Kuba-morski sokół wędrowny

Kuba-morski sokół wędrowny

Któregoś razu zauważyliśmy, że Kuba porwał znad fali latającą rybę. Byliśmy już w strefie ciepłych wód i ryby te  pojawiły się w dużych ilościach.   

Było to któregoś dnia w trakcie powrotu, ze zwiadu rybackiego na Pacyfiku. Kiedy już trzymaliśmy kurs na Panamę, gdzieś na wysokości Kalifornii, tuż po  objęciu porannej wachty omiotłem wzrokiem horyzont i kątem oka dostrzegłem na maszcie sporego ptaka. Podniósłszy wzrok zdumiałem się bardzo, wręcz nie mogłem uwierzyć własnym oczom.

Na rejce, tuż przy topie siedział  drapieżnik, miał charakterystyczny kształt ciała i głowy z dumnym, zakrzywionym dziobem, z silnymi nogami wyposażonymi w potężne szpony. W żaden  sposób nie był to jakikolwiek morski ptak!

Porwałem lornetkę i nagle spojrzałem w oczy pięknego sokoła. Ponad 200 Mm od  lądu, na oceanie sokół! Różne rzeczy widziałem, ale nie coś takiego! Przywołałem z pamięci wszystko co do tej pory  miałem w swojej „podręcznej bazie danych” na temat sokołów i wyszło mi na to, że jest to sokół wędrowny, lub jakiś  gatunek bardzo blisko niego…

Ciemnobrązowy grzbiet, jasna, upstrzona paseczkami pierś, ciemny kapturek na głowie  okalający wielkie, wręcz piękne  oczy drapieżnika. Zaskoczenie ale i radość była ogromna. Stał się natychmiast ulubieńcem  załogi, która ochrzciła go jak to zwykle bywa, imieniem Kuba.

Pierwszym naszym zmartwieniem było to, co też Kuba będzie  jadł. Jako drapieżnik musi jeść mięso, próbowaliśmy jakoś go zachęcać do statkowej wieprzowiny, ale zupełnie nie  reagował na próby podsuwania mu co lepszych kąsków. Jakieś dwa dni w ogóle nic nie jadł. Bardzo poważnie niepokoiliśmy  się jego kondycją.

Jednak po południu trzeciego dnia pobytu na „Gople”, Kuba poderwał się do lotu i szybkim jak to  sokoła lotem, pomknął nad falami. Śledziłem go przez lornetkę. W pewnej chwili dojrzałem jego cel, między grzbietami falami, tuż nad  ich powierzchnią kluczył mały nawałnik. Kuba błyskawicznym atakiem porwał go w szpony i wrócił na statek. Upatrzył sobie miejsce na maszcie na pokładzie pelengowym, tuż ponad nawigacyjnym światłem topowym. Tam, nie bacząc na wpatrzoną  z zachwytem i dumą „w naszego Kubusia” marynarską gawiedź, pożarł zdobycz.

Od tej pory tak bywało codziennie. Kuba  wyprawiał się dwa trzy razy dziennie na połów, spożywał ofiarę siedząc, a właściwie stojąc na „swoim” miejscu i zapadał  w krzepiącą drzemkę.  Zmieniające się wachty, w pierwszych słowach przekazywały sobie informacje o Kubie -jadł coś?

Pytanie było uzasadnione,  bo nie zawsze udawało mu się cokolwiek złapać, czasami wracał na statek „o pustych szponach”. Nawałniki i burzyki maja bardzo szybki i pełen nagłych zwrotów lot. Dlatego były trudnym celem dla Kubusia. Któregoś razu zauważyliśmy,  że Kuba porwał znad fali latającą rybę. Byliśmy już w strefie ciepłych wód i ryby te pojawiły się w dużych ilościach. Tym samym Kuba, jako chyba jeden z nielicznych sokołów do swojej diety dołączył morskie ryby.  Od tego czasu pod kominem często pojawiały się łebki ryb latających.

Nie obyło się bez dramatycznych sytuacji. Któregoś razu Kuba zapędził się za zdobyczą dość daleko, a statek płynął cały  czas z szybkością jakiś 12 węzłów. Kuba ponawiał ataki na jakiegoś burzyka czy nawałnika, jednak bezskutecznie,  pozostając coraz dalej w tyle. Obawialiśmy się czy będzie miał na tyle siły żeby nas dogonić. Napięcie na mostku rosło z  każdą chwilą.

Sokół chyba spostrzegł dramatyzm sytuacji, bo przerwał polowanie i ruszył w pościg za statkiem,  płynęliśmy pod wiatr, więc nie miał łatwego zadania. Stary, niby niewzruszony morski wyga, ściągnął rączki telegrafu maszynowego „do mała naprzód”. Do tej pory udawał że Kuba niewiele go obchodzi. Statek zwolnił a sokół już bez zataczania koła, jak zwykle, pojawił się nad pokładem  usiadł na swoim miejscu. Odetchnęliśmy z ulgą, a statek ponownie, przy dźwiękach dzwonka telegrafu, ruszył całą na przód.  Byliśmy jednak mocno zaniepokojeni, zdawaliśmy sobie sprawę, że brak  posiłku i długie loty bardzo go wyczerpują.

