Informator…

Informator…

Wtedy świetnie się bawiłem, dzisiaj kiedy o tym pomyślę odczuwam pewien niepokój…- a co jeśli sympatyczny porucznik namazał na moich kartach- „bardzo użyteczny tajny informator”?

Co jakiś czas, nasz niezastąpiony w łamaniu ludziom życia Instytut Pamięci Narodowej, ujawnia kompromitującą przeszłość, prawdziwą lub mniej prawdziwą o ludziach, dzisiaj mniej czy bardziej zasłużonych dla społeczeństwa.

Kiedy taka sensacyjna wieść obiega media, zastanawiam się czy i na mnie coś się da im wygrzebać…W końcu kontakt z kontrwywiadem miałem, to że teczkę mi założyli, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości ale co w niej zapisali?

Były to czasy mroczne dość, lat 70., mój zakład / jaki zakład/ był zmilitaryzowany.

W kadrach morskich stała szafa oznaczona wielkimi literami DEZERTERZY. Były tam akta rybaków, którzy wybrali wolność w zagranicznym porcie.

Na każdym statku służyło co najmniej dwóch „kapusiów”. Byli to zwykle ludzie przyłapani przez celników na jakimś małym przemycie, trochę kawy, parę butelek trunków… Zapraszano ich wówczas do GPK na rozmowę, gdzie z troską wyjaśniano konsekwencje tego „strasznego” czynu.

Graniczny Punkt Kontroli był placówką wojsk pogranicza, oficjalnie, nieoficjalnie zaś był przykrywką placówki kontrwywiadu.

Podczas takiego spotkania z troską w głosie tłumaczono, że gdyby tak każdy przemycał 10 kg kawy, to ile straty poniosłaby ojczyzna? Przedstawiano cały wachlarz kar: utrata wymarzonej pracy, wilczy bilet, kara co najmniej finansowa, itd…

„Ale…”, i tu następowała chwila zawieszenia (sam takiej rozmowy nie miałem – tak sobie ją wyobrażam 😉 na podstawie innej, o której zaraz opowiem)… „ale gdybyśmy tak się dogadali… Bo, wiecie, załogi są infiltrowane przez wrogi wywiad, marynarze są tacy lekkomyślni, gadają bzdury jak się opiją, przy dziewczynach itd… Wróg czuwa, wrogi wywiad opłaca portowe qrwy, nie czarujmy się, jesteśmy dorośli… Łatwo wpaść w tarapaty… Jednym słowem musimy być czujni i chronić tak nasz kraj jak i rybaków, przed ich lekkomyślnością. Dlatego musimy zbierać informacje…Więc gdybyś nam pomógł, to my pomożemy tobie zachować pracę… „

No i niektórzy się zgadzali… Pisali raporty dla kontrwywiadu o różnych zachowaniach, rozmowach itd. Jeśli klient taki był wobec załogi uczciwy, wyznawał „po pijanemu” żebyśmy przy nim uważali, bo on musi „nadawać” i sprawa była czysta. Najczęściej bywało jednak, że chłopcy działali bez ostrzeżenia.

A czemu co najmniej dwóch w każdej załodze? Przecież musieli się kontrolować nawzajem, dlatego jak już się im (kontrwywiadowi czy sb) w łapki wpadło, to na amen. Nie było kombinowania czy udawania…

Któregoś razu, pod koniec urlopu dostałem telefon z kadr, żeby się zgłosić, bo płynę na burtowcu „Morskie Oko” , jako mistrz do Ullapul, na skup makreli. Stawiłem się w kadrach, pani Zosia sięgnęła po moją kartę mustrowania i zastygła w bezruchu. Po czym z westchnieniem popatrzała na mnie i stwierdziła:

– Już był w ogródku, już witał się z gąską a tu zaproszenie z GPK…co też pan nawywijał panie Wojtku?

– Jaaa…? -zdziwiłem się bardzo..

– No – pani Zosia po chwili wahania podjęła decyzję – zadzwonię do nich, może się uda przełożyć tę „wizytę”.

Po zakończeniu rozmowy stwierdziła:

-Uff, coś tam chcą wyjaśnić z panem, ale to nic pilnego, może poczekać, ma się pan u nich stawić na Brzozowej po tym rejsie…

Trzy tygodnie na „Morskim Oku” minęło błyskawicznie, zmustrowałem z poczuciem wielkiej ulgi, bo to był jak dla mnie rejs ze zbyt ekstremalnym kapitanem, ale o tym innym razem.

Po powrocie wybrałem się na Brzozową, do słynnego, choć niepozornego budyneczku świnoujskiej jednostki kontrwywiadu w GPK. Przyjął mnie bardzo uprzejmie, dość młody, sympatyczny porucznik.

– Domyśla się pan w jakim celu pana tu zaprosiliśmy?

– Celu się domyślam, ale przyczyny za cholerę -odparłem z wymuszonym półuśmiechem.

