Archiwa tagu: galeria

Szczecin Radio…Szczecin Radio…! czyli o rozmowach z domem.

Chyba każdy, kto spędził trochę czasu na statkach zgodzi się ze mną, że na morzu dla marynarza są trzy miejsca najważniejsze, koja, kuchnia i radiokabina. Choć przy dostępie do satelitarnego internetu, to trzecie miejsce trochę traci na znaczeniu.

Kiedyś jednak, w czasach przedinternetowych było to z pewnością miejsce jedno z najważniejszych, a dobry radiooficer cieszył się niezwykłym poważaniem. Musiał być dobry, żeby po pierwsze umiejętnie dostroić sprzęt do fali stacji brzegowych a później jeszcze wepchnąć się w kolejkę statków oczekujących na połączenie 🙂

Każdy doświadczony rybak czy marynarz pierwsze przyjaźnie zawierał właśnie z radiooficerem i kucharzem, jeśli z nimi wszystko dobrze się układało, można było spokojnie na statku pracować 🙂 O kuchennych historiach opowiem później, teraz czas na „drucikowe” sprawy.

Radio wiedział o wszystkim na statku jako jeden z pierwszych, zwłaszcza o imieninach, urodzinach, radosnych i mniej radosnych wydarzeniach w domach. Zwykle byli to ludzie na poziomie, umieli dochować tajemnicy, tak że plotki z radiokabiny zwykle nie rozchodziły się, ale bywało inaczej.

Mieliśmy kiedyś takiego radzika, który zwykle „wpadał” do kabiny któregoś z załogantów akurat w chwili kiedy wznoszono jakiś toast urodzinowy czy imieninowy. Trafiał bezbłędnie nawet, gdy nie miał telegramu z życzeniami do doręczenia, najwyraźniej posiadał szósty zmysł 😉 Dzięki temu przez większość rejsu bywał lekko wstawiony.

Z połączeniami z domem nie było łatwo, fale radiowe w tajemniczy sposób to się ujawniały niosąc ze sobą wołanie Szczecin Radio… Szczecin Radio… to odpływały w niebyt. Podczas lepszej tzw. propagacji, kiedy można było z szumów i trzasków w eterze wyłowić te jakże dla nas piękne słowa, każdy kto mógł gromadził się wokół kabiny zamawiając połączenie z domem. Czekając na kolej swojego statku, bo wszyscy na łowisku czatowali na połączenie, można było przysłuchiwać się rozmowom kolegów z innych trawlerów.

Zwykle dziwne to były gadki, pewnie spowodowane świadomością, że cała flota przysłuchuje się tej jakże intymnej wymianie zdań ze stęsknioną żoną czy dziećmi. Dziwne z POZORU, bo w każdym zdaniu o domu słychać było tęsknotę, choć oczywiście twarde chłopy, w życiu by się nie przyznali do takich uczuć! 😉 Stąd rozmowy o płocie, wyklepanym błotniku czy innych, niby mało ważnych sprawach.

Rozmowy odbywały się w tak zwanym monopleksie, czyli mówiła tylko jedna strona, rzecz dla ludzi z lądu, przyzwyczajonych do normalnych, telefonicznych rozmów trudna do zrozumienia. Dlatego dochodziło do nieporozumień i zabawnych sytuacji.

Pamiętam jak kolega rozmawiał z żoną przez kilkanaście minut o różnych domowych sprawach, kiedy jednak doszedł do pytania o stłuczkę samochodową, spotkał się z niebotycznym zdziwieniem rozmówczyni. Okazało się, że rozmawiał z kimś zupełnie obcym.

Bywało, że dobra propagacja pojawiała się o dziwnych porach, czasami w nocy, czasami nad ranem, czasami pora dla nas normalna, a w domu był środek nocy, wynikało to z różnicy stref czasowych.

 

ocean szalał
ocean szalał

Pamiętam historię, w jakiej sam brałem udział. Pracowałem wówczas na Otolu, na południowym Pacyfiku. Różnica wynikająca ze stref czasowych wynosiła ok. 7 godzin, czyli kiedy u nas (na statku) była 10. w dzień to w kraju była 2. w nocy.

Wiało mocno, jak to na „ryczących pięćdziesiątkach” ocean szalał, więc statek sztormował. Dobry czas na porozmawianie z domem, propagacja „przyszła” około 9-10. Stałem w kolejce z kolegami pod radio kabiną, różne statki przebijały się w eterze chcąc złapać kontakt z Szczecin Radio. Koledzy po kolei wchodzili do kabiny i wychodzili szczęśliwi i uśmiechnięci. W końcu przyszła moja kolej. Podałem numer domowego telefonu , radzik przekazał to stacji brzegowej i po chwili słyszę:

-Otol, Otol, Szczecin Radio woła, Międzyzdroje na linii, proszę prowadzić rozmowę! No to zaczynam:

-Międzyzdroje, Międzyzdroje tu Wojtek z Otola! Jak mnie słychać odbiór!

Ale tu nic nie słychać, co jest! Poprzednicy mówili że świetnie się rozmawia. Po chwili słyszymy:

-Otol! Otol! Szczecin Radio! Proszę spróbować jeszcze raz, bo nie możemy się pani dobudzić, tutaj mamy środek nocy!

No to ja jeszcze raz:

-Międzyzdroje, Międzyzdroje tu Wojtek z Otola! Jak mnie słychać odbiór!

I…cisza, jedynie trzaski i szumy fali nośnej, co jest grane!

-Otol! Otol! Szczecin Radio! Pani jest zaspana mocno, nie kojarzy o co chodzi, chwilę cierpliwości proszę!

-Ok!, OK! Szczecin Radio!

Po chwili

-Otol! Otol! Szczecin Radio! Proszę mówić!

-Międzyzdroje, Międzyzdroje tu Wojtek z Otola! Jak mnie słychać odbiór!

No i historia się powtarza, tylko trzaski…oczywiście zacząłem się denerwować z lekka, bo co też się w tym domu wyrabia, zamiast radosnego powitania milczenie, że też ja muszę mieć takiego pecha! Cholera jasna!

Nagle słyszę i to całkiem dobrze

-Otol! Otol! Szczecin Radio! Może pan podać jeszcze raz numer telefonu, bo pani mówi że nikogo na waszym statku nie zna!

