Archiwa tagu: załogowy

Urzędasy a ludzkie sprawy

Urzędasy a ludzkie sprawy

Był czas odwilży, tuż po stanie wojennym, władzę dzierżyli w dalszym ciągu karierowicze z partyjnego nadania, przynajmniej w wielu dość ważnych węzłach decyzyjnych.

U nas takim był dział załogowy. organizowanie wymian samolotowych załóg. Kierownik działu logistyki, nie pamiętam nazwiska i dobrze, bo nie był tego wart, był przykładem takiego mało kompetentnego człowieczka z nadania.

Samo przedsięwzięcie, przerzucenie na inny kontynent 30, 60 czy 80 chłopów z ich bagażem osobistych rzeczy na pół roku, z zasady było dość skomplikowane. Jednak w Odrze, przynajmniej moim zdaniem, to komplikowanie przekraczało zdrowy rozsądek. Jako delegat załogowy dałem temu wyraz podczas dyskusji z kierownikiem działu, na odprawie organizacyjnej.

Zapytałem go, czemu załoga transportowana jest najpierw do Warszawy autokarami, potem samolotem do Kopenhagi, a dopiero tam wsiadamy do transatlantyckiego samolotu rejsowego do Kanady.

Sam przejazd autokarami to blisko 12 godzin, oczekiwanie na lot, odprawy, lot czarterowym samolotem, wszystko to trwa bardzo długo i jest niezwykle męczące dla ludzi. Do tego jeszcze te wory marynarskie, które każdy musi targać przez lotniska od samolotu do samolotu.

Czy nie prościej byłoby ludzi i bagaż zawieźć autokarami do Kopenhagi, odległość, gdyby załatwić wjazd do Niemiec przez Świnoujście, to raptem 250 km. Do Warszawy ponad 600 i to po kiepskich drogach. Czas dojazdu ze względu na drogi w Niemczech i mniejszą ilość kilometrów byłby zdecydowanie krótszy. Firma też by zaoszczędziła na czarterze samolotu z Warszawy do Danii. Jednym słowem same korzyści, nie tylko z naszego punktu widzenia.

Załoga mruczała z aprobatą, bo każdy miał dość tej bezsensownej poniewierki.

Za to faceta zatkało, no bo jak jakichś fizol może specjaliście od logistyki, zarzucać brak kompetencji! Poczerwieniał na twarzy, zażądał mojego nazwiska, coś tam odburknął i zamknął zebranie.

Jako pracownik pionu technologicznego zjawiłem się za jakiś czas u głównego technologa Wróbla, po wytyczne na rejs. Bogdan, popatrzał na mnie znad okularów i mówi zacinając się jak to on.

– Wwwojtek!. A cccośś tytyty tam nagadał zzzzałooggowemu, na zezebraniuu, ppprzyszedłłł i mmmi ttu dddupe zzzawraaaacał!

Oho- pomyślałem- zaczyna się…

– No faktycznie, powiedziałem mu jak widzę tę jego organizację wymiany załogi, przecież to co oni wymyślili to droga przez mękę!

-Nnno aaalle qq..wa (Wróbel przeklinał nałogowo) nanna zzzebbraniuuu?!

– A gdzie? W końcu jestem delegatem załogowym, mówiłem w imieniu załogi, to co , mam się z nim po cichutku, na kawce spotykać? Szuszuszu?

-Jejejesttteśś dedeleegagateeem?

-No jestem, od pierwszego rejsu na Gople, jakoś tak wyszło…

Aaaaa ttto niechch spiepierrrrr…llla!

I przeszliśmy do spraw zawodowych.

A wymiana załogi przebiegła, ta i kolejne, według starych schematów, czyli niepotrzebnie strzępiłem sobie język…

Kłopot z Jasiem

Na lotnisku w Kopenhadze

Awantura o Jasia czyli załogowe peregrynacje

… uwiódł ją zamaszystym pocałunkiem w rękę, tak, że został „wciągnięty, na siłę, jak Boga kocham!”-tu Jasiu walił się w szeroką pierś piąchą, aż się echo po kei rozchodziło…

Mając w pamięci udręki towarzyszące wyprawie autobusami na warszawskie lotnisko, szarpanie się z worami rybackimi i innym bagażem, tłok i zwykle kiepską organizację na Okęciu, postanowiliśmy dokonać wyłomu, w tradycyjnym sposobem ekspediowania załóg w Odrze.

Na zebraniu zapytałem kierownika działu załogowego, czy nie można by nas przetransportować autokarami od razu na lotnisko w Kopenhadze, jak to robi PŻM, czy Dalmor, dokąd i tak zostaniemy przewiezieni Lotem. Przecież ze Świnoujścia to tylko kilka godzin, na pewno taniej i szybciej. A wory można wysłać bagażem bezpośrednio na statek. Wywiązała się ostra dyskusja, która niestety nic nie zmieniła.

Za to podczas wizyty u głównego technologa Wróbel spoglądając zaniepokojony znad okularów spytał:

-Wojtek, a co ttttty tam podskakiwałeś zzzałogowemu nnnna zebraniu?