 Już w pobliżu Panamy pogoda uległa zepsuciu, wiatr przybrał na sile do jakiś 6 stopni, stał się porywisty, z niskich,  ołowianych chmur zacinał deszcz. Tuż przed wieczorem zauważyliśmy trzy białe czaple, które resztką sił doleciały do  statku, sadowiąc się na rejce głównego masztu. Oczom własnym nie wierzyłem, obok nich usadowił się Kuba! Przy czym  czaple skupiły się z jednej burty, a Kuba po przeciwnej stronie masztu z drugiej.

Ptaki tkwiły tak całą noc, rano pogoda uległa poprawie i czaple ruszyły w drogę, ku lądowi… a Kuba za nimi. Po jakichś 15 minutach patrzymy, a nasz sokół jedną z czapli, drącą  się wniebogłosy „holuje” za statkiem. Zdobycz przynajmniej jeszcze raz tak duża jak Kuba, stanowiła spore obciążenie,  toteż leciał tuż nad wodą, próbował wznieść się na poziom burty, jednak nie dał rady, w końcu wypuścił zdobycz ze szpon  i wzleciał na „swój” maszt, a czapla, której udało się zachować życie, pomknęła nad falami na wschód.

Kuba pobył  jeszcze z nami dwa-trzy dni, ale pewnej nocy, kiedy już zbliżaliśmy się do Panamy zniknął na dobre. Było nam smutno, mieliśmy jedynie nadzieję, że dotarł na  ląd bezpiecznie.   

fot. tekst W.S.

Ludomir Mączka – Wielki Skromny Człowiek

Ludomir Mączka – Wielki Skromny Człowiek

Lubomira Mączkę poznałem podczas przygotowywania się jachtów „Victorka”, „Polarka” i „Maria” do rejsu dookoła świata w 1999 roku.

Przy nabrzeżu pod Wałami Chrobrego stała „Victorka”, drewniana replika statku Magellana, o ile dobrze pamiętam, to była chyba uroczystość nadania imienia tej jednostce. Nieco dalej zacumowano „Polarkę” ale wszyscy jeszcze na coś czekali…

W pewnej chwili pojawił się mały, zgrabny, drewniany jacht, jacht legenda, „Maria” z niedużym, starszawym „okularnikiem” w kraciastej koszuli za sterem. Oczywiście to był Ludomir Mączka. Sprawnie zacumował między obydwoma jednostkami, czekający na brzegu przyjęli cumy i uroczystość potoczyła się swoim torem.

Po jakimś czasie podszedłem do Ludomira z prośbą o wywiad, odniósł się do mnie zrazu niechętnie i z dystansem, kiedy jednak dowiedział się, że jestem bratem Maćka Krzeptowskiego, zmienił nastawienie.

-Dla brata Macieja wszystko, oznajmił z uśmiechem.

Odeszliśmy na bok i poświęcił mi wówczas dobrą godzinę. Byłem pod wielkim wrażeniem jego skromności, miłości z jaką rozprawiał o Marii, zupełnego lekceważenia swoich dokonań.

-O czym tu mówić, płynie się po prostu…

Takiego Ludka zapamiętałem, kochał żeglować, kochał jacht, reszta świata była jedynie dodatkiem do tej wielkiej miłości. Zupełnie nie dbał o sławę, popularność, media, kamery…
Dla mnie Ludomir to kwintesencja żeglarza.

Jestem pod wielkim wrażeniem pomnika jaki stanął w Alei Żeglarzy na nadodrzańskim bulwarze w Szczecinie. Artysta doskonale uchwycił osobowość Ludka, wielki skromny człowiek.

Bardzo dobra wiki strona od Ludomirze Mączce jest tu: pl.wikipedia.org/wiki/Ludomir_Mączka

Powstało o nim kilka krótkich reportaży, zapisano kilka rozmów, wszystko to za mało.

Na szczecińskim cmentarzu jest Jego mogiła, skromna jak on sam, ale ładna, świadectwo, że pozostawił tu oddanych mu ludzi, którzy ufundowali ten pomnik.
Dwóch bliskich przyjaciół Mączki napisało o nim książkę-album, Maciej Krzeptowski i Wojciech Jacobson- „Mam na imię Ludomir”, jest tu sporo zdjęć, dykteryjek ale przede wszystkim świadectwo, świadectwo człowieka, który na naszych oczach wyrósł w postać legendarną, mimo swojej równie legendarnej skromności.

„Maria”, niestety stoi w Szczecinie na lądzie, a szkoda, bo mogłaby służyć dzieciom i młodzieży do szkolenia a zwłaszcza do pobudzania wyobraźni i żądzy przygody.
Sama postać wielkiego żeglarza jednak jest doceniana w przypadku środowiska szczecińskiego. Działa tu Drużyna Harcerska im. L. Mączki i jak widać już pierwsza jednostka nosi jego imię. Brawo!

w.s.

m/s Świdnica

M/s Świdnica, statek którego świdniczanie pamiętają

Przełom lat 50. i 60. XX wieku był złotym okresem polskiego budownictwa okrętowego. Głownie przedwojenne statki handlowe były wymieniane na jednostki budowane w krajowych stoczniach. Jedną z nich był drobnicowiec m/s „Świdnica”, należący do typu B-55, którego długą serię zamówił w ówczesnej Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego największy polski armator handlowy – Polskie Linie Oceaniczne.

