Tym potworem forsowaliśmy Atlantyk

Kłopot z Jasiem

Na lotnisku w Kopenhadze
Na lotnisku w Kopenhadze

Awantura o Jasia czyli załogowe peregrynacje

… uwiódł ją zamaszystym pocałunkiem w rękę, tak, że został „wciągnięty, na siłę, jak Boga kocham!”-tu Jasiu walił się w szeroką pierś piąchą, aż się echo po kei rozchodziło…

Mając w pamięci udręki towarzyszące wyprawie autobusami na warszawskie lotnisko, szarpanie się z worami rybackimi i innym bagażem, tłok i zwykle kiepską organizację na Okęciu, postanowiliśmy dokonać wyłomu, w tradycyjnym sposobem ekspediowania załóg w Odrze.

Na zebraniu zapytałem kierownika działu załogowego, czy nie można by nas przetransportować autokarami od razu na lotnisko w Kopenhadze, jak to robi PŻM, czy Dalmor, dokąd i tak zostaniemy przewiezieni Lotem. Przecież ze Świnoujścia to tylko kilka godzin, na pewno taniej i szybciej. A wory można wysłać bagażem bezpośrednio na statek. Wywiązała się ostra dyskusja, która niestety nic nie zmieniła.

Za to podczas wizyty u głównego technologa Wróbel spoglądając zaniepokojony znad okularów spytał:

-Wojtek, a co ttttty tam podskakiwałeś zzzałogowemu nnnna zebraniu?

-Jako delegat załogowy mam obowiązek bronić naszych praw, no nie? – Odparłem

-Aaaa, skoro jejesteś delegatem, tttto niech się ze swoimi pretensjami w ddddupę pocałują! -Wróbel jak zwykle lekko zacinając się, nie przebierał w słowach.

Chcąc nie chcąc , po 10 godzinach jazdy, przetarabaniliśmy się autobusami na Okęcie, gdzie po dość długim oczekiwaniu udało nam się w końcu „zakwaterować” na pokładzie czterosilnikowego, turbośmigłowego Iła-18. Nie byliśmy jedynymi pasażerami. Do samolotu wsiadło kilkoro turystów o europejskim wyglądzie, głównie Skandynawów i grupa kobiet hinduskich w tradycyjnych strojach.

Kiedy już wszyscy jakoś się umościli, pilot włączył silniki. Mało kto był przygotowany na takie doznania. Turbiny zawyły ogłuszając nas na wstępie i wprowadzając samolot w dziwaczne wibracje, co mimo zapewnień kapitana, że jest to najbezpieczniejszy samolot na świecie, spowodowało spore zaniepokojenie wśród podróżnych.

Gdy już znaleźliśmy się w powietrzu, stewardesy natychmiast przystąpiły do roznoszenia „uspokajaczy” po które wszyscy chłopcy skwapliwie sięgali. Samolot wznosił się w górę powolnym kręgiem, pokazując spod skrzydła rozległy pejzaż stolicy. Jednak niewielu miało ochotę spoglądać przez bulaj w dół.

Kiedy zapaliły się światełka pozwalające na odpięcie pasów, w wąskim przejściu między siedzeniami nagle pojawiła się starsza hinduska. Uklękła na środku, tarasując przejście, i bijąc pokłony modliła się dramatycznie do Allaha, jak się domyślałem, o ocalenie życia. Sytuacja ta trochę zdeprymowała stewardessy, ponieważ nie miały możliwości przejścia, nie mówiąc o nieprzepchnięciu wózka z napojami. Prośby i perswazje, tak ze strony personelu jak współtowarzyszek nie przyniosły rezultatu.

Rozpaczliwe błagania płynęły z ust klęczącej na środku samolotu kobiety do samej Kopenhagi. Jednak dwugodzinny przelot, mimo sensacji zakończył się w szczęśliwie. Tu oczywiście powitaliśmy swoje skarby pozamykane w marynarskich worach i niczym zawodowi tragarze podążyliśmy labiryntem korytarzy i ruchomych chodników w pobliże stanowiska odlotu naszego jambo jeta do Montrealu.

Wszystko byłoby miło i sympatycznie, gdyby nie nagła akcja oddziału antyterrorystycznego, (czarno ubrani faceci w kominiarkach z uzi w dłoniach) który wpadł do sali wrzeszcząc -out!, out!, out!- i popychając pasażerów wyrzucili wszystkich na korytarz. Sprawni byli, nie ma co, opróżnili salę z trzech setek ludzi w kilka minut. Błyskawicznie, sam nie wiem jak mój 40 kilowy worek wyfrunął razem z resztą bagażu na zewnątrz, nie czyniąc przy tym nikomu krzywdy.

Po sprawdzeniu koszy na śmieci i innych potencjalnych bombowych kryjówek, wpuszczono nas kolejno do samolotu, troskliwie prześwietlając każdą sztukę bagażu i każdego człowieka. Przelot do Montrealu wielkim niebiesko-białym jabmo KLM, to była sama przyjemność. Obszerne, klimatyzowane, wyciszone wnętrze boeninga, to w porównaniu z naszym Iłem zupełnie inna, dużo, duuużo wyższa półka.

W Montrealu przyjemności się skończyły, dostaliśmy się w obroty machiny kanadyjskiej immigration, przesłuchiwania, odciski palców, sprawdzanie dokumentów trwało wieczność. W końcu jednak pozwolono nam na wjazd do kraju syropu klonowego. W środku nocy zameldowano nas w lotniskowym hotelu, warunki oczywiście wspaniałe.