– Bo widzi pan my musimy być czujni…- i tak dalej w tym duchu… trwało to jakąś chwilę, kiedy rzucił od niechcenia:

-Dotarło do nas, że w Montevideo, kiedy staliście tam Narwalem, odwiedzał pana na statku młody mężczyzna, Urugwajczyk, podobno dobrze i czysto ubrany, biała koszula, porządne spodnie, wyglansowane buty, może mi pan powiedzieć coś o tym człowieku? „

Odetchnąłem w duchu, że nie pytają mnie o załogę tylko o Jose. Z relacją nie miałem problemu:

– To było tak, staliśmy w porcie akurat w czasie, kiedy upadała junta wojskowa i przekazywano władzę demokratycznemu rządowi. Akurat byłem w mieście, w czasie gdy na 18 de Julia zebrał się ogromny tłum ludzi witających międzynarodowe delegacje, zjeżdżające na uroczystość. Dopchałem się do krawężnika, żeby lepiej widzieć, wie pan, po pół roku w morzu wreszcie jakaś rozrywka. Limuzyny zajeżdżały pod hotel Victoria, tam dygnitarze wysiadali, machali tłumom, ludzie się darli, klaskali, cieszyli… Między innymi zajechała limuzyna z polskimi flagami z naszym premierem Henrykiem Jabłońskim. Oczywiście poniesiony patriotycznymi uczuciami witałem go głośniej niż wszyscy. Obok stał sympatyczny, młody człowiek, który coś do mnie zagadał. Od słowa do gestów, bo mój hiszpański słaby był a jego polski jeszcze gorszy, więcej używaliśmy gestów i słów angielskich.

Chłopak okazał się otwarty, żeby nie powiedzieć wylewny, parę razy spotkaliśmy się „na mieście”, zaprosił mnie do domu na kolację, a ja jego w rewanżu, na statek… No i właściwie tyle. Widzi pan, akurat jestem po lekturze książki o zachowaniach człowieka w zależności od kultury i pochodzenia, znajomość ta dała mi możliwość potwierdzenia zawartych w niej tez….

Behawioryzm człowieka to był wówczas mój konik, więc rozwinąłem się z zapałem, z satysfakcją obserwując lekkie osłupienie, jakie malowało się na twarzy porucznika coraz intensywniej…

W końcu jednak mój rozmówca się wtrącił…

– Ale to staranne ubranie wydało nam się jakoś bardzo podejrzane…

– A bo widzi pan, ten chłopak pracował w wytwórni makaronów, rozwoził rowerem zamówiony makaron do klientów. Tam klienta się szanuje, dlatego taki człowiek musi być odpowiednio ubrany.

To stropiło nieco mojego interlokutora, pomyślał, pomyślał i w końcu poprosił mnie o sporządzenie jakiejś notatki na ten temat. Umówiliśmy się, że przyniosę mu ją po kolejnym rejsie do Szkocji. Miałem więc trochę czasu, przyłożyłem się rzetelnie do tego „wypracowania”, zapisałem drobnym maczkiem cztery kartki obustronnie bloku listowego. Streściłem książkę, porobiłem odnośniki do zachowań południowców, przedstawiłem sytuacje polityczną w ówczesnym Urugwaju i tak sporządzona epistołę dostarczyłem do GPK.

Za jakiś czas wychodziliśmy „Sejnem” ze Świnoujścia w kolejny szkocki rejs. Procedura wyjścia wyglądała mniej więcej tak, że najpierw statek opuszczały rodziny, potem urzędnicy armatora, celnicy a na koniec zarządzane było przeszukanie statku pod okiem żołnierzy z GPK, na okoliczność pasażera na gapę. Każdy z członków załogi odpowiadał za jakąś przestrzeń statku, którą powinien przeszukać, ja miałem ładownię chłodzoną i zamrażalnię.

Grupką żołnierzy dowodził porucznik, jak się okazało mój znajomy z Brzozowej, kiedy tylko mnie rozpoznał odwrócił się i udawał, że nie poznaje. Nie chciałem być złośliwy i też się nie przywitałem. Widać moje „sprawozdanie” odczytał właściwie, czyli jako subtelną kpinę z całego tego wydarzenia…
Wtedy świetnie się bawiłem, dzisiaj jednak zostaje mi pewien niepokój, a co jeśli sympatyczny porucznik namazał na moich kartach kopiowym ołówkiem, „bardzo użyteczny tajny informator”?

Nawiasem mówiąc, bez problemu zidentyfikowałem kolegę, który na mnie doniósł, mały kombinator, który pewnie wpadł na paru kilogramach kawy… mieszkał ze mną w jednej kabinie… Nie miałem mu tego za złe, próbował przeżyć, gdyby go wywalili z pracy, na tej swojej wiosce miałby krucho. Później jeszcze raz robiłem z nim półroczny rejs, poza tym, że ostrzegłem dyskretnie kolegów by przy nim uważali, do ekscesów między nami nie dochodziło…

w.s.

2 myśli nt. „Informator…”

Dodaj komentarz