coast guard

„Pod przykrywką” czyli udawanie głupiego…

..Stanęło na tym, że mieliśmy oszukiwać władze portowe…

„Gopło” zostało wysłane na Pacyfik w celu sprawdzenia możliwości połowowych pławnic. Narzędzia te od pewnego czasu stosowane były przez Japończyków na otwartym oceanie do połowu tuńczyków i kalmarów.

Za ich stosowaniem przemawiało kilka istotnych argumentów: stosunkowo niskie koszty połowów, tak jeśli chodzi o eksploatację statku, jak ceny narzędzi połowowych ( w stosunku do trału pelagicznego), duży obszar penetracji otwartego oceanu ( a więc poza strefami ekonomicznymi państw nadbrzeżnych) i niskie nakłady paliwowe na same połowy. Połowy pławnicowe pochłaniają znikomy ułamek energii, koniecznej do przetrałowania włokiem pelagicznym tego samego obszaru oceanu.

Praca przy naprawianiu sieci

Przeciwko jednak przemawiał fakt wpadania w sieci ptaków i ssaków morskich. Oczywiście dla naszego armatora nie stanowiło to problemu, kto by tam przejmował się jakimiś fokami czy mewami. Jednak Kanada i USA, pod naciskiem organizacji ekologicznych nie wpuszczały do swoich portów statków łowiących pławnicami, u nich obowiązywał zakaz stosowania tego rodzaju sieci. Spore floty japońskich pławnicowców nie miały wstępu do portów na północno-wschodnim wybrzeżu Pacyfiku.

Dla nas stanowiło to pewien kłopot, ponieważ Vancouver był dla naszej północnopacyficznej floty portem bazowym, więc i my mieliśmy z niego korzystać. Stanęło na tym, że mieliśmy oszukiwać władze portowe, przed wejściem do portu sieci i wciągarki wędrowały do ładowni, natomiast na burty montowaliśmy windy kalmarowe, udając w porcie statek jiggersowy.

Zdawało to egzamin przez półtora roku pobytu statku na zwiadzie pacyficznym. My udawaliśmy, że jesteśmy statkiem jiggersowym, a Kanadyjczycy, że w to wierzą. W końcu nasza flota była niezłym kontrahentem dla zaplecza portowego Vancouver, toteż starali się nie czepiać nas za bardzo.

Jeśli chodzi o faktyczne przypadki wpadania w sieci ptaków i uchatek, to nie ma co udawać, były, ale same ptaki: petrele, albatrosy, burzyki, nawałniki i inne. Dbaliśmy jednak o to by jeśli były żywe (a najczęściej były, bo zaplątywały się przy górnej krawędzi sieci, na powierzchni) uwolnić je ostrożnie i wypuścić na wolność.

Te które były osłabione lub przemoczone, miały „kwaterę” na dziobie gdzie nabierały sił przed uwolnieniem. Dokarmialiśmy je tam, doglądaliśmy, by kiedy nabrały sił, a pióra odzyskały połysk, wypuścić je na ocean. Bywało, że na pokładzie pod bakiem kilkanaście petreli czy albatrosów darło się i dreptało rozglądając się za jedzeniem.

Maluchy w rodzaju burzyków czy nawałników trzymaliśmy w kabinach, w jakimś kartonie, one również w pewnym momencie wzlatywały w niebo…

Któregoś pięknego, słonecznego dnia, kiedy wybieraliśmy pławnice w odległości jakiś 500 mil od Filipin na niebie pojawił się potężny czterosilnikowy samolot amerykańskiego Coast Guard’u. Nadleciał od rufy na niskim pułapie, w otwartym włazie jeden z pilotów celował w nas aparatem z długim teleobiektywem. Widziałem go wyraźnie, ponieważ gdy zawrócił by wykonać kolejny przelot, miałem już w rękach swojego ricocha z podpiętą dwusetką i „w ramach rewanżu”, także zrobiłem im kilka fotek. Samolot wykonał w sumie trzy przeloty wszystko dokładnie fotografując.

Kapitan miał wyjątkowo kwaśną minę. „Nalot” był przyłapaniem nas na diablo gorącym uczynku. Sieci były w wodzie, statek w trakcie wybierania, a część z nich elegancko prezentowała się na pokładzie.

Jak się wkrótce okazało, do Kanady mieliśmy już wstęp zamknięty. Pod naciskiem Amerykanów, Vancouver zatrząsnął przed nami gościnne wrota. Szczęściem był to koniec rejsu. Tak się złożyło, że właśnie baza m/s Pomorze szła na północ z zaopatrzeniem dla naszej floty. W biegu pobraliśmy od nich wodę, paliwo i prowiant na powrót do domu i ruszyliśmy na południe, do Kanału Panamskiego.

fot, tekst W.S.

Dodaj komentarz