-Jako delegat załogowy mam obowiązek bronić naszych praw, no nie? – Odparłem

-Aaaa, skoro jejesteś delegatem, tttto niech się ze swoimi pretensjami w ddddupę pocałują! -Wróbel jak zwykle lekko zacinając się, nie przebierał w słowach.

Chcąc nie chcąc , po 10 godzinach jazdy, przetarabaniliśmy się autobusami na Okęcie, gdzie po dość długim oczekiwaniu udało nam się w końcu „zakwaterować” na pokładzie czterosilnikowego, turbośmigłowego Iła-18. Nie byliśmy jedynymi pasażerami. Do samolotu wsiadło kilkoro turystów o europejskim wyglądzie, głównie Skandynawów i grupa kobiet hinduskich w tradycyjnych strojach.

Kiedy już wszyscy jakoś się umościli, pilot włączył silniki. Mało kto był przygotowany na takie doznania. Turbiny zawyły ogłuszając nas na wstępie i wprowadzając samolot w dziwaczne wibracje, co mimo zapewnień kapitana, że jest to najbezpieczniejszy samolot na świecie, spowodowało spore zaniepokojenie wśród podróżnych.

Gdy już znaleźliśmy się w powietrzu, stewardesy natychmiast przystąpiły do roznoszenia „uspokajaczy” po które wszyscy chłopcy skwapliwie sięgali. Samolot wznosił się w górę powolnym kręgiem, pokazując spod skrzydła rozległy pejzaż stolicy. Jednak niewielu miało ochotę spoglądać przez bulaj w dół.

Kiedy zapaliły się światełka pozwalające na odpięcie pasów, w wąskim przejściu między siedzeniami nagle pojawiła się starsza hinduska. Uklękła na środku, tarasując przejście, i bijąc pokłony modliła się dramatycznie do Allaha, jak się domyślałem, o ocalenie życia. Sytuacja ta trochę zdeprymowała stewardessy, ponieważ nie miały możliwości przejścia, nie mówiąc o nieprzepchnięciu wózka z napojami. Prośby i perswazje, tak ze strony personelu jak współtowarzyszek nie przyniosły rezultatu.

Rozpaczliwe błagania płynęły z ust klęczącej na środku samolotu kobiety do samej Kopenhagi. Jednak dwugodzinny przelot, mimo sensacji zakończył się w szczęśliwie. Tu oczywiście powitaliśmy swoje skarby pozamykane w marynarskich worach i niczym zawodowi tragarze podążyliśmy labiryntem korytarzy i ruchomych chodników w pobliże stanowiska odlotu naszego jambo jeta do Montrealu.

Wszystko byłoby miło i sympatycznie, gdyby nie nagła akcja oddziału antyterrorystycznego, (czarno ubrani faceci w kominiarkach z uzi w dłoniach) który wpadł do sali wrzeszcząc -out!, out!, out!- i popychając pasażerów wyrzucili wszystkich na korytarz. Sprawni byli, nie ma co, opróżnili salę z trzech setek ludzi w kilka minut. Błyskawicznie, sam nie wiem jak mój 40 kilowy worek wyfrunął razem z resztą bagażu na zewnątrz, nie czyniąc przy tym nikomu krzywdy.

Po sprawdzeniu koszy na śmieci i innych potencjalnych bombowych kryjówek, wpuszczono nas kolejno do samolotu, troskliwie prześwietlając każdą sztukę bagażu i każdego człowieka. Przelot do Montrealu wielkim niebiesko-białym jabmo KLM, to była sama przyjemność. Obszerne, klimatyzowane, wyciszone wnętrze boeninga, to w porównaniu z naszym Iłem zupełnie inna, dużo, duuużo wyższa półka.

W Montrealu przyjemności się skończyły, dostaliśmy się w obroty machiny kanadyjskiej immigration, przesłuchiwania, odciski palców, sprawdzanie dokumentów trwało wieczność. W końcu jednak pozwolono nam na wjazd do kraju syropu klonowego. W środku nocy zameldowano nas w lotniskowym hotelu, warunki oczywiście wspaniałe.

Jak Odrze opłaciło się tak kosztowne transportowanie ludzi, do dzisiaj nie rozumiem… W południe mieliśmy kolejny odcinek lotu, w poprzek kontynentu do Vancouver. Tuż przed wyjazdem z hotelu nie można było doliczyć się jednego z marynarzy, Jasia, duży chłop więc nie sposób było przeoczyć, jednak mimo starań służby hotelowej i ochrony, nie można było go zlokalizować.

Chciał nie chciał, trzeba było jechać, z nosami na kwintę udaliśmy się znowu na lotnisko. Lot Boeningiem 737 był równie komfortowy, a widoki przy bezchmurnym niebie oszałamiające, lecieliśmy praktycznie wzdłuż granicy amerykańsko kanadyjskiej, a więc z możliwością obejrzenia Wielkich Jezior, ogromnych połaci rolniczo leśnych i w końcu Gór Skalistych.

