Męskie dowcipy w rybackim wykonaniu – Symfonia Pierwszego

Męskie dowcipy w rybackim wykonaniu – Symfonia Pierwszego

Na Gople mieliśmy I oficera, Roman chyba miał na imię, niewysoki ale za to mocno zbudowany, byczy kark, łysa pochylona głowa, broda prawie zrośnięta z niemałą klatą, małe wyłupiaste oczka i zmysłowe usta niczym u amanta filmowego. Charakter za to trudny miał, funkcjonował na zasadzie bata kapitana. Stary miły, kulturalny, a jak trzeba było kogoś opieprzyć, to miał Pierwszego.

To właśnie ten oficer był głównym bohaterem opowiadania ” Prysznic…”, no i pewnie nie raz tu jeszcze go wspomnę, bo „barwna to była postać”.

Jego przeciwieństwem był Radio, wysoki, szczupły, żeby nie powiedzieć chudy, niezbyt pewny siebie, jakby lekko zlękniony… Nie specjalnie zgrywał się z załogą ale był nieszkodliwy.

Pierwszy miał kabinę na pokładzie szalupowym, niedaleko mostka, toteż jego straszliwe chrapanie słychać było podczas nocnej wachty na mostu okropnie… A było to chrapanie nad chrapaniami, wznosiło się, opadało, przerywało nagle i niespodziewanie by wybuchnąć głośnymi, przerażającymi kaskadami, kiedy było chłodniej zamykaliśmy drzwi na mostek i okno z prawej burty, żeby mniej było słychać, ale w tropikach…

Faceci jak się nudzą, to wymyślają dowcipy, najlepiej takie żeby się pośmiać cudzym kosztem.

Na naszą ofiarę wybraliśmy radiego, który jednocześnie pełnił na statku rolę felczera, więc na wszelkich chorobach na pewno się znał. Ciekawi byliśmy czy potrafi coś poradzić na chrapanie.

W Vancouver, w komisie, tutaj zwanym secondhandem, nabyłem drogą kupna za kilka kanadyjskich dolarów całkiem przyzwoity magnetofon reporterski, z porządnym mikrofonem.

Którejś nocy na Pacyfiku, kiedy staliśmy w dryfie, w oczekiwaniu na poranne wybieranie pławnic, nagrałem chrapanie pierwszego.

Po południu, kiedy już siatki wylądowały na pokładzie i mieliśmy chwilę dla siebie, zaprosiliśmy na pokład pelengowy, na mrożoną kawę Radiego. Pogadaliśmy, pogadaliśmy, w końcu któryś zapytał,

-Radio, jest jakieś lekarstwo na chrapanie?- ten się zamyślił i po chwili odparł:

-Niee, chyba nie… a co?

-W zasadzie to nic, nam to na mostku jak zaczyna przeszkadzać to zamykamy drzwi i bulaje, daje się wytrzymać, ale czy to nie jest groźne?

-No nie wiem, ale kto tak strasznie chrapie?

-Jak to kto, ty!

-Co wy pieprzycie, ja nie chrapię!

-Rzeczywiście nie chrapałeś ale coś ostatnio się stało, że jedziesz jak popsuty czołg…

-Jaaa?

-Nie wierzysz to posłuchaj… i puściliśmy mu „symfonię” w wykonaniu pierwszego…

Radio zbladł i mówiąc do siebie,- to nie możliwe, to niemożliwe- poszedł do kabiny… A my postanowiliśmy temat co jakiś czas pociągnąć. Okazuje się że w każdym siedzi jakiś mały sadysta…

Po paru dniach, widząc jak Radio się męczy, jednak daliśmy mu spokój, któryś ze spiskowców wyjaśnił mu „na boku”, że chłopaki jaja sobie robią. Trochę się wściekał, trochę obraził ale wieczorek przy butelce czerwonego wina sprawę ułagodził… W sumie potem sam się śmiał na wspomnienie tego „dowcipu”.

Męskie Dowcipy w rybackim wykonaniu. Wracamy i to gazem!

Męskie Dowcipy w rybackim wykonaniu

Wracamy i to gazem!

Gopło podczas zwiadu na Pacyfiku poławiało pławnicami. Niekoniecznie wyglądało to tak, jak opisała pewna pani redaktor, specjalistka od morskiej tematyki.

Statek przygotowywał się do wyjścia w próbny zwiad na Atalntyk, żeby sprawdzić wszystkie nowe urządzenia łowcze, system hydrauliczny do ich napędzania, sieci, satelitarne urządzenia nawigacyjne i łączności, no i odsalarkę do wody morskiej (!).

