Kapitan ma zawsze rację.

Poniżej przytaczam fragment najnowszej książki Macieja Krzeptowskiego „Trzymam się morza”. Znakomita pozycja, która powinna znaleźć się w każdej marynistycznej bibliotece. Nabyć ją można w e-sklepie pod adresem https://mk-book.tvts.pl.

Fragment jest znakomitą próbką tego co nas czeka podczas jej lektury. Autor przywołuje znane w świecie żeglarskim postacie, pokazując jednak zupełnie nie znane fragmenty ich losów… Książka takich smaczków zawiera całe mnóstwo.

„Plany rejsu, w większości przypadków, przygotowywane są na lądzie, natomiast do ich realizacji dochodzi później, w morzu. Ale nawet najbardziej doświadczeni organizatorzy nie są w stanie przewidzieć wszystkiego co przyniesie długa wyprawa. Po kilku miesiącach wspólnego przebywania na ograniczonej przestrzeni niezauważalnie stajemy się innymi ludźmi, a nasz wcześniejszy sposób patrzenia na siebie i wzajemne powiązania poddawane są probie czasu. Bo morze i czas zmieniają wszystko i wszystkich. Dariusz Bogucki w książce Zanim powrócimy pisze, że załoga podczas długiej wyprawy może stać się żywiołem, z którym kapitan musi sobie radzić tak jak z żywiołem morza. Na szczęście żaden żywioł nie jest w stanie zmienić relacji pomiędzy kapitanem i załogą, co wyraźnie określa regulamin służby jachtowej:

Pkt. 1. Kapitan ma zawsze rację.

Pkt. 2. W przypadku gdy kapitan nie ma racji,

zastosowanie znajduje pkt. 1.

Kim więc jest kapitan? Nie jest bogiem, przecież to taki sam człowiek jak każdy i może się mylić. Jak każdy, może potrzebować pomocy w trudnych chwilach, wsparcia, wzajemnego zaufania i bardzo ważnych słów: „kapitanie damy radę”. Ale równocześnie, to tylko kapitan ma klucz do sejfu, w którym jest przechowywana odpowiedzialność za rejs. I właśnie ten klucz jest jak tafla szkła, która oddziela go od załogi.

Zwykle, gdy szyba jest krystalicznie czysta, pozostaje niezauważana, za to gdy przestaniemy ją pielęgnować i pozwolimy, by pokryła się kurzem morskim, szybko staje się bardzo wyraźna. Bywa że pojawiają się na niej rysy a nawet pęknięcia, i wtedy pozostaje tylko wymiana, bo pękniętej szyby nie da się już skleić w taki sposób, by nadal zachowała pełną wytrzymałość! W długim rejsie jeden toksyczny członek załogi jest gorszy od łyżki dziegciu w beczce miodu.

Gdy kapitan jest także armatorem i uzna, że będzie w stanie bezpiecznie dokończyć rejs z uszczuploną załogą, sprawa jest prosta, następuje podziękowanie za współprace i zmustrowanie. Tak w 2000 roku zrobiliśmy na „Marii” w Montevideo, tak zrobił Janusz Kurbiel płynąc w 2007 roku na „Vagabond’elle” do Grenlandii. Władysław Wagner, rozpoczynając prace remontowe przy „Zjawie II”, nad Jeziorem Gatun, nie miał dość instynktu samozachowawczego i przyjął do załogi człowieka znikąd, ale rodaka.

Anna Rybczyńska w książce Prawda o Władysławie Wagnerze pisze: „Któregoś dnia zgłosił się do niego polski emigrant, Józef Pawlica, mający w drodze z Italii do Kostaryki pewne kłopoty wizowe. W Panamie musiał złożyć depozyt pieniężny, do czasu uzyskania brakujących dokumentów. Prosił Wagnera, by zamustrował go na swój przyszły jacht, gdyż w ten sposób mógłby wycofać swój depozyt(…) Wagner nie podejrzewając niczego, zgodził się, chociaż napytał sobie nie lada biedy na przyszłość”.

Zachowanie Pawlicy na pokładzie podczas rejsu przez Pacyfik było jednym pasmem nieporozumień. Gdy „Zjawa II” wreszcie dopłynęła do Fidżi, Wagner z ogromną ulgą pożegnał załoganta, niestety rozstanie kosztowało go 100 funtów.

Podobnie, kapitan Henryk Wolski żeglując w 2008 roku po wodach Ziemi Ognistej na małej łodzi „Fuegia”, też uznał, że z „tym człowiekiem” jakoś się sprawy poukładają i – do dzisiaj o tym pamięta… To szczególny typ ludzi, mających ze sobą problemy, które towarzyszą im wszędzie, również w morzu, i nawet gdy żeglują samotnie, nie potrafią się od nich uwolnić. Bywa, że w pewnym momencie nabierają ambitnego przekonania, iż to oni z racji posiadanych kwalifikacji powinni być kapitanami.

Tymczasem sprawa od początku jest bajecznie prosta, bo przecież mogli sami taki rejs zorganizować! Czasami ludzie ci potrafią być nawet groźni, Pawlica podczas sporu z Wagnerem jako argumentu używał noża, ja sam usłyszałem kiedyś słowo „kosa” podczas trudnej rozmowy na jachcie.

Mając takiego załoganta zdecydowanie doradzam jak najszybsze rozstanie, pilnując do ostatniego momentu, czy schodząc z pokładu nie zabiera on ze sobą „pamiątek”, albo wręcz przeciwnie, nie pozostawia po sobie śladów trudnych później do usunięcia. Bill Tilman, ktory płynął na „Mischiefie” z bardzo podejrzaną, pozbieraną w Montevideo załogą, został później obrabowany przez jednego z jej członków. Uśmiejecie się, ale człowiek, którego z „Marii” zmustrowaliśmy w Montevideo, na odchodne usiłował pozbawić Ludka jego ulubionej wyciskarki do czosnku. To miała być prawdziwa zemsta bogów!”

Trzymam się morza-Maciej Krzeptowski 2020

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *