B-20 w porcie

Wypadek

…Poniższe opowiadanie jest zbeletryzowanym opisem wydarzenia, które rzeczywiście miało miejsce, jedynie fabuła „damsko męska” jest wymyślona, imiona i opis postaci zostały zmienione…

Wypadek

…Jakaś kobieta wpadła między statek a burtę, nie zauważyła trapu… podeszła po prostu do wachtowego stojącego na pokładzie obok trapu, jakby z zamiarem zapytania o coś i… zniknęła mu z oczu, wyobrażasz sobie?…

Po schludnych, suto iluminowanych nabrzeżach Kilonii, które opuścili tak niedawno, ciemne, z mdławo świecącymi tu i ówdzie latarniami nabrzeża rodzimej „Odry” były przykrym obudzeniem. Marynarze tkwili na stanowiskach manewrowych niby jak zwykle, ale widać było, spod emocji oczekiwania na bliskich, to bolesne rozczarowanie (-czemu u nas musi być taki syf…?). Ktoś na rufie w ciemności zaklął głośno -witaj, qrwa, ojczyzno!- i splunął do wody.

Już u wejścia do basenu oddali pilota, który z ulgą przeskoczył na burtę swojej motorówki, było późno i pewnie chłopina spieszył się do domu. Teraz statek wysoko wzniesionym dziobem wisiał nad mroczną keją, na której walały się jakieś dechy, widać było szramy nawierzchni z powyrywanych kostek brukowych, jakieś wykopy, biało czerowne dechy zapór… czyli jak zwykle… nie ma co się dziwić.

Cisza wiszącej nad portem nocy miała zapach szuwarów, mułu i ropy. Od bramy dochodził ledwie słyszalny gwar, to rodziny domagały się wpuszczenia na teren portu. Przepisy jednak (przepisy, przepisy…!!!) zabraniały kontaktu z załogą przed zakończeniem odprawy. Od strony biurowca nadjeżdżał samochód, pewnie celnicy i GPK (o wilku mowa!) Tymczasem na kei żywego ducha nie było, nikt nie kwapił się, by odebrać od statku cumy. Po dłuższej chwili oczekiwania Pierwszy użył syreny, która brutalnie wdarła się w ciszę portowej nocy, rozdzierając ją w drgające niskimi tonami strzępy.

Drzwi pobliskiego baraku uchyliły się, wypuszczając na betonową nawierzchnię bladym klinem światło jarzeniówki, wysunął się z nich mężczyzna w kufajce, zgarbiony, mamrocząc przekleństwa pod okazałym nochalem pokuśtykał w stronę statku.

-Czego?! Pali się? Pospać, cholera, w robocie nie można!!!

Dzwonki telegrafu w maszynowni, świst powietrza wdzierającego się w cylindry, powolne a potem gwałtownie przyspieszone fu, fu, fufufufu maszyny, statek drgnął, naprężył założoną na poler przez „nochala” dziobową cumę i kadłub ruszył powoli w tył składając się burtą do nabrzeża… Ponowne dzwonki w maszynowni, manewry silnikiem, komendy z głośników umieszczonych na dziobie i rufie, krótkie odpowiedzi marynarzy, po chwili wszystkie cumy i szpringi znalazły się na polerach.

Elektryk, który już wcześniej przeskoczył na nabrzeże podłączył z kei życiodajną energię i telefon. Maszyna po raz pierwszy od wielu tygodni zamarła bez głosu.

Na morzu wdzierająca się w uszy cisza nie wróży nic dobrego, tutaj jednak budziła radosny skurcz serca, jesteśmy w DOMU!

Chłopcy podali na brzeg trap, wokół którego niecierpliwie kręcili się bliscy wpuszczeni w międzyczasie na teren portu, odganiani przez mundurowych, którzy najpierw musieli dopełnić, budzących w każdym marynarzu niepokój formalności. Tym razem jednak obyło się bez „incydentów”, odprawa przebiegła gładko i po chwili zniecierpliwione rodziny poczęły przepływać przez skryty w cieniu mostka trap.