Wówczas to na burcie pojawiła się owa pani, odziana w okazałe futro i mocny makijaż wpadła na pokład niczym szkwał. Pierwszy, łasy na okazałe kobiety wziął ją pod swoje skrzydła, wciągając spory brzuch, wypinając klatę, wytrzeszczając oczka, raczył ją opowieściami o statku. Rozwodził się nad nowoczesnymi urządzeniami, łącznością satelitarną a zwłaszcza nad niezwykłym w naszej flocie sposobie połowów, jaki będziemy prowadzili.

Najwyraźniej urzeczona męskością bijąca od pierwszego, pani redaktor nie do końca zrozumiała o co w tym wszystkim chodzi… Nazajutrz w Głosie Szczecińskim wyczytaliśmy, że pławnice, którymi będziemy łowić, to „jakby płoty w morskiej toni, rozpięte na stalowych linach”. Dzięki temu mieliśmy sporo radości przez cały rejs.

Oczywiście pławnice to delikatne sieci z żyłki osadzone na pływającej lince, unoszące się pod powierzchnią dzięki właściwie dobranej wyporności linki górnej (tzw. nadbory) i ciężarowi dolnej (najczęściej dociążanej ołowiem podbory). Statek idąc pół naprzód, wysnuwał [z rufy (nadborę) i tylnej części prawej burty (podborę)] połączone z sobą sieci, stawiając płot długości 200 do 500 m, na końcu którego dowiązywano radiopławę.

Mimo, że pozycję wydawania zaznaczano na mapie, to jednak prądy morskie powodowały dryf sieci, czasami na spore odległości. Dlatego zestaw wyposażany był w radiopławę, wysyłającą sygnał na określonej częstotliwości, pozwalała ona później sieci odnaleźć. Niezależnie od pogody, czy widoczności trafialiśmy na sieci bardzo precyzyjnie za każdym razem.

W przeciwieństwie do pławnic stosowanych przez lugry na Morzu Północnym, nie staliśmy przy dryfującej sieci tylko odchodziliśmy w inne miejsce by postawić kolejny zestaw i kolejny. Po kilku godzinach wracaliśmy po pierwszą itd.

Taka boja radiowa była znacznie droższa niż cały zestaw pławnic, toteż przez pierwsze noce stary nie mógł spać, tylko nasłuchiwał czy pława się odzywa, a każde poszukiwanie zestawu odbywało się w atmosferze niezłego napięcia.  Przemieniało się ono w wybuchy radości, gdy między falami, gdzieś przed dziobem ktoś zauważył tańczącą, czerwoną chorągiewkę.

Bosman, który odpowiadał za obsługę ciężkiej jak cholera pławy, żeby ułatwić sobie zadanie wiązał ją do rufowego relingu za burtą. Robił to , żeby podczas wydawania już się z nią nie szarpać, tylko zwolnić węzeł i poooszła!

II of, młody stażem ale bardzo chcący zabłysnąć, wielokrotnie upominał go, że nie jest to zgodne z PROCEDURĄ ale bosman, stary wilk miał to raczej w nosie i robił swoje…

Okazało się jednak, że II. miał rację, któregoś dnia, po wybraniu sieci, kiedy statek szedł na pozycję kolejnego wydania, bosman wpadł na mostek krzycząc że boja zniknęła!

Stary natychmiast krzyknął „Wracamy i to gaaazem!”, położył statek na kontrkurs, a w międzyczasie wybuchła potworna awantura. Bosman zaklinał się, że jak zawsze bardzo dobrze boję zabezpieczył, II. że jednak za burtą! a mówiłem! Stary posłał trzech rybaków na dziób by wypatrywali zgubionej radiopławy, na mostku dwóch też nie odrywało wzroku od wody, a statek cisnął całą na przód. Powoli zapadał zmrok, więc szanse na odszukanie pławy malały z każdą chwilą.

Po jakiejś pół godzinie nerwów, II. przyznał się, że schował boję za kominem, żeby bosmanowi dać nauczkę. Stary mało go żywcem nie pożarł, co tam się działo! Reszta załogi oczywiście pokładała się po kątach ze śmiechu. Skończyło się tym, że boja była wiązana do relingu ale na pokładzie a nie nad wodą, II. przeprosił starego i bosmana i jakoś awantura przeszła…

Wielka wyprawa krylowa – priorytet rządu i partii

Wielka wyprawa krylowa – priorytet rządu i partii

Początek lat 70. był piękny, po zmianie w władzach jedynie słusznej partii po protestach w grudniu 1970, Gierek otrzymał zielone światło z Moskwy na kontakty z zachodem. Pokazał ludzką twarz socjalizmu, za cenę potężnych kredytów na unowocześnienie gospodarki.