No i okazało się, że podałem numer telefon ze zmienioną jedną cyfrą. Jednym słowem wyrwałem z łóżka nieznajomą panią, obok której być może spał mąż i postawiłem ją w dwuznacznej sytuacji. Cała historia stała się dowcipną anegdotą, rozwijaną w najróżniejszy sposób podczas tego rejsu, jednak do dzisiaj mam wyrzuty sumienia, kiedy pomyślę jak ta pani mogła się niezręcznie poczuć.

W tym miejscu chciałbym serdecznie tę panią przeprosić. Może jakimś cudem do Niej to dotrze. 🙂

W.S.

Cło – czyli celnik też człowiek, potrzebuje się wyspać.

 

W pewnej chwili do naszej stłoczonej gromadki podchodzi potężnej budowy celniczka o zaspanej, naburmuszonej twarzy. -Oooo-myślę sobie- zaczyna się!

Zwiad na Pacyfiku miał trwać 18 miesięcy, rzecz jasna z dwukrotną wymianą załogi drogą lotniczą. Nasza ekipa była jakby na stałe związana ze statkiem, jeszcze od remontu przystosowawczego w stoczni Szczecińskiej, poprzez zwiad na północnym Atlantyku. Toteż to my poprowadziliśmy statek na Pacyfik przez Kanał Panamski i po pięciu miesiącach połowów zostaliśmy podmienieni drogą lotniczą w Vancouver.

Z tym powrotem wiąże się śmieszna historyjka z rodzaju „pogaduszek celnych”. Otóż lądujemy po blisko dobie lotu w Warszawie, w nocy, obładowani do granic wytrzymałości różnym dobrem (bosman np. przywiózł ze sobą komplet opon do auta!), każdy zestresowany, bo wiadomo Warszawa to nie Goleniów, zaraz nam zaczną trzepać d… Głęboki środek nocy, na lotnisku ludzi jakby niewiele, celnicy jacyś tacy nieobecni duchem, ale mimo wszystko zachowujemy czujność.

W pewnej chwili do naszej stłoczonej gromadki podchodzi potężnej budowy celniczka o zaspanej , naburmuszonej twarzy.

-Oooo-myślę sobie- zaczyna się!

-Panowie to co są? Skąd i dokąd?- pyta obcesowo wysokim, ostrym jak brzytwa altem.

-My jesteśmy rybakami, wracamy z wymiany załogi w Vancouver…

-Aha, to wy, no dobrze- obrzuciła taksującym wzrokiem piętrzące się wokół wory, kartony, paczki- Taaa, panowie nie macie nic do oclenia?

-No właściwie- odpowiadam trochę zdezorientowany, bo co to za gadka, przecież widzi, ta jednak nie daje mi dokończyć…

-No przecież widzę! Panowie NIE MACIE NIC do oclenia! -I na całe gardło, do wszystkich, dobitnie

-Proszę przechodzić, panowie nie macie NIC do oclenia, szybko, szybko, tędy, tędy bo tamujecie tu ruch!

Chłopaki zbaranieli, nie mniej niż ja, po chwili jednak dotarło do nas, że kobita po prostu chce się wyspać, a taka banda golców, to dla niej żadna gratka, bo co, będzie clić stare opony? Szybko wykorzystując okazję wypadliśmy, taszcząc swoje „skarby” przed lotnisko, gdzie oczekiwały już autokary. Przed nami była jeszcze niekończąca się podróż do Świnoujścia, w sumie trwała dłużej niż przelot nad Atlantykiem, ale co tam, byliśmy już w DOMU.

W.S.

Wielkanoc na Gople i niezbyt udane świąteczne mazurki

Wielkanoc na Gople
fot:WS

Wielkanoc na Gople i niezbyt udane świąteczne mazurki

Wielkanoc w morzu to dziwne przeżycie, zwłaszcza dla tych, którzy mają tę okazję po raz pierwszy. Nie inaczej było podczas zwiadu kalmarowego Gopła na Atlantyku. Testowaliśmy wówczas nowe narzędzia połowowe (patrz tekst „Na pławnice”)

Zbliżała się Wielkanoc, byliśmy gdzieś między Wyspami Kanaryjskimi a Azorami. Na statku zagościł dziwny nastrój ni to nostalgii, ni to tęsknoty…

Podpytywaliśmy kucharza, co też przygotuje na świąteczne posiłki, aby poprawić nam nastrój. Wówczas jednak pojawił się problem- nasz kucharz ,Stasiu, doskonały autor niezapomnianych obiadków nie lubił, nie umiał (?)piec ciasta. Co gorsza na statku były same 100% chłopy, co to słodkości i owszem, ale coś zrobić w kuchni… Jak to będzie, święta bez mazurka?!

W panice przypominałem sobie jak to było, kiedy asystowałem mamie w kuchni przy świątecznych wypiekach, wyszło na to, że w końcu „nie święci…” i postanowiłem spróbować. Którejś cudownej podzwrotnikowej nocy,(Wielki Piątek na Wielką Sobotę?) kiedy statek z wyłączonym silnikiem dryfował, łagodnie kiwając się na długiej martwej fali, w oczekiwaiu na poranne wybieranie sieci, postanowiłem spróbować.

Trochę mnie przerażały ogromne blachy do pieczenia, ale w końcu co tam…, proporcje mąki do tłuszczu, jaj i cukru jakoś wyłuskałem z pamięci, ugniotłem toto, wsadziłem do pieca i … o dziwo, wyszło całkiem sympatycznie… Po kilku godzinach pracy miałem z dziesięć ogromnych blach kruchego ciasta. Ogromnych czyli jakieś 120 na 80 cm. Kucharz , jak podczas świątecznej Ewangelii Uczniowe, kiedy zobaczył to uwierzył, że jednak „da się”.

Postanowił zrobić masę sernikową i makową na część z nich, a ja dorobiłem jeszcze masę kajmakową (słynne domowe krówki) i na dwóch blachach rozsmarowałem pyszne powidła. Ba, nawet pokusiłem się o ułożenie na wierzchu mazurkowej kratki z ciasta.

Wszystkie blachy z ciastem zaniosłem do magazynku, ustawiłem jedna na drugiej, jakoś przyblokowałem workami z mąką, żeby nie „rozbiegły” się po podłodze i już bladym świtem, cały dumny władowałem się do koi.