Ciche wnętrze statku wypełnił tupot dziecięcych nóżek i szczebioczące pokrzykiwania. Na pokładzie i na nabrzeżu prawie każdy z marynarzy witał się z najbliższymi. To chwile, dla których warto było spędzić pół roku na tej zafajdanej trumnie…

Mat, jak go tutaj nazywano (od Mateusza) duży postawny, trzydziestoletni mężczyzna siedział w kabinie, którą dzielił z motorzystą Jurkiem Tkaczem. Nie miał co się spieszyć na pokład, do rana i tak nie ma co robić, a do niego nikt nie przyszedł, na pewno. Cóż, takie życie, jak to mówią… Rozkoszował się ciszą zakłócaną jedynie hałaśliwymi rozmowami marynarzy i ich gości. To było nic w porównaniu z codziennym łoskotem maszyny i przeklętego agregatu „dwójki”, który posadowiony został akurat pod podłogą jego kabiny.

Rozemocjonowane przybiciem do rodzinnego portu myśli powoli uspokajały się. Otwierała się przed nim kolejna karta życia. Na lądzie nie czuł się najlepiej, więc też po radosnych chwilach witania ojczyzny (jaka by nie była…) dopadły go smutki i smuteczki, które nieobce są większości ludzi morza.

W pewnym momencie dobiegły go krzyki z zewnątrz, z pokładu. Tknięty złym przeczuciem wybiegł z kabiny, jednym susem przesadził zrąb wyjściówki. Wytrenowane przez ostatnie lata przeczucie nie zawiodło, kilku marynarzy przewieszonych przez nadburcie wskazywało coś w przepastnej, czarnej czeluści między burtą, a pionową ścianą nabrzeża. Wcisnął się między nich wbijając wzrok w ciemność.

-Łysy, co się dzieje? Rzucił do marynarza stojącego obok.

-Jakaś kobieta wpadła między statek a burtę, nie zauważyła trapu… podeszła po prostu do wachtowego stojącego na pokładzie obok trapu, jakby z zamiarem zapytania o coś i… zniknęła mu z oczu, wyobrażasz sobie? –

-I co, co robicie?!

-Diabeł z Dzikim próbowali zejść do niej po sztormtrapie, ale jest ciasno, sam widzisz…

Diabeł, dwudziestokilkuletni, o ciemnej karnacji i krzaczastej, czarnej brodzie marynarz, który miał akurat wachtę, wisiał wzdłuż burty głową w dół, trzymany za nogi przez Dzikiego i trzymał kogoś za rękę, ale było zbyt mało miejsca między burtą statku, a keją by wykonać jakieś inne ruchy. Mat ogarnął sytuację jednym rzutem oka.

Chłopcy próbowali nawiązać kontakt ze zszokowaną kobietą, która odpowiadała na zadawane pytania drżącym głosem. Wszyscy wisieli na burcie, (gapie, zawsze cholerni gapie!!!) łącznie z głupkowato uśmiechniętym kapitanem, jakby nie zdawali sobie sprawy z grozy sytuacji, bo ile można wytrzymać w grudniowej wodzie? Minuty!

Dla Mata czas zatrzymał się w miejscu, a myśli rozpoczęły szaloną galopadę, co zrobić, co zrobić!!! Jeśli ciasno, to trzeba to cholerne pudło odsunąć, tak! Poczuł, że krzyczy, nie, ryczy na cały pokład:

-Puścić szpring i cumę dziobową, luzować cumy!!!

Nogi same poniosły go na dziób, tuż za nim pędził bosman i któryś z chłopaków, cumy sfrunęły z pachołków, a reszta ludzi przeskoczywszy na keję z całych sił odpychała od niej kadłub. Dzięki Bogu wiał lekki, odpychający wiatr. Po chwili szalonego wysiłku poczuli jak opór bezwładnej masy ustępuje i statek powoli odsuwa się od nabrzeża. Czarna przepaść między nim, a nabrzeżem powoli się poszerzała.

Po chwili miejsca było już na tyle, że Diabeł także się w niej zmieścił i już spokojnie, we dwóch z Dzikim wyciągnęli zmoczoną, zziębniętą i wystraszoną kobietę na pokład.