W sumie w latach 1958-1962 wybudowano piętnaście statków, trzy typu B-55 oraz dwanaście ulepszonego typu B-55/II. M/s „Świdnica” (kod wywoławczy SPPL) był piątą jednostką całej serii, a drugą jej ulepszonej wersji. Jednostka była drobnicowcem ochronno-pokładowym o wymiarach 123,9 x16,5 x 6,5 – zanurzenie i 17,5 metra wysokości. Jednorazowo przy swojej wyporności 3.365 BRT miała nośność 5.382 DWT (tyle mogła zabierać ładunku), a zapas paliwa wynosił 615 ton.

Napęd statku stanowił jeden sześciocylindrowy silnik SD6 MAN K6Z70/120 o mocy 5000 koni mechanicznych, pozwalający na rozwinięcie maksymalnej prędkości 15,5 węzła. Statek posiadał własne urządzenia przeładunkowe w postaci jednego bomu o udźwigu 30 t i 13 bomów o udźwigu 5 t. Załoga statku składała się z 35 oficerów i marynarzy. Statki typu B-55 miały jedną śrubę, dwa pokłady i pięć ładowni chłodniczych.

Na „Świdnicy” ostatnią z nich powiększono i wbudowano trzy zbiorniki na oleje jadalne. Budowa jednostki rozpoczęła się w 1959 roku na pochylni „Wulkan” w Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego.

W styczniu 1960 roku zarząd Polskich Linii Oceanicznych zwrócił się do władz miasta Świdnica o zgodę na nadanie jednostce imienia „Świdnica” i objęcia patronatu nad statkiem. Oczywiście wyrażono ją natychmiast. Na matkę chrzestną statku wybrano Danutę Sajdak, ówczesną przewodniczącą Miejskiej Komisji Planowania Gospodarczego, natomiast zakładami patronackimi zostały Fabryka Wagonów „Świdnica” i Zakłady Elektrotechniki Motoryzacyjnej.

W rewanżu załoga statku objęła patronatem dwie świdnickie szkoły – Liceum Pedagogiczne i Szkołę Podstawową nr 13. Ceremonia nadania imienia statkowi i jego wodowania odbyła się 20 lutego 1960 roku. W dniach od 31 sierpnia do 2 września 1960 roku m/s „Świdnica” odbyła trzydniowy próbny rejs po Bałtyku, po którym wróciła do Szczecina w celu usunięcia zauważonych usterek. Ostatecznie 27 września na jednostce podniesiono polską flagę i uroczyście przekazano ją armatorowi – PLO.

M/s „Świdnica”, podobnie jak jej siostrzane jednostki, została zaprojektowana przez polskich konstruktorów z myślą o obsłudze linii do portów Ameryki Południowej i na Bliskim Wschodzie. Względy ekonomiczne sprawiły, że nigdy na nią nie trafiła. Skierowana została do obsługi linii zachodnioafrykańskiej. 1 stycznia 1962 roku statek został wydzierżawiony Polskiej Żegludze Morskiej, której jednostki pływały do portów Afryki Zachodniej.

Świdnica była uważana przez marynarzy za szczęśliwy statek. W 1965 roku „Świdnica” doznała najpoważniejszej w swojej historii awarii, kiedy w Port Harcourt w Nigerii pękł główny wał napędowy. Holownik Polskiego Ratownictwa Okrętowego „Swarożyc”, który po przepłynięciu ponad ośmiu tysięcy mil morskich, doholował okaleczoną m/s „Świdnica” do Szczecina.

Przez następne dziesięć lat nie odnotowano na „Świdnicy” poważniejszych awarii. Dopiero w 1975 roku pech znowu dał znać o sobie. Podczas postoju w nigeryjskim porcie Wari, na statku wybuchł groźny pożar, który na szczęście został opanowany przez załogę. Pechowy okazał się 1980 rok, kiedy najpierw statek wszedł na mieliznę w cieśninie Wielki Bełt, a następnie, kiedy w sztormie w Zatoce Biskajskiej źle umocowany kontener poważnie uszkodził burtę statku na śródokręciu. Przez 21 lat swojej służby m/s „Świdnica” zawinęła do kilkudziesięciu portów – tych bliższych: Hamburga, Kilonii, Antwerpii, Amsterdamu, Rotterdamu, Bordeaux, Bristolu, La Corunii, jak również tych dalszych i bardziej egzotycznych: Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich, Dakaru (Senegal), Conakry (Gwinea), Freetown (Sierra Leone), Monrovii (Liberia), Abidjanu (Wybrzeże Kości Słoniowej), Akry i Sekondi-Takoradi (Ghana), Cotonou (Benin), Lome (Togo) czy do Port Harcourt w Nigerii.

