Wszystka pałaaaami!! Cały statek pałaaaami! Nu, wszystka pałamał, wszystkie handszpaki pałaaaamał. Da dźjabłaaaa! Biezabrazje!
    „Ogień” pierwszego oficera udzielił się kapitanowi, ale wyłącznie w formie zaciekawienia. Żaden mięsień na twarzy mu nie drgnął, gdy spoglądał na zachłystującego się wrzaskiem pierwszego oficera.
    „Pierwszy” zdążył już policzyć wszystkie połamane handszpaki. Wił się teraz i nadal ryczał:
    – Wszystka pałamał! Wszystkie handszpaki pałamał!
    Chciałem się wtrącić i powiedzieć, że jeszcze cztery zostały, ale wobec kapitana nie śmiałem. Naraz znów usłyszałem głos kapitana:
    – Znaczy, panie Konstanty, znaczy co? Znaczy, za silny?
    A potem znów straszny, przeraźliwy ryk „pierwszego”:
    – Nu, tak, za silny! Za silny! Wszystka łami! Wszystka! Cały statek pałami! Cały statek!!!
    I zwracając się już bezpośrednio do mnie, wrzasnął:
    – Nu, won stąd! WOOOOON!!!
  • Wszystkie zapamiętane przez nas obchody trzeciomajowe rozpoczynały się od przemówień, wygłaszanych niekiedy przez ludzi, którzy byli wychowani i wykształceni w obcych szkołach, w trzech rozmaitych zaborach. Niektóre z nich przeszły jako tematy do wesołych opowiadań i anegdot. Cytowany był na przykład taki fragment przemówienia: „Otczizna nasza została podzielona na trzy czensti. Jedną wzięli Germańcy, drugą – Awstryjcy, a trzecią – my!” Fragment innego brzmiał: „Powstała otczizna nasza, Polska, która podzielona była na trzy nierówne połowy, a tereny jej zachwycone wojną”.”
  • I na zakończenie znamienny cytat :
  • „Doskonałym ma być człowiek, który tak samo myśli, mówi i czyni” – kpt. żw. Karol Olgierd Borchardt.