Archiwa tagu: nawigator

Biblia a sprawa morska

Tekst ten dedykuję pamięci Walentina Tanajewa, niezwykłego misjonarza z Kapsztadu, pracującego nad zbawieniem marynarskich dusz…

Biblia a sprawa morska

Ktoś, kto życie na statkach rybackich zna z krwistych morskich opowiadań, zdziwiłby się, wizytując którąkolwiek z kabin załogi na jakimkolwiek trawlerze.

Otóż praktycznie w każdej z nich na honorowym miejscu, na stoliku pod bulajem leżała książka. Ba… nie byle jaka, w każdej kabinie na poczesnym miejscu spoczywała… Biblia. Tak powszechna jej obecność wśród rybackich załóg była wynikiem pracy misji różnych wyznań w zagranicznych portach, do których zawijały nasze trawlery.

W każdym z nich, od Lerwick na Wyspach Owczych po Falklandy, czy porty Argentyny i Chile, dość szybko po rzuceniu kotwicy czy cum na polery, przy trapie pojawiał się misjonarz- ksiądz lub pastor. A nawet jeśli nie, to na stoliku wachtowego natychmiast pojawiała się informacja o imprezach w pobliskiej misji Stella Maris, z bardzo dokładnym planem wskazującym drogę.

W Kapsztadzie misja ulokowana była na terenie portu tuż przed bramą wyjściową. Można było tam wstąpić w każdej chwili. Zawsze witał nas szeroko uśmiechnięty pastor, który próbował wciągnąć nas w niewątpliwie zajmującą rozmowę. Oczywiście o urokach życia w bojaźni bożej. Zwykle jednak, zważywszy cel w jakim wychodziliśmy do miasta, a zwłaszcza stan w jakim wracaliśmy na statek, rozmowa kończyła się szybko.  Wręczano nam biblię i i zegnano błogosławieństwem wygłoszonym w rytmie zamaszyście nakreślanego krzyża, jakby wyganiającego szatana z naszych zbłąkanych duszyczek.

W tymże Kapsztadzie odwiedzał nasz statek ksiądz katolicki, Walentin Tanajew, jego postaci nie sposób zapomnieć, niewysoki, korpulentny, z szeroką sympatycznie uśmiechniętą twarzą. Często podjeżdżał pod naszą burtę hałaśliwym, strzelającym z rury wydechowej, zdezelowanym busikiem VW, tzw. “ogórkiem”. Wpadał na statek- mimo niewielkiego wzrostu i podeszłego wieku- niczym wulkan.

Zwykle skrzykiwał grupkę chętnych, którą zabierał na zapierającą dech wycieczkę w góry, lub na Przylądek Dobrej Nadziei. To zaparcie tchu u uczestników powodowały nie tylko wspaniałe krajobrazy Przylądka Dobrej Nadziei, roztaczające się z z jedni biegnącej krawędzią wysoko ponad wybrzeżem, ale także niezwykły sposób prowadzenia „ogórka” przez księdza Walentina. To co on wyprawiał z rękami, jak ignorował zasady normalnego prowadzenia pojazdów… No i jeszcze przyzwyczajenie do ruchu prawostronnego w Europie… a tu pędziło się lewą stroną na wprost wielkich ciężarówek… Po powrocie uczestnicy, choćby głęboko niewierzący, wznosili choćby w duchu podziękowania do Boga za cudem ocalone życie.

Ksiądz ów, rosyjskiego pochodzenia, miał bardzo ciekawą przeszłość. Otóż urodził się na Syberii, w jakiejś wiosce nad Irtyszem, na początku ubiegłego wieku. Kiedy krasnoarmiejcy “wyzwalali” od “białej zarazy” syberyjskie chutory, robili to dość radykalnie otaczając znienacka wieś i wycinając całą ludność. Nasz ksiądz, wówczas siedmioletni chłopiec, przeżył taką operację przypadkiem, bo łowił w tym czasie w rzece ryby, bezsilnie obserwował jak ginie jego rodzina, ukryty w nadrzecznych krzakach. Szczęściem w pobliżu był klasztor polskich zakonnic Urszulanek, one to przyjęły go pod dach, wykształciły i wysłały do Rzymu na studia. Stamtąd został wysłany do pracy misyjnej w świat.

Takim to sposobem mieliśmy szczęście uczestniczyć we mszy na naszym statku odprawianej w polskim języku, przez nadzwyczajnego kapłana. A msza to była niezwykła, choćby z tego względu, że na komunistycznym terytorium! Co prawda kapitan nie miał odwagi zejść do messy (w końcu każdy wiedział, że wśród załogi jest przynajmniej 2 informatorów GPK czy SB), ale oficerowie stawili się w komplecie, nie mówiąc o rybakach.