Najdłuższym rejsem „Świdnicy” była podróż do Dar-es-Salam w Tanzanii i dalej do portów nad Morzem Czerwonym. Statek przepłynął wówczas prawie 24 tysiące mil morskich w jednym rejsie (blisko 45 tysięcy kilometrów!). Armator – Polskie Linie Oceaniczne, pod banderę którego z dzierżawy przez Polską Żeglugę Morską „Świdnica” powróciła 1 stycznia 1970 roku, zdecydował się sprzedać statek w 1981 roku.

„Świdnica” została zakupiona przez greckiego armatora Grecomar Shipping Agency Ltd. W swój ostatni rejs pod polską banderą „Świdnica” wypłynęła 19 marca 1981 roku. Kilkanaście dni później na drobnicowcu nazwanym teraz „Kostis” podniesiona została bandera grecka.

Jednostka pływała jeszcze przez cztery lata. Na początku 1985 roku została sprzedana do stoczni złomowej w Gaddani Beach (Pakistan). W rocznikach flot jako data wykreślenia z rejestrów i złomowania podawana jest data 10 marca 1985 roku

[Rebeka](wpis ze strony http://dolny-slask.org.pl)

Typ statku: drobnicowiec
Rok budowy / stocznia: 1959 / Sz B-55/9 (Szczecin)
Okres eksploatacji w PLO: 1969 – 1981
Dalsze losy:
sprzedany (Eissodianav Shipping agency Co., Piraeus, Greece / Kostis)
Nośność:
5382 TDW
Ilość pasażerów:  4
Długość całkowita: 123.9 m
Szerokość: 16.6 m
Zanurzenie: 6.5 m
Rodzaj napędu: silnik spalinowy
Moc SG: 3680 kW
Prędkość: 15.5 w
Uwagi:
W PLO w latach 1960-1962, następnie w PŻM i ponownie od 1969r. w PLO.
( Dane ze strony http://www.plo.com.pl)
Wodowanie drobnicowca m/s Świdnica Stocznia im. A.Warskiego w Śzczecinie.

Bardzo ciekawy wpis o tym statku można poczytać na stronie: http://www.mojemiasto.swidnica.pl/

Biblia a sprawa morska

Tekst ten dedykuję pamięci Walentina Tanajewa, niezwykłego misjonarza z Kapsztadu, pracującego nad zbawieniem marynarskich dusz…

Biblia a sprawa morska

Ktoś, kto życie na statkach rybackich zna z krwistych morskich opowiadań, zdziwiłby się, wizytując którąkolwiek z kabin załogi na jakimkolwiek trawlerze.

Otóż praktycznie w każdej z nich na honorowym miejscu, na stoliku pod bulajem leżała książka. Ba… nie byle jaka, w każdej kabinie na poczesnym miejscu spoczywała… Biblia. Tak powszechna jej obecność wśród rybackich załóg była wynikiem pracy misji różnych wyznań w zagranicznych portach, do których zawijały nasze trawlery.

W każdym z nich, od Lerwick na Wyspach Owczych po Falklandy, czy porty Argentyny i Chile, dość szybko po rzuceniu kotwicy czy cum na polery, przy trapie pojawiał się misjonarz- ksiądz lub pastor. A nawet jeśli nie, to na stoliku wachtowego natychmiast pojawiała się informacja o imprezach w pobliskiej misji Stella Maris, z bardzo dokładnym planem wskazującym drogę.

W Kapsztadzie misja ulokowana była na terenie portu tuż przed bramą wyjściową. Można było tam wstąpić w każdej chwili. Zawsze witał nas szeroko uśmiechnięty pastor, który próbował wciągnąć nas w niewątpliwie zajmującą rozmowę. Oczywiście o urokach życia w bojaźni bożej. Zwykle jednak, zważywszy cel w jakim wychodziliśmy do miasta, a zwłaszcza stan w jakim wracaliśmy na statek, rozmowa kończyła się szybko.  Wręczano nam biblię i i zegnano błogosławieństwem wygłoszonym w rytmie zamaszyście nakreślanego krzyża, jakby wyganiającego szatana z naszych zbłąkanych duszyczek.

W tymże Kapsztadzie odwiedzał nasz statek ksiądz katolicki, Walentin Tanajew, jego postaci nie sposób zapomnieć, niewysoki, korpulentny, z szeroką sympatycznie uśmiechniętą twarzą. Często podjeżdżał pod naszą burtę hałaśliwym, strzelającym z rury wydechowej, zdezelowanym busikiem VW, tzw. “ogórkiem”. Wpadał na statek- mimo niewielkiego wzrostu i podeszłego wieku- niczym wulkan.

Zwykle skrzykiwał grupkę chętnych, którą zabierał na zapierającą dech wycieczkę w góry, lub na Przylądek Dobrej Nadziei. To zaparcie tchu u uczestników powodowały nie tylko wspaniałe krajobrazy Przylądka Dobrej Nadziei, roztaczające się z z jedni biegnącej krawędzią wysoko ponad wybrzeżem, ale także niezwykły sposób prowadzenia „ogórka” przez księdza Walentina. To co on wyprawiał z rękami, jak ignorował zasady normalnego prowadzenia pojazdów… No i jeszcze przyzwyczajenie do ruchu prawostronnego w Europie… a tu pędziło się lewą stroną na wprost wielkich ciężarówek… Po powrocie uczestnicy, choćby głęboko niewierzący, wznosili choćby w duchu podziękowania do Boga za cudem ocalone życie.