Obudziły mnie szalone przechyły statku. Jak się okazało, zupełnie niespodziewany szkwał rozhuśtał i zapienił wokół ocean w kilka chwil. Pobiegłem do „mojego” ciasta i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Całonocny trud, moja duma legła dosłownie w gruzach, w gruzach połamanych, pokruszonych mazurków!

Wściekły na siebie że jak jakiś nowicjusz lepiej nie zabezpieczyłem ciasta, pozbierałem wszystko w michy, rad nie rad, musiałem to dać na świąteczny podwieczorek na stół, bo nie było już czasu na ponowne wypieki.

Do uroczystego śniadania przygotowaliśmy się bardzo starannie, statek lśnił czystością, i pachniał obficie tego ranka używaną „Przemysławką” czy ”Old Spicem”, w messie poza wachtowymi zjawili sie wszyscy, stary w galowym mundurze złożył oficjalne życzenia od armatora i mniej oficjalne od siebie.

Wzruszenie chyba wszystkim lekko ścisnęło gardła. Na stół wjechały tradycyjne potrawy… biała kiełbasa z ćwikła i chrzanem, gotowane jaja, żur, kucharz jak zwykle stanął na wysokości zadania. A na deser ciasta, a raczej ciastowe gruzy… Jednak, jak się okazało, moje dzieło wszystkim bardzo smakowało, podobnie zresztą serniki i makowce kucharza. Serce rosło kiedy widziałem kopiaste talerze połamańców noszone do kabin „na potem”.

Oczywiście radio miał mnóstwo pracy, choć w zasadzie ograniczała się ona do wybierania kolejnych numerów telefonów. Chłopcy tłoczyli się przy radiokabinie, mimo horrendalnych cen za satelitarne rozmowy telefoniczne. Cóż to był za komfort, zamiast wyczekiwania w kolejce na połączenie przez stację brzegowa Szczecin Radio, by przekrzykując szumy i trzaski zakłóceń wymieniać się nowinami z rodziną, tutaj po wykręceniu numeru domowego telefonu po kilku sygnałach było czyste, dwukierunkowe połączenie, często lepszej jakości niż na lądzie.

Jeden z chłopaków opowiadał jako dobry dowcip, że kiedy zdumiona małżonka odebrała telefon, słysząc męża w słuchawce okropnie sie zdziwiła. -Janek co się stało, gdzie jesteś?! Przecież miałeś wrócić za trzy miesiące! Coś ty nawywijał znowu chłopie! -Nic się nie stało kochanie- uspokajał Jasiu- jestem w Szczecin Dąbiu na dworcu, za parę godzin będę w domu. – Po chwili jednak sprostował- żartowałem, jestem w morzu, ale mamy satelitarną łączność, dlatego tak dobrze słychać. Ponoć małżonka długo nie mogła uwierzyć że to tylko żart….

Oczywiście nie było mowy o zaprzestaniu połowów w święta, tradycyjnie właśnie w świąteczne dni ryba szła najlepiej, więc i pracy było sporo. Tak, że jak zwykle nici z planów świątecznego odpoczynku wyszły. Ale starzy wyjadacze wiedzieli, za tak to będzie, więc za bardzo na świąteczną ulgę nie liczyli…

W.S.

Trawler rufowy B-18. Trochę danych technicznych

 

B-18
Rysunek W.Blady „Polska flota rybacka w latach 1921-2001”

Trawlery serii B-18

Trawler rufowy B-18. Trochę danych technicznych

Zbudowano dziewięć trawlerów B-18, były to: „Foka” ŚWI 195– zbudowany w lutym 1964 r., sprzedany w 1982 r., „Finwal”ŚWI 196– zbudowany w czerwcu 1964 r., sprzedany w 1982 r., „Płetwal” ŚWI 197 – zbudowany w sierpniu 1964 r., wycofany z eksploatacji w 1991 r., „Orka” ŚWI 198(h) – zbudowany w grudniu 1964 r., wycofany z eksploatacji w sierpniu 1989 r., „Homar” ŚWI 199– zbudowany w kwietniu 1965 r., sprzedany w 1982 r., ,,Langusta” ŚWI 200 – zbudowany w czerwcu 1966 r., sprzedany w 1982 r., „Narwal”ŚWI 20 (h) – zbudowany w grudniu 1967 r., wycofany z eksploatacji w 1993 r., „Kaszalot” ŚWI202 (h) – zbudowany w maju 1968 r., wycofany z eksploatacji w 1993 r., „Sejwal” ŚWI 203 (h) –zbudowany we wrześniu 1968 r., wycofany z eksploatacji w 1990 r.

Kadłub statku całkowicie spawany, o poprzecznym systemie wiązań. Dno statku podwójne, z wyjątkiem części rufowej. Trawler miał dwa ciągłe pokłady – górny i główny. Nadbudówkę umiejscowiono w środkowej części kadłuba. Statek podzielono na przedziały dziewięcioma grodziami wodoszczelnymi. Część dziobowa kadłuba miała wzmocnienia przeciwlodowe do pływania w łamanym lodzie. Pomieszczenia służbowe, mieszkalne, gospodarcze i ogólnego użytku rozmieszczono na pokładzie głównym oraz w nadbudówce. Pozostałe kabiny załogowe znajdowały się w pokładówce na górnym pokładzie. W części rufowej nad pokładem usytuowano sterownię, szpital, izolatkę, pomieszczenia – kapitana, radiooficera i armatorskie, a także kabiny – manewrową (doprowadzenia połowów), nawigacyjną i radiową (Roguski 1963, Karnicki 1966).

Do napędu statku zamontowano silnik ze śrubą nastawną, regulatorem obrotów dostosowanym do pracy prądnic wałowych oraz urządzeniem sygnalizującym przeciążenie silnika. Statek dysponował dwoma zespołami do wytwarzania energii elektrycznej w porcie i w trakcie przelotu, o mocy 250kW i 320 kW.

Charakterystyka techniczno-eksploatacyjna była następująca:

Długość całkowita 87.25 m

Długość między pionami 80,00 m

Szerokość na wręgach 14, 14 m

Wysokość do pokładu: głównego 7,10 m

trałowego 9,75m

Wysokość nadbudówek 2,30 m

Zanurzenie konstrukcyjne 5,36 m

Objętość ładowni ryb mrożonych:

nr 1 368 m3

nr 2 494 m3

nr 3 525 m3

Objętość ładowni mączki rybnej 301 m3

Pojemność rejestrowa brutto 2496 RT

Nośność 1243 t

Objętość zbiorników:

paliwa dieslowego mazutu 186 m

oleju smarowego 48 m

tranu 57m3

wody słodkiej 280 m3

Silnik 6-cyl. Sulzer typ TAD-48

przy 225 obr./min o mocy 1658 kW/2700 KM

Prędkość 140 węzłów

Załoga 74 osoby + 8 rezerwa

Autonomiczność pływania 75 dni.