Jak Odrze opłaciło się tak kosztowne transportowanie ludzi, do dzisiaj nie rozumiem… W południe mieliśmy kolejny odcinek lotu, w poprzek kontynentu do Vancouver. Tuż przed wyjazdem z hotelu nie można było doliczyć się jednego z marynarzy, Jasia, duży chłop więc nie sposób było przeoczyć, jednak mimo starań służby hotelowej i ochrony, nie można było go zlokalizować.

Chciał nie chciał, trzeba było jechać, z nosami na kwintę udaliśmy się znowu na lotnisko. Lot Boeningiem 737 był równie komfortowy, a widoki przy bezchmurnym niebie oszałamiające, lecieliśmy praktycznie wzdłuż granicy amerykańsko kanadyjskiej, a więc z możliwością obejrzenia Wielkich Jezior, ogromnych połaci rolniczo leśnych i w końcu Gór Skalistych.

Na statek dotarliśmy późnym wieczorem, nasze stare, kochane „Gopełko” czekało przy kei „cukrowej”, odrapane, pordzewiałe, ale nasze! Szybko przyjąłem swój sprzęt od zmiennika i rozpakowałem się w kabinie.

Wymieniani chłopaki byli dość zmęczeni rejsem, choć nie mogli narzekać na brak rozrywki. Wchodzili do Meksyku po wodę i zaliczyli pożar na szalupowym, ponoć podczas spawania ogień cofnął się wężem do butli stojących przy kominie. Nie zazdroszczę!

Chwilę pogadaliśmy, przekazaliśmy listy do domu pisane w samolocie, wypiliśmy po piwie i trzeba było się żegnać.

Cały czas jednak wisiało nad nami pytanie: Co z Jasiem? Hipotezy były różne, a to że zakochał się, a to że wybrał w Kanadzie wolność, a to że się schlał zwyczajnie jak świnia i leży gdzieś pod czyimś łóżkiem. Ta ostatnia zresztą wydawała się najbardziej prawdopodobna.

Agent obiecywał, że go odnajdą i przetransportują na statek, prędzej czy później. Stary zaś obiecywał mu różne przyjemności jakie mu zgotuje na powitanie:

-niech tylko się pokaże na statku, już ja mu dam!, do kraju odeślę! Naganę taką mu wlepię, że z firmy wyleci na kopach!
No i drugiego czy trzeciego dnia Jasi pojawił się na pokładzie! Skruszony ale uśmiechnięty… widać kac przeszedł w międzyczasie…

Jak się okazało w hotelu było wesele, a Jasiu, który „przypadkiem”przechodził, złożywszy pannie młodej szarmanckie życzenia (oczywiście po polsku) uwiódł ją zamaszystym pocałunkiem w rękę tak, że został „wciągnięty, na siłę, jak Boga kocham!”-tu Jasiu walił się w szeroką pierś piąchą, aż się echo po kei rozchodziło… No i oczywiście musiał tym „wypierdkom glancowanym, lalusiom we frakach” pokazać jak się w polskiej flocie pije.

Kiedy się obudził po weselu śladu nie było, nad nim stał gościu z giwerą, a drugi za ramiona spod stołu wyciągał… Chryja się zrobiła na cztery fajery, bo Jasiu po angielsku tylko „pardon!” mówił 😉 Potem agent wsadził go do samolotu,no i tyle całej Jasiowej przygody było. Ale to nie koniec, nad Jasiową głową zawisły chmury…

A nie był to zły chłop, w morzu to był złoty człowiek, wspaniały kolega, niezrównany pracownik, jedynie na lądzie jakoś się gubił, nie dawał sobie rady z lądowym życiem, nie on jeden przecież… mając takie argumenty przystąpiłem do szturmu na Starego.

Delegatem zostałem jeszcze podczas pierwszego zwiadu, a że nie bałem się stawać w obronie załogi (zresztą nie było znowu tak wiele okazji – na Gople była dobra załoga i nie najgorszy Stary), zostałem nim do końca.

Tak więc chciał nie chciał, ruszyłem do boju. Stary przyjął nas, Pierwszego i mnie w saloniku, poczęstował odrobiną szlachetnego zabarwionego słońcem trunku, westchnął głęboko i rozpoczął swoje przemówienie.

Ku naszemu zdziwieniu rozpoczął od zasług „tego skurczybyka”… -Noooo- pomyślałem sobie- może nie będzie tak źle… Kiedy doszło do konkretów, stary wyłuszczył kilka opcji, natychmiastową wysyłkę do kraju na jego koszt, naganę z wpisaniem do akt, z pozostawieniem go na statku, obciążenie kosztami przelotu, agenta, poszukiwań itd…

Pociągnęliśmy kolejny łyczek przetrawiając wystąpienie, rozważywszy szanse i to, że staremu złość już jednak przeszła zaproponowałem wyjście następujące:

Jasiu zapłaci za szkody, kapitan przywali mu „żagla” najgorszego kalibru, ale w „zawiasach”, jak chłopina do końca rejsu nie nawali to nagana ulegnie zamazaniu. Stary długo przeżuwał propozycję, polał jeszcze po łyczku słońca do szkieł, podumał, posapał, wreszcie powiedział -no dobra, dawajcie tu tego obwiesia!

Kiedy Jasiu przesłonił swoim wielkim cielskiem wejście do saloniku z tą swoją skruszoną miną, kiedy zaczął: -Kapitańciu kochany, ja … ja…- Stary stopniał całkowicie. W końcu przepływali razem kupę lat i to on go znał najlepiej i najbardziej cenił na pokładzie właśnie Jasia. Cała afera skończyła się zgodnie z propozycją, a Jasiu jak zwykle szalał na pokładzie cały rejs wykonując często prace za dwóch i trzech rybaków na raz… No i więcej nie podpadł, przynajmniej w tym rejsie.

W.S.

Dodaj komentarz