Ksiądz ów, rosyjskiego pochodzenia, miał bardzo ciekawą przeszłość. Otóż urodził się na Syberii, w jakiejś wiosce nad Irtyszem, na początku ubiegłego wieku. Kiedy krasnoarmiejcy “wyzwalali” od “białej zarazy” syberyjskie chutory, robili to dość radykalnie otaczając znienacka wieś i wycinając całą ludność. Nasz ksiądz, wówczas siedmioletni chłopiec, przeżył taką operację przypadkiem, bo łowił w tym czasie w rzece ryby, bezsilnie obserwował jak ginie jego rodzina, ukryty w nadrzecznych krzakach. Szczęściem w pobliżu był klasztor polskich zakonnic Urszulanek, one to przyjęły go pod dach, wykształciły i wysłały do Rzymu na studia. Stamtąd został wysłany do pracy misyjnej w świat.

Takim to sposobem mieliśmy szczęście uczestniczyć we mszy na naszym statku odprawianej w polskim języku, przez nadzwyczajnego kapłana. A msza to była niezwykła, choćby z tego względu, że na komunistycznym terytorium! Co prawda kapitan nie miał odwagi zejść do messy (w końcu każdy wiedział, że wśród załogi jest przynajmniej 2 informatorów GPK czy SB), ale oficerowie stawili się w komplecie, nie mówiąc o rybakach.

Księżulek przywdział swoją nieco zmiętą sutannę, rozdał przybrudzone kartki z tekstami pieśni i zaintonował pierwszą z nich. Po statku gruchnęło … “Boże coś Polskę…” oczywiście mało składnie, ale za to głośno. Niejednemu z nas zaszkliło się oko, a marynarski, zdarty w portowych knajpach głos zadrżał… Księżulo podskakiwał, wymachiwał rękami ganiąc jednych, chwaląc drugich, po pewnym czasie udało nam się jakoś zestroić i dalej poszło już całkiem nieźle.

Po mszy siedliśmy na wspominki i pogaduszki przy herbacie, ochmistrz wyciągnął ciasteczka i wówczas to dowiedzieliśmy się o niezwykłych losach naszego duszpasterza… Księżulek na zakończenie zapytał kiedy wychodzimy w morze, gdy usłyszał że pewnie w poniedziałek z portu Stary nie wyjdzie, bo to wróży pecha, aż podskoczył.

-Widzicie! Komuchy, ateiści, w Boga nie wierzą, a takie bzdury, zabobony traktują poważnie! Co to jest za ateizm, toż to ciemnota, ta cała ich komuna, oni wszyscy tacy! Nie wierzcie w te bzdury, kto wierzy w Boga, Jemu ufa, a nie jakimś dziecinnym zabobonom…!

Tak, to była pamiętna niedziela… Przed wyjściem morze,(we wtorek!) miejscowe dziewczyny, które licznie nas odwiedzały, w niektórych kabinach wręcz mieszkały przez cały postój, niechętnie ale jednak opuściły statek. Raptem na kei zrobiło się cicho i pusto.

Kiedy spadły ostatnie cumy, nagle pod statek zajechał z hukiem, dymiąc obficie z wydechu tak dobrze już nam znany “ogórek”, ksiądz pośpiesznie wyskoczył na nabrzeże i a to kreśląc zamaszysty krzyż, to po prostu machając wzniesionymi w górę ramionami żegnał nas, wykrzykując błogosławieństwa i życzenia bezpiecznego powrotu równie żywiołowo, jak prowadził wcześniej na pokładzie dysputy…

-Widzicie- wyrwało mi się do stojących obok kolegów- wasze dziewuchy zniknęły, ale ksiądz jest! I na kogo na prawdę można liczyć…?

Żegnaliśmy naszego kapłana równie serdecznie jak on nas, niejednemu z nas zaszkliło się oko a kolczasta kulka uwierała w gardle… nie wiedzieliśmy jeszcze, że byliśmy ostatnią polską jednostką rybacką jaka cumowała w tym porcie.

Po pięciu miesiącach połowów u brzegów Namibii, otrzymaliśmy polecenie przeprowadzenia statku na drugą stronę Atlantyku do Montevideo w Urugwaju. Tutaj co prawda do misji był kawałek drogi, ale chodziliśmy doń chętnie, bo był tam tani sklepik z codziennie potrzebnymi drobiazgami, od nici, przez kartki pocztowe po tytoń do fajki i różnego rodzaju pamiątki. Można było spokojnie wypić piwo, pogadać ze znajomymi z innych statków, napisać do domu, czy obejrzeć wieczorem jakiś film.