Młoda, drobna, niewysoka brunetka z sarnimi oczami ledwo trzymała się na nogach. Z płaszczyka ściekała woda, a wykwintne szpilki trzymała w dłoni. Jak się okazało przyjechała do Jurka, maszynisty, kumpla Mata z kabiny. Jurek był na dole na wachcie, więc nie miał o niczym pojęcia. Mat, narzuciwszy na ramiona drżącej kobiety kożuch wachtowego objął ją ramieniem podtrzymując by nie upadła i zaprowadził do kabiny.

-Radio!- krzyknął po drodze do drucika-aptekarza – daj jakieś kropelki na spirytusie, mogą być walerianowe- zaraz tu panią rozgrzejemy.

Podał kobiecie koc by się okryła.

-Proszę się już wyluzować, najgorsze za Panią. Teraz wyjdę poszukać Jurka, a pani niech się rozbierze i ładuje do jego koi, to ta na dole, tu są dodatkowe koce- wskazał na kanapę. Wstawił jeszcze czajnik na herbatę i podał jej Jurkową ciepłą koszulę i sweter. Dziewczyna z wdzięcznością uśmiechnęła się, choć jakoś tak smutnie, aż go w sercu ścisnęło…

-Ddddziękuję ppppanu za wszystko.

-Mateusz jestem, nie żaden pan- uśmiechnął się do niej najcieplej jak potrafił, nie żeby coś, to przecież dziewczyna kumpla z kabiny…

-Za chwilę przyniosę pani coś na rozgrzanie, a potem poszukam Jurka… W drzwiach spotkał radiego, trochę szczurkowatego harcerzyka, który jako lekarz statkowy, podczas rejsu zupełnie się nie sprawdził. Harcerzyk trzymał w rękach buteleczkę spirytusu (jak on to uchował?) i nervosol. Mat chwilę odczekał, by kobieta zdążyła się przebrać, zapukał i otrzymawszy ciche zaproszenie, cofnął się do środka.

Woda akurat zawrzała, zalał kubek herbaty, dodając do niego sporą porcję spirytusu. Dziewczyna była już w suchych ciuchach, trzęsąc się pod podciągniętą pod brodę kołdrą. Odmierzył kilka kropel nervosolu na łyżkę cukru i podszedł w jej kierunku, nawet nie próbowała wyjąc rąk spod kołdry, tylko rozchyliła blade usta delikatnie zgarniając cukier ze specyfikiem, Mat podał jej jeszcze trochę wody do popicia. Podziękowała uśmiechem i zmrużeniem oczu. Powoli blada twarzyczka nabierała życia. Połknęła specyfik w milczeniu.

Boże, jakie piękne stworzenie! – jęknęła marynarska dusza Mata. Podał jej jeszcze gorący kubek herbaty, postawiwszy go na taborecie opodal koi z zaleceniem by próbowała jednak popijać, otulił dodatkowym kocem i niechętnie, jednak w końcu wyszedł z kabiny.

-Jaka szkoda, eeech, trudno, takie życie… – Otworzył drzwi maszynowni, w której Jurek coś grzebał przy wyłączonym agregacie, Wrogu Numer Jeden lokatorów lewej burty, zwanym pieszczotliwie „Krową”(no, ale o tym potem).

-Jureeek! Masz gościa! Jurek podniósł usmarowaną twarz, błysnął białkami oczu i niedowierzająco uśmiechnął się,

-Zalewasz, nikt nie miał przyjeżdżać! (no tak, on był ze Śląska).

-Nie, powaga, chyba Twoja dziewczyna, tylko się nie przestrasz,

bo miała przygodę.

-Co ty pieprzysz, nie mam dziewczyny, z Baśką zerwałem przed wyjściem w morze- wycierał usmarowane dłonie w pakuły patrząc w górę podejrzliwie- jak wygląda?

-Mała, drobna brunetka, krótkie włosy i oczy jak spodki.

-Cholera! Baśka! Co ona tu robi?- rzucił ze złością klucz do skrzynki i pobiegł na górę, mamrocząc pod nosem- Cholerne baby…

-O kurcze! – przemknęło Matowi po głowie – więc może? Ni stąd ni zowąd zrobiło mu się ciepło na duszy… A swoją drogą co za facet z tego Jurka, takiej dziewczynie pozwolić odejść? Nie, właściwie to chyba on zerwał, czyli ta szałowa blondyna w Vancouver to nie przygoda tylko?