Linię połowową na trawlerze typu B-18 stanowiły: – dwu bębnowa wciągarka trałowa o uciągu 12 T przy prędkości wybierania lin 72 m/min, pojemność bębnów około 2000 m liny o średnicy 26 mm; – specjalne rolki umocowane na krawędzi pochylni oraz role na kolumnach trałowych.

Wydajność przerobową przetwórni statkowej określono na 50 ton surowca na dobę.

Złowione ryby wsypywano do zbiorników z podchładzaną wodą morską. W wyniku obróbki ryb można było uzyskiwać:

– tusze z karmazyna,

– filety z ryb oprawianych ręcznie;

– bloki ryb mrożonych, wypatroszonych i odgłowionych;

– bloki ryb mrożonych dzwonkowych;

– mączkę rybną produkowaną z odpadów i przyłowu:

– tran wytwarzany z wątrób.

W zależności od potrzeb ryby były mrożone w szafach płytowo-kontaktowych o łącznej wydajności 15 ton na dobę lub podwójnym tunelu zamrażalniczym z intensywną cyrkulacją powietrza o tej samej wydajności. Przy intensywnych połowach, wykorzystywano obie metody mrożenia jednocześnie.

Wytwórnia mączki rybnej mogła przerabiać około 25 ton surowca na dobę. Do zamrażania ryb i ich przechowywania w ładowniach statek dysponował amoniakalnym urządzeniem typu sprężarkowego, które składało się z trzech zespołów zamrażalniczych do obsługi ładowni.

W ładowniach z mrożoną rybą utrzymywano temperaturę –25°C. Na trawlerach typu B-18 były zainstalowane sprężarki amoniakalne dwustopniowe, typu W200/2A o wydajności około 87 tys. kcal/h przy temperaturze od –42°C do +37°C.

Rysunki i opis pochodzą z książki „Polska flota rybacka w latach 1921-2001” – Wiesław Blady wydanej przez MIR Gdynia 2002
Zamieszczone za osobistym zezwoleniem autora.

Indiańskie perypetie Piotra

Indiańskie perypetie Piotra  

Kanadę było widać na każdym kroku. A to przejechał olbrzymi pickup z napisem „Grizzly Security”, prowadzony przez ogromnego  chłopa w jeszcze większym kapeluszu, ze sterczącymi z platformy drabinami, dragami i innym sprzętem.

.  Do Vancouver wchodziliśmy „Otolem” wieczorem, światła Down Town odbijające się w wodzie robiły niesamowite wrażenie.  Jednak nas postawiono po przeciwnej stronie, w stoczni na North Vancouver. Jeszcze tego wieczora wybraliśmy się w  krótki obchód okolicy. Nie bardzo było co oglądać, bo ta część miasta jest peryferyjną sypialnią dla metropolii. Małe  domki w ogródkach i tyle.

Kanadę było widać, oczywiście, a to przejechał olbrzymi jeep z napisem „Grizzly Security”, prowadzony przez olbrzymiego  chłopa w jeszcze większym kapeluszu, ze sterczącymi z platformy drabinami, dragami i innym sprzętem. A to na skwerku  chłopiec spacerował z oswojona łasicą w szelkach.

A to znowu kawałek dalej gościu w indiańskiej kurtce wyprowadzał na  trawkę „psa”. W tym ostatnim przypadku może nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie to że pies był „niewidzialny”, widać  było jedynie kaganiec od którego łukiem do ręki właściciela biegła sztywna „smycz”. Tym niemniej pies energicznie  szarpał pana za rękę, ciągnąc go pod coraz to inny krzaczek czy słupek, który obiegał, obwąchiwał, zatrzymywał się  wyczekująco, pewnie w tym momencie podnosił niewidzialną łapkę.  

Oczywiście pierwsze oceny nowego dla nas kraju były negatywne, mieli kiepskie, słabe piwo. Po piątej w piątek można  było sobie o beerku jedynie pomarzyć, a picie z butelki na ulicy skutkowało natychmiastowym pojawieniem się policjanta,  no a z tymi nie było żartów. Zresztą zostaliśmy o tym ostrzeżeni, tak że obeszło się bez incydentów, poza jednym  napomnieniem.  

Następnego dnia okazało się że jeden z rybaków, Piotrek nie wrócił na noc na statek, po południu jednak pojawił się na  swojej wachcie. Opowiedział że w pubie poznał miejscową Indiankę, zapałali do siebie na tyle silną sympatia, że  zaprosiła go do swojego domu, no a tam sprawy potoczyły się tak iż pozostał na noc.  

Piotrek był niezbyt wysokim, ale za to „rozłożystym” mężczyzną, z szerokimi ramionami,  potężną klatą, obfitą blond czupryną nad niebieskimi oczami. Tutejszym kobietom musiał się podobać.

Znajomość Piotrka z czarnowłosą pięknością podczas postoju statku nabierała rumieńców, Piotrek mimo, że w kraju miał  żonę i dwoje dzieci zastanawiał się nad przyjęciem propozycji swojej squaw, żeby się z nią ożenić i tu się osiedlić.  Chłopak był w sporej rozterce, dostarczając reszcie załogi tematów do plotek, żartów i docinków.  

Któregoś dnia „Otol” został dość niespodziewanie przeholowany na drugą stronę kanału, w pobliże centrum, przycumowaliśmy przy nabrzeżu cukrowym. Piotrek  oczywiście był u swojej kobiety, jak sam ją określał, czując się pewnie po części Indianinem. Jakież było jego  zdumienie, kiedy przyszedł do portu na wachtę, a statku przy nabrzeżu ani widu ani słychu.

Jak później wspominał, popadł był w lekką panikę…  Jednak Nataly okazała się być dość przedsiębiorcza i po wykonaniu kilku telefonów do władz portowych ustaliła nasze  miejsce postoju, przywracając Piotrkowi równowagę ducha, zdobywając jednocześnie kolejne punkty u swojego „wodza” .  