Nie będę tu wdawał się w ocenę tego co się wówczas działo. Dla gospodarki rybackiej jednak nastały złote czasy. Firmy armatorskie zamawiały coraz to większe trawlery, a zawłaszczanie szelfów przez państwa nadmorskie, wymuszały poszukiwania białka spożywczego, coraz dalej od Europy.

Państwo angażowało coraz większe środki w rozwój tak rybołówstwa jak i nauki, w celu wydobycia jak najwięcej, jak najszybciej, niekoniecznie jak najtaniej białka z mórz i oceanów.

W połowie lat 70. narodził się pomysł połowów kryla, którego „nieprzebrane” zasoby żyły sobie spokojnie, do tej pory, w wodach arktycznych.

Wysłano w celach zwiadowczych zespół dwóch statków, jeden łowczy m/t Tazar i drugi naukowy „Profesor Siedlecki”.

Na Tazarze kierownikiem naukowym był dr. Maciej Krzeptowski ze świnoujskiego oddziału Morskiego Instytutu Rybackiego a korespondentem Głosu Szczecińskiego red. Bogdan Czubasiewicz. Na Siedleckim kierownikiem był prof. Rakusa-Suszczewski z Polskiej Akademii Nauk, który jednocześnie był kierownikiem naukowym całej wyprawy a korespondentem znany podróżnik i dziennikarz Ryszard Badowski (kawiarenka pod Globusem Tv Kraków).

O wyprawie powstało sporo książek, opracowań i tekstów, ale pozostało jeszcze kilka anegdotek, których nie udało mi się w nich znaleźć, za to słyszałem je podczas rybackich spotkań z uczestnikami tego rejsu, m.in. Andrzejem Bejmem radiooficerem na Tazarze i Maciejem Krzeptowskim, jak wspomniałem kierownikiem naukowym wyprawy, oraz Jurkiem Porębskim, który był w zespole naukowo badawczym na Siedleckim.

Jedna ze smaczniejszych anegdot dotyczyła organizacji rejsu, która była dość bałaganiarska, np. w czasie przelotu na południe okazało się, że na Tazarze są dwie lewe deski trałowe. Jak wiadomo takim zestawem nie da się łowić, ponieważ są one tak skonstruowane, że lewa rozciąga skrzydło włoka w lewo a prawa w prawo. Czubasiewicz natychmiast napisał o tym zjadliwy tekst do Głosu Szczecińskiego, gazety partyjnej, rzecz jasna.

Tekst mu odrzucono z uwagą, że nie może pisać takich rzeczy, że statek został wyposażony w dwie lewe deski trałowe. Czubasiewicz wysłał skorygowany tekst, w którym napisał, że statek został wyposażony w DWIE PRAWE DESKI TRAŁOWE. Śmiechu było na statku z tego powodu co nie miara…

Kilka mało znanych a śmiesznych historyjek przytacza Maciej Krzeptowski w książce „Pół wieku i trzy oceany”,  jedna z najśmieszniejszych wg mnie to ta o wpadce Czubasiewicza, który koniecznie chciał prześcignąć w relacjach Badowskiego…

Miałem okazję być na powitaniu Tazara w Świnoujściu i spotkaniu załogi z dyrekcją „Odry”. Tutaj wylały się żale na byle jakie przygotowanie niby priorytetowej dla rządu i partii wyprawy antarktycznej.

Wybuch zjadliwej wesołości, wśród której dominował baryton Andrzeja Bejma, spowodowała wiadomość z socjalnego, że uczestnicy wyprawy mają zagwarantowane wczasy z rodzinami w firmowym hotelu „RYBAK”, który znajduje się w Międzyzdrojach!!!

Statek przywiózł wówczas na pokładzie, z mojego punktu widzenia (wówczas pracownika Muzeum Rybołówstwa Morskiego), masę bezcennych skarbów. Kolekcje rzadkich skorupiaków, ryb zimnokrwistych, ptaków antarktycznych ale także grupkę żywych pingwinków. Rybacy zajmowali się nimi troskliwie, toteż, całkiem dobrze przetrwały podróż i zostały przetransportowane jako dar do ZOO w Oliwie, gdzie przeżyły kilka lat.