-myśli jak szalone przebiegały po mu po głowie- Cholera, ona pewnie miała nadzieję, że po rejsie chłopak zmięknie, przyjechała tu tyle kilometrów… Nic dziwnego, że była cała rozkojarzona i nie zauważyła gdzie stoi trap, zresztą tam, qrwa, w ogóle nic nie widać!

Szybkim krokiem wrócił na pokład i podszedł do oficera wachtowego (młodziutki, Trzeci, z dopiero co zarysowanym cienkim wąsikiem na chłopięcej twarzy, robił pierwszy rejs za oficera…) -Andrzej, co jest z tym oświetleniem przy trapie, przecież tu jest ciemno jak w d*pie!

Mat wyładowywał zgromadzone emocje na w sumie największym winowajcy całego zdarzenia, które o mały włos mogłoby się skończyć tragiczne.

-No, kurde, właśnie kazałem włączyć szperacz z mostka, a elektryk montuje halogena, a ty co się wściekasz… nikt nie przyjechał, czy co? Nie martw się, w końcu jest grubo po północy… Rano… -Ehhh, k*rwa, zamknij się wreszcie!

Trzeci próbował załagodzić sytuację. Nie wiedział, że dopiero takie gadanie, może rozsierdzić majstra. Wszystko działo się tak szybko, tak rozchwiało emocje Mata, że ten ograniczył się tylko do krótkiego soczystego wykrzyknika, wzruszył ramionami i odwrócił się do trzeciego plecami.

W wyjściówce pojawił się Jurek, skinął na Mata i obaj przeszli w kierunku dziobu statku. Jurek miał niespecjalnie szczęśliwy wyraz twarzy.

-Słuchaj Mat, ty masz teraz wolne, co? -Mateusz potwierdził skinieniem głowy

-Bo widzisz jest taka sprawa, jakoś w rejsie nie zgadało się, zresztą my obaj tacy skłonni do zwierzeń jak dwa konie

Mak znowu skinął uśmiechając się kącikiem ust, w końcu to dla tego tak dobrze im się mieszkało razem, nic gorszego jak „mędząca” gaduła w kabinie.

-Z Baśką skończyłem jeszcze przed rejsem, pisaliśmy do siebie, ale jako przyjaciele, a ona myślała że coś się zmieni, zresztą widziałeś, zaangażowałem się w Vancouver, Annie jest…

-OK- Mat wpadł mu w pół słowa, żeby nie pogłębiać nieprzyjemnej dla obu sytuacji- co mam zrobić? Podwieźć ją do hotelu?

-Stary, właśnie o to chodzi, nie chcę wyjść na skończonego chama, ale ona nie może tu zostać, a ja mam wachtę i nie mam jak jej odwieźć do miasta. Ona tu jest nowa i trochę się boję puścić ją samą, to przecież port.

-Nie ma sprawy, zresztą to ładna dziewczyna, więc mogę powiedzieć, cała przyjemność… -próbował się zgrywać, żeby ukryć narastające, rozpierające go emocje. -Stary, dzięki, nawet nie wiesz ile dla mnie robisz.

-OK, mam nadzieje, że nie będziesz miał okazji się odwdzięczyć, przynajmniej w ten sposób- Mat udawał obojętność.

-Fakt- Jurek się skrzywił- głupia sprawa… No to chodź, co prawda się znacie, ale i tak przedstawię Was sobie. Przeszli obok oświetlonego trapu i w drzwiach odruchowo schylając głowy wkroczyli do kabiny. W tym niewielkim pomieszczeniu dwóch rosłych mężczyzn wypełniało praktycznie całą przestrzeń. Barbara siedziała na kanapie, przebrała się w suche ubranie, widocznie miała je w podręcznej torbie, którą opuściła na keję, wpadając do wody. Nie miała najweselszej miny. Wydarzenia dzisiejszego wieczora najwyraźniej były ciężkim dla niej doświadczeniem.