Oboje przyjechali na statek taryfą, wtedy to po raz pierwszy mogłem zobaczyć wybrankę piotrkowego serca. Jak się  okazało była to całkiem sympatyczna, bardzo okrąglutka, jak na tutejsze autochtoniczne piękności przystało, skośnooka,  szeroko uśmiechnięta kobietka.  Postój minął dość szybko, Nataly wylewnie żegnała swego marynarza, obiecując pisać i czekać- słowem ideał żony marynarza.  

Już przy pierwszym podejściu do bazy Piotr otrzymał kilka listów od Nataly. Nie należał do zdolnych lingwistycznie, więc  prosił każdego, kto choć trochę znał język angielski o tłumaczenie.  Do mnie przyniósł list w którym urocze dziewczę po wielu słowach łatwych do przetłumaczenia nawet dla Piotrka, donosiła  że ma dla niego niespodziankę!

Ten zamiast się ucieszyć, zbladł  – O cholera, co też ona tam zmalowała! – zastanawiał się głośno.  A ja niewiele myśląc palnąłem- Jak to co, zaszła w ciążę! Chłopie jesteś udupiony, wystarczy że dziewczyna powie  władzom kto jest ojcem i obywatelstwo kanadyjskie masz załatwione! Cieszysz się!?  Piotrek pobladł jeszcze bardziej i gwałtownie wypadł z kabiny. No i zaczęło się. W pewnej chwili już pożałowałem, że  zachciało mi się tak głupio zażartować, a Piotrek marniał w oczach. Nie pomagało pocieszanie, odwoływanie, wymyślanie  innych prezentów. Wyglądało na to, że uczucie do Nataly wyparowało, a z gwałtownością wodospadu naszło go uczucie do  rodziny pozostawionej w kraju.

Zaczął się głośno zastanawiać jak by tu wrócić do Polski omijając szerokim łukiem  Kanadę. Niestety, czy też może stety, żaden ze statków na łowisku nie planował powrotu, pozostawały łącznikowce, ale to  znowu spory koszt.  W ostatnim liście przed zejściem z łowiska Nataly pisała, że wie już kiedy będziemy w Vancouver, będzie tęskniła,  przyjedzie Piotrusia przywitać oczywiście, razem z niespodzianką.  Piotr był zdesperowany, ale w końcu pogodził się z czekającym go losem.

Cała załoga z napięciem śledziła rozwój  sytuacji, co poniektórzy zakładali się co też Indianka przygotowała Piotrowi, jedni stawiali na ciążę, inni na jakiś  prezent, statek huczał od spekulacji…  Toteż nic dziwnego, że podczas podejścia do kei wszyscy wolni od manewrów wisieli na burcie wypatrując piotrkowego  potomka w brzuchu czekającej na kei Nataly.  

Jednak kobieta naszego pogromcy niewieścich serc nie wyglądała na okrąglejszą niż przed wyjściem w morze…  Wątpliwości rozwiała rozpromieniona twarz Piotra, kiedy wrócił z pierwszej randki, Nataly w ramach tak szeroko  komentowanej niespodzianki… kupiła swojemu mężczyźnie złoty łańcuszek.

No cóż, w ramach męskiej przyjaźni, połowa załogi nie kryła rozczarowania… ale to pewnie li tylko przez zazdrość.

North Vancouver i Góry Skaliste
North Vancouver i Góry Skaliste

Fot. i tekst W.S.

Copka. Czyli Jasiowa przygoda, w której omalże nie stracił swego ukochanego nakrycia głowy, ze nie wspomnę o życiu…

Copka

Czyli Jasiowa przygoda, w której omalże nie stracił swego ukochanego nakrycia głowy, ze nie wspomnę o życiu…

Ludzie na statkach przywiązują się do najdziwniejszych rzeczy…

Często podczas postoju w oczekiwaniu na swoją kolej rozładunku przy bazie, statki dokonywały między sobą różnych „transakcji”.

Najczęściej było to wzajemne uzupełnianie stanów opakowań tekturowych do ryby. Bywało, że statek, który właśnie przyszedł z kraju miał pełne ładownie tego dobra, a inny po kilku miesiącach pracy nie miał ich prawie wcale. Toteż przewoziliśmy je statkowymi szalupami korzystając z osłoniętych wód w zatoce. Nie było to zgodne z przepisami, ale wobec braku innych możliwości (trawlery nie miały na pokładzie odbijaczy, żeby móc stanąć burta w burtę), metoda ta była stosowana powszechnie.

Szalupy nie przystosowane do przewozu ładunków czasami stwarzały zabawne, a czasami groźne sytuacje. Jedna z nich miała miejsce na zatoce Berkeley na Falklandach (chyba tak się zwała ta zatoka). Pobieraliśmy ładunek kartonów z któregoś odrowskiego trawlera. Jako że to nam były one potrzebne, transakcja odbywała się naszymi dwiema szalupami. Na każdej z nich był dowodzący oficer, motorzysta i dwóch marynarzy. Każda brała na siebie dwa hiwy kartonów spiętych liną i podjeżdżała do naszej burty. Tutaj rener bomu wpinany był kolejno w każdą z lin i paczki wędrowały jedna po drugiej na pokład.

Podczas jednego z unosów, jakieś półtora metra nad szalupą paczka wysunęła się z opaski i kartony runęły na szalupę. Jeden z marynarzy, oczywiście był to nieco gapowaty Jasiu, zepchnięty impetem spadającego ładunku znalazł się w lodowatej wodzie, przysypany kartonami. Po chwili wychynął na powierzchnię wypchnięty samo napełniającą się powietrzem kamizelką. Chłopcy z szalupy natychmiast wciągnęli go na burtę, a zaraz potem wyciągnęliśmy go całego dygocącego, w szoku termicznym na pokład, woda miała niewiele ponad 4st.C. Jasiem natychmiast zajął się lekarz, gorący prysznic i herbata z „prądem” okazały się nadzwyczaj skuteczne.

Jasiu przez cały czas, od wychynięcia na powierzchnię, po gorący prysznic przez szczękające zęby, trzęsąc się wykrzykiwał: mmmmoja cocococopka, sususuukajcie mojej copki, moja copka!