Raz w tygodniu, opiekujący się misją ksiądz, organizował potańcówki dla marynarzy z panienkami z miejscowej pensji. Wszystko jednak odbywało się pod czujnym okiem ich rodziców. Więc było grzecznie i sympatycznie, a duszach marynarskich, mimo udawanego, zuchowatego rozczarowania, pozostawiły ogrzane miejsca… A panienki były śliczne, aż zal…

Jeszcze innego rodzaju działalność misyjną prowadzili pastorzy w Vancouver, którzy przyjeżdżali pod statek olbrzymim, żółtym, szkolnym autobusem zabierając wszystkich chętnych na wycieczki w okoliczne góry, a wieczorami do swojej misji w North Vancouver, gdzie czekały na nas domowego wypieku ciasteczka, herbata, i stoły bilardowe. Rzeczywiście dzięki nim spędziłem tam kilka całkiem przyzwoitych wieczorów. Można było stamtąd zabrać stare roczniki National Geographic, co sprawiało nam nie lada frajdę później, w morzu, kiedy już wszystko co było zabrane z kraju zostało przeczytane.

Oczywiście w każdej misji na pożegnanie obowiązkowym podarunkiem była Biblia. No i stąd właśnie jej poczesne miejsce praktycznie we wszystkich rybackich kabinach…

Postscriptum

Od Macieja Krzeptowskiego dowiedziałem się, że ksiądz z Kapsztadu, Walentin Tanajew niestety zginął w wypadku samochodowym.

A oto niezwykłe zdjęcie ukazujące tego niewielkiego a Wielkiego kapelana portu Kapsztad, na którymś z trawlerów rybackich. (Msza odprawiana na pokładzie trałowym), pochodzi z książki Macieja Krzeptowskiego „Pół wieku i trzy oceany”

ks. Walentyj Tanajew
Msza na pokładzie trawlera

 

A oto dodatkowe informacje od czytelników Grupy FB Marynarze Świata…

Waldemar Drożdziewicz Zdjęcie zostało wykonane prawdopodobnie na Korwinie w 1979 r

Marek Lewenstein Do opowieści dodam jeszcze że po starym „ogórku” miał nowego busa którym chętnie woził na wycieczki za zwrotem kosztów paliwa.

Wspomnienie księdza kapelana marynarzy i rybaków z Kapsztadu

Tablica na nagrobku ks. Tanajewa

Wrak z Podczela został wydobyty

 Trzy dni zajęła akcja wydobywania wraku niemieckiego okrętu z plaży w Podczelu.


Wydobyte zabytkowe elementy jednostki po konserwacji trafią do Skansenu Morskiego
w Kołobrzegu.
Inicjatorem i głównym koordynatorem prac było Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu.
Pozwolenia na prowadzenie akcji oraz pomocy w wydobyciu wraku udzielił Urząd Morski w Słupsku.

W prace zaangażowane było wiele instytucji, służb oraz osób prywatnych.
Szczególne podziękowania składamy dla Urzędu Morskiego w Słupsku, a zwłaszcza Obwodu Ochrony Wybrzeża w Ustroniu Morskim, Portowej Ochotniczej Straży Pożarnej Tryton, Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji w Kołobrzegu, Grupy Eksploracyjno-Poszukiwawczej „Parsęta” oraz Firm Pomoc Drogowa Adam Molis i Hydrobudowa Kołobrzeg (Adam i Dariusz Dzik).

Wrak, którego niewielka tylko część wystawała nad powierzchnię plaży najpierw trzeba było odkopać, wypompować wodę z powstałego zbiornika oraz zabezpieczyć go przed naporem morskich fal, następnie wypłukać tony piachu z wnętrza jednostki i dopiero podnieść.

Do tego ostatniego zadania okazał się niezbędny ciężki sprzęt – koparki Urzędu Morskiego niestety były za słabe. Olbrzymia koparko ładowarka typu Fadroma firmy Hydrobud sprawdziła się doskonale.
Prace musiały zakończyć się w sobotę, gdyż jak mówi Aleksander Ostasz, dyrektor Muzeum Oręża Polskiego, w niedzielę można było spodziewać się sztormu a fale zalałyby wykop i na powrót zakopały wrak.

W sobotę 18 lutego br. po wypompowaniu wody przez strażaków, firma Hydrobud ponad 3 godziny wydobywała wrak. Z jednostki udało się wydostać szereg ciekawych artefaktów m. in. butlę rozruchową do silnika, pompę zęzową, dwie latarnie, narzędzia oraz wiele innych drobnych elementów. Wydobyte eksponaty razem z silnikiem jednostki, wałem oraz śrubą trafią do Skansenu Morskiego w Kołobrzegu.

Wstępne oględziny wraku wskazują, że była to około 16-metrowa dość szybka łódź motorowa. Prawdopodobnie pomocnicza jednostka niemieckiej marynarki wojennej (Kriegsmarine).
Takie oznaczenia znajdują się na butli rozruchowej do silnika, wyprodukowanej 21.10.1942 r.
z oznaczeniem ,,M” czyli produkcja dla Kriegsmarine. Kolejnej atestacji nie było.

Znalezione we wnętrzu jednostki niemieckie łuski mogą świadczyć, że w 1945 roku prowadzono
z niej ostrzał do nacierających jednostek Armii Czerwonej oraz Wojska Polskiego.

Takimi jednostkami ewakuowali się Niemcy w 1945 roku, w momencie gdy lotnisko Bagicz oraz Kołobrzeg jeszcze znajdowały się w ich rękach. Znalezione wewnątrz sowieckie łuski mogą świadczyć, że jednostka po wyrzuceniu na plażę stała się swoistym bunkrem, ukryciem, z którego prowadzili ostrzał Rosjanie do znajdujących się na morzu jednostek niemieckich.