Księżulek przywdział swoją nieco zmiętą sutannę, rozdał przybrudzone kartki z tekstami pieśni i zaintonował pierwszą z nich. Po statku gruchnęło … “Boże coś Polskę…” oczywiście mało składnie, ale za to głośno. Niejednemu z nas zaszkliło się oko, a marynarski, zdarty w portowych knajpach głos zadrżał… Księżulo podskakiwał, wymachiwał rękami ganiąc jednych, chwaląc drugich, po pewnym czasie udało nam się jakoś zestroić i dalej poszło już całkiem nieźle.

Po mszy siedliśmy na wspominki i pogaduszki przy herbacie, ochmistrz wyciągnął ciasteczka i wówczas to dowiedzieliśmy się o niezwykłych losach naszego duszpasterza… Księżulek na zakończenie zapytał kiedy wychodzimy w morze, gdy usłyszał że pewnie w poniedziałek z portu Stary nie wyjdzie, bo to wróży pecha, aż podskoczył.

-Widzicie! Komuchy, ateiści, w Boga nie wierzą, a takie bzdury, zabobony traktują poważnie! Co to jest za ateizm, toż to ciemnota, ta cała ich komuna, oni wszyscy tacy! Nie wierzcie w te bzdury, kto wierzy w Boga, Jemu ufa, a nie jakimś dziecinnym zabobonom…!

Tak, to była pamiętna niedziela… Przed wyjściem morze,(we wtorek!) miejscowe dziewczyny, które licznie nas odwiedzały, w niektórych kabinach wręcz mieszkały przez cały postój, niechętnie ale jednak opuściły statek. Raptem na kei zrobiło się cicho i pusto.

Kiedy spadły ostatnie cumy, nagle pod statek zajechał z hukiem, dymiąc obficie z wydechu tak dobrze już nam znany “ogórek”, ksiądz pośpiesznie wyskoczył na nabrzeże i a to kreśląc zamaszysty krzyż, to po prostu machając wzniesionymi w górę ramionami żegnał nas, wykrzykując błogosławieństwa i życzenia bezpiecznego powrotu równie żywiołowo, jak prowadził wcześniej na pokładzie dysputy…

-Widzicie- wyrwało mi się do stojących obok kolegów- wasze dziewuchy zniknęły, ale ksiądz jest! I na kogo na prawdę można liczyć…?

Żegnaliśmy naszego kapłana równie serdecznie jak on nas, niejednemu z nas zaszkliło się oko a kolczasta kulka uwierała w gardle… nie wiedzieliśmy jeszcze, że byliśmy ostatnią polską jednostką rybacką jaka cumowała w tym porcie.

Po pięciu miesiącach połowów u brzegów Namibii, otrzymaliśmy polecenie przeprowadzenia statku na drugą stronę Atlantyku do Montevideo w Urugwaju. Tutaj co prawda do misji był kawałek drogi, ale chodziliśmy doń chętnie, bo był tam tani sklepik z codziennie potrzebnymi drobiazgami, od nici, przez kartki pocztowe po tytoń do fajki i różnego rodzaju pamiątki. Można było spokojnie wypić piwo, pogadać ze znajomymi z innych statków, napisać do domu, czy obejrzeć wieczorem jakiś film.

Raz w tygodniu, opiekujący się misją ksiądz, organizował potańcówki dla marynarzy z panienkami z miejscowej pensji. Wszystko jednak odbywało się pod czujnym okiem ich rodziców. Więc było grzecznie i sympatycznie, a duszach marynarskich, mimo udawanego, zuchowatego rozczarowania, pozostawiły ogrzane miejsca… A panienki były śliczne, aż zal…

Jeszcze innego rodzaju działalność misyjną prowadzili pastorzy w Vancouver, którzy przyjeżdżali pod statek olbrzymim, żółtym, szkolnym autobusem zabierając wszystkich chętnych na wycieczki w okoliczne góry, a wieczorami do swojej misji w North Vancouver, gdzie czekały na nas domowego wypieku ciasteczka, herbata, i stoły bilardowe. Rzeczywiście dzięki nim spędziłem tam kilka całkiem przyzwoitych wieczorów. Można było stamtąd zabrać stare roczniki National Geographic, co sprawiało nam nie lada frajdę później, w morzu, kiedy już wszystko co było zabrane z kraju zostało przeczytane.