No tak, Jasiu był znany ze swego wyjątkowego przywiązania do swojej, latami noszonej „szczęśliwej” czapki. A gustowną czapeczkę Jasia chłopcy także wyłowili, potem długo jeszcze zbierali z wody porozrzucane kartony, coby angole nie daj Boże nie zauważyli śmieci…
Zaś Jasiowe zawołanie stało się wołaniem wytrychem w różnych sytuacjach, niezmiennie budząc wśród rybaków wesołość.

Fot. tekst W.S.

Kuba-morski sokół wędrowny

Kuba-morski sokół wędrowny

Któregoś razu zauważyliśmy, że Kuba porwał znad fali latającą rybę. Byliśmy już w strefie ciepłych wód i ryby te  pojawiły się w dużych ilościach.   

Było to któregoś dnia w trakcie powrotu, ze zwiadu rybackiego na Pacyfiku. Kiedy już trzymaliśmy kurs na Panamę, gdzieś na wysokości Kalifornii, tuż po  objęciu porannej wachty omiotłem wzrokiem horyzont i kątem oka dostrzegłem na maszcie sporego ptaka. Podniósłszy wzrok zdumiałem się bardzo, wręcz nie mogłem uwierzyć własnym oczom.

Na rejce, tuż przy topie siedział  drapieżnik, miał charakterystyczny kształt ciała i głowy z dumnym, zakrzywionym dziobem, z silnymi nogami wyposażonymi w potężne szpony. W żaden  sposób nie był to jakikolwiek morski ptak!

Porwałem lornetkę i nagle spojrzałem w oczy pięknego sokoła. Ponad 200 Mm od  lądu, na oceanie sokół! Różne rzeczy widziałem, ale nie coś takiego! Przywołałem z pamięci wszystko co do tej pory  miałem w swojej „podręcznej bazie danych” na temat sokołów i wyszło mi na to, że jest to sokół wędrowny, lub jakiś  gatunek bardzo blisko niego…

Ciemnobrązowy grzbiet, jasna, upstrzona paseczkami pierś, ciemny kapturek na głowie  okalający wielkie, wręcz piękne  oczy drapieżnika. Zaskoczenie ale i radość była ogromna. Stał się natychmiast ulubieńcem  załogi, która ochrzciła go jak to zwykle bywa, imieniem Kuba.

Pierwszym naszym zmartwieniem było to, co też Kuba będzie  jadł. Jako drapieżnik musi jeść mięso, próbowaliśmy jakoś go zachęcać do statkowej wieprzowiny, ale zupełnie nie  reagował na próby podsuwania mu co lepszych kąsków. Jakieś dwa dni w ogóle nic nie jadł. Bardzo poważnie niepokoiliśmy  się jego kondycją.

Jednak po południu trzeciego dnia pobytu na „Gople”, Kuba poderwał się do lotu i szybkim jak to  sokoła lotem, pomknął nad falami. Śledziłem go przez lornetkę. W pewnej chwili dojrzałem jego cel, między grzbietami falami, tuż nad  ich powierzchnią kluczył mały nawałnik. Kuba błyskawicznym atakiem porwał go w szpony i wrócił na statek. Upatrzył sobie miejsce na maszcie na pokładzie pelengowym, tuż ponad nawigacyjnym światłem topowym. Tam, nie bacząc na wpatrzoną  z zachwytem i dumą „w naszego Kubusia” marynarską gawiedź, pożarł zdobycz.

Od tej pory tak bywało codziennie. Kuba  wyprawiał się dwa trzy razy dziennie na połów, spożywał ofiarę siedząc, a właściwie stojąc na „swoim” miejscu i zapadał  w krzepiącą drzemkę.  Zmieniające się wachty, w pierwszych słowach przekazywały sobie informacje o Kubie -jadł coś?

Pytanie było uzasadnione,  bo nie zawsze udawało mu się cokolwiek złapać, czasami wracał na statek „o pustych szponach”. Nawałniki i burzyki maja bardzo szybki i pełen nagłych zwrotów lot. Dlatego były trudnym celem dla Kubusia. Któregoś razu zauważyliśmy,  że Kuba porwał znad fali latającą rybę. Byliśmy już w strefie ciepłych wód i ryby te pojawiły się w dużych ilościach. Tym samym Kuba, jako chyba jeden z nielicznych sokołów do swojej diety dołączył morskie ryby.  Od tego czasu pod kominem często pojawiały się łebki ryb latających.

Nie obyło się bez dramatycznych sytuacji. Któregoś razu Kuba zapędził się za zdobyczą dość daleko, a statek płynął cały  czas z szybkością jakiś 12 węzłów. Kuba ponawiał ataki na jakiegoś burzyka czy nawałnika, jednak bezskutecznie,  pozostając coraz dalej w tyle. Obawialiśmy się czy będzie miał na tyle siły żeby nas dogonić. Napięcie na mostku rosło z  każdą chwilą.

Sokół chyba spostrzegł dramatyzm sytuacji, bo przerwał polowanie i ruszył w pościg za statkiem,  płynęliśmy pod wiatr, więc nie miał łatwego zadania. Stary, niby niewzruszony morski wyga, ściągnął rączki telegrafu maszynowego „do mała naprzód”. Do tej pory udawał że Kuba niewiele go obchodzi. Statek zwolnił a sokół już bez zataczania koła, jak zwykle, pojawił się nad pokładem  usiadł na swoim miejscu. Odetchnęliśmy z ulgą, a statek ponownie, przy dźwiękach dzwonka telegrafu, ruszył całą na przód.  Byliśmy jednak mocno zaniepokojeni, zdawaliśmy sobie sprawę, że brak  posiłku i długie loty bardzo go wyczerpują.

 Już w pobliżu Panamy pogoda uległa zepsuciu, wiatr przybrał na sile do jakiś 6 stopni, stał się porywisty, z niskich,  ołowianych chmur zacinał deszcz. Tuż przed wieczorem zauważyliśmy trzy białe czaple, które resztką sił doleciały do  statku, sadowiąc się na rejce głównego masztu. Oczom własnym nie wierzyłem, obok nich usadowił się Kuba! Przy czym  czaple skupiły się z jednej burty, a Kuba po przeciwnej stronie masztu z drugiej.

Ptaki tkwiły tak całą noc, rano pogoda uległa poprawie i czaple ruszyły w drogę, ku lądowi… a Kuba za nimi. Po jakichś 15 minutach patrzymy, a nasz sokół jedną z czapli, drącą  się wniebogłosy „holuje” za statkiem. Zdobycz przynajmniej jeszcze raz tak duża jak Kuba, stanowiła spore obciążenie,  toteż leciał tuż nad wodą, próbował wznieść się na poziom burty, jednak nie dał rady, w końcu wypuścił zdobycz ze szpon  i wzleciał na „swój” maszt, a czapla, której udało się zachować życie, pomknęła nad falami na wschód.