APEL
Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu zaprasza do współpracy. Osoby posiadające informacje o nieodkrytych samolotach, czołgach lub innych obiektach, które powinny znaleźć się w polskich muzeach prosimy o kontakt e-mail: alekost@wp.pl , tel. 601402400 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Niezwykłe PRECJOZA BORCHADTOWSKIE

PRECJOZA termin zapożyczony z listu Borchardta jaki kiedyś wysłał swojemu dawnemu uczniowi dzisiaj kapitanowi ż.w.Ireneuszowi Bulskiemu.

Pan Ireneusz ofiarował skany tych listów skany portalowi. Dzięki temu wszyscy możemy cieszyć się unikalną, wzruszającą, jeśli wziąć pod uwagę okoliczności, ich treścią. Panie kapitanie, dziękujemy!

Z korespondencji jaką między nami prowadziliśmy wyłowiłem piękne PRECJOZA

A oto one: „Mam jeszcze trochę nie ostre zdjęcie Kapitana, skądś skopiowane, gdy wchodzi do klasy z uśmiechem na ustach. takim Go pamiętamy. Załączam te listy i tą niewyraźną fotkę (…) jest ona tak bardzo charakterystyczna dla Niego (…) gdy z wielkim rozpędem wpadał do klasy aby „czołgistom” jak mawiał, nalać do głowy nieco oleju z tej astronawigacji.”

A teraz LISTY

 

Karol Borchardt – Znaczy Kapitan

⅝[vc_row el_class=”td_classic_blog_home”][vc_column][vc_column_text el_class=”import_blog_quote”]

„Znaczy Kapitan” Karola Borchardta zdecydowanie odpowiada za moją drogę życiową.

Pewnie nie ja jeden „padłem ofiarą” romantyzmu Borchardta i jego zaprawionych soczyście dowcipem morskich opowieści.

Ten wspinający się po linie na wysoką rufę żaglowca marynarz, przywoływany na pierwszych stronach książki, niejednemu z nas utkwił w w duszy, powodując przemożne pragnienie podobnych przeżyć.

Los i potężna siła „sprzyjających okoliczności” które zwykle towarzyszą wielkiemu pragnieniu realizowania marzeń zrządził, że tak się stało… (Patrz Droga)

Podczas moich oceanicznych peregrynacji, miałem przyjemność pływać na Gople z kapitanem Andrzejem Kłokodzkim, który był uczniem Borchardta. Podczas długich przelotów w poszukiwaniu kalmara na Pacyfiku, opowiadał nam o życiu w gdyńskiej Szkole Morskiej bardzo ciekawie. Nie wszystkie opowieści nadają się do powtórzenia publicznie 😉 ale jedna z nich na pewno. Ale o tym później…

Tymczasem jednak przytoczę kilka cytatów ze „Znaczy Kapitana”, dla tych, którzy jeszcze nie trafili na tę wspaniałą książkę.

  • „Wkrótce potem, gdy w pierwszej mojej podroży na „Lwowie” staliśmy w jednym z portów zagranicznych, przyjechała z wizytą miejscowa Polonia z ambasadorem polskim na czele. Goście w towarzystwie kapitana zwiedzali statek od dziobu do rufy. Gdy znaleźli się w międzypokładzie, kapitan kazał mnie zawołać. Ubrany w wyjściowy mundur, zameldowałem się przepisowo.
    Pokazując mnie towarzystwu złożonemu z wykwintnych pań i dystyngowanych panów, kapitan oświadczył:
    – Znaczy, on u nas najwięcej je, najwięcej waży i, znaczy, najsilniejszy!
  • W miarę jak „pierwszy” odkrywał coraz to nowe połamane handszpaki, głos jego z najwyższej oktawy, dostępnej dla mężczyzny, przechodził w wycie czerwonoskórych towarzyszące skalpowaniu przez nich bladych twarzy:
    – Pałaaaami!!! Wszystka pałaaaami!! Cały statek pałaaaami! Nu, wszystka pałamał, wszystkie handszpaki pałaaaamał. Da dźjabłaaaa! Biezabrazje!
    „Ogień” pierwszego oficera udzielił się kapitanowi, ale wyłącznie w formie zaciekawienia. Żaden mięsień na twarzy mu nie drgnął, gdy spoglądał na zachłystującego się wrzaskiem pierwszego oficera.
    „Pierwszy” zdążył już policzyć wszystkie połamane handszpaki. Wił się teraz i nadal ryczał:
    – Wszystka pałamał! Wszystkie handszpaki pałamał!
    Chciałem się wtrącić i powiedzieć, że jeszcze cztery zostały, ale wobec kapitana nie śmiałem. Naraz znów usłyszałem głos kapitana:
    – Znaczy, panie Konstanty, znaczy co? Znaczy, za silny?
    A potem znów straszny, przeraźliwy ryk „pierwszego”:
    – Nu, tak, za silny! Za silny! Wszystka łami! Wszystka! Cały statek pałami! Cały statek!!!
    I zwracając się już bezpośrednio do mnie, wrzasnął:
    – Nu, won stąd! WOOOOON!!!
  • Wszystkie zapamiętane przez nas obchody trzeciomajowe rozpoczynały się od przemówień, wygłaszanych niekiedy przez ludzi, którzy byli wychowani i wykształceni w obcych szkołach, w trzech rozmaitych zaborach. Niektóre z nich przeszły jako tematy do wesołych opowiadań i anegdot. Cytowany był na przykład taki fragment przemówienia: „Otczizna nasza została podzielona na trzy czensti. Jedną wzięli Germańcy, drugą – Awstryjcy, a trzecią – my!” Fragment innego brzmiał: „Powstała otczizna nasza, Polska, która podzielona była na trzy nierówne połowy, a tereny jej zachwycone wojną”.”
  • I na zakończenie znamienny cytat :
  • „Doskonałym ma być człowiek, który tak samo myśli, mówi i czyni” – kpt. żw. Karol Olgierd Borchardt.