Oczywiście w każdej misji na pożegnanie obowiązkowym podarunkiem była Biblia. No i stąd właśnie jej poczesne miejsce praktycznie we wszystkich rybackich kabinach…

Postscriptum

Od Macieja Krzeptowskiego dowiedziałem się, że ksiądz z Kapsztadu, Walentin Tanajew niestety zginął w wypadku samochodowym.

A oto niezwykłe zdjęcie ukazujące tego niewielkiego a Wielkiego kapelana portu Kapsztad, na którymś z trawlerów rybackich. (Msza odprawiana na pokładzie trałowym), pochodzi z książki Macieja Krzeptowskiego „Pół wieku i trzy oceany”

ks. Walentyj Tanajew
Msza na pokładzie trawlera

 

A oto dodatkowe informacje od czytelników Grupy FB Marynarze Świata…

Waldemar Drożdziewicz Zdjęcie zostało wykonane prawdopodobnie na Korwinie w 1979 r

Marek Lewenstein Do opowieści dodam jeszcze że po starym „ogórku” miał nowego busa którym chętnie woził na wycieczki za zwrotem kosztów paliwa.

Wspomnienie księdza kapelana marynarzy i rybaków z Kapsztadu

Tablica na nagrobku ks. Tanajewa

Niezwykłe PRECJOZA BORCHADTOWSKIE

PRECJOZA termin zapożyczony z listu Borchardta jaki kiedyś wysłał swojemu dawnemu uczniowi dzisiaj kapitanowi ż.w.Ireneuszowi Bulskiemu.

Pan Ireneusz ofiarował skany tych listów skany portalowi. Dzięki temu wszyscy możemy cieszyć się unikalną, wzruszającą, jeśli wziąć pod uwagę okoliczności, ich treścią. Panie kapitanie, dziękujemy!

Z korespondencji jaką między nami prowadziliśmy wyłowiłem piękne PRECJOZA

A oto one: „Mam jeszcze trochę nie ostre zdjęcie Kapitana, skądś skopiowane, gdy wchodzi do klasy z uśmiechem na ustach. takim Go pamiętamy. Załączam te listy i tą niewyraźną fotkę (…) jest ona tak bardzo charakterystyczna dla Niego (…) gdy z wielkim rozpędem wpadał do klasy aby „czołgistom” jak mawiał, nalać do głowy nieco oleju z tej astronawigacji.”

A teraz LISTY

 

Wojciech Jacobson

[vc_row el_class=”td_classic_blog_home”][vc_column][vc_column_text el_class=”import_blog_quote”]

Wojciech Jacobson należy do tych żeglarzy, o których się mówi, że budowali żeglarstwo w Polsce.

Za jego zasługi na tym polu został nominowany do nagrody Kolosy.
Jako prezentację na tę okazję przyjaciele Wojtka przygotowali film. Warto obejrzeć od pierwszej do ostatniej sekundy.[/vc_column_text][vc_column_text]”Z wykształcenia chemik, z powołania żeglarz, pochodzi z rodziny o żeglarskich tradycjach. Począwszy od 1949 roku przepłynął ponad dwieście sześćdziesiąt tysięcy mil morskich, przybijając w trakcie swoich licznych rejsów do wybrzeży wszystkich kontynentów oprócz Antarktydy. Aż czterokrotnie odwiedzał Wyspę Wielkanocną, przepłynął też Cieśninę Magellana. Od 1965 roku kapitan jachtowy. Brał udział w pierwszej fazie rejsu Ludomira Mączki dookoła świata. Wspomnienia z tej podróży zawarł w książce „Marią” do Peru (1976). Z Mączką żeglował także w latach osiemdziesiątych – najpierw wzdłuż wybrzeży Ameryki Południowej, potem do Europy, a następnie z Francji do Kolumbii Brytyjskiej. W latach 1985–1988 uczestniczył w zorganizowanej i prowadzonej przez Janusza Kurbiela próbie pierwszego przepłynięcia Przejścia Północno-Zachodniego małym jachtem z zachodu na wschód (z Pacyfiku na Atlantyk). W roku 1988, przejmując od Kurbiela prowadzenie jachtu, wspólnie z Mączką doprowadził przedsięwzięcie do końca. Obaj żeglarze jako jedyni uczestniczyli we wszystkich fazach tej kilkuletniej wyprawy. Przygotowując się do jej kolejnych etapów, blisko pół roku spędzili w wioskach Inuitów.

(ur. 1929) | Laureat Super Kolosa 2015. Członek Kapituły Kolosów w latach 2000-2010.”

(notatka ze strony Kolosy, więcej jest tu: http://www.kolosy.pl/index.php/leksykon/wojciech-jacobson)[/vc_column_text][/vc_column][/vc_row]