Kuba pobył  jeszcze z nami dwa-trzy dni, ale pewnej nocy, kiedy już zbliżaliśmy się do Panamy zniknął na dobre. Było nam smutno, mieliśmy jedynie nadzieję, że dotarł na  ląd bezpiecznie.   

fot. tekst W.S.

Biblia a sprawa morska

Tekst ten dedykuję pamięci Walentina Tanajewa, niezwykłego misjonarza z Kapsztadu, pracującego nad zbawieniem marynarskich dusz…

Biblia a sprawa morska

Ktoś, kto życie na statkach rybackich zna z krwistych morskich opowiadań, zdziwiłby się, wizytując którąkolwiek z kabin załogi na jakimkolwiek trawlerze.

Otóż praktycznie w każdej z nich na honorowym miejscu, na stoliku pod bulajem leżała książka. Ba… nie byle jaka, w każdej kabinie na poczesnym miejscu spoczywała… Biblia. Tak powszechna jej obecność wśród rybackich załóg była wynikiem pracy misji różnych wyznań w zagranicznych portach, do których zawijały nasze trawlery.

W każdym z nich, od Lerwick na Wyspach Owczych po Falklandy, czy porty Argentyny i Chile, dość szybko po rzuceniu kotwicy czy cum na polery, przy trapie pojawiał się misjonarz- ksiądz lub pastor. A nawet jeśli nie, to na stoliku wachtowego natychmiast pojawiała się informacja o imprezach w pobliskiej misji Stella Maris, z bardzo dokładnym planem wskazującym drogę.

W Kapsztadzie misja ulokowana była na terenie portu tuż przed bramą wyjściową. Można było tam wstąpić w każdej chwili. Zawsze witał nas szeroko uśmiechnięty pastor, który próbował wciągnąć nas w niewątpliwie zajmującą rozmowę. Oczywiście o urokach życia w bojaźni bożej. Zwykle jednak, zważywszy cel w jakim wychodziliśmy do miasta, a zwłaszcza stan w jakim wracaliśmy na statek, rozmowa kończyła się szybko.  Wręczano nam biblię i i zegnano błogosławieństwem wygłoszonym w rytmie zamaszyście nakreślanego krzyża, jakby wyganiającego szatana z naszych zbłąkanych duszyczek.

W tymże Kapsztadzie odwiedzał nasz statek ksiądz katolicki, Walentin Tanajew, jego postaci nie sposób zapomnieć, niewysoki, korpulentny, z szeroką sympatycznie uśmiechniętą twarzą. Często podjeżdżał pod naszą burtę hałaśliwym, strzelającym z rury wydechowej, zdezelowanym busikiem VW, tzw. “ogórkiem”. Wpadał na statek- mimo niewielkiego wzrostu i podeszłego wieku- niczym wulkan.

Zwykle skrzykiwał grupkę chętnych, którą zabierał na zapierającą dech wycieczkę w góry, lub na Przylądek Dobrej Nadziei. To zaparcie tchu u uczestników powodowały nie tylko wspaniałe krajobrazy Przylądka Dobrej Nadziei, roztaczające się z z jedni biegnącej krawędzią wysoko ponad wybrzeżem, ale także niezwykły sposób prowadzenia „ogórka” przez księdza Walentina. To co on wyprawiał z rękami, jak ignorował zasady normalnego prowadzenia pojazdów… No i jeszcze przyzwyczajenie do ruchu prawostronnego w Europie… a tu pędziło się lewą stroną na wprost wielkich ciężarówek… Po powrocie uczestnicy, choćby głęboko niewierzący, wznosili choćby w duchu podziękowania do Boga za cudem ocalone życie.

Ksiądz ów, rosyjskiego pochodzenia, miał bardzo ciekawą przeszłość. Otóż urodził się na Syberii, w jakiejś wiosce nad Irtyszem, na początku ubiegłego wieku. Kiedy krasnoarmiejcy “wyzwalali” od “białej zarazy” syberyjskie chutory, robili to dość radykalnie otaczając znienacka wieś i wycinając całą ludność. Nasz ksiądz, wówczas siedmioletni chłopiec, przeżył taką operację przypadkiem, bo łowił w tym czasie w rzece ryby, bezsilnie obserwował jak ginie jego rodzina, ukryty w nadrzecznych krzakach. Szczęściem w pobliżu był klasztor polskich zakonnic Urszulanek, one to przyjęły go pod dach, wykształciły i wysłały do Rzymu na studia. Stamtąd został wysłany do pracy misyjnej w świat.

Takim to sposobem mieliśmy szczęście uczestniczyć we mszy na naszym statku odprawianej w polskim języku, przez nadzwyczajnego kapłana. A msza to była niezwykła, choćby z tego względu, że na komunistycznym terytorium! Co prawda kapitan nie miał odwagi zejść do messy (w końcu każdy wiedział, że wśród załogi jest przynajmniej 2 informatorów GPK czy SB), ale oficerowie stawili się w komplecie, nie mówiąc o rybakach.

Księżulek przywdział swoją nieco zmiętą sutannę, rozdał przybrudzone kartki z tekstami pieśni i zaintonował pierwszą z nich. Po statku gruchnęło … “Boże coś Polskę…” oczywiście mało składnie, ale za to głośno. Niejednemu z nas zaszkliło się oko, a marynarski, zdarty w portowych knajpach głos zadrżał… Księżulo podskakiwał, wymachiwał rękami ganiąc jednych, chwaląc drugich, po pewnym czasie udało nam się jakoś zestroić i dalej poszło już całkiem nieźle.

Po mszy siedliśmy na wspominki i pogaduszki przy herbacie, ochmistrz wyciągnął ciasteczka i wówczas to dowiedzieliśmy się o niezwykłych losach naszego duszpasterza… Księżulek na zakończenie zapytał kiedy wychodzimy w morze, gdy usłyszał że pewnie w poniedziałek z portu Stary nie wyjdzie, bo to wróży pecha, aż podskoczył.