Na statek dotarliśmy późnym wieczorem, nasze stare, kochane „Gopełko” czekało przy kei „cukrowej”, odrapane, pordzewiałe, ale nasze! Szybko przyjąłem swój sprzęt od zmiennika i rozpakowałem się w kabinie.

Wymieniani chłopaki byli dość zmęczeni rejsem, choć nie mogli narzekać na brak rozrywki. Wchodzili do Meksyku po wodę i zaliczyli pożar na szalupowym, ponoć podczas spawania ogień cofnął się wężem do butli stojących przy kominie. Nie zazdroszczę!

Chwilę pogadaliśmy, przekazaliśmy listy do domu pisane w samolocie, wypiliśmy po piwie i trzeba było się żegnać.

Cały czas jednak wisiało nad nami pytanie: Co z Jasiem? Hipotezy były różne, a to że zakochał się, a to że wybrał w Kanadzie wolność, a to że się schlał zwyczajnie jak świnia i leży gdzieś pod czyimś łóżkiem. Ta ostatnia zresztą wydawała się najbardziej prawdopodobna.

Agent obiecywał, że go odnajdą i przetransportują na statek, prędzej czy później. Stary zaś obiecywał mu różne przyjemności jakie mu zgotuje na powitanie:

-niech tylko się pokaże na statku, już ja mu dam!, do kraju odeślę! Naganę taką mu wlepię, że z firmy wyleci na kopach!
No i drugiego czy trzeciego dnia Jasi pojawił się na pokładzie! Skruszony ale uśmiechnięty… widać kac przeszedł w międzyczasie…

Jak się okazało w hotelu było wesele, a Jasiu, który „przypadkiem”przechodził, złożywszy pannie młodej szarmanckie życzenia (oczywiście po polsku) uwiódł ją zamaszystym pocałunkiem w rękę tak, że został „wciągnięty, na siłę, jak Boga kocham!”-tu Jasiu walił się w szeroką pierś piąchą, aż się echo po kei rozchodziło… No i oczywiście musiał tym „wypierdkom glancowanym, lalusiom we frakach” pokazać jak się w polskiej flocie pije.

Kiedy się obudził po weselu śladu nie było, nad nim stał gościu z giwerą, a drugi za ramiona spod stołu wyciągał… Chryja się zrobiła na cztery fajery, bo Jasiu po angielsku tylko „pardon!” mówił 😉 Potem agent wsadził go do samolotu,no i tyle całej Jasiowej przygody było. Ale to nie koniec, nad Jasiową głową zawisły chmury…

A nie był to zły chłop, w morzu to był złoty człowiek, wspaniały kolega, niezrównany pracownik, jedynie na lądzie jakoś się gubił, nie dawał sobie rady z lądowym życiem, nie on jeden przecież… mając takie argumenty przystąpiłem do szturmu na Starego.

Delegatem zostałem jeszcze podczas pierwszego zwiadu, a że nie bałem się stawać w obronie załogi (zresztą nie było znowu tak wiele okazji – na Gople była dobra załoga i nie najgorszy Stary), zostałem nim do końca.

Tak więc chciał nie chciał, ruszyłem do boju. Stary przyjął nas, Pierwszego i mnie w saloniku, poczęstował odrobiną szlachetnego zabarwionego słońcem trunku, westchnął głęboko i rozpoczął swoje przemówienie.

Ku naszemu zdziwieniu rozpoczął od zasług „tego skurczybyka”… -Noooo- pomyślałem sobie- może nie będzie tak źle… Kiedy doszło do konkretów, stary wyłuszczył kilka opcji, natychmiastową wysyłkę do kraju na jego koszt, naganę z wpisaniem do akt, z pozostawieniem go na statku, obciążenie kosztami przelotu, agenta, poszukiwań itd…

Pociągnęliśmy kolejny łyczek przetrawiając wystąpienie, rozważywszy szanse i to, że staremu złość już jednak przeszła zaproponowałem wyjście następujące:

Jasiu zapłaci za szkody, kapitan przywali mu „żagla” najgorszego kalibru, ale w „zawiasach”, jak chłopina do końca rejsu nie nawali to nagana ulegnie zamazaniu. Stary długo przeżuwał propozycję, polał jeszcze po łyczku słońca do szkieł, podumał, posapał, wreszcie powiedział -no dobra, dawajcie tu tego obwiesia!

Kiedy Jasiu przesłonił swoim wielkim cielskiem wejście do saloniku z tą swoją skruszoną miną, kiedy zaczął: -Kapitańciu kochany, ja … ja…- Stary stopniał całkowicie. W końcu przepływali razem kupę lat i to on go znał najlepiej i najbardziej cenił na pokładzie właśnie Jasia. Cała afera skończyła się zgodnie z propozycją, a Jasiu jak zwykle szalał na pokładzie cały rejs wykonując często prace za dwóch i trzech rybaków na raz… No i więcej nie podpadł, przynajmniej w tym rejsie.

W.S.