-Basiu, Mata poznałaś, ja muszę do maszynowni, jutro rano mam… hm… W każdym razie Mat zaoferował zawieźć Cię do hotelu, jak to uzgodniliśmy…

Mat czuł się wyjątkowo niezręcznie, z drugiej strony miał już PLAN i radosne podniecenie wypełniało mu pierś delikatnym drżeniem… Jurek podał w pożegnalnym geście dłoń Barbarze, która nie wyglądała na uszczęśliwioną takim obrotem sprawy i wyszedł. Mat poczuł się wreszcie gospodarzem.

-Może napijesz się jeszcze herbaty, jak się czujesz?

-Nie. Dziękuję, już wszystko w porządku, co za cholerna sytuacja!

Barbara jakby otrząsnęła się… Ten wypadek i całe to… Wyszłam na kompletną idiotkę! Przepraszam, że tak bezceremonialnie wciągnęłam Cię w to wszystko, przecież masz swoje sprawy… Czuję się taka upokorzona… ! Ze złością zacisnęła pięści uderzając jedną o drugą. Jej twarz nabrała zupełnie innego, bardziej drapieżnego wyrazu.

-Ale cóż znowu, wypadki się zdarzają, zwłaszcza na tym cholernym pudle, a życie przecież różnie się układa. Fakt, masz powód się wściekać… ale bez przesady… a jeśli chodzi o mnie… Cała przyjemność po mojej stronie- uśmiechnął się do niej serdecznie. Także i Barbara próbowała przezwyciężyć żal i złość wykrzywiając się w coś w rodzaju uśmiechu…

-Dziękuję, jesteś taki miły, od samego początku… ale ta sytuacja strasznie mnie wkurza, zrobiłam z siebie straszna idiotkę! Niech to szlak! A tutaj jestem taka bezradna, nikogo nie znam, ten port jest taki przerażający, pusty i ciemny…

-Właściwie to przecież mogłabyś tu przenocować, ja bym jakąś koje dla siebie znalazł, nie wiem co Jurka tak sparło?

-Nie, nie, to ja, jak już się rozmówiliśmy, sama chciałam uciekać stąd jak najszybciej, nie chcę już go spotykać!

-Skoro tak, to zbierajmy się…

-Tak, tak, chodźmy … Barbara miała już spakowane rzeczy w torbę, którą Mat wziął do ręki przepuszczając ją przodem. Przeszli wąskim korytarzem wzdłuż maszynowni. Na statku uspokoiło się. Rodziny i marynarze rozjechali się, po statku wałęsali się tylko ci, którzy mieli daleko do domu. Słychać było jedynie pokasływanie z Manhattanu (sarkastycznie nazywany przez rybaków najniższy pokład, gdzie znajdowały się kabiny marynarzy. Panował tam zwykle zaduch i ciemność, bo pokład znajdował się poniżej lustra wody, więc dzienne światło docierało jedynie przez świetliki w pokładzie, a świeże powietrze nawiewami). Pozostali tam rybacy, którzy mieszkają poza Świnoujściem, albo mający następnego dnia wachtę portową.

Z maszynowni dobiegało stukanie, szczęk metalowych części. Jurek przygotowywał agregat do jutrzejszej inspekcji. Poza tym błoga cisza, tak niezwykła od miesięcy na tym statku… Na pokładzie nie było już nikogo, wachtowi pilnowali statku z mostku. Komu by się chciało sterczeć przy trapie…

Wyszli na nabrzeże. Blade światło latarń wydobywało z mroku martwe o tej porze zabudowania. Potężne wieże oświetleniowe rzucały na port mdłe światło, większość lamp zawieszonych podwójnym rzędem na ich wieńcach było nieczynne. Smutna rzeczywistość polskiego rybołówstwa. Gasło smętnie jak te latarnie…

Powoli szli brzegiem basenu wschodniego, pusty i ciemny sprawiał przygnębiające wrażenie… skręcili w kierunku bramy portowej, przechodząc między wysokim szpalerem krzewów. W dzień wyglądało to nawet ładnie, ale teraz ciemny tunel najwyraźniej budził u Barbary niepokój, bo zbliżyła się do Mata odruchowo chwytając go za rękę…Smutny krajobraz w jego oczach zajaśniał niezwykle ciepło i przyjaźnie… Czuł że jego samotność dobiegła kresu… W.S.

 

Dodaj komentarz