-Widzicie! Komuchy, ateiści, w Boga nie wierzą, a takie bzdury, zabobony traktują poważnie! Co to jest za ateizm, toż to ciemnota, ta cała ich komuna, oni wszyscy tacy! Nie wierzcie w te bzdury, kto wierzy w Boga, Jemu ufa, a nie jakimś dziecinnym zabobonom…!

Tak, to była pamiętna niedziela… Przed wyjściem morze,(we wtorek!) miejscowe dziewczyny, które licznie nas odwiedzały, w niektórych kabinach wręcz mieszkały przez cały postój, niechętnie ale jednak opuściły statek. Raptem na kei zrobiło się cicho i pusto.

Kiedy spadły ostatnie cumy, nagle pod statek zajechał z hukiem, dymiąc obficie z wydechu tak dobrze już nam znany “ogórek”, ksiądz pośpiesznie wyskoczył na nabrzeże i a to kreśląc zamaszysty krzyż, to po prostu machając wzniesionymi w górę ramionami żegnał nas, wykrzykując błogosławieństwa i życzenia bezpiecznego powrotu równie żywiołowo, jak prowadził wcześniej na pokładzie dysputy…

-Widzicie- wyrwało mi się do stojących obok kolegów- wasze dziewuchy zniknęły, ale ksiądz jest! I na kogo na prawdę można liczyć…?

Żegnaliśmy naszego kapłana równie serdecznie jak on nas, niejednemu z nas zaszkliło się oko a kolczasta kulka uwierała w gardle… nie wiedzieliśmy jeszcze, że byliśmy ostatnią polską jednostką rybacką jaka cumowała w tym porcie.

Po pięciu miesiącach połowów u brzegów Namibii, otrzymaliśmy polecenie przeprowadzenia statku na drugą stronę Atlantyku do Montevideo w Urugwaju. Tutaj co prawda do misji był kawałek drogi, ale chodziliśmy doń chętnie, bo był tam tani sklepik z codziennie potrzebnymi drobiazgami, od nici, przez kartki pocztowe po tytoń do fajki i różnego rodzaju pamiątki. Można było spokojnie wypić piwo, pogadać ze znajomymi z innych statków, napisać do domu, czy obejrzeć wieczorem jakiś film.

Raz w tygodniu, opiekujący się misją ksiądz, organizował potańcówki dla marynarzy z panienkami z miejscowej pensji. Wszystko jednak odbywało się pod czujnym okiem ich rodziców. Więc było grzecznie i sympatycznie, a duszach marynarskich, mimo udawanego, zuchowatego rozczarowania, pozostawiły ogrzane miejsca… A panienki były śliczne, aż zal…

Jeszcze innego rodzaju działalność misyjną prowadzili pastorzy w Vancouver, którzy przyjeżdżali pod statek olbrzymim, żółtym, szkolnym autobusem zabierając wszystkich chętnych na wycieczki w okoliczne góry, a wieczorami do swojej misji w North Vancouver, gdzie czekały na nas domowego wypieku ciasteczka, herbata, i stoły bilardowe. Rzeczywiście dzięki nim spędziłem tam kilka całkiem przyzwoitych wieczorów. Można było stamtąd zabrać stare roczniki National Geographic, co sprawiało nam nie lada frajdę później, w morzu, kiedy już wszystko co było zabrane z kraju zostało przeczytane.

Oczywiście w każdej misji na pożegnanie obowiązkowym podarunkiem była Biblia. No i stąd właśnie jej poczesne miejsce praktycznie we wszystkich rybackich kabinach…

Postscriptum

Od Macieja Krzeptowskiego dowiedziałem się, że ksiądz z Kapsztadu, Walentin Tanajew niestety zginął w wypadku samochodowym.

A oto niezwykłe zdjęcie ukazujące tego niewielkiego a Wielkiego kapelana portu Kapsztad, na którymś z trawlerów rybackich. (Msza odprawiana na pokładzie trałowym), pochodzi z książki Macieja Krzeptowskiego „Pół wieku i trzy oceany”

ks. Walentyj Tanajew
Msza na pokładzie trawlera

 

A oto dodatkowe informacje od czytelników Grupy FB Marynarze Świata…

Waldemar Drożdziewicz Zdjęcie zostało wykonane prawdopodobnie na Korwinie w 1979 r

Marek Lewenstein Do opowieści dodam jeszcze że po starym „ogórku” miał nowego busa którym chętnie woził na wycieczki za zwrotem kosztów paliwa.

Wspomnienie księdza kapelana marynarzy i rybaków z Kapsztadu

Tablica na nagrobku ks. Tanajewa

Marian Rodak GALERIA

[vc_row el_class=”td_classic_blog_home”][vc_column][vc_column_text el_class=”import_blog_quote”]

Z tęsknoty za morzem

Marian Rodak, to emerytowany rybak. Jest przepełniony tęsknotą za morzem i pragnieniem by tę tęsknotę przelać na papier. Przeglądając jego pełna pasji twórczość, mimo iż w prymitywistycznej,( a może własnie dlatego) technice, nie możemy się oprzeć tej jego tęsknocie…

W.S.

GALERIA

kliknij na obrazek by przejść do galerii

[/vc_column_text][/vc_column][/vc_row]

Marian Rodak – ZAPISKI

Zapatrzony w kolory życia

Czym że są te żywe kolory?

KOLORY otwierające wrota piekła? KOLORY Przepaści krańca świata? A Może wyobrażające kolory nie wiadomego? A może kolory chorej wyobraźni starego człowieka a może kolory zapomnianej młodości? A Może kolory tęsknoty miłości do żywiołu? Kolory życia które zobaczył stary człowiek. Kolory życia które mu zsyła sen łaskawy Bóg łaskawy, Bóg zsyła sen staremu człowiekowi. Zsyła staremu człowiekowi wspomnienia młodości mój panie, dziękuję tobie za sen- spełnione marzenia mój panie, dziękuję tobie za sen który przypomina, przypomina moją młodość i miłość do życia.

Krótkie Wspomnienie

Chyba 1958 rok.
Byłem na s/t „Płonia”. Przyjechała delegacja górników. Wyszliśmy w morze. Trochę kiwało, toteż większość górników zgłaszała się niczym na zebraniu partyjnym do dyskusji z bogiem morza, Neptunem

Po przyjściu do portu delegat górników krótko powiedział:

-Wieta rybaki, jo to dupce te wasza robota, jo to już wole swoja szychta pod ziemią.

Marian Rodak