[/vc_column_text][/vc_column][/vc_row]

Wojciech Jacobson

[vc_row el_class=”td_classic_blog_home”][vc_column][vc_column_text el_class=”import_blog_quote”]

Wojciech Jacobson należy do tych żeglarzy, o których się mówi, że budowali żeglarstwo w Polsce.

Za jego zasługi na tym polu został nominowany do nagrody Kolosy.
Jako prezentację na tę okazję przyjaciele Wojtka przygotowali film. Warto obejrzeć od pierwszej do ostatniej sekundy.[/vc_column_text][vc_column_text]”Z wykształcenia chemik, z powołania żeglarz, pochodzi z rodziny o żeglarskich tradycjach. Począwszy od 1949 roku przepłynął ponad dwieście sześćdziesiąt tysięcy mil morskich, przybijając w trakcie swoich licznych rejsów do wybrzeży wszystkich kontynentów oprócz Antarktydy. Aż czterokrotnie odwiedzał Wyspę Wielkanocną, przepłynął też Cieśninę Magellana. Od 1965 roku kapitan jachtowy. Brał udział w pierwszej fazie rejsu Ludomira Mączki dookoła świata. Wspomnienia z tej podróży zawarł w książce „Marią” do Peru (1976). Z Mączką żeglował także w latach osiemdziesiątych – najpierw wzdłuż wybrzeży Ameryki Południowej, potem do Europy, a następnie z Francji do Kolumbii Brytyjskiej. W latach 1985–1988 uczestniczył w zorganizowanej i prowadzonej przez Janusza Kurbiela próbie pierwszego przepłynięcia Przejścia Północno-Zachodniego małym jachtem z zachodu na wschód (z Pacyfiku na Atlantyk). W roku 1988, przejmując od Kurbiela prowadzenie jachtu, wspólnie z Mączką doprowadził przedsięwzięcie do końca. Obaj żeglarze jako jedyni uczestniczyli we wszystkich fazach tej kilkuletniej wyprawy. Przygotowując się do jej kolejnych etapów, blisko pół roku spędzili w wioskach Inuitów.

(ur. 1929) | Laureat Super Kolosa 2015. Członek Kapituły Kolosów w latach 2000-2010.”

(notatka ze strony Kolosy, więcej jest tu: http://www.kolosy.pl/index.php/leksykon/wojciech-jacobson)[/vc_column_text][/vc_column][/vc_row]

Marian Rodak GALERIA

[vc_row el_class=”td_classic_blog_home”][vc_column][vc_column_text el_class=”import_blog_quote”]

Z tęsknoty za morzem

Marian Rodak, to emerytowany rybak. Jest przepełniony tęsknotą za morzem i pragnieniem by tę tęsknotę przelać na papier. Przeglądając jego pełna pasji twórczość, mimo iż w prymitywistycznej,( a może własnie dlatego) technice, nie możemy się oprzeć tej jego tęsknocie…

W.S.

GALERIA

kliknij na obrazek by przejść do galerii

[/vc_column_text][/vc_column][/vc_row]

Marian Rodak – ZAPISKI

Zapatrzony w kolory życia

Czym że są te żywe kolory?

KOLORY otwierające wrota piekła? KOLORY Przepaści krańca świata? A Może wyobrażające kolory nie wiadomego? A może kolory chorej wyobraźni starego człowieka a może kolory zapomnianej młodości? A Może kolory tęsknoty miłości do żywiołu? Kolory życia które zobaczył stary człowiek. Kolory życia które mu zsyła sen łaskawy Bóg łaskawy, Bóg zsyła sen staremu człowiekowi. Zsyła staremu człowiekowi wspomnienia młodości mój panie, dziękuję tobie za sen- spełnione marzenia mój panie, dziękuję tobie za sen który przypomina, przypomina moją młodość i miłość do życia.

Krótkie Wspomnienie

Chyba 1958 rok.
Byłem na s/t „Płonia”. Przyjechała delegacja górników. Wyszliśmy w morze. Trochę kiwało, toteż większość górników zgłaszała się niczym na zebraniu partyjnym do dyskusji z bogiem morza, Neptunem

Po przyjściu do portu delegat górników krótko powiedział:

-Wieta rybaki, jo to dupce te wasza robota, jo to już wole swoja szychta pod ziemią.

